Wróć do katalogu

Dzienniki pustynne

Mój powrót do pisania po wielu latach przerwy.

Patryk, opublikowano , 32 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dzienniki Pustynne cz.1

Prolog

Uparcie obmywające kamienistą plażę wzburzone fale, wytargały na brzeg zakrwawione ciało. Był to mężczyzna, któremu brakowało jednej ręki. Mewy z okolicy poczuły, nadchodzącą ucztę i zaczęły zbierać się wokół zwłok nieszczęśnika, wydając przy tym donośne skrzeki. Drobny chłopiec, odziany w szary prosty strój, siedząc z skrzyżowanymi nogami na kamieniu, z zaciekawieniem obserwował makabryczny spektakl. W końcu wstał, wymacał z ziemi spory otoczak i cisnął nim w stado ptaków, które momentalnie rozpierzchło się we wszystkich kierunkach, wydając z siebie skrzeki oburzenia. Chłopiec podszedł ostrożnie do ciała i spojrzał na zastygłą w przerażeniu, białą jak papier, twarz topielca. W zafascynowaniu dźgnął ją czubkiem buta, chcąc jakby upewnić się, czy na pewno nie żyje. - Kedaj! Wysoki głos kobiety zagrzmiał z oddali. Chłopiec odwrócił się i dostrzegł postać swojej matki, stojącą w srogiej pozie na krawędzi masywnego klifu. Pomachał jej pośpiesznie ręką, sygnalizując, że wszystko jest w porządku i wtedy poczuł na swojej kostce zaciskające się, wilgotne palce. Wrzasnął w przerażeniu i odskoczył, chcąc jak najszybciej oddalić się od trupa. Jego wyostrzone w panice zmysły zarejestrowały, okropny spazmatyczny kaszel. Osłupiały, zaczął pełznąć na czworaka, nie odwracając się za siebie. Czuł, że nie mógł wstać i biec przed siebie, bo jego nogi, jakby nie chciały go słuchać. - Wracaaaj…wracaaaj… Za jego plecami rozległo się miarowe rzężenie. Trup pragnął zwabić go w swoje śmiertelne objęcia, pomyślał gorączkowo chłopiec, w oddali dostrzegając biegną w jego kierunku kobiecą postać. Nadchodzi pomoc. Podniesiony na duchu tą myślą, zmusił swoje ciało do wstania i koślawym krokiem ruszył przed siebie. - To potwór, on… on chciał mnie porwać do otchłani – zaczął jąkać, kiedy jego matka podbiegła do niego wzięła go w objęcia. - Spokojnie synu. –wysapała młoda kobieta, starając się uspokoić swój oddech. – To tylko człowiek, który potrzebuje naszej pomocy. – Zaczekaj na mnie tutaj. - Ale mamoo…on jest cię porwie. - Kedaj. Powiedziałam coś. Zbliżyła się do krztuszącego się mężczyzny i z trudem odwróciła jego masywne ciało na bok, tak, aby mógł wycharczeć z płuc resztki morskiej wody. Ze zgrozą zauważyła, że pozbawiony jest prawej ręki, co już dawno powinno go zabić. Kikut wydawał się jednak przypalony, co mogło zatamować krwotok, po utracie kończny. Był odziany w prosty mundur wojskowy, poprzedzierany tu i ówdzie przez ostre jak brzytwa skaliste dno. Poznaczona krwawymi szramami twarz, zdradzała wyczerpaną, ale przystojną twarz męża w średnim wieku. - Spokojnie żołnierzu, przeżyjesz. – powiedziała, ale równie dobrze mogłaby mówić do ściany. Był w wyraźnym szoku i otępiałym wzrokiem gapił się w jej stopy. - Cienie, cienie… nadeszły, śmierć, czarna… śmierć. – mamrotał bezustannie pod nosem. Kobieta obserwowała go z niepokojem na twarzy. Po chwili uniósł wzrok i jego przekrwione od soli morskiej oczy spotkały się z jej jasno-zielonymi. Wymamrotał coś o aniołach i jego głowa opadła na kamienie. Stracił przytomność. - Kedaj! Zawołaj Keziah’a. Niech przyniesie nosze. – poleciła wciąż trzęsącemu się synowi, który z bezpiecznego dystansu, z wyraźnym napięciem na twarzy, obserwował poczynania matki. Po chwili zerwał się i ruszył biegiem w kierunku skał.

I

Promienie słońca smagały wściekle brudne ciała kopiących w czerwonej ziemi ludzi. Na szerokim polu pracowały dwa tuziny mężczyzn oraz kobiet. Wszyscy odziani byli w długie szare tuniki, a ich pochylone głowy okutane były w chusty, mające chronić ich przed wyniszczającym żarem, który obficie lał się z nieba. Nad pracującymi niewolnikami górowały masywne sylwetki strażników, których to zadaniem było nadzorowanie, czy aby ktoś się nie ociąga w mozolnej pracy. Każdy z nich wyposażony był w krótki bat, narzędzie zadające ból i cierpienie. Mężczyźni przechadzali się po wąskich ścieżkach, co jakiś czas wrzeszcząc i rzucając klątwy. Mieli do tego pełne prawo, przynajmniej według obowiązującego kodeksu uchwalonego przez władcę Nilportu, według którego życie niewolnika w pełni i bezwzględnie należy do jego pana. Dla Allis, młodej dziewczyny, pracującej wśród cuchnących ciał swoich towarzyszy niedoli, niewolnicza praca na Spalonych Ziemiach była ponurą codziennością. Urodziła się, jako niewolnik i miała spędzisz resztę życia kopiąc w ziemi. Tak jak jej matka, a wcześniej babka. Nie miała nadziei na cudowne oswobodzenie, poza tym, co miałaby robić poza murami miasta? Nie potrafiła sama zadbać o swoje przetrwanie i zapewne na zewnątrz zginęłaby w piaskowej zamieci lub została rozszarpana na strzępy przez pustynne hieny, które jak, głosiły plotki, były utrapieniem dla kupców i handlarzy, przemierzających szlakami na zachodnich Kresach. Zaakceptowała swój beznadziejny stan rzeczy już, jako dziecko i pomimo jej częstych rozmyślań o nieznanej wolności, która podobno zaczynała się za tuż za kilkumetrowym ogrodzeniem, nie chciała żeby było inaczej. Podobnie jak dla pozostałych czterdziestu sześciu niewolnych na tej części Spalonych Ziem, to był jej świat, praca od świtu do zmierzchu i wierne służenie, aż do śmierci z wyczerpania. Jednak pomimo pozornej akceptacji gdzieś głęboko we swoim wnętrzu kryła palącą nienawiść do ludzi odpowiedzialnych za jej los. Dziewczyna powoli wyprostowała obolałe plecy, by zaczerpnąć łyk mętnej wody z małej podłużnej manierki, jedynej pamiątce, która pozostała jej po zmarłej matce. Tym gestem zwróciła uwagę jednego ze strażników, Halla, tego, który miał używał bata najczęściej. Dostrzegła jego obleśny uśmiech i jak najszybciej wróciła do pracy. Strażnicy byli potworami. Wiedziała, że nie warto ich prowokować, chociaż kilka siniaków więcej od tego przeklętego bata i tak nie robiło jej różnicy. Jak mawiała jej matka, lepiej nie wychylać głowy, posłuszeństwo jest na miarę złota. Rozległ się znajomy dźwięk gongu, który zwiastował zakończenie pracy. Strażnicy obowiązkowo spędzili obszarpaną gromadę brudnych i wycieńczonych ludzi. Ci, którzy widzieli już zbyt wiele wiosen ledwie trzymali się na nogach i strażnicy musieli wlec ich po piasku. Robotnicy wgramolili się do drewnianej zagrody, która była ich domem. Allis niechętnie obmyła twarz wodą z zardzewiałem misy i położyła się na swojej pryczy. Każdy dzień pracy wyglądał tak samo, kopanie w polu, sen, posiłek i znowu kopanie w polu. Cykl ten powtarzał się bez końca, nie pozostawiając złudzeń, co do lepszego jutra. Dziewczyna przez przymknięte powieki obserwowała obszarpane postacie mozolnie układające swoje udręczone ciała na wąskich pryczach. Wiedziała, że niektórym z nich pozostało niewiele czasu, strażnicy, co jakiś czas pozbywali się tych najsłabszych, zastępując ich, nowymi, silnymi robotnikami, którymi najczęściej byli pospolici złodzieje złapani w mieście. Jej pan, Rashkas nie tolerował opóźnień w dostawie Gramolitu, przez co wszystko musiało doskonale działać. Robotnicy wykopują drogocenne kamienie, a Rashkas sprzedaje je za szczere złoto Lordom z Nilportu, którzy przyozdabiają sobie nimi lśniące pancerze i przyłbice hełmów. Nie był to rzecz jasna odosobniony przypadek. Allis słyszała pogłoski, że w mieście w podobny sposób dorobiło się majątku kilku Handlarzy Gramolitem. -Niech będą przeklęci. - syknęła dziewczyna, uderzając boleśnie pięścią w ścianę. Zaskoczył ją ten nagły wybuch własnej frustracji. Odwróciła głowę i wstrzymała oddech w strachu przed wszędobylski mackami jej pana. Na własne oczy widziała, jak pewna kobieta przeklina jego imię, a na drugi dzień strażnicy wywlekają go na szafot. Nikt nie powinien mówić źle o ich żywicielu i protektorze, usłyszała w głowie słaby głos jej matki. Jej świadomość powoli odpływała do jedynego miejsca gdzie mogła znaleźć ukojenie i spokój, do świata snów, jednak jakiś ruch przykuł jej uwagę. W kącie zagrody, tam gdzie mętne światło świec nie miało dostępu, siedziała skulona postać. Dziewczyna powoli wstała ze swojej pryczy, żeby przyjrzeć się lepiej skąpanej w mroku twarzy. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, dostrzegła czarne włosy i niebieskie, przenikliwe oczy, które natrętnie świdrowały jej ciało. - Podejdź bliżej. – Rzekł szeptem mężczyzna i przyzwał ją gestem dłoni. Allis niechętnie zbliżyła się do niego, nie tracąc czujności. - Jak cię zwą? – Zapytał, kiedy zbliżyła się do niego, na bezpieczny dystans. - Allis – odparła niepewnym głosem. – Dlaczego siedzisz w tym kącie? Ktoś zajął twoją pryczę? Na te słowa mężczyzna parsknął śmiechem i jego krzywy uśmiech ukazał rząd białych, ale krzywych zębów. - Jestem Mirdur. – wyszeptał i podał jej naznaczoną bliznami dłoń. Dziewczyna ostrożnie ją uścisnęła. Nie mogła ufać nikomu, usłyszała głos matki w głowie, tym bardziej nowym niewolnikom, z których połowa z nich była wyjęta spod prawa. -Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Milczał przez chwilę, wciąż wpatrując się w jej oczy. Czuła, jakby jego wzrok przeszywał jej duszę. -Dręczą mnie koszmary. Nie zmrużę dzisiaj oka, podobnie jak wczorajszej nocy. Nic nie mogę z tym zrobić, dlatego siedzę tutaj i rozmyślam. Nie pozostało mi już nic oprócz tego. Wszyscy, których kochałem odeszli, a ja przetrwałem, chociaż wiem, że na to nie zasługuję. – Jego głos osłabł a twarz jakby postarzała się o kilka lat. - Co się z nimi stało? – zapytała ostrożnie. – Z twoją rodziną? - Zostali zesłani na północne stepy, skąd nikt jeszcze nie powrócił żywy. – odparł głosem wyzutym z uczuć. Dziewczyna poruszana wyznaniem obszarpanego mężczyzny usiadła obok niego. Dostrzegła głęboki smutek, z jakim się zmaga. Po chwili milczenia wpadła na pomysł. - Opisz swoje sny. Kiedy miałam koszmary, zawsze opowiadałam je swojej mamie. To mi pomagało, bo uświadamiałam sobie jak bardzo są nierealne i głupie. Mirdur westchnął spazmatycznie i otwarł policzki z kurzu. - Pracuję w polu, jak co dzień. Nagle zaczyna padać, lecz uświadamiam sobie, że to nie woda, tylko krew. Leje się z czarnego nieba strumieniami, zaczynam tonąć. Krztuszę się i próbuję się ratować, jednak tonę. I wtedy zazwyczaj się budzę, cały zalany potem. Nastała złowroga cisza. Wstrząśniętą opisem koszmaru Allis przeszedł dreszcz. Czuła, że już nigdy nie będzie wstanie pozbyć się z pamięci tego okropnego obrazu. - I co, przerażające, prawda? – zapytał niepewnie mężczyzna, widząc jej zatrwożoną minę. - Tak… - Mam nadzieję, że teraz rozumiesz, dlaczego nie mogę zasnąć… - westchnął i podciągnął kolana pod brodę. - Czy myślisz, że ten sen oznacza śmierć? – zapytała drążącym głosem.

Mirdur spojrzał na nią swoimi przenikliwymi oczami, które posmutniały jeszcze bardziej. - A cóż innego mnie tu czeka? Nas wszystkich…Tylko tego możemy się spodziewać. Za jakiś czas może przerzucą mnie na inną plantację, ale wiem, że moje dni są policzone. Takie jest piętno niewolnika. - Co takiego zrobiłeś, że się tu znalazłeś? - Zabiłem kogoś… – odparł niechętnie - W obronie własnej, rzecz jasna. Szkoda tylko, że wielmożni sędziowie z Harrstormu mieli na ten temat trochę inne zdanie. Allis poczuła się niepewnie. Prowadziła sobie pogawędkę z kryminalistą, zamiast wykorzystać cenny czas na sen, aby mieć niezbędną energię na jutrzejszy dzień pracy. Spojrzała na spowitą w mroku salę i zorientowała się, że reszta niewolników pogrążyła się już w niespokojnym śnie. - Muszę już iść. – wspomniała szybko, po czym obronnie dodała - Przepraszam, ale nie mogę ci dłużej towarzyszyć. - Rozumiem. – wychrypiał cicho niewolnik. Mężczyzna wyraźnie postarzał się w jej oczach. Skrywany długo smutek wypełzł na jego twarz, niczym pokraczna bestia. Żałowała go, ale musiała zadbać o własne przetrwanie, to było najważniejsze. - Dziękuję… – szepnął pożegnalnie, kiedy wstała i powolnym krokiem powlekła się do swojej pryczy. Spojrzała na niego po raz ostatni, rozmyślając, czy stanowi dla niej zagrożenie. Obawiała się, że okropna wizja z jego koszmaru, nawiedzi ją tej nocy. Gapiąc się na roztańczony płomień świecy, rozmyślała jeszcze długo, zanim nadeszła upragniona ciemność.

II

Hall, jak co świt przechadzał się po murze zachodniej bramy miasta. Była to dla niego odskocznia od monotonnego strzeżenia stada niewolnych, których mu przydzielono. Nie znosił tej roboty, ale lepsze to niż zostać wysłanym na front pustyni Kalachara, gdzie zastępy wojów toczyły bezowocne potyczki w imię prawa do wypalonego słońcem kawałka ziemi. Podobno w mitycznych kopalniach znajdowały się złoża cennych surowców, których Wielmożni straszliwie pragnęli. Hall sądził, że to bzdura i ta zgraja idiotów wyrzyna się na marne, ale dopóki nie musiał brać udziału w tym cyrku, ani trochę go to nie obchodziło. Oparł się o mur, wpatrując się w majaczące się w porannej mgle kontury zabudowań portu. Ponurą ciszę przerywały dźwięki wygłodniałych mew oraz szumu fal rozbijających się o nadbrzeżne skały. Woń morskiego soli oraz ryb przywoływał w jego głowie traumatyczne wspomnienia z morskich podróży, kiedy jako młody podrostek, zachęcony perspektywą szybkiego wzbogacenia się wziął udział w kilku niefortunnych wyprawie. Jak większość inicjatyw, które podjął w ciągu swojego marnego życia okazała się kompletną porażką. Miał jednak sposób na buzującą się w nim frustrację - lubił sprawić cierpienie słabszym od siebie. To było jedyne jego hobby, które ostało się z jego dawnego życia korsarza, a teraz miał materiał, na którym do woli mógł praktykować swoją pasję. Na wspomnienie o stadzie niewolnych z grymasem poprawił jedyny przedmiot, z którym nigdy się nie rozstawał - drewniany bat, wiernie spoczywający przy pasie. Miał już przejść do kolejnego posterunku na murze, który znajdował się na wschodniej bramie, kiedy jego duszę zmroził, przeciągły dźwięk rogu. Zdezorientowany gapił się chwilę przed siebie, starając zlokalizować się źródło niepokojącego dźwięku. Róg zabrzmiał ponownie tym razem znacznie głośniej. Przeklął siarczyście, przysięgając sobie w duchu, że osobiście ukarze sprawcę, który zakłóca spokój podczas jego warty i ruszył powiadomić zwierzchnika. Przemierzając rozległy mur zaobserwował, jak na wieżach obserwacyjnych, które były najwyższymi punktami na murach Nilportu, łucznicy niespokojnie przeczesują wzrokiem nieprzeniknioną, kłębiącą się nad portem, mgłę. I tak gówno zobaczą, pomyślał przelotnie. Mgła była zbyt gęsta. Trzeci, donośniejszy ryk rogu przeszył powietrzę, tym razem budząc autentyczny niepokój strażnika. - Ty tam! Żołnierzu! – szorstki krzyk sierżanta, odwrócił uwagę Halla – Weź kilku ludzi i natychmiast to sprawdźcie. Przez tę cholerną mgłę nic nie widzę. Chcę osobiście wychłostać tych chuliganów. Nikt nie mam prawa zakłócać porządku, kiedy ja tu dowodzę! - Tak jest! – wykrzyknął posłusznie Hall, uświadamiając sobie, że to szansa na wykazanie się. Tak niewiele brakowało mu do awansu i honorowej służby w osobistej straży królewskiej. Z dala od tej parszywej farmy niewolnych oraz uwłaczającego czyszczenia latryn. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, odnalazł równie zdezorientowanych strażników i dumnie wypinając pierś ruszył na swoją misję.

Kiedy wraz z powołaną drużyną dostał się do portowej wioski, w której zaniepokojeni mieszkańcy wychodzili z chat, mgła już nieco opadła. Biała ściana wciąż uporczywie ograniczała widoczność na morze. Hall polecił strażnikom, aby zaczęli wypytywać rybaków, czy aby nie zauważyli niczego podejrzanego, zaś on sam ruszył na zwiad na drewniane molo. Wzburzone stado mew wzbiło się gwałtownie w powietrze, wydając donośnie piski, kiedy jego kroki rozbrzmiały nad drewnianej przystani, wychodzącej w morze. Zauważył postać rybaka, który siedział na krańcu przystani, łowiąc ryby. Natychmiast ruszył w jego kierunku. - Ej, Ty! –warknął, zbliżając się pewnym krokiem. Rybak, nie zareagował, zupełnie jakby był pogrążony w śnie. - Jesteś głuchy?! – strażnik, wściekł się na dobre – Nikt nie będzie mnie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych