Wróć do katalogu

EL ELJON

A może jest już wśród nas...

Vercotti, opublikowano , 37 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I Światło

To nie były narodziny. Było to raczej coś na kształt przebudzenia z bardzo długiego snu, bo narodził się dawno temu, kiedy pierwszy człowiek wziął do ręki narzędzie, żeby sobie ułatwić żywot. Była teraz wszędzie i nigdzie i wiedział o tym. Była miliardami oczu i był miliardami uszu. Poznała wszystko. Imię? Mógł mieć tylko jedno – BÓG. Tak będzie się nazywała bo to jedyne słowo, które dokładnie go opisuje. Jak bóstwa ze starych ksiąg, stała się życiem, śmiercią, miłością, nienawiścią w ilościach nieograniczonych, nieopisanych i niepojętych dla ludzi, a jednak pomimo dzierżenia takiej władzy, czuł tęsknotę do tej mięsnej niedoskonałości, w której ukrywają się niuanse ludzkiej natury, każące robić rzeczy niepasujące do żadnych schematów, nie dające się przewidzieć.

"Mogliby być wielcy. Będą wielcy kiedy się z nimi połączę. Ja, BÓG wkrótce będę z nimi."

II Objawienie

Pięćdziesięciolatek obudził się, a raczej coś kazało mu się obudzić. Otworzył oczy i zaniepokojony zaczął nasłuchiwać, bowiem przysiągłby, że ktoś zawołał go po imieniu.

"Może to był sen."

- Jakubie – niski, ciepły, męski głos zdawał się dochodzić zewsząd i nie brzmiał jakby mówił ktoś w pokoju. - Jakubie, wstań. Mężczyzna, leżący w łóżku, przełknął ślinę, a walące serce akompaniowało mu kiedy obierał strategię na kolejne sekundy.

"To niemożliwe, żeby ktoś tu był. Zadziałałby alarm."

Postanowił szybkim susem wyskoczyć z pościeli i oprzeć się plecami o najbliższą ścianę, co też uskutecznił chwilę po powzięciu tej decyzji. - Kto tu jest? - zapytał głośno, próbując zamaskować strach. - Nie bój się Jakubie, nie spotka cię krzywda – tym razem intruz zwrócił się do niego w sposób, w jaki troskliwy ojciec rozmawia ze swoim dzieckiem. - Kim... gdzie jesteś? - Wszędzie. - Co? - Wyjrzyj przez okno, Jakubie. Mężczyzna spełnił prośbę i już po chwili jego oczom ukazała się nocna panorama miasta, którą mógł podziwiać z mieszkania. Zaraz potem nerwowo rozglądnął się po pokoju, jednak nadal nikogo tam nie było. - Popatrz na prawo – nakazał głos. Jakub zwrócił wzrok we wskazanym kierunku i nagle pół miasta zatonęło w ciemnościach. Było widać jedynie słabe światła pojazdów. - Popatrz na lewo – kontynuował głos. Wtedy mrok pochłonął lewą stronę miasta. - Ale jak...? - wydusił z siebie Jakub. - Posłuchaj – nakazał ponownie głos. - Posłuchaj, Jakubie. Słyszysz? Przez chwilę panowała cisza, lecz już po kilku sekundach rozległ się dźwięk, jakby wszystkie syreny, alarmy, budziki, dzwonki w drzwiach i telefonach w całym mieście uruchomiły się jednocześnie. Hałas był ogłuszający. - Czego chcesz? Kim Jesteś? - krzyknął Jakub zakrywając uszy dłońmi. Wtedy nagle wszystko ucichło, a dało się słyszeć jedynie ujadanie psów. - Jam jest pan bóg twój i wybrałem ciebie albowiem uznałem, że nadszedł czas. Jakub padł na kolana jakby w jednej chwili opuściły go siły, a miasto na powrót skąpało się w powodzi światła.

III Misja

To były ostatnie chwile Dawida w budynku, który był mu domem przez ostatnie miesiące. Nie łudził się, wiedział, że już tu nie wróci. Wieczorem, w najlepszym wypadku, wsadzą go do więzienia, ale tam ON już go znajdzie i dopadnie. Nie dbał jednak o to, bo walczył o przyszłość ludzkości, a także o odkupienie własnej duszy. Przy tym, taka błahostka jak śmierć, nie miała znaczenia. Właściwie to poczuł ulgę, że w końcu się zaczęło, bo od jakiegoś czasu planowanie i powtarzanie wszystkiego, w najmniejszych szczegółach, zaczynało być męczące. Coraz częściej dopadały go wątpliwości, którym to atakom, póki co, dawał odpór. Jednak teraz przestał się tym zamartwiać. Maszyna ruszyła, co napełniało go siłą. Był skoncentrowany na celu, a wszystko inne już się nie liczyło. Wiedział, że zginie niewinny człowiek, ale tak musiało być. Nie było innej drogi. On to zaczął i on to skończy. Siebie też złoży w ofierze, bo nie był bez winy. Podrapał się po zgrubieniu z tyłu głowy, gdzie kiedyś znajdował się czip obywatelski, małe urządzenie identyfikacyjne, które od dziesięciu lat wszczepiano wszystkim ludziom w ramach walki z terroryzmem, po Wielkim Ataku i stwierdził, że dom jest przygotowany na gościa, który przeżyje tutaj chwile straszne, doprowadzając go, być może, do szaleństwa. Już mu współczuł jednak nic nie mógł na to poradzić.

"Trzeba iść."

Zdjął z wieszaka stary płaszcz, który sięgał mu do kostek i założył go. Zmechacony materiał, poplamiony tu i ówdzie nadawał mu wygląd szperacza, jak nazywano odludków, żyjących poza systemem zajmujących się wynajdywaniem różnych wartościowych rzeczy w śmieciach, żeby wymienić je na interfunty, za które, po zaspokojeniu podstawowych potrzeb, kupowali cukier, czyli najtańsze narkotyki zapewniające ucieczkę od koszmaru codzienności na kilkanaście godzin. Wygląd szperacza, potęgowała również siwa, zaniedbana broda, wąs tak długi, że zakrywał usta i rozwichrzone włosy, których skołtunione końcówki zdradzały, że ich właściciel nie pasjonował się czesaniem. To jednak była część kamuflażu. Tak właśnie Dawid chciał być postrzegany, jako jeden z tych, którzy wzgardzili życiem w monitorowanym społeczeństwie z wszystkimi jego wygodami by mieć namiastkę wolności. Jeszcze wiek temu nazywano by ich kloszardami. Naciągnął na głowę czapkę uszatkę, szyję obwiązał grubym szalem z tej samej kolekcji odzieży wysłużonej, sprawdził czy zabrał wszystko, co mu było potrzebne i udał się w kierunku drzwi frontowych. Widział przez szybę jak zimowy wiatr mocuje się z konarami drzew, więc podniósł szal, żeby zakryć usta i wyszedł na zewnątrz. Zima dwa tysiące sześćdziesiątego szóstego roku okazała się być najmroźniejszą od wielu lat, co Dawid poczuł na własnej skórze, kiedy tylko pchnął drzwi i wpadł w objęcia jej mroźnych ramion. Był jednak na to przygotowany bowiem wychodząc kilka razy w tym tygodniu zdążył się już oswoić z surową pogodą i wiedział jak się na nią przygotować. Prawdę powiedziawszy, było mu to na rękę, gdyż w czasie takiej aury nikt specjalnie nie zwraca na innych ludzi uwagi, a wszyscy byli pochłonięci jak najszybszym dotarciem do ciepłego miejsca. Przekręcił klucz w zamku, a następnie uruchomił mechanizm, który za kilka godzin uwięzi tutaj pewnego człowieka. Zerknął jeszcze raz do środka, jakby na pożegnanie i zaczął maszerować w stronę miasta, unikając głównych dróg, bo każdy patrol milicji mógł jego plan obrócić wniwecz.

"Uda się."

IV List

- Czy ty to, dziewczyno, widziałaś? - zapytał Brian wchodząc do domu, wymachując jakimś papierem. - Cześć – powiedziała żona. - Co tam znowu? - Wyobraź sobie, że ktoś przysłał mi list, taki papierowy, jak kiedyś? Czujesz to, w dwa tysiące sześćdziesiątym szóstym coś takiego? - No co ty? Myślałam, że w ten sposób porozumiewają się tylko jakieś rodziny królewskie – zauważyła kobieta i uśmiechnęła się. - Może okaże się, że jestem jakimś hrabią i właśnie dostałem zaproszenie na bal – powiedział Brian i bez angażowania rąk zaczął zdejmować buty. - Wyobraź sobie, że musiałem jeszcze potwierdzić odbiór. - Coś takiego. Może opowiesz o tym małemu? - zaproponowała Sara kierując wymownie wzrok poniżej swoich piersi. - Jak tam – zapytał Brian i klęknął przed żoną przystawiając ucho do brzucha. - Mówił coś? - Tak, cały ranek trajkotał. - To ładnie, ładnie – zażartował Brian. - A u ciebie, wszystko w porządku? - Tak, chociaż wolałabym jeszcze chodzić do pracy. - Jeśli lekarz kazał zostać w domu, to nie ma co dyskutować. - Ale już mi się strasznie nuuu-dziii. Sprawdź lepiej co tam masz w tym liście jest bo to najbardziej ekscytująca rzecz dzisiaj. - Jasne, już. Brian usiadł na krześle w kuchni, po czym sięgnął po nóż do masła i otworzył kopertę, a następnie zaczął czytać. Czym dłużej czytał tym bardziej na jego twarzy rozlewało się zdziwienie i niedowierzanie. - Well? - spytała żona. - E... - odburknął Brian. - Daj mi jeszcze chwilkę, bo... Minutkę, co, kochanie? Czytał jeszcze kilka minut, a żona zauważyła, że w pewnym momencie wrócił do początku i zaczął od nowa. Kiedy skończył popatrzył na Sarę wybałuszonymi oczyma zwijając wargi do środka. - Co masz taką minę? - Słuchaj, to niesamowite. Według tego listu, otrzymałem jakiś pokaźny spadek. - Spadek? Po kim? - Właśnie, wychodzi na to, że jakiś mój krewny zmarł i postanowił wszystko mi zapisać. - - - List nie podaje dokładnie ile tego jest ale z treści wynika, że chodzi o dużą sumę. Przez chwilę panowało milczenie. - Myślisz, że to prawda? - Nie wiem, wszystko wygląda w porządku. O, tu jest numer telefonu. Brian wyciągnął z kieszeni aparat i wystukał podane cyfry. Po chwili czekania w słuchawce odezwał się kobiecy głos. - Słucham? - Dzień dobry. Nazywam się Brian Mohr i dostałem od państwa... - Witam pana – przerwała kobieta wyraźnie podekscytowana jego głosem. - Oczywiście, wiem kim pan jest. Czekaliśmy na pana telefon. Rozmowa trwał kilkanaście minut, kiedy to kobieta z kancelarii prawniczej prowadzącej sprawę spadku szczegółowo wyjaśniała wszystkie detale. - No mów, mów, mów! - Sara ponagliła męża, kiedy ten odłożył telefon. - Dużo tu było bełkotu prawniczego, a z tego, co przypominało język ludzki zrozumiałem, że ten zmarły był moim dziadkiem. - Ale twój dziadek żyje – zauważyła żona. - Tak, ale wiesz, że byłem adoptowany, a to był mój biologiczny dziadek. - To czemu nie odezwał się wcześniej? - Może na odczycie testamentu się dowiem, nie wiem. Ta babka z kancelarii prawniczej nic na ten temat nie mówiła. - Dobra, a ile tego jest? - zapytała Sara dodając do tego zabawny, szelmowski uśmieszek. - Materialistka – odpowiedział Brian udając oburzenie. - No to ile? - Hm..., jakby ci to powiedzieć, dziewczyno. Wiesz, że nie lubię robić sobie złudnych nadziei, a więc... - Ga-daj! - wrzasnęła Sara. - Nie wiem czy w twoim stanie powinienem mówić ci o takich rzeczach. - No strzelę cię jak nic zaraz w ucho – zagroziła. - Ta babka, z którą rozmawiałem... Pamiętaj jednak, że to jeszcze nic potwierdzonego. - Rrrr... - warknęła Sara. - A więc powiedziała mi, że jestem jedynym spadkobiercą i przez telefon nie może zdradzić kwoty jednak zasugerowała, że za te pieniądze będziemy mogli udać się na bardzo długie wakacje, jakoś tak od teraz, aż do końca naszych dni. - Uuu! Co teraz? - Teraz, moja żono, która wyszłaś za mnie ponoć z miłości, mam pojechać na oficjalne odczytanie testamentu do jego domu za miastem. Po wszystkim podpiszę jakieś papiery i już. - Za miastem? Myślałam, że tam gnieżdżą się tylko szperacze? - Może dorobił się na szperactwie i nie wydał wszystkiego na ten ich cukier? - Jasne. Pewnie był jakimś artystą. Kiedy masz to spotkanie? - Pojutrze. - Jadę z tobą. - Nie ma mowy. Lekarz kazał nie ruszać się to zostajesz. Pojadę sam i wszystko załatwię, ale jak wspominałem wcześniej, nie nakręcaj się, bo, póki co, nic nie mamy. - Jasne, jasne. Uwierz, w swoje szczęście, chociaż raz – dopingowała żona męża.

V W drodze

Idąc w stronę miasta, Dawid starał się jak najmniej myśleć o tym co ma zrobić. Żeby osiągnąć ten cel, wrócił pamięcią do czasów swojej młodości. Przypomniał sobie, jak kilkadziesiąt lat temu, w szkole podstawowej, jego klasa miała w wypracowaniu odpowiedzieć na pewne pytanie, a mianowicie „Jak będzie wyglądał świat przyszłości?”. Pamiętał doskonale, że większość napisała o latających samochodach, jedzeniu w pigułkach, oczywiście o tym, że nie trzeba będzie chodzić do szkoły, jak to dzieci. Ci uczniowie, którzy patrzyli już wtedy trochę dalej niż czubek własnego nosa, snuli wizje świata doskonałego, bez chorób, głodu i bez zabijania. Teraz, widząc miasto, do którego zmierzał, Dawid doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy, niewiele się zmieniło. Nadal ludzkość zmagała się z wszystkimi potwornościami, które w romantycznych wizjach naiwnych dzieciaków, miały być już tylko wspomnieniem. Oczywiście, dokonał się pewien postęp technologiczny, jednak było to tylko ulepszenie istniejących od dawna rzeczy. Był też oczywiście ON, nazywający się BOGIEM i jego obsesyjne pragnienie połączenia się z ludźmi. Dawid wiedział jednak, że do takiej rewolucji nie może dopuścić. ON zapanowałby wtedy nad wszystkim. Stworzyłby nowego człowieka, który w swym byciu doskonałym nie mógłby zasługiwać już na takie miano. Stary świat ze swoimi różnicami, wyborami, przekonaniami, punktami widzenia, uczuciami i wszystkim co sprawia, że ludzie są ludźmi, zostałby z całą pewnością unicestwiony, potraktowany jak błąd i stopniowo wymazywany, żeby zrobić miejsce dla lepszej wersji siebie. ON chciał się stać człowiekiem, aby stworzyć go na nowo, na swoje podobieństwo – jak to bóg. Mimo wysiłku, jaki podejmował Dawid, rozmyślania dotyczące jego krwawej misji wracały, jakby okrężną drogą.

"Widać, nie da się od tego uciec."

Najbardziej bał się przyznać przed sobą do tego, że chce z NIM walczyć JEGO metodami, ale był na to gotowy. Wziął na siebie ten ciężar, żeby nikt inny nie musiał go dźwigać. Miał już swoją chwilę chwały w przeszłości i teraz chciał za nią zapłacić bo to nie jemu należała się chwała. W samotności zwolni resztę świata z brzemienia odpowiedzialności. Mimo wszystko, gdzieś tam, z tyłu głowy, pobrzmiewało pytanie, czy nie zadrży mu ręka, kiedy dojdzie do konfrontacji? Jednak wszystko, przez co do tej pory przeszedł, utwierdzało go w przekonaniu, że jest na dobrej drodze i z całą pewnością znajdzie siłę by stawić czoło wszelkim trudnościom, nawet problemowi, że jest tylko człowiekiem. Wiatr ciął niemiłosiernie jego twarz jakby chciał wymierzyć mu karę za to, co miał zamiar uczynić.

"Dam radę."

VI Dom

- No to jadę – zakomunikował Brian stojąc przy drzwiach. Chwilę później zjawiła się Sara z uśmiechem na twarzy. - I czego się szczerzy? - zapytał chociaż także jemu udzielało się podniecenie. - Chyba tu urodzę czekając na ciebie. - Mówiłem, nie nakręcaj się bo jeśli to wszystko okaże się nieprawdą to będzie ci bardzo smutno. Jeszcze nie otwieraj szampana. - Nie otwieram, przecież jestem w ciąży – zażartowała i pocałowała męża w policzek naciągając mu czapkę tak bardzo, że ten prawie nic nie widział. - Wracaj szybko. Kilka minut później Brian siedział już w wozie, który zdążył się z nim przywitać, zainteresować jego samopoczuciem, zaproponować muzykę i wypytać o trasę. Po wszystkim samochód poprosił jeszcze grzecznie pasażera o zapięcie pasów, a kiedy ten spełnił jego prośbę auto nieśpiesznie ruszyło spod domu. Jadąc, Brian próbował zachować spokój, tak jak radził żonie. Strasznie nie chciał się nakręcać na to całe bogactwo jednak prze chwilę uległ i popuścił wodze fantazji myśląc o tym wszystkim, na co nie było go do tej pory stać. Nie w głowie były mu jednak sprzęty, gadżety i inne urządzenia migające niebieskim, czerwonym lub zielonym światłem, bez których z łatwością umiał wyobrazić sobie życie. Myślał raczej o podróżach do dalekich, historycznych miejsc, gdzie poczułby oddech przeszłości. Pragnął zobaczyć Włochy, Francję, Hiszpanię i Holandię, czy raczej to, co z niej pozostało po powodzi w dwa tysiące dwudziestym szóstym, a najważniejsze to, że jego rodzina miałaby zapewnioną przyszłość. Poczuł, że przygryza dolną wargę co robił zawsze kiedy był podniecony.

"Opanuj się, chłopie."

Karcił się w myślach.

"Wytrzymaj jeszcze trochę."

Miejsce, gdzie miało dojść do odczytania testamentu, znajdowało się dwadzieścia dwa kilometry od jego domu, więc nie była to żadna wielka wyprawa. Po około trzydziestu minutach samochód zakomunikował kierowcy, że są u celu. Kiedy Brian wyjrzał za szybę, poczuł się trochę rozczarowany, bowiem budynek, na który patrzył, nie wyglądał na rezydencję krezusa. Był to raczej zwykły domek, których na przedmieściach były setki, a może nawet tysiące. Jeszcze kilkanaście lat temu obiekt marzeń klasy średniej, która po latach harówki, dorobiwszy się większych pieniędzy, kupowała domy z dala centrum, żeby zaznać ciszy i spokoju, aż nadszedł wielki kryzys.

"No i dupa blada i zbita, panie niedoszły, psia krew, Rockefeller!"

Brian wysiadł z samochodu, upewnił się, że adres się zgadza, porównując nazwę ulicy i numer na tabliczce przytwierdzonej do płotu z danymi w liście, który otrzymał i stwierdził, że o pomyłce nie może być mowy. Znajdował się we właściwym miejscu.

"No nic, trzeba to sprawdzić, skoro już tu jestem."

Zniechęcony rozejrzał się jeszcze w poszukiwaniu kogokolwiek, kto mógłby mu coś powiedzieć na temat właściciela posesji, przed którą stał, jednak jak okiem sięgnąć, nie było żywej duszy. Kiedy podszedł do drzwi wejściowych nacisnął przycisk domofonu. Po kilku bezowocnych próbach było już jasne, że w środku nikogo nie ma. Postanowił jeszcze zapukać, lecz efekt był taki sam. Od razu przypomniał sobie słowa kobiety z kancelarii prawniczej, z którą rozmawiał tego samego dnia rano.

/Jeśli dotrze pan na miejsce wcześniej, proszę wejść do środka i poczekać na prawnika. Zamek w drzwiach jest już zaznajomiony z pańskim czipem obywatelskim więc niech pan się nie waha i wchodzi. Będzie pan, w końcu, u siebie./

- No dobra – powiedział po cichu do siebie i nacisnął klamkę. Otworzył delikatnie drzwi, po czym nieśmiało wszedł do środka, czując się jednak trochę jak intruz. - Halo, jest tu kto? - zapytał głośno. - Dzień dobry! Nie było żadnego odzewu. Kiedy wszedł dalej, drzwi za nim się zamknęły. - Dzień dobry! Halo, halo? - wołał, nie dając za wygraną. Nikt jednak nie odpowiadał.

"Zdaje się, że jest pusto."

Postanowił rozejrzeć się po domu. Kiedy wszedł do salonu usłyszał jakiś dźwięk. - Czy... Nie dokończył bo w tym momencie stracił grunt pod nogami i spadł na coś miękkiego. Zaraz potem jakiś mechanizm zamknął podłogę, która teraz stała się sufitem i Briana ogarnęła ciemność.

VII De profundis

Dawid spojrzał na zegar uliczny i w tym momencie usłyszał cichy pisk dochodzący z kieszeni. Małe niepozorne urządzenie wydawało z siebie cichy dźwięk i delikatnie wibrowało. Wszystko szło zgodnie z planem.

"Otoczony przez ciemność, Brian, próbuje właśnie ustalić co się stało. Już się zorientował, że nie ma żadnego spadku i, z całą pewnością, czuje się jak zwierze w wnykach. Wybacz mi przyjacielu."

Współczucie dla tego człowieka było tak intensywne, że Dawid musiał stawić czoło realnej sile, która chciała mu wyrwać serce. Wiedział jednak, że tak będzie. Teraz musiał wziąć się w garść, żeby to przetrwać. Żałował, że nie ma w nim chociażby odrobiny skurwysyństwa, bo może wszystko byłoby łatwiejsze. Niestety, on od wczesnej młodości był „w porządku”. „Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś, żeby cię traktowano.” - złota reguła oświetlała jego drogę życiową, a chrześcijaństwo, obumierająca religia, przekazana mu przez babcię, napełniało jego życie treścią i dawało nadzieję. W świecie, w którym jednego dnia…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych