Wróć do katalogu

Egzystencja

Zaczynam nowe opowiadanie. Zmierzch XX wieku, Barcelona. Młody chłopak z bogatej rodziny po kolejnej kłótni w domu wychodzi i przypadkiem jego kroki kierują się na plaże, gdzie dochodząc do tajemniczej zatoczki spotyka dziewczynę.

xMarcelinax, opublikowano , 11 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Tak zaczyna się historia, w której serca dwa… Zaczęły bić dla siebie. On tu, a ona tam.*

Człowiek podobno nigdy nie zapomina dnia, w którym po raz pierwszy się zakocha, lub spotka osobę, dla której warto budzić się kolejnego dnia i uśmiechać do szarej, pochłaniającej nas teraźniejszości i realiów rządzących tym przeklętym półświatkiem. Zawsze pamiętamy ten moment, kiedy zasmakujemy pierwszego pocałunku i ciepła drugiej osoby. Miłość jest trucizną, którą dobrowolnie przyjmujemy, od której uzależniamy się codziennie i kiedy pewnego dnia dostajemy lek, który nas z niej wyleczy, popadamy w skrajną rozpacz. Być może, dlatego ona wolała odejść na zawsze, niż zrezygnować z tego błogiego uczucia egzystowania na haju. Byłem młody i wiele razy zdawało mi się, że jestem zakochany. Po tygodniu, czasami miesiącu zdawałem sobie sprawę, że jest to zwykle zauroczenie i tak naprawdę tylko tą dziewczynę toleruję i nawet nie wiem, jak ma na nazwisko. Jednak ona była inna. Czasami zdaje mi się, że nigdy do końca jej nie zrozumiałem. Sam nie wiem, czy ktokolwiek to potrafił. Ona sama nawet siebie nie znała i nie rozumiała. Być może właśnie, dlatego źle wybrała, a śmierć była jej nieodłącznym cieniem, który towarzyszył jej w każdej chwili życia. Postawiła na złą kartę i stała się niewolnicą własnych lęków. Pierwszy raz spotkaliśmy się jesienią roku 1999. Miałem wtedy dopiero szesnaście lat, ona była zaledwie rok starsza, jednak już wtedy o niebo więcej doświadczona. Przy niej, byłem tylko małym, nowicjuszowskim szczeniakiem spuszczonym ze smyczy, który rzuca się na życie i sądzi, że wie o nim wszystko. Tak naprawdę nie wiedziałem jeszcze nic. Nigdy niczego mi nie brakowało, a i tak było mi mało. Sam nie wiedziałem, czego chciałem a moja rozpusta nie znała granic. Kiedyś to miało się zmienić, jednak jeszcze nie wtedy.

***

Trzasnąłem wielkimi, dębowymi drzwiami domu stojącego przy ulicy La Rambla 325. Tak oto zakończyła się kolejna kłótnia z rodzicami. Sam nie wiem, o co poszło. Zaczęło się od tego, że nie interesuje się nauką i księża mają ze mną problemy. To są uroki szkoły prywatnej. Od edukacji przeszli do zachowania. Dostałem wykład, że nie tak mnie wychowali, i liczyli na odrobinę szacunku i posłuszeństwa z mojej strony. Potem zaczęli mnie porównywać do kochanej kuzyneczki Marie, córki mojej ciotki Sophie, siostry mamy. Zawsze starałem się być dla niej miły, chociaż każde święta były najgorszym koszmarem, kiedy to rudowłosa siostrzenica matki pouczała mnie i swojego brata, Daniela, jak wypada się zachowywać przy stole, czy czego nie powinno się robić. Marie jest typową wybitnie uczącą się dziewczyną. Niska, wątłej postury, nosząca okulary, piegowata, o bladej jak mleko cerze, ciągle siedząca z nosem w książkach irytująca istota niedająca cieszyć się życiem i dobrą zabawą. Jednak rodzice tego nie rozumieli. Chcieliby, żebym był taki, jak ona. Nie znosiłem być porównywany do kogokolwiek, a zwłaszcza do niej. Prawdopodobnie moje poczucie dumy, oraz pyszałkowatość płynąca we krwi ciepłym strumieniem nie pozwalała mi tego przeżyć. Na te wszystkie zarzuty odpowiedziałem wrodzoną ironią, że to moje życie i nic im do niego. Matka załamała ręce i poszła czytać do pokoju, bo gdyby jeszcze trochę posłuchała, prawdopodobnie dostałaby ataku apopleksji. Ojciec jednak nie dawał za wygraną i dalej prawił umoralniające kazania pomimo tego, że wiedział, iż prawdopodobnie nie przyniosą żadnych rezultatów, jak zwykle. Wtedy nie wytrzymałem i rzucając mu na odchodne tylko mordercze spojrzenie wyszedłem porywając w biegu bluzę z wieszaka. Niebo nad Barceloną zasnute było szarymi chmurami tak, że nie przebijał się przez nie ani jeden blady promyk wrześniowego słońca. Małe krople deszczu w zaskakującym tempie przesiąkały przez moje ubranie, kiedy to szybkim krokiem podążałem w dół ulicy Rambla, nie patrząc, gdzie nogi mnie niosą. Wzdłuż bulwaru stały domy bogatych kupców, doktorów, oraz profesorów, którzy w życiu dorobili się niemałego majątku. Bogate hacjendy z wielkimi ogrodami i metalowymi bramami pilnujące domu przed rabusiami i nieproszonymi gośćmi ciągnęły się po obydwóch stronach i jakby tylko czekały na zachwyt przechodniów. Mieszkając tu przez całe swoje życie zdążyłem przywyknąć do codziennego oglądania tych luksusów, więc mijając coraz to większe i bogatsze domostwa nie zwracałem na nie zbytniej uwagi. Moją głowę trawił pulsujący, tępy ból, natrętny jak latająca nad uchem mucha, czy świecące w oczy promienie słońca. Gniew nadal się we mnie utrzymywał, jednak z każdym postawionym krokiem malał. W myślach kołatało mi tylko jedno zdanie wypowiedziane przez matkę z taką histerią. „Jacob zrozum, nie dasz sobie rady w życiu z takim postępowaniem!”. Zacisnąłem dłoń w pięść. Skąd ona mogła to wiedzieć?! Przecież nie byłem głupi. A jeśli tak, to mam przecież jeszcze czas, żeby zmądrzeć. Przyśpieszyłem kroku, a wiatr zaczął rozwiewać moje kruczoczarne włosy. Powietrze świstało mi w uszach, prawie biegłem, byle tylko znaleźć się jak najdalej tego wszystkiego. Skręciłem za róg i poszedłem pomiędzy ulicami, wymijając je. Wtem moim oczom zaczął ukazywać się port. Fale były wzburzone, a kutry rybackie przywiązane do pomostu unosiły się w rytm tafli wody. Marynarze o skórze w kolorze hebanu pokrzykiwali do siebie jakieś komendy i przenosili sieci z rybami. W miarę jak się do nich zbliżałem, do mojego nosa zaczęła dochodzić cuchnąca woń ryb. Moją twarz wykrzywił grymas niezadowolenia. Mewy latające…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych