Dziewczynka z zębami
Losy dziewczynki o dziwnym uzębieniu i chłopca, który został seryjnym mordercą, przez wiele lat biegły osobno. W końcu splotły się w przerażającym spotkaniu, do którego doszło w pewnej mrocznej piwnicy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wszystko – jak to często bywa – zaczęło się od porodu. Należy zaznaczyć, że nie był on ani łatwy, ani przyjemny. Przyszła matka uczyła właśnie szczerbatego chłopca grać na pianinie – takie lekcje przynosiły bardzo dobre pieniądze – kiedy odeszły jej wody. Dzieciak, który jeszcze przed chwilą fałszował grubymi palcami na biało-czarnych klawiszach, otworzył szeroko oczy, jeszcze szerzej usta, zdołał wybełkotać „O mój Boże” i zemdlał, przewracając się do tyłu razem z fotelikiem pozbawionym oparcia. Potem wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie – chłopakowi z nosa pociekła krew, a matka zaczęła bardzo głośno krzyczeć. Darła się tak przeraźliwie, że usłyszała ją sąsiadka, która była już mocno wiekowa i słuch miała przytępiony od smutnego dnia, gdy jej wnuk zdetonował w mieszkaniu niewypał, który znalazł w lesie, niedaleko ich domu. Od tego czasu była niemal zupełnie głucha i jedyne, co wydawała się słyszeć, to widmowy głos swojego wnuczka, kiedy była zupełnie pijana i niewyraźnie widziała przed sobą jego rozszarpane zwłoki, które powoli zmierzały w jej stronę. Aż tak głośno krzyknęła matka, która miała wkrótce urodzić – i nie był to jej ostatni krzyk w tym dniu. Gdy zdenerwowany mąż prowadził auto, zdążyła go zwyzywać od sukinsyna, który musi tryskać swoją cholerną spermą wszędzie tam, gdzie nie trzeba. W szpitalu nie oszczędziła starszej pielęgniarki o równie piegowatej, co pomarszczonej twarzy – wygarnęła jej, że powyrywa resztki tych jej pielęgniarskich siwych kudłów, jeśli zaraz nie dostanie kurewsko mocnych środków przeciwbólowych. Na koniec serdecznie przywitała lekarzy, mających odbierać poród: „Jeśli nie sprawicie, bando kretynów, że urodzę tego bękarta, który okłada mnie od środka, w mniej niż pół godziny, to nakarmię waszym ścierwem bezdomnych na dworcu.” Nie wiadomo, czy lekarze byli drażliwi, czy może dziecko zdecydowało się dokuczyć matce za jej wyzwiska pod jego adresem – faktem jest, że poród trwał osiemnaście godzin, a pod koniec sala wyglądała, jakby ktoś próbował wyciągnąć noworodka hakiem rzeźnickim. Ostatnie pięć minut stało pod znakiem utraty zarówno dziecka, jak i matki. I przez te trzysta sekund wszyscy zgrzytali zębami z nerwów; lekarze, ojciec w poczekalni, pielęgniarka, która sprawdzała przed lustrem, czy naprawdę ma przerzedzone włosy i sama matka. W końcu kobieta przestała słyszeć nawet swoje krzyki i przed oczami miała tylko wielkie, śnieżnobiałe zęby, które nie przestawały się o siebie ocierać tak mocno, że aż leciało z nich szkliwo. Była przekonana, że zwariuje, ale wtedy minęła piąta minuta i dziecko wreszcie pojawiło się na świecie. Bardzo długo nie chciało przyjąć tego do wiadomości i przez chwilę wszyscy na sali – o, ironio – zamarli, przekonani, że urodziło się nieżywe. Kiedy w końcu otworzyło usta – zaczęło krzyczeć i trzeba przyznać, że robiło to dużo głośniej niż matka. Niektórzy – mimo że minęło wiele lat od tego wydarzenia – przysięgają, że przeraźliwy wrzask, dobiegający ze szpitala, usłyszała nawet sąsiadka młodego małżeństwa, na chwilę przed tym, nim zmarła. Prawda była taka, że jej serce przestało bić, bo wypiła zbyt dużo i umarła ze strachu, gdy wydawało jej się, że zwłoki wnuczka zaczynają się o nią ocierać, a jego ciepła krew wlewa jej się do gardła. Tak skończyło się jej życie i tym samym udział w tej historii, a samo niemowlę, które nie mogło przestać krzyczeć, nigdy się o niej nie dowiedziało. Dziecko nazywało się Hope i gdyby nie drugi poród – który wydarzył się dokładnie w tym samym dniu, ale w zupełnie innym miejscu – wiodłoby bardzo szczęśliwe i beztroskie życie.
Dziewczynka dostała imię, które nie było ani ładne, ani brzydkie. W szkole nigdy jej z tego powodu nie dokuczano – robiono to z innego powodu, ale o tym później – a wielu chłopców, których poznała, przekonywało ją, że nazywa się bardzo seksownie. Dziecko płci męskiej nie miało tyle szczęścia. Pierwszymi słowami, które usłyszało zaraz po urodzeniu – chociaż wtedy, oczywiście, jeszcze ich nie rozumiało – były:”Jeśli już urodziłaś tego brudasa to chyba możemy się w końcu dymać?!”. I rzeczywiście, ojciec chłopca – bo to on był mężczyzną obdarzonym tak nikczemnym brakiem subtelności – wsunął swojego penisa w miejsce, z którego wypadł brudas, parę minut po odcięciu pępowiny brudnym nożem, którym równo często ciął szynkę, jak i wydłubywał ziemię z paznokci u nóg. Tak przebiegły chrzciny noworodka i chłopak już nigdy nie miał dostać innego imienia – został Brudasem aż do brutalnej i bardzo bolesnej śmierci, która spotkała go wiele lat później. Oczywiście, coś tam wpisano mu w dokumentach, ale nigdy ich nie przeczytał – nie wiedziałby zresztą, jak to zrobić, bo od małego zajmowały go rzeczy zupełnie inne niż nauka. Po raz pierwszy zabił zwierzę, gdy miał zaledwie cztery lata. Bawił się w piwnicy – robił to często, bo lubił ciemność i wydawało mu się, że ona lubi też jego – kiedy dostrzegł spasionego szczura przemykającego między pustymi puszkami piwa, rzuconymi niedbale pod jedną ze ścian.. Małe oczka zwierzęcia spotkały się z małymi oczkami dziecka i oba umysły – wtedy jeszcze na bardzo podobnym poziomie – zrozumiały, że tylko jedno z nich przeżyje ten dzień. Szczur zasyczał, niczym swój największy wróg kot, i ruszył w stronę pulchnego i dziwnie pozbawionego włosów przeciwnika. Brudas nie próbował uciekać – zresztą chodził wtedy jeszcze bardzo nieporadnie i lepiej sobie radził raczkując – tylko obserwował zbliżający się futrzasty kawał mięsa. Gdy szczur podskoczył, celując drobnymi, ale boleśnie ostrymi zębami w krtań, czterolatek uderzył go ręką, kiedy ten frunął jeszcze w powietrzu. Zwierzę upadło ciężko na ziemię i zanim zdołało obrócić się na cztery łapy, dzieciak wsadził mu swój mały kciuk z bardzo dużym, bo nieobcinanym paznokciem, prosto w pysk, wbijając go w podniebienie. Wtedy szczur zacisnął zęby, w oczach dziecka pojawiły się łzy, ale z jego ust, oprócz cichego sapnięcia, nie wydobył się żaden dźwięk. Krwi było coraz więcej, jej krople leniwie zwilżały glebę, ale żadne z nich nie chciało się poddać. Ten klincz trwał jakieś trzy, może cztery minuty. W końcu Brudas podniósł szczura do swojej buzi i zatopił ząbki w jego pokrytej rzadkim futrem szyi. Śmierć nastąpiła szybko, dużo szybciej niż każde z nich się spodziewało i nieruchome ciałko spoczęło na ziemi. Łapki drgnęły jeszcze parę razy, jakby chciały uciec w jeden z mrocznych i bezpiecznych kątów, ale truchło pozostało na miejscu. Czterolatek patrzył na nie zaciekawiony, w końcu pochylił się nad nim i zaczął pić jego krew. Pił bardzo długo, aż poczuł, że jest mu niedobrze, a w szczurze nie została ani jedna kropla. Dopiero wtedy Brudas zauważył, że jego kciuk wciąż tkwi pomiędzy zębami zwierzęcia. Dopiero wtedy poczuł ból, pulsujący i zmierzający w stronę jego głowy. Ale to go nie interesowało – próbował zrozumieć uczucie, które pojawiło się, kiedy przegryzał tętnicę zwierzęcia, a w jego gardle lądowała krew i kawałki mięsa pokryte brudnym futrem. Nie wiedział jeszcze, co to jest, ale wtedy, kiedy jego ojciec spał pijany na kanapie, matka sikała na dworze – nie mieli w domu toalety – podświadomie poczuł, że przyjemność, która płynie z zabijania jest dosłownie nie z tej ziemi. I właśnie dlatego Brudas mordował przez całe swoje życie.
Jeśli chodzi o pierwszy, drugi, trzeci i czwarty rok życia Hope – nie wydarzyło się nic ciekawego. Za to trzy tygodnie po swoich piątych urodzinach, po raz pierwszy pojechała na konkurs piękności dla dzieci. Dla jej mamy nie było w tym nic dziwnego – Hope była ślicznym dzieckiem i to jednym z tych, które naprawdę są bardzo ładne i nie potrzebują przesłodzonych kompletów rodziców, by to potwierdzać. Miała brązowe oczy – chociaż na czas konkursu matka dawała jej błękitne szkła kontaktowe – śliczną, może nieco pulchną, ale wciąż bardzo ładną twarz i uśmiech, który roztapiał serca wszystkich, których nim obdarzała. Zęby miała jak każde dziecko w tym wieku – trochę krzywe i nie do końca białe, ale bardzo o nie dbała. Szorowała je rano i wieczorem; szorowała je po każdym posiłku; szorowała je już po zjedzeniu zupy, a jeszcze przed drugim daniem – tak na wszelki wypadek. Nie robiła tego z obawy przed próchnicą. Po prostu lubiła świeżość, jaką wypełniała się jej buzia i jeszcze – a może przede wszystkim – czuła do swoich zębów sympatię porównywalną z ta, większość dzieci czuje do zwierząt. W dniu, w którym matka dała jej sztuczną szczękę – idealnie białe i równe kostki, pociągnięte pastą, która sprawiała, że lśniły jeszcze mocniej w świetle reflektorów – zaczęła płakać, prawie tak mocno, jak te parę minut po urodzeniu. Zatykając buzię uciekła z budynku, w którym odbywał się konkurs zanim ktokolwiek zdołał ją zatrzymać. Odnaleziono ją po pół godzinie – siedziała grzecznie na ławce, wpatrując się w billboard z idealnymi uśmiechami ludzi, którzy reklamowali pastę do zębów. Cóż, Hope była nieco dziwną dziewczynką, ale nie w mroczny sposób, jak Brudas. Lubiła o sobie myśleć, że jest zupełnie normalna i może nawet całkiem sympatyczna – i miała w tym sporo racji. W przeciwieństwie do wielu dziewczynek, które występowały w dziecięcych konkursach piękności, nigdy nie była zadufana w sobie. Nie uważała się za ideał i było jej bardzo przykro, kiedy inne dzieci nie zdobywały tytułów, które przypadły jej. Co więcej, uważała te pokazy za coś głupiego, ale nigdy nie przyznała się do tego swojej matce ani ojcu – nie chciała im sprawiać przykrości. Hope przestała zdobywać tytuły dopiero wtedy, kiedy bardzo stanowczo sprzeciwiła się noszeniu sztucznej szczęki. Jej szczerbaty, choć i tak najładniejszy, a przede wszystkim szczery uśmiech, nie trafiał do sędziów, którzy bardziej upodobali sobie odrażającą sztucznotę bijąca z wypacykowanych twarzy dzieci, które padły ofiarą chorych ambicji swoich rodziców. Pierwsze mleczaki wyleciały jej w środę, na trzy dni przed międzystanowym, bardzo ważnym konkursem. Trochę płakała i od tego płaczu mocno opuchła jej twarz. Załzawionymi oczami wpatrywała się w swoje zęby i obiecała im – w końcu bardzo je lubiła – że nigdy ich nie wyrzuci. Tak też zrobiła. Wszystkie mleczaki trzymała w małym pudełku, które dawno temu dostała na gwiazdkę. Hope w swoim dorosłym życiu przeprowadzała się wiele razy, ale każdej przeprowadzce towarzyszył znajomy chrzęst, dobiegający z jednej z toreb. Zanim jednak stała się kobietą, była tylko dzieckiem, które nie pojechało na bardzo ważny konkurs. I dobrze się stało. Gdy wybory dobiegły końca, urządzono ogromny bankiet, na które zaproszono pięcioletnie i sześcioletnie misski. Na przyjęciu był alkohol, choć nie powinno go tam być. Na przyjęciu, grubo po północy, były jeszcze dzieci, choć nie powinno ich tam być. Aż w końcu, koło czwartej nad ranem – a może wcześniej, ale nikt nie zwrócił na to uwagi – trzy dziewczynki zniknęły. Można powiedzieć, że to był pierwszy raz, kiedy Hope uratowały zęby, bo była wielką faworytką tych wyborów i najprawdopodobniej wygrałaby w cuglach. Wszystkie konkurentki się znalazły – w apartamencie głównego sędziego, który był też nauczycielem w pobliskiej szkole podstawowej. Dwie już nie żyły, trzecia zmarła w drodze do szpitala – wszystkie na skutek bardzo brutalnych stosunków, które doprowadziły do przemieszczenia, a niektóre nawet do rozerwania, narządów wewnętrznych i powolnych śmierci w męczarniach.. Sprawa pedofila odbiła się szerokim echem na całym świecie i przynajmniej na jakiś czas sprawiła, że dziecięce konkursy piękności znikły z map imprez. Matka Hope przyszła w ten dzień do jej pokoju, usiadła na łóżku i przytuliła córkę. Trzymała ją tak dobre pół godziny, szepcąc do ucha: „Kocham cię, kocham cię”. Pocałowała ją później w czoło, przykryła kołderką, aż po samą szyję i życzyła dobrej nocy. Wiedziała, że nie musi przypominać o umyciu zębów. Dziewczynka już nigdy więcej nie pojechała na żadne wybory, ostatniego mleczaka straciła dwa lata później, a kiedy poszła do szkoły podstawowej dostała przezwisko, które zawdzięczała swoim nietypowym jedynkom.
Nauka i samo życie Brudasa, biegło zupełnie innym torem, a właściwie dwutorowo. Raz on coś zabijał, a raz jego ojciec bił go tak, że nie mógł chodzić. Nie dlatego, że zasłużył – tak po prostu musiało być, bo każdy ojciec jest przede wszystkim od tego, żeby bić własne dziecko. Brudas przyjmowało to, jako oczywistość i nie kłopotał sobie tym głowy. Tak naprawdę, na niej miał zupełnie inne rzeczy. W wieku siedmiu lat zaczął budować szałas głęboko w lesie i ukończenie go zajęło mu prawie trzy lata. Gdyby był normalnym dzieckiem bawiłby się tam w fort, polowałby na Indian i uciekał przed dinozaurami. Zamiast tego, przynosił tam swoje ofiary. Nóź, który wykonał całkiem sam, cierpliwie ostrząc kawałek kamienia, który znalazł w strumieniu, służył mu do zdzierania skóry ze zwierząt. Na początku męczył się z tym bardzo i bywało, że cały proces zajmował mu dwa, a nawet trzy dni. Z czasem doszedł do niemal profesjonalnej wprawy i po zaledwie paru godzinach mógł ustawić na półce – bardzo solidnie wykonanej – czaszkę zwierzęcia, czystą jak łza, bo obmytą w strumieniu i dokładnie pozbawioną choćby najmniejszych kawałków mięsa. Ktoś mógłby zdziwić się dlaczego Brudas spędził ponad trzy lata pracując nad swoim domkiem. Nie był to zwykły szałas – był zbudowany z prawdziwych desek, które podkradał z szopy, a w środku stał porządny, choć nieco krzywy, stół, i wspomniana już wcześniej półka na trofea. Wkrótce okazało się, że potrzebuje więcej miejsca i jego kryjówka zaczęła przeobrażać się w muzeum martwych zwierząt. Liczył czaszki codziennie, nawet jeśli nie przynosił żadnej nowej. W wieku jedenastu lat miał ich już ponad dwieście i, żeby to uczcić, ukradł ojcu piwo. Pierwszy łyk alkoholu nie mógł się równać z pierwszym zabójstwem, ale smakował na tyle dobrze, że zapragnął go jeszcze więcej. O tyle, o ile Brudas był bardzo utalentowanym zabójcą, to jego umiejętności prześlizgiwania się niezauważonym przypominały wrzucenie uchlanego do granic możliwości słonia do muzeum chińskiej porcelany. Nie zwrócił uwagi na trzeszczące, trochę zbyt głośno, drzwi od lodówki ani deski, które z każdym krokiem zdradzały jego pozycję. Ale to wszystko nie obudziło ojca – zrobił to dopiero trzask drzwi wejściowych, których Brudas nieopatrznie nie przytrzymał, zapominając, że wieje wyjątkowo mocny i złośliwie porywisty wiatr. Z drugiej strony, możliwym jest, że zrobił to wszystko specjalnie, bo mordowanie zwierząt przestało stanowić dla niego jakiekolwiek wyzwanie już dawno temu. Ojciec, ruszając jego śladem, zamknął ze sobą drzwi wejściowe i już nigdy nie miał ich otworzyć. Wchodząc do szałasu, który zbudował jego syn, musiał poczuć się podobnie jak szczur, z którym Brudas zmierzył się niemal siedem lat wcześniej. I tym razem walka, choć zacięta, trwała bardzo krótko. Po wszystkim chłopiec usiadł na podłodze – to była naprawdę dobra podłoga, zrobiona z ciemnych desek, w kolorze których nie było widać brunatnych, wysuszonych plam krwi – i przypatrywał się swojemu dziełu. Ojcem wstrząsnęło kilka drgawek, a palce raz po raz zaciskały się na lisiej czaszce, którą Brudas wbił mu w twarz. Wieczorem matka zrobiła usmażyła steki – nie zainteresowała ją nieobecność starego ani to skąd jedenastolatek wziął bardzo dobre, choć nieco zbyt żylaste mięso.
Na dwa lata przed dniem, w którym Brudas zabił ojca i zjadł go wespół z rodzicielką, Hope została Koniem. Stało się to parę miesięcy po tym, jak ostatni mleczak wylądował w pudełeczku – Hope lubiła je liczyć i czasem zastanawiała się, czy {i}ktoś, gdzieś robi coś podobnego{/i}. W dalszym ciągu bardzo dbała o zęby i szorowała je z prawdziwą czułością, a przed snem mówiła im dobranoc. A one, jakby chcąc się odwdzięczyć, rosły, bardzo zdrowe i silne. Jej dentysta zachwycał się nimi przy każdej wizycie, a kiedy już było po – dawał jej lizaki, które Hope przyjmowała, ale zamiast zjeść, rozdawała dzieciom w szkole.
Dobrze pamiętała, które ząbki „wykiełkowały” – uważała to za duże ładniejsze i bardziej adekwatne określenie – jako pierwsze, a które jako ostatnie. Zaczęło się od tych z tyłu i tak rosły, jeden po drugim, aż do kompletu brakowało już tylko obu jedynek. Hope bardzo się ucieszyła, kiedy w końcu się pojawiły. Co więcej, była rozradowana niczym szesnastolatka, która na szesnaste urodziny dostaje hummera ze złoconymi felgami. Zęby chyba też były zadowolone, bo z każdym tygodniem rosły coraz bardziej – ale tylko owe nieszczęsne jedynki. Dentyście już dawno przestały się podobać, a matka delikatnie zaczęła zwracać jej uwagę, że może nie powinna tak szeroko się uśmiechać na zdjęciach, z których robili kartki bożonarodzeniowe rozsyłane później do rodziny i znajomych. Hope stanowczo się temu sprzeciwiała i, chociaż wiedziała, że coś jest z nimi nie tak, to kochała je tak samo, jak wszystkie pozostałe. Na przekór matce wyćwiczyła sobie istny wyszczerz, który, przy obiedzie z okazji Święta Niepodległości, brat ojca określił jako nieślubne dziecko zębów królika Bugsa i {i}tego wielkiego sukinsyna ze „Szczęk”{/i}. To był koniec wieloletniej tradycji wysyłania kartek, ale nie kłopotów Hope.
Gdyby ktoś zapytał ją, skąd wzięło się jej przezwisko, pewnie odpowiedziałaby, że nie pamięta. Ale to nie byłaby prawda. Długa przerwa, na której została „ochrzczona”, przeszła do legendy przekazywanej sobie z rocznika na rocznik W szkole, do której chodziła Hope, był pewien uczeń, z racji swoich wyłupiastych oczu i potężnego brzucha, nazywany Homerem. W przeciwieństwie do swojego imiennika z Simpsonów nie był specjalnie sympatyczny, czy choćby w najmniejszym stopniu zabawny. Owszem, nie należał do najbystrzejszych, ale braki umysłowe rekompensował siłą, której mogliby mu pozazdrościć dużo starsi chłopcy. I – co niestety nie jest niczym niezwykłym w szkołach – Homer miał nieprzyjemny zwyczaj okradania tych, którzy byli od niego dużo mniejsi, słabsi lub po prostu lepiej wychowani. Tak ja chłopiec w okularach, który marzył o zostaniu ogrodnikiem i przerwy spędzał – choć nikt go do tego nie zmuszał – na podlewaniu roślin stojących na szkolnych korytarzach. Gdyby nie on, pewnie już dawno by ich tam nie było, ale dla takiego Homera nie miało to żadnego znaczenia.
Chłopczyk nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo bolesna mogą być igły kaktusa, jeśli ściśniesz roślinę z całej siły – a to właśnie kazał mu zrobić Homer. Wokół nich zebrał się spory i bardzo głośny tłumek dzieci – niektóre patrzyły z przerażeniem na trzęsące się ręce ofiary, większość się śmiała. Hope nie było w żadnej z tych grup – gdy zobaczyła, co się dzieje, rzuciła się prosto w wir wydarzeń. Ani jeden, ani drugi nie zobaczyli jej, aż do momentu, w którym stanęła tuż za nimi i wspinając się na palce uderzyła oprawcę z całej siły w tył głowy. Pięść odbiła się od twardej czaszki, Hope pisnęła z bólu, ale Homer lekko się zatoczył. Z niedowierzaniem spojrzał na przeciwnika – nikt do tej pory nie odważył się stawić mu czoła, tym bardziej nie spodziewał się więc drobnej dziewczynki. Wśród dzieci – nawet tych, której do tej pory pękały ze śmiechu – zapanowała cisza. Cisza pełna wyczekiwania. Takiego spokoju nie było w tej szkole nawet podczas lekcji chemii, a nauczycielka należała do tych, które lubiły przylać linijką po łapach. Homer zrobił się cały czerwony na twarzy – dosłownie. Żadne z dzieci do tej pory nie widziało, żeby ktoś przybrał taki kolor – wydawało się, że za chwilę z uszu poleci mu para. - Nie żyjesz. – wydusił przez zaciśnięte zęby (dużo brzydsze niż te, które miała Hope) i wyciągnął przed siebie dłonie zaciśnięte w pięści. Wtedy stała się pierwsza z dwóch rzeczy, o których opowiadano z wypiekami na twarzy jeszcze wiele lat później. Hope chwyciła za kaktus, który wciąż tkwił w dłoniach „ogrodnika” i wyrwała go szybkim ruchem – chłopiec był tak zaskoczony, że nie zdążył nawet syknąć z bólu. Następnie rzuciła go w stronę Homera. Ten, zupełnie odruchowo, złapał go lewą ręką i wypuścił w chwili, kiedy igły głęboko mu się w nią wbiły. A potem Hope kopnęła go w krocze. - Auuuu… - szepnął, wdychając równocześnie powietrze i upadając na kolana. Był tak wysoki, że nawet wtedy Hope była zaledwie równa mu wzrostem. Na jego spodniach, zrazu pomału, potem coraz szybciej zaczęła rozlewać się ciemna plama moczu. I nagle wszyscy zaczęli się śmiać, a im głośniej to robili tym więcej osób zbierało się wokół nich. Homer płaczliwie rozglądał się dookoła, szukając jakiejkolwiek szansy by odzyskać resztki respektu, którym cieszył się tak niedawno. Spojrzał nienawistnie na Hope i zmarszczył brwi, starając się wyglądać najgroźniej, jak tylko potrafił. - Tak się nie robi! Nie wolno tak robić chłopcom. Ty… Ty… Pieprzony koniu! – wykrzyknął w końcu, a jego twarz wykrzywił grymas, który nie wiadomo czy był uśmiechem, czy wyrazem bólu. Na Hope nie zrobiło to żadnego wrażenia, tak samo, jak na dzieciach, które nie przestawały się śmiać ani wytykać palcami mokrych jeansów. Podeszła do Homera i wyszczerzyła swoje końskie zęby najbardziej jak mogła – w sposób, jaki szczerzyła je na kartkach bożonarodzeniowych – i zapytała: - Wiesz już, jak kopie ten pieprzony koń. Chcesz zobaczyć jak gryzie? – po tych słowach kłapnęła mu zębami tuż przy samym nosie. Dla Homera to było już zbyt wiele – z trudem wstał z klęczek i zaczął uciekać.
Od tamtej pory często miał koszmary. Śniło mu się, że są wakacje, a on pracuje na farmie. Kładzie się w świeżym stogu siana, wdycha jego zapach i wpatruje się w błękitne niebo, bez żadnej chmurki. Ta sielanka szybko się kończy – przerywa ją tętent kopyt, które, sądząc po głuchych, tubalnych odgłosach, jakie wydają, muszą należeć do ogromnych koni. Zwierzęta otaczają go, a każde z nich wydaje się uśmiechać, szczerząc zęby tak, że szczęki wydają się być równe ich czaszkom. Tak się to zaczyna. Część z nich szarpie go za penisa, reszta pożera nos, oczy i zdziera mu skórę z głowy. Zawsze wtedy się moczył. Przestał dopiero, kiedy miał szesnaście lat, a zaczął to robić ponownie, gdy na jego karku pojawił się sześćdziesiąty piąty krzyżyk i jego pęcherz przestał go słuchać.
W taki oto sposób dziewczynka o zębach, jak królik Bugs została Koniem. Z czasem jej bójka (określana często mianem Ostatniego Wielkiego Pojedynku pod Kaktusowym Wzgórzem) obrosła małą legendą, a jej końcowa wersja, którą opowiadano sobie dobre dwadzieścia lat później, mówiła, że Homer wypadł przez okno z kaktusem wbitym w tyłek, a sama Hope nosiła naszyjnik z jego odgryzionym nosem. I choć brzmiało to dramatycznie, to w porównaniu z życiorysem Brudasa wydawało się prawdziwie dziecięcą igraszką.
Matka miała dużo więcej szczęścia – a może rozumu – niż jego ojciec. Nigdy nie śledziła Brudasa, nie wyżywała się na nim, co więcej, najczęściej ustępowała mu z drogi. Przeżyli razem do momentu, gdy parę tygodniu po Bożym Narodzeniu poszła się wykąpać w pobliskim strumieniu. Nie wiadomo, czy najpierw upadła i rozbiła sobie głowę, a potem zamarzła, czy może na odwrót. Samego Brudasa nigdy to nie interesowało. W momencie, gdy znalazł jej zwłoki zrozumiał, że jego czas w tym miejscu się skończył i przyszła pora, by ruszyć w świat. Miał wtedy szesnaście lat – choć wyglądał na trzynaście – nieco powyżej stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu i ważył zawstydzające czterdzieści dwa kilo. Ubrania, które, chcąc nie chcąc, odziedziczył po ojcu wisiały na nim, jak na lichym strachu na wróble.
Wędrówka do celu zajęło mu sześć dni i tyle samo nocy.. Najpewniej nie zaszedłby tak daleko, gdyby nie jego doświadczenie w zabijaniu zwierząt – dzięki swoim umiejętnościom dzień w dzień jadł mięso. Było dla niego bez znaczenia, czy był to szczur, czy coś większego - liczyło się tylko przetrwanie. Wkraczając do miasta, rozglądał się wokół siebie z szeroko otwartą buzią. Nigdy w życiu nie widział tylu budynków, samochodów, a przede wszystkich takich fal ludzi, którzy przelewali się z jednego brzegu ulicy na drugi. Na widok tych ostatnich jego pierwotne instynkty, przytłumione na razie ogromem bodźców, do których nie był przyzwyczajony, warczały w podświadomości, jak wściekłe, głodne psy próbujące zerwać się z łańcucha.
Pierwsze tygodnie były dla niego bardzo ciężkie i zdarzało mu się myśleć, że powinien wracać do siebie. Prymitywny mrok lasu odpowiadał mu bardziej niż industrialna ciemność bocznych alei. Tu potrzebował pieniędzy, a nie miał pojęcia jak mógłby je zarobić. Przede wszystkim zaś nie miał, gdzie się podziać. Sypiał między śmietnikami, a czasem w samych kontenerach. Nigdy nie przeszkadzał mu zapach, doskonale pamiętał, że jego ojciec miał tendencje do niemycia się całymi miesiącami, a bieliznę, którą nosił, przy odrobinie wysiłku można by rozłupywać kamieniami. Gdy przychodziło lato i gorące promienie słońca nagrzewały ich pozbawiony klimatyzacji dom, smród wydawał się być gorszy od woni rozkładających się zwłok – ta zresztą kojarzyła się Brudasowi ze błogością i spokojem jego szałasu ukrytego wśród drzew. W końcu, nie po raz pierwszy zresztą, szczęście mu dopisało, zadając kłam przekonaniom o sile karmy. Traf chciał, że jednego wieczoru, nie zdając sobie absolutnie z tego sprawy, zasnął przy tylnim wyjściu klubu sportowego. Tam znalazł go jeden z trenerów, a będąc człowiekiem o twardych rysach, lecz miękkim sercu – przygarnął go. Brudas latał więc późnymi wieczorami z mopem, czyszcząc krew pozostałą na ringu, brał młotek i przybijał deski, które wydawały pomału żegnać się z parkietem, a przede wszystkim, po raz pierwszy od czasu swoich urodzin, pędził zupełnie normalne życie. Były momenty, że tęsknił do swojej kolekcji i zdarzało mu się pociągać
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil reaktywacja_pstraga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…