Wróć do katalogu

Dzieło najbliższe memu sercu

Detektyw na tropie szaleńca rzeźbiącego z ciał zamordowanych ofiar.

nelsonmisiek, opublikowano , 36 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Dzieło najbliższe memu sercu”

*** Artur nie przepadał za swoją pracą, może dla tego, że zawsze przydzielano mu najgorsze sprawy, i to zawsze on z całego zespołu miał największą szansę na niepowodzenie. Napawało go to wieczną irytacją, tak jakby cały świat zaprzysiągł się przeciw niemu i dbał o to aby od 16 lat pracy w policji nie dostał żadnej sensownej roboty. Lecz teraz było inaczej, tą sprawę ciągnął już długo i miał ją ukończyć tego wieczora. „coś poważnego, nareszcie!” myślał pełen entuzjazmu mieszanego ze strachem. Cieszył się, że musi poświęcić czemuś tyle czasu i na jego szczęście jest to coś co może mu zapewnić awans. Pracował nad tą sprawą już od ponad pół roku, jak dla niego było to bardzo długo. Sprawa dotyczyła pewnych zabójstw i zaginięć na tle religijnym. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że zaginięcia i morderstwa nie mają ze sobą wiele wspólnego, jednak Arturowi udało się udowodnić, że jest inaczej. Może ta jedna jedyna błyskotliwa myśl i wnikliwa analiza sprawiły, że uznano właśnie takiego nieudacznika jak on, idealnym do prowadzenia tego śledztwa. Cieszył się, że w końcu ktoś mu zaufał i czuł się niesamowicie władczy mając pod sobą cały zespół ludzi mających mu pomóc w prowadzeniu sprawy. Mimo tego wszystkiego kiedy patrzył na zdjęcia ciał ofiar tego psychopaty, którego obecnie tropił, zastanawiał się czy jednak nie rozsądniej byłoby przekazać śledztwo komu innemu i z powrotem zająć się napadami na sklepy monopolowe. Motyw zabójcy był dość dziwny, jeśli oczywiście został przez niego dobrze odgadnięty. Najpierw myślał, że chodzi o tworzenie bardzo nietypowej sztuki. Ciała ofiar były preparowane specjalnymi chemikaliami, a potem morderca ciął je, rozrywał, układał i modelował tworząc groteskowe i krwawe rzeźby. Motywu religijnego, wręcz okultystycznego, dziełom tego psychola nadawały wyryte w skórze ofiar inkantacje i zdania, które jak się później okazało po dokładnej analizie i tłumaczeniu, pochodziły z pewnych sumeryjskich zwojów mówiących o zmartwychwstaniu „posągów z ciała” i nieśmiertelności ich twórcy. Sam już wymiar okrucieństwa z jakim ofiarom została zadana śmierć napawała Artura obrzydzeniem i strachem, tak bardzo niepożądanym w jego fachu. Mimo to coś nienaturalnie pchało go dalej i sprawiało, że uporczywie i mozolnie ciągnął śledztwo ku sprawiedliwemu końcowi. W chwili obecnej jechał do małego nadmorskiego miasteczka w Nowej Anglii, aby sprawdzić czy jego domysły w sprawie sprawcy tych morderstw są prawdziwe. Jego podejrzanym był Morgan West, mało znany artysta żyjący wraz z rodziną na odludziu. Był to, według tego co udało mu się wyszperać na jego temat w sieci, dość spokojny i szanowany człowiek, jeden z tych „wzorowych obywateli”. Nic by go nie łączyło z tą sprawą gdyby nie fakt, iż pan West tworzył swe rzeźby ze zwłok spreparowanych zwierząt, przez co już nieraz miał na pieńku z obrońcami praw zwierząt i Green Peace’m. Był to jedyny i na dodatek wątpliwy trop prowadzący go do kogokolwiek bo natrafił na niego kilka dni temu szukając jakiś poszlak w Internecie. Sprawdzał już sekty, fanatyków religijnych i różnych świrów i porąbańców, ale zawsze kończyło się na domysłach i bezpodstawnych podejrzeniach. Tym razem było podobnie i lecz nastawiał się, że znajdzie prawdziwego sprawce tych morderstw. Tak mu się śpieszyło do rozwiązania tej zagadki, że wyruszy w podróż niemal natychmiast i chciał poinformować o tym przełożonych dopiero będąc na miejscu. Zdawał sobie sprawę, że nie było to zbyt mądre posunięcie i w razie kłopotów nikt mu nie pomorze. Żył w duchu zasady: „Szczęście sprzyja odważnym!” mimo to, że nie był odważny, on tylko chciał taki być i czasem mu się to udawało. W obecnej chwili czuł, że ryzykuje, bardzo ryzykuje, ale sukces wymaga ryzyka. Jechał zapomnianą, odludna drogą, sam gdzieś na totalnym zadupiu, a ostro zacinający deszcz i wszechobecnie panująca noc nie ułatwiały mu zadania. Już kilka razy myślał, że zgubił drogę lecz ledwo widoczne znaki drogowe uspokajały jego nerwy. Był już dość blisko i niemal czuł zapach zwycięstwa, który został nagle, dość skutecznie przytłumiony przez otaczający go zewsząd las.

*** Morgan nigdy nie czuł się szalony, tylko nieco ekscentryczny. Zawsze kochał sztukę i żył wiecznym procesem twórczym, który mimowolnie dawał mu zapał do życia. Po wielu latach owocnej pracy jako kontrowersyjny artysta nie potrafił sobie i innym odpowiedzieć na pytanie, czemu tworzy rzeźby z ciała? Według niego samego, był to jedyny w pełni nadający się materiał na rzeźbę, materiał który dawał mu natchnienie, pasje i sprawiał, że potrafił w pełni czerpać przyjemność z procesu twórczego. To sprawiało, że każdą swoją prace kochał platoniczną miłością, obsesyjnie zauroczonego kochanka. Równie mocno jak swoje rzeźby kochał żonę Alicję, która obdarzyła go tak wielkim uczuciem, że przymykała oko na jego dziwaczną twórczość. Poznali się na jednym z jego wernisaży i mimo, że lękała się tych groteskowych dzieł, to zauroczyła się w ich twórcy niemal od pierwszego wejrzenia. Jak to bywa w artystycznych związkach, ich miłość była namiętna i burzliwa, lecz to nie przeszkodziło im pobrać się w trzy miesiące później. Wspaniała i wręcz idealna żona jaką z całą pewnością była Alicja, w niedługim czasie obdarzyła go szczęściem w postaci córki Sary. Ten mały blond włosy aniołek o wielkich zielonych oczach, był najwspanialszym skarbem tatusia i jedyną osobą, która niezależnie od sytuacji potrafiła wprawić go w dobry nastrój. Ich życie przypominało sielankę, przynajmniej do czasu kiedy Morgan, zaczął mieć poważne problemy z miejscowymi Obrońcami Praw Zwierząt, wtedy to na ich domu zaczęły pojawiać się napisane sprayem słowa „MORDERCA”, „SADYSTA”, „SZALENIEC” i wiele innych mniej miłych epitetów. Kiedy działo się to wszystko mieszkali jeszcze na obrzeżach Indianapolis, lecz mimo wielu interwencji policji, protest lokalnych Eko-świrów wcale nie malał i to właśnie zmusiło ich do przeprowadzki. Chcieli się przeprowadzić gdzieś, gdzie będą mieli w końcu święty spokój i gdzie Morgan będzie mógł tworzyć swoje dzieła bez obaw o bezpieczeństwo rodziny. Przeglądali wiele ofert, lecz upłynęło sporo czasu zanim znaleźli tą jedyną, najlepszą. Alicja wypatrzyła w jakiejś brukowej gazecie ofertę sprzedaży w pełni umeblowanego zabytkowego domu w Nowej Anglii. Cena była niewielka, sąsiedzi też nie byli zbyt liczni a nadmorski klimat zdawał się działać magicznie na wyobraźnie Morgana. Zakupili dom niemal od razu i mimo protestów małej Sary, równie szybko się tam przeprowadzili. Ku ich szczęściu dom był wielki i nie potrzebujący jakiejkolwiek renowacji. Przestronna willa prezentowała się bardzo dostojnie na tle otaczającego ją lasku i spadzistego klifu, który znajdował się jakieś pół kilometra od posesji. Już od pierwszego razu kiedy Morgan przekroczył próg domu wiedział, że jest to dom właśnie dla niego. Willa nie tylko była idealnie dostosowana do potrzeb rodziny ale też świetnie spełniała wszelkie artystyczne wymagania pana Westa. Kiedy nowo zamieszkała rodzina zwiedzała każdy najmniejszy kąt domu, Morgan znalazł w piwnicy drzwi zastawione wielką, ciężką, dębową szafą. Z początku lekko go to przeraziło, bo w końcu nie wiedzieli co tak dokładnie stało się z poprzednim właścicielem, ale ciekawość wzięła górę i otworzył tajemnicze mosiężne drzwi. Za metalowymi, przeżartymi rdzą drzwiami znalazł jak się później okazało swój raj, mimo że owy pokój pokaźnych rozmiarów przyprawiłby o ciarki każdego normalnego człowieka. Zastawiony wiekowymi meblami pełen ksiąg i zwojów zapisanych w dziwacznym języku pokój, prezentował się dość upiornie, ale natchnął Morgana do dalszej pracy. Tajemnicza komnata idealnie nadawała się na jego pracownie. Była duża tak, że spokojnie mieściła wszelkie narzędzia i rzeźby, było w niej zimno, tak żeby ciała nie gniły zbyt szybko i co najważniejsze, znajdowała się z dala od Alicji i Sary. Pierwsze miesiące w domu minęły bardzo spokojnie, wszystko zdawało się układać po myśli Morgana. Alicja znalazła pracę jako ekspedientka w miejscowym sklepie, mała Sara zaczynała się klimatyzować w nowym otoczeniu, a sam ojciec rodziny dzień w dzień poświęcał się pracy twórczej - do czasu. Pewnego dnia kiedy miał wynosić już ostatni mebel z dziwnego pokoju, odnalazł w jego szufladach tłumaczenia tych wszystkich zwojów którymi usiany był pokój. Zaciekawiony lekturą zaczął czytać. Każde słowo wyryte na tych kilkunastu skrawkach papieru wryło mu się w pamięć. Były nienaturalne, wręcz magiczne, zahipnotyzowały go. Teksty tak plugawe i bluźniercze zdawały się święte w jego chorej psychice. Czytał coraz szybciej i więcej, chciał spełnić wolę zawartą w tych tekstach. Nie zastanawiał się długo, to tak jakby przeczytane słowa narzuciły mu swoją wolę. Teraz już znał swój cel, pragnął tego co poprzedni właściciel, lecz Morgan miał przewagę, wielką przewagę. Tylko on potrafiłby stać się „Twórcą”.

*** Jadąc przez las Artur zaczynał się zastanawiać czy jego tok myślenia jest na pewno wystarczająco logiczny. Jest sam jak palec, nikt nie wie gdzie tak dokładnie się znajduje i jedzie w środku nocy do domu człowieka którego posądza o cztery morderstwa. Modlił się aby pan West jednak nie okazał się tym zabójcą, lecz gdyby jednak nim był i udałoby mu się go ująć, samemu, bez niczyjej pomocy! I właśnie takie myśli sprawiały, że mylił odwagę z brawurą a bezpieczeństwo ustępowało pola głupocie. Często Artur zdawał sobie sprawę z tego, że jest porywczy i lekkomyślny, teraz też o tym wiedział, lecz był jednym z tych ludzi którzy starają się ignorować swoje błędy. Jak na razie ignorancja własnych potknięć skutkowała tym, że zepchnięto go niemal do marginesu w policyjnej hierarchii. Jadąc przez upiorny las modlił się aby nic mu nie przeszkodziło, aby szczęście choć raz mu dopisało. Lecz nie teraz, nie tej nocy. -Jasna cholera!- wykrzyczał. W połowie drogi do posiadłości Westów usłyszał tępy, cichy chrzęst i poczuł jak targnęło samochodem który teraz jechał lekko przekrzywiony. Doskonale wiedział co się stało, pękła opona, a sądząc po reakcji całej maszyny zniszczenia których dokonało pewnie jakieś żelastwo, były zbyt duże aby kontynuować dalszą jazdę. Powoli wyłączył silnik i otworzył drzwi, czuł się niesamowicie zirytowany, że będzie musiał przejść jeszcze tak duży kawał drogi na piechotę. Mimo to nie ruszył się z fotela kierowcy, siedział niemal ze stoickim spokojem i każdy kto by teraz na niego spojrzał nie domyśliłby się, że wewnątrz cały aż gotuje się ze złości. Nie śpieszył się, drżącą ręką sięgnął do kieszeni taniego ortalionowego płaszcza, wyciągnął paczkę Marlboro i jednym zgrabnym ruchem kciuka otworzył ją. -Cholera… pusta.- skomentował sam dla siebie. Wbrew pozorom nie pogorszyło to jego nastroju, zawsze był zapobiegawczy, lecz tylko na wypadek braku fajek. Nie śpiesząc się sięgnął do schowka samochodowego gdzie zawsze była awaryjna paczka, taka swoista polisa ubezpieczeniowa. Ze schowka wyciągnął paczkę niezidentyfikowanych papierosów. Kupił je na jakimś bazarze za śmiesznie niska cenę i jeszcze nie nadarzyła się konieczność do ich odpakowania. Zdjął folię ze złoto niebieskiej paczki, powąchał jej zawartość i szybkim ruchem wziął do ust małego papierosa. Nie patyczkując się zbytnio podpalił go i poczuł, że jest w piekle. Smak dymu był okropny, nic dziwnego że rozdawali je niemal za darmo skoro nie da się ich palić. Mimo to wypalił nieszczęsnego papierosa do końca w nadziei, że w domu Westów będą jakieś ludzkie papierosy. Wysiadł z samochodu i małą latareczka przyczepiona do kluczy oświetlał koła samochodu aby zobaczyć co tak dokładnie stało się z kołami. To co zobaczył przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Koła były poszarpane, w gumie widać było kawałki drutu kolczastego, identycznego jak ten którego używa się w wojsku. Zdziwiło go to niezmiernie, zamknął samochód i cofnął się piechotą do miejsca w którym przebyła się opona. Idąc za ciepłym pomarańczowym światłem latarki ujrzał ukryte w błocie pasmo drutu kolczastego, specjalnie rozciągniętego w poprzek drogi. Teraz już czuł dreszcze na plecach, małe kropelki potu zaczęły pojawiać się na jego skroni a w głowie kłębiły się same wątpliwości. Wątpliwości dotyczące sensu jego samotnej misji. Szybko doszedł do wniosku, iż nie ma teraz sensu się cofać z resztą gdyby ruszył pieszo w stronę miasta to jego wędrówka trwałaby wiele godzin. Postanowił iść w stronę domu pana Westa, jeśli okazałoby się, że jest normalnym człowiekiem to przynajmniej będzie miał nocleg, jeśli nie, cóż, w najlepszym wypadku będzie czekał na przyjazd radiowozu. Postanowił zaryzykować, chociaż już czuł, że z Morganem Westem jest coś nie tak, bo kto normalny blokowałby wjazd do swojej posesji drutem kolczastym. Szybkim krokiem ruszył w stronę domu, drzewa i krzewy które mijał po drodze w świetle latarki przypominały mu wszystkie dotychczas odnalezione ofiary psychopaty. Każda groteskowa rzeźba miała soją nazwę wyrytą na skórze i zapisaną w tym dziwnym alfabecie. Pierwsza z nich była młoda kobieta, której oderwano ręce i przyszyto na plecach, skóra z całego ciała została podarta na psy i przyczepiona do rąk, tworząc coś w rodzaju skrzydeł. Ta rzeźba została nazwana „Aniołem”. Następne było sześcioletnie rodzeństwo, ciała dziewczynki i chłopca zostały rozcięte na dwie równe części a potem zszyte na przemian. Ciała zostały ułożone tak, jakby dzieci się obejmowały i jednocześnie chciały odebrać swoje ciało że temu drugiemu. Morderca tą rzeźbę nazwał „Bliźnięta”. Czwartą i jak na razie ostatnią znalezioną ofiarą był mężczyzna w podeszłym wieku którego posadzono na ogromnym fotelu, wypruto wnętrzności , wycięto serce i kość udową oraz wyrwano szczękę. Kość i serce włożono do jego dłoni niczym insygnia królewskie, szczękę nałożono na głowę niczym koronę a wszystkie organy wewnętrzne spleciono ze sobą i założono ofierze niczym płaszcz. Morderca nazwał go „Upadłym królem”. Na samo wspomnienie tych makabrycznych obrazów Arturowi cierpła skóra i z każdym krokiem coraz bardziej się bał. Pojawiające się obrazy ofiar „rzeźbiarza” jak prasa nazwała psychopatę, tak bardzo go pochłonęły, że nie zorientował się nawet kiedy znalazł się na podwórzu posiadłości Westów.

*** Tej nocy Morgan po raz setny przeglądał tłumaczenia zwoi. Wszystko układało się po jego myśli i zmiany które powinny się pojawiać, zaczynały być widoczne. Czuł, że się zmienia i podobało mu się to, bardzo podobało. Z córką ani żoną nie widział się już od tygodnia, Alicja zostawiała mu jedzenie pod drzwiami pracowni w której z resztą sypiał jak co noc, za wyjątkiem dni kiedy wyjeżdżał. Co do swoich wyjazdów to był zmuszony za każdym razem wymyślać inną wymówkę bo Alicja znała go zbyt dobrze i wiedział, że kłamstwa typu delegacja lub wernisaż nie przejdą. Oderwał się na chwilę od czytania starych tekstów i zaczął rozmyślać o swojej rodzinie. Kochał je jak nikogo do tej pory, Alicja i Sara były jedynymi osobami na świecie na których mu zależało, jego najukochańszym światełkiem w ciemności. Nie lubił kiedy któraś z nich się bała, temu właśnie przeniósł swą pracownie do piwnicy, a wszelkie dzieła tuż po skończeniu były, do czasu opuszczenia domu szczelnie okrywane czarną folią, tak aby żadna z kobiet jego życia nie musiała na nie patrzeć. Mała czasem chciała pomagać mu w tworzeniu nowych rzeźb, lecz jak tylko dochodziło do momentu w którym wyjmował zwierzęta ze składu, mała zaczynała czuć obrzydzenie i zazwyczaj uciekała z płaczem. Lecz dziś będzie inaczej, myślał. Alicja i Sara będą musiały pomóc mu w ukończeniu jednego z ostatnich dzieł, a zostały mu już tylko dwa do zrobienia. Będzie musiał działać po cichu, przecież nie chce żeby któraś z nich się przestraszyła, będą mu potrzebne całe i tak piękne jak są teraz, a on już dawno przestał przypominać człowieka. Wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi, otworzył je tak cicho jak tylko umiał, rozległ się cichy skrzyp, rozejrzał się po korytarzu i udał się w stronę sypialni. Przeszedł przez parter upewniając się czy dziewczyny na pewno są na górze. Kiedy był już pewny, że nie ma żadnej z nich na parterze, wdrapał się po ścianie na piętro gdzie znajdowały się sypialnie jego, Alicji i małej Sary. Był już zmieniony, do tego stopnia, że nie musiał używać schodów. Będąc na piętrze, uchylił drzwi do pokoju córki, widok pustego łóżka go nie zdziwił gdyż mała zwykła spać z rodzicami. Przed wejściem do swojej sypialni, zatrzymał się na chwilę i zastanowił czy na pewno chce to robić, w końcu one były dla niego bardzo ważne. Rozmyślał tak przez krótki moment i uznał, że pragnie tej całej potęgi której już część posiada, a stworzenie z nich jednej z ostatnich figur będzie wyrazem największej miłości. Otworzył drzwi i wszedł do pokoju, stanął kilka kroków od łóżka. Dziewczyny spały wtulone w siebie. Patrzył się tak na nie przez chwilę gdy nagle mała się obudziła. Nie wiedział jakiej reakcji się po niej spodziewać lecz mimo to nie drgnął. Sara spojrzała na niego lekko zamglonym wzrokiem i patrzyła się tak jakby nie mogła uwierzyć, że to coś przed nią to jej ojciec. -Tato? co ci się stało w twarz?- spytała cichutkim głosem. -Nic takiego skarbie- odpowiedział jej tak aby przypadkiem nie obudzić Alicji –Wszystko jest tak jak powinno być- Morgan podszedł do łóżka i uśmiechnął się szeroko, wyciągnął nienaturalnie szarą rękę w stronę małej a światło księżyca ukazało jego już niemalże w całości pokrytą łuskami skórę i ostro zakończone paznokcie. Był precyzyjny i szybki, na tyle szybki aby wiedzieć, że tej nocy nie będzie słuchał krzyków ani płaczu.

*** Zbliżał się do…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych