Wróć do katalogu

Dzień końca

Nadchodzi dzień apokalipsy. Na świat wychodzą demony i upiory, które niszczą wszystko co spotkają na swej drodze. Sytuacja wydaje się być stracona, lecz jest nadzieja...

Polak149, opublikowano , 37 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Jesteś pewien? – zapytała delikatnie kobieta.

Znajomy głos wyrwał szatyna z zamyślenia. Wzrokiem lekko zaskoczonego rozejrzał się nieznacznie na boki. Od razu uświadomił sobie, że znajduje się na samym szczycie starej, kościelnej dzwonnicy, stanowiącej najwyższy punkt całego obozu Rosomak. Sam nie wiedział czemu przyszedł w to miejsce. Chciał chyba zobaczyć w pełnej krasie to, co go jutro czeka. Przyglądał się jeszcze chwilę czerwonej łunie, jaśniejącej w oddali na tle nocnego nieba. Zastanawiał się co odpowiedzieć kobiecie. W końcu odrzekł spokojnie, nie odrywając wzroku od krajobrazu.

- Nom... – Pragnął jeszcze coś dodać, ale zrezygnował.

Kobieta oparła się o poręcz zaraz obok chłopaka i powędrowała za jego wzrokiem. Tej nocy demonów było jakoś mało wokół placówki wojskowej.

- Ile to już czasu minęło? - zapytał szatyn. - Pamiętasz co robiliśmy jeszcze rok temu?

Zamknął oczy.

- Pamiętasz jeszcze czasy sprzed apokalipsy? Gdzie naszymi jedynym problemami były tak przyziemne sprawy... Miałem jechać na Karaiby, poopalać się... Ta... Teraz co dzień walczę o życie, zostałem odrzucony i przez ludzi i przez smoki, większość moich przyjaciół, których przecież i tak miałem mało, nie żyje, a reszta, kiedy dowiedziała się o mojej prawdziwej tożsamości, odeszła. Nawet nie wiesz jak to boli. Szczególnie mnie, cholernego smoka! – Jego głos stawał się coraz bardziej roztrzęsiony, podenerwowany. - Jestem obwiniany za rzeczy, których nie zrobiłem. Wiedziałem, żeby nie ufać, wiedziałem! Zawsze mnie zdradzali. I... Ale... Ugh!

W jednej chwili w jego gardle skotłowało się zbyt wiele zdań naraz, których nie był w stanie wykrztusić. Ukrył twarz w rękach. Dopiero po chwili udało mu się skończyć.

- Nienawidzę was. Nienawidzę ich. Wszystkich! - Ale nam pomagasz - zauważyła łagodnie kobieta. - I rozmawiasz ze mną, mimo, że nigdy nie chciałeś z nikim pogadać, choć nie raz widziałam, że chcesz. - Heh... Ty jako jedyna zauważyłaś, że jestem nieszczęśliwy. Nie wiem na ile to była kwestia poczucia obowiązku, ale miałem wrażenie, że tobie jednej na mnie zależy. Chciałaś mi pomóc, mimo, że szybko zdałaś sobie sprawę z tego jaki ze mnie trudny przypadek. Nawet nie wiesz jak mnie to podnosiło na duchu. Długo czekałem okazji, żeby ci powiedzieć „przyjaciółko”. Jutro prawdopodobnie mój ostatni dzień. - Odwrócił do niej głowę. Jego oczy wyrażały ogromny smutek i cierpienie. - Dziękuje ci, przyjaciółko... Nawet nie wiesz ile dla mnie zrobiłaś.

Mężczyzna odepchnął się od barierki i ruszył ku schodom, zostawiając kobietę samą. Wkrótce ucichły nawet odgłos jego kroków.

***

To było dwunastego lipca, dwa tysiące dwunastego roku. Bardzo ciepły dzień, o dziwo, na całym globie. Dziwna anomalia została szybko wytłumaczona nadmierną aktywnością jądra Ziemi. W połowie dnia na południu planety i połowie nocy na północy, na całej skorupie ziemskiej poczęły powstawać ogromne szczeliny i pęknięcia, tryskające lawą. Zniszczenia były ogromne, zginęło tysiące ludzi. Po kilku godzinach erupcje ustały. Myślano, że to już koniec. Ale to był dopiero początek. Ze szczelin zaczęły wyłaniać się demony i cienie, potwory które stanowiły armię zniszczenia i końca. Pozycję generałów zajmowały smoki. Niewiele ich było, ale niewielu również było takich, co przeżyli samo ich ujrzenie. A najgorsi byli czterej jeźdźcy: Zwycięzca, Wojna, Głód i Śmierć. Nikt nigdy ich nie widział, ale wszyscy czuli ich obecność. Czasami można było usłyszeć tętent kopyt i rżenie demonicznego konia, dobiegające z daleka. Tam gdzie dosłyszano ten dźwięk, znikało wszelkie życie, a zostawała jedynie jałowa ziemia. Zaczęła się apokalipsa...

Ale los potrafi być zaskakujące. Nie było na ziemi bezpiecznych miejsc, gdzie można by się ukryć. Ale udało się ludziom stworzyć coś w rodzaju koloni, niewielkie wioski otoczone stalowymi murami, wypełnione amunicją i bronią. Gdyż okazało się, że demony da się zabić, strzelając tam gdzie miały oczy, bo nie zawsze była to głowa.

W Polsce istniały dwie takie placówki, zbudowane pośpiesznie ze szczątków pobliskich miast. Żuraw, znajdujący się gdzieś przy morzu i Rosomak, ukryty w pobliżu zgliszczy Warszawy. Ale przecież nie da się bronić w nieskończoność. Trzeba w końcu zaatakować. A jest jeden sposób na zatrzymanie armagedonu. Demony są przybyszami z innego planu. Przejście miało się otworzyć samo, po przeminięciu odpowiedniej liczby lat. Tak... Już na samym początku, gdy tylko powstał człowiek, Twórca zażartował sobie i na starcie skazał ludzką rasę na zniszczenie. Ale wystarczy zamknąć portal i zapieczętować jeźdźców apokalipsy. Reszta padnie od kul... Pomysł równie łatwy w wykonaniu co przeniesienie na własnych barkach, dajmy na to tankowca... Dlatego muszę przedostać się do jakiejkolwiek bazy wroga, gdyż we wszystkich trzymany jest Krystalizator Rzeczywistości. Każda istota może zmieniać rzeczywistość dookoła siebie, lecz w bardzo nieznacznym stopniu. Taki Krystalizator wzmocni moją energię kilkasetkrotnie! Skąd to wiem? W końcu jestem smokiem. Kiedyś miałem być jednym z generałów... Może starczy mi jeszcze mocy na uratowanie mych pobratymców? Chciałbym. Samo zamknięcie portalu może mnie zabić. Zapieczętowanie jeźdźców zrobi to na pewno.

Trochę to ironiczne. Znienawidzony przez wszystkich, nawet samego Boga, poświęcam się dla ludzkiej rasy mimo ich niewdzięczności. Ale smoki to uparte stworzenia. Postanowiłem, że im pomogę, to wytrwam w tym!

***

Szatyn odłożył zeszyt na pobliską szafeczkę. Była prawie piąta rano, lecz on nie czuł się w ogóle śpiący. Nicht położył się ciężko na łóżku. To takie dziwne uczucie, świadomość, że wszystko się robi ostatni raz. Za chwilę ostatni raz usłyszy budzik, za chwilę ostatni raz umyje zęby. Chłopak zaczął kalkulować jakie ma w ogóle szanse na samo dotarcie do Krystalizatora. Musiał przebić się przez armię demonów, odnaleźć artefakt, prawdopodobnie pokonać też smoka... marne te szanse. Ale coś go pchało do przodu... Mimo wszystko.

Głośny dźwięk alarmu rozległ się po pomieszczeniu. Nicht machnął szybko ręką i dezaktywował budzik. Akurat tego, że ostatni raz wyłącza to ustrojstwo, nie żałował.

***

Mimo tak wczesnej pory, z jednego z budynków dochodził głośny gwar. Remiza strażacka, pełniąca rolę centrum dowodzenia, była pełna ludzi, niedobitków jednego z oddziałów Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polski. Żołnierze pracowali bez wytchnienia, opracowując plany, taktyki, a przede wszystkim sposób na przetrwanie. Sen to luksus dla nich niedostępny, więc wielu miało podkrążone oczy i wyglądało ogólnie jak zombie, sunąc nieprzytomnie z miejsca na miejsce. Na dodatek ten dzień miał być jeszcze bardziej wymagający, a to za sprawą pierwszej akcji ofensywnej, jaką chciano przeprowadzić od rozpoczęcia apokalipsy. Żołnierze mieli mieszane uczucia co do niej. Owszem, akcja w domyśle miała zakończyć nierówną wojnę, i mimo nikłej szansy powodzenia, napawała nadzieją. Lecz myśl, że pomysłodawcą akcji, organizatorem i głównym wykonawcą jest smok w ludzkiej skórze, demotywowała ich. Od rozpoczęcia armagedonu minęło już kilka miesięcy i ludzie zdążyli poznać czym są wielkie jaszczury oraz znienawidzić je bardziej niż samego Szatana. Okazało się też, iż przedstawiciele tej rasy występują w ludzkim ciele. Ci co dali się nakryć, mogli na własnej skórze poczuć jak były traktowane czarownice w średniowieczu. Rosomak to prawdopodobnie jedyna baza na świecie, która gościła w swych murach smoka w innym celu niż spalenie go na stosie. Ale jakby na to nie patrzeć, szatyn każący nazywać się Nicht, pomógł im nieraz w przetrwaniu. Nienawiść do niego ani trochę nie zmalała, ale uznano, że nie zlinczują go. Głównie dlatego, iż nie byłby w stanie dalej pomagać.

Więc kiedy drzwi do głównej sali otwarły się ze zgrzytem, gwar momentalnie ucichł. Na progu stanął on. Niewysoki, o kruczoczarnych włosach chłopiec, mający na oko osiemnaście lat. Ubrany był w skórzaną, rozsuniętą kurtkę z polarowym kołnierzykiem, czarną koszulkę z ikoną Dream Theater'u pod spodem, jeansowe, czarne spodnie i wysokie glany. Zza ramienia wystawała mu niebieska rękojeść ostrego jak brzytwa miecza, stylizowanego na kształt smoczego pazura.

Nicht obrzucił wzrokiem po obecnych i wszedł do środka. Dopiero wtedy wszystko wróciło do normy, choć żołnierze dyskutowali znacznie ciszej. Ignorując takie zachowanie, Chłopiec odnalazł dowódcę placówki, sierżanta Tomasza Wiśniowieckiego. Całkiem sympatyczny człowiek, nie nienawidził smoka ponad wymaganą normę, a na pewno zdawał sobie sprawę z zasług Nichta.

- Wielki dzień. Czy się uda czy nie, w końcu się mnie pozbywacie - zaczął szatyn obojętnym głosem - Ty to powiedziałeś - odburknął dowódca.

Nicht parsknął śmiechem. Oboje sobie zdawali sprawę jak sprawy stoją.

- Wiem, że moja obecność tutaj skaża to pomieszczenie, więc do rzeczy - kontynuował smok. - Będę potrzebował jakichś lekkich maszynówek. Ucieszyłbym się z Uzi... kilku. Raczej nie będę miał czasu na przeładowywanie. I po dwa magazynki na sztukę. - My nie jesteśmy jakąś amerykańską mafią. Na stanie mamy tylko kilka MSBS i praktycznie same Beryle. Mogę ci dać najwyżej jednego MSBS i trzy magazynki. To nie Matrix - odrzekł Wiśniowiecki, opierając się o pobliskie biurko. - Ehh... Lepsze to niż nic - skomentował chłopiec. - To możemy zaczynać? Wiesz, oczekiwanie na własną śmierć trochę mnie stresuje. - Za dziesięć minut - odparł. - Śmigłowiec się tankuje.

Nicht uniósł brwi w akcie szczerego zdziwienia.

- Śmigłowiec? Będziesz ryzykował dla paskudnego smoka wasz jedyny helikopter? Co się dzieje z tym światem - pokiwał ironicznie głową. - Nie denerwuj mnie, bo się rozmyślę. Załoga będzie cię osłaniać z góry, ale tylko kawałek. Pięćset metrów. Potem jesteś zdany na siebie. - Quad już czeka? - zapytał. - Czy ja wyglądam na punkt informacyjny? Sam sprawdź - odpowiedział zimno sierżant i bez pożegnania gdzieś odszedł.

Nicht westchnął smutno i wyszedł z budynku. Wielu ludzi odetchnęło z ulgą.

Skierował się przed główną bramę. Na murach bacznie obserwowali go wartownicy, zasiadającymi za ciężkimi karabinami maszynowymi. Kilku nawet przezornie wycelowało w niego broń. Smok pokiwał głową.

- Byście otoczenie obserwowali a nie mnie... W tej formie krzywdy wam nie dam rady zrobić... - mruknął.

Nagle ujrzał swój pojazd. Czarny quad stał sobie tuż przed bramą, czekając aż ktoś nim pokieruje. Nicht podszedł do niego i odpalił kluczykiem, który już tkwił w stacyjce. Kasku nie znalazł, ale i tak nie miał zamiaru go używać. Spojrzał na przyrządy. Wskaźnik paliwa pokazywał, że benzyny jest pół baku. Wyłączył silnik. Miał zamiar ruszyć jak tylko dostanie karabin. Dopiero wtedy spostrzegł, że obok niego znikąd pojawiło się kilka osób. Kobieta z którą wczoraj rozmawiał i dwóch chłopaków w jego wieku - „przyjaciele”ze szkoły.

- O! Przyszliście się ostatni raz ponaśmiewać? - zaczął Nicht, poirytowany już ludźmi. - Pożegnać, ale nazywaj to jak chcesz - odrzekł ten o słomianych włosach.

Z charakteru był całkiem podobny do Nichta, sarkastyczny i trochę pogardliwy, ale i egoistyczny. Kiedy szatyn okazał się smokiem, on jako pierwszy się od niego odwrócił, coby nie napytać sobie kłopotów. Drugi był całkiem postawnym facetem o brązowych włosach i kwadratowej szczęce. On „tylko” unikał Nichta.

- Pamiętasz co ci kiedyś mówiłam? - zapytała kobieta - Zrobiłeś dla nas tak dużo. Mimo tego jak cię traktują... Dziękuję w imieniu wszystkich ludzi!

Smok uśmiechnął się na wspomnienie lepszych czasów. Spojrzał na nią wzrokiem pełnym wdzięczności i nagle skoczył na kobietę, przytulając się do niej. Zaskoczona, dopiero po chwili odwzajemniła uścisk. Nicht odsunął się krok w tył.

- Nie daj się zabić - rzekł do niej. - Pokazujesz mi, że warto. Że jest sens... Że wasza rasa jest coś warta.

Nagle znikąd pojawił się żołnierz który przekazał smokowi karabin i kilka magazynków.

- Ruszaj - powiedział tylko i odszedł, znikając za rogiem pobliskiego budynku.

Szatyn sprawdził szybko czy w magazynku wsadzonym już do broni są naboje i odbezpieczył broń zdecydowanym ruchem, trochę na pokaz. Przewiesił sobie karabin przez ramię. Męska część komitetu pożegnalnego chyba nie zamierzała nic mówić. Stali tylko z kamiennym wyrazem twarzy.

- Tylko się nie popłaczcie... - mruknął złośliwie i odpalił silnik.

Brama rozsunęła się nieznacznie, akurat żeby mógł przejechać quad.

- Żegnajcie. Nigdy się już nie zobaczymy - rzucił jeszcze na odchodne i odjechał nie czekając na ich odpowiedź.

Cisnęło mu się na usta „skurwysyny”, ale powstrzymał się, tylko ze względu na kobietę.

Mimo ryku silnika, usłyszał za sobą trzask zamykanej bramy. Zrobiło mu się przykro. Nigdy już jej nie zobaczy... Otrząsnął się. Musiał skupić się na misji. Wybrać kierunek jazdy nie było trudno. Ognista łuna jaśniejąca na horyzoncie wcale nie znikła, mimo światła słonecznego, a wręcz narzucała własną tonację koloru, barwiąc niebo na krwisto-czerwono. Tam była jedna ze szczelin, gdzie skupiały się teraz wszystkie demony. Nicht nie bez powodu wybrał ten dzień. Tam był on. Wyczuwał go... Wiedział, że jest blisko. I niestety obawiał się, że jeżeli zawiedzie, Rosomak pójdzie z dymem.

Nagle usłyszał nad sobą warkot śmigłowca. Helikopter leciał jakieś trzydzieści metrów nad ziemią, wyrównując prędkość z osłanianym obiektem. Smok stwierdził, że to strata cennego paliwa. Tu i tak na razie nie będzie demonów.

Jałowa równina rozciągała się bez końca. W końcu Nicht opuścił bezdroża i wyjechał na jezdnię. Komfort jego podróży polepszył się nieznacznie. Nagle spostrzegł, że śmigłowiec zawraca. Wtedy właśnie poczuł się naprawdę sam... dotarło do niego co zamierzał zrobić. Ogarnął go strach, ale nie mógł zawrócić. Musiał to zrobić. Zastanawiał się, co będzie z jego duszą. Czy trafi do jednego z ustalonych przez Boga miejsc, wróci do swojego smoczego ciała, czy po prostu przepadnie, zniknie. Na samą myśl o tym, jego serce poczęło wypełniać się przerażeniem. Gdyby nie ogromna dziura, która prawie urwała mu koło, wpadłby w panikę. Znowu potrząsnął głową.

- Stary. Jesteś SMOKIEM! Jesteś dumną, skrzydlatą istotą, która nie wie co to strach. To ona wywołuje strach. TY! - powtarzał sobie.

Zawsze to sobie mówił, kiedy jego psychika powstrzymywała go przed osiągnięciem jakiegoś celu. Postanowił zająć się istotniejszymi problemami. Jak dostać się do kryształu. Nie miał pojęcia jakże będzie wyglądasz szczelina, ile jest w niej wrogów ani gdzie znajduje się artefakt. Domyślnie miał pomysł, żeby po prostu przebrnąć do Krystalizatora. Z nim dałby sobie już radę. Obawiał się jednak, że to nie jest najlepszy pomysł. Nie chciał zostawiać wszystkiego w rękach losu. Zatrzymał więc quada. Zamknął oczy i skupił się. Przez ciało poczęła przepływać mu energia, pochodząca prosto z jego duszy. Kłębił ją chwilę w sobie, po czym pozwolił, żeby swobodnie rozproszyła się wokół, myśląc o problemie dotarcia do artefaktu. Otwarł oczy, dyszał ciężko. Jego serce zakołatało nagle nieregularnie i wróciło do normalnego rytmu. Oddech również się po chwili uspokoił. Przez jego ciało przeszły dreszcze. Pozytywnie odczuł próbę zmiany rzeczywistości. To dobry znak. Ruszył w dalszą podróż. Sądząc po rozmiarach łuny, czekała go jeszcze godzina drogi.

Praktycznie całą trasę przemierzał drogą ekspresową. Widok porzuconych samochodów, doszczętnie zniszczonych wsi, które mijał po drodze i wszechobecnej krwi... Nicht czuł panikę i przerażeniu ludzi. To uczucie mimo tak długiego czasu ciągle wisiało w powietrzu, wkradało się do jego duszy i wyło w akcie żalu i bezradności. Nigdzie nie było ciał. Smród śmierci wyraźnie roztaczał się w powietrzu, lecz nie było ciał. Nie było też zwierząt. Jedynie cisza, mącona przez odgłos silnika jego quada. W pewnym momencie ujrzał na drodze wielki napis wymalowany czerwoną cieczą: „HELL”. Często widział też przerażające obrazki, przedstawiające czy to demona, czy to jeźdźca na koniu... Raz zauważył niedokończony rysunek smoka, którego pysk pobrudzony został krwią. Nad każdym takim miejscem wisiała mgła szaleństwa, rozpaczy... Czterdzieści minut później dotarł do zgliszczy miasta Grójec. Widok jeszcze gorszy. Zawieszone w powietrzu uczucia ginących nagle ludzi, atakowały i tak już ranną duszę smoka. Pamięć tego miejsca, której życie nadali mieszkańcy, próbowała samotnemu podróżnikowi opowiedzieć o ostatnich chwilach miasta. Smok dodał gazu, ale mimo to nie mógł nie zauważyć ścian budynków, pobrudzonych trudnymi do odczytania tekstami, powybijanych szyb, zniszczonych samochodów, wyrzuconych na ulicę licznych przedmiotów. W przedniej szybie poharatanego ambulansu tkwił zmiażdżony, dziecięcy wózek, zakrwawiony od środka... Zacisnął zęby. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Bolało... Ale nie mógł obojętnie przejechać obok dużej tablicy ogłoszeń, wyładowanej różnymi informacjami. W oko rzuciła mu się tylko jedna. Obrazek narysowany woskowymi kredkami przez dziecko, przedstawiający dom, lecącego nad nim smoka i dwóch, leżących w kałuży krwi patyczkowym ludków, podpisanych „Mama” i „Tata”. Zacisnął powieki, zagryzając zęby. Nie chciał tego, lecz uczucia tego dziecka same wyłoniły się z chmury innych uczuć i uderzyły go, wbijając się w jego duszę jak włócznia. Walczył z nimi, nie potrafił....

- Mamusiu! Tatusiu! Mamusiu! Czemu się nie ruszasz? - Twoi rodzice nie żyją. - Ale mamusia ma otwarte oczka! - Ale mamusia ma otwarte oczka! - Nie bój się, dziecko. Wkrótce się z nimi zetkniesz. Pęd powietrza, ułamek przerażenia, ŚMIERĆ!

Otworzył oczy, dysząc jak po przebudzeniu z koszmaru. Oparł się głową o kierownicę, walcząc z własnymi i obcymi emocjami. Z trudnością kontrolował swoje ciało. Wyżerało go od środka. Z ogromnym wysiłkiem nacisnął pedał gazu. Potrącił przewrócony kosz na śmieci i dopiero spojrzał przed siebie. Musiał uciekać. Zabijało go... Świat mu zawirował. Wiedział, że ma przed sobą czystą drogę. Po prostu jechać. Słyszał je. Krzyki ludzi. Błagania o życie. Przerażenie. Chaos, huk, zderzenia, syreny, szkło. Goniły go, ścigały. Nie prosiły go! Żądały! Musiał wytrzymać. Musiał! W imię tych co zginęli...

Nagle wszystko ucichło. Jedyne co słyszał to pomruk quada i jego przyspieszony oddech. Spojrzał z trudem za siebie, miasto zostało w tyle. Zatrzymał pojazd. Musiał odetchnąć.

- Nigdy więcej... - sapnął.

Czerwona łuna promieniowała intensywnie za horyzontem. Czuł bijące od niej nagromadzenie zła i nienawiści. Na razie były nieszkodliwe. Ale bał się, że im bardziej będzie się zbliżać, tym bardziej

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych