Emil
Walka młodzieży o prawdę
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Emil
Współbratymcom z Gdańska
Emil Sieger przybył do Gdańska z Warszawy. Zjawił się w naszej szkole tuż po Świętach Bożego Narodzenia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku, kilka miesięcy przed maturą. Był średniego wzrostu, szczupłej budowy ciała, krótko postrzyżony, co stanowiło kontrast z długimi włosami, którymi my się szczyciliśmy. Nasz wychowawca Arlekin krótko przedstawił nowego ucznia. - Dołączył do nas Sieger, uczeń z Warszawy. Wspólnie z nami będzie przygotowywał się do matury. Proszę, zapoznajcie się i wprowadźcie go w grono przyjaciół. Wskazał miejsce w pierwszej ławce przy ścianie, do tej pory przez nikogo nie zajęte. Sieger był skrytym i małomównym chłopakiem. Nie włączał się w nasze towarzystwo, na przerwach między lekcjami nie schodził na dół, do piwnic i nie palił papierosów, po zajęciach wracał do domu. Po kilku dniach odkryliśmy gdzie jest jego „dom”. Sieger mieszkał w bursie przy ulicy Ławniczej, znajoma portierka powiedziała, że jest pilnowany. Tak się wyraziła, „jest pilnowany”. Przez kogo i dlaczego, tego nie powiedziała. Atmosfera w naszej szkole, tak jak w całym mieście nie była radosna. Rozpoczynaliśmy naukę jesienią tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku w I LO, liceum znajdującym się naprzeciwko Bramy Nr 2 Stoczni Gdańskiej. Czternastego grudnia tamtego roku, równocześnie z otwarciem stalowych frontowych drzwi szkolnych, gdy wychodziliśmy na długą przerwę, otworzono bramę stoczni i tysiące robotników, w roboczych drelichach, z biało czerwonymi flagami w rękach i śpiewem hymnu narodowego na ustach kierowało się w stronę państwowych gmachów, by wyrazić swój gniewny sprzeciw wobec nowo wprowadzonych regulacji i porządków. Skostniały system, kierowany przez coraz gorzej funkcjonujących, będących w podeszłym wieku przywódców naszego kraju, chylił się ku upadkowi. Podniosła atmosfera spontanicznego protestu rozlała się po ulicach miasta, tryumfalne pochody zwycięstwa, opanowywanie poszczególnych obiektów, sprawiało wrażenie, że partyjne gmaszysko umysłowego niedowładu lada chwila runie. Kilkudniowy okres euforii i chaotycznej radości został spacyfikowany siłą, brutalnie stłamszony przez czołgi i wojsko kierowane przez twardogłowych generałów i partyjnych kacyków. Polała się krew, byli zabici i wielu rannych. Napływały do nas, przekazywane z ust do ust informacje z Gdyni, gdzie rozegrała się krwawa tragedia, polscy żołnierze strzelali do polskich robotników. Wzrosła liczba śmiertelnych ofiar, wzrósł też gniew ludzi, którzy na własne oczy zobaczyli do czego zdolny jest zbrodniczy system. Po stronie władzy nie znaleziono zrozumienia, wzmogły się represje i szykany, protestujących aresztowano, bito i poniżano. Ci co przeżyli, wyszli z tych zdarzeń mocno przestraszeni. Pamięć o tych wypadkach pozostawiła w nas cierń strachu i bojaźni. Baliśmy się, że sytuacja w razie ponownego sprzeciwu może się powtórzyć. Po nowym roku w szkole nastąpiły zmiany, zmienił się personalny skład dyrekcji, relegowano kilkunastu uczniów z najstarszych klas, którym udowodniono przyłączenie się do robotniczego protestu. Szkoła znalazła się pod szczególnym nadzorem wojewódzkiego kuratora oświaty. Tak jak i nasza szkoła, tak Gdańsk został zastraszony i zmuszony do akceptacji nowego porządku, narzuconego przez sterowanych przez Moskwę sekretarzy. Nastały czasy młodych, zdecydowanych, szczerych przywódców, którzy mieli doprowadzić nasze miasto do świetlanej, komunistycznej przyszłości. Dawaliśmy się nabierać na górnolotne slogany i internacjonalistyczne hasła. Święta 1 maja i 22 lipca, szczególnie hołubione, miały stać się manifestacją zgody, jedności i pokoju. Powstające koła towarzystwa przyjaźni polsko radzieckiej były potwierdzeniem niezłomnego sojuszu z bratnim narodem rosyjskim. Święto październikowej rewolucji w miesiącu listopadzie było wyjątkowo uroczyście obchodzone w naszej auli, podczas szkolnej akademii, na której chór wyśpiewywał „pust wsiegda budiet sołnce” i „nie rzucim ziemi skąd nasz ród” a balet tańczył naprzemian „kazaczoka” i „krakowiaka”. Ten słodko-błogi stan trwał w następnych latach. Pozorny, rozleniwiający, gnuśny spokój, tak można nazwać czas, w którym pojawił się w naszym mieście Sieger. Doszły słuchy, że został on wyrzucony z jednej z renomowanych, warszawskich szkół za udział w rocznicach uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja i jedenastego listopada, Święcie Niepodległości, uroczystościach traktowanych przez władze jako antypaństwowe demonstracje. Sieger wydawał się pogodzonym z losem i zsyłką na Wybrzeże. Nie angażował się zbytnio na lekcjach, nie dyskutował, milczał. Zachowywał dystans, przypatrywał się nam z pewnej odległości, przysłuchiwał się, jakby nas badał, sprawdzał do czego jesteśmy zdolni. Pasją naszą była piłka nożna, którą trenowaliśmy codziennie po szkole i Lechia, którą kochaliśmy nade wszystko, i której nigdy nie zostawiliśmy samej, chociaż przegrywała mecze i balansowała na krawędziach coraz to niższych lig. Nie opuszczaliśmy meczów, jeździliśmy do odległych miejsc, wyjazdy na spotkania z Dębem Dębno Lubuskie czy Arkonią w Szczecinie nie sprawiały nam kłopotów, czuliśmy się zobowiązani wspierać naszych piłkarzy, również poza Gdańskiem. Piłka nożna była w tym czasie dla nas religią, odskocznią, ucieczką przed ogólnym marazmem i zniechęceniem, stadion przy Traugutta stał się naszym drugim domem. Puszkarz z Ogarnej, Głownia z Tarasów, „Jastrząb”, „Żyleta” i im podobni, chociaż starsi, to byli tacy sami chłopcy jak my, wyrośli na gdańskich podwórkach, podwórkach Siedlec, Wrzeszcza, rodzącego się wielkiego Przymorza i Zaspy. Siegera wśród nas nie było, nie pojmował tych związków, nie znał naszej historii, dlatego traktowaliśmy go jak obcego, przybysza, który nie potrafi wczuć się w sprawy nasze i sprawy naszego miasta. Sieger posiadał na Wybrzeżu rodzinę, po wojnie przyjechała do Gdańska ze zniszczonej Warszawy, ciotka z mężem. Początkowo miał mieszkać u nich, na ulicy Tkackiej, lecz sprzeciwił się wujek. Nie chciał mieć w domu wichrzyciela, jak go nazwał, kategorycznie odmówił. Jako urzędnik w magistracie otrzymywał co miesiąc skromną pensję, prowadził ustabilizowane życie, to mu wystarczało, by doczekać szczęśliwego końca pracy i przejść na zasłużoną emeryturę. Strach pętał mu umysł, w latach pięćdziesiątych przesiedział kilka lat w więzieniu UB, przeżył dzięki odpowiedniemu zachowaniu i złożonym szczegółowo zeznaniom. I teraz, jakiś nierozumny buntownik miał zamieszkać w jego domu, zniszczyć jego egzystencję? Tego nie mógł zrozumieć, chciał mieć święty spokój a nie nowe utrapienie z siostrzeńcem żony. Jeszcze ktoś mógłby odgrzebać jego dokumenty i wrócić do zapomnianej przeszłości. Bał się. Nie zgadzał się też wojewódzki kurator oświaty. Sieger miał zamieszkać w bursie i być pod permanentną obserwacją, by nie przenieść, jak się wyraził, iskry buntu z Warszawy do wielkimi wysiłkami spacyfikowanego Gdańska. Po wyjściu do szkoły jego pokój, który zajmował w pojedynkę, był przeszukiwany, kontrolowano jego osobiste rzeczy, sprawdzano treść książek, które czytał, podręczników, z których się uczył. Sieger nie włączał się w życie towarzyskie naszej klasy, nie pojawił się na studniówce, którą hucznie obchodziliśmy w szkolnej auli, chociaż dziewczęta usilnie go zapraszały spodziewając się po nim nie wiadomo jakich warszawskich atrakcji. Nie skorzystał, sprawiał wrażenie niedostępnego, czy może też silił się, byśmy go takim zapamiętali. Przy przyciemnionym świetle, przy utworach Carlosa Santany, Jima Hendrixa i Janis Joplin zapominaliśmy o otaczających nas problemach. Arlekin podjął się roli didżeja, puszczał nagrane na taśmach kawałki z Radia Luxemburg, Mamy Blue Pop Tops, Children of the Revolution T-Rex, Bangladesh Georga Harrisona. Jeśli Lechia była miłością to muzyka pełniła rolę ekscytującego narkotyku. Free, Slade, Uriah Heep, Black Sabbath, utwory tych zespołów wbijały nas w ziemię, odlatywaliśmy przy nich zaspakajając się mocnymi, francuskimi Gitanes, kupionymi na Hali Targowej ze składkowych pieniędzy i mocnej dawce taniego wina. Podłączyliśmy magnetofon do głośników. Kolejno rozbrzmiewały dźwięki Smoke On The Water Deep Purple, The Dark Side of the Moon Pink Floyd, Stairway to Heaven Led Zeppelin, te utwory wprowadzały nas jakby w zupełnie inny czas, inny wymiar egzystencji. Ogłuszani muzyką zapominaliśmy o szarym, ponurym świecie na zewnątrz, jego problemy nie były naszymi sprawami, żyliśmy w zamkniętym obszarze naszych fascynacji. Nadszedł okres przygotowań do matury i egzaminów na wyższe uczelnie. Sieger planował kontynuować naukę na Uniwersytecie Gdańskim, chciał zdawać na polonistykę. Nasze umysły były bardziej ścisłe, dlatego podziwialiśmy jego dyskusje z Arlekinem, wychowawcą i jednocześnie polonistą. Emil znał bardzo dobrze literaturę europejską i amerykańską, Dostojewski, Kafka, Faulkner, Caldwell, Cortazar, utwory tych pisarzy potrafił na lekcjach cytować. Sprzeciwił się Arlekinowi gdy ten radcę tytularnego Siemona Marmieładowa ze Zbrodni i Kary nazwał opojem i bezmyślnym ojcem, który przez chorobliwe pijaństwo, wydzieranie rodzinnych oszczędności zmusił Sonię do prostytucji. To nie bezmyślność - oponował - tylko naiwność, szczerość doprowadziły radcę do alkoholowego nałogu i przypadkowej śmierci, która pociągnęła za sobą zgubę rodziny. To postać tragiczna, nie można jej potępiać, jedynie współczuć, twierdził Emil. Tak zresztą jak i bohaterom wszystkich powieści Dostojewskiego, chociażby byli największymi łajdakami, należy współczuć a nie ich potępiać. Scenę z uroczystości pogrzebowej, na którą Katarzyna, żona radcy tytularnego, zaprosiła najznamienitszych z gości z kamienicy, nazwał jedną z najbardziej tragicznych scen w literaturze światowej. Przeciwstawił ją Ostatniej Wieczerzy Pańskiej co wzbudziło w nas wielką konsternację i zdziwienie. Arlekin nie wiedział w jaki sposób odpowiedzieć na takie stwierdzenia. Sieger lubował się przede wszystkim w polskiej poezji, na nudnych lekcjach ojczystego języka potrafił zainteresować nas wierszami Bursy, Wojaczka, Poświatowskiej. Cytował fragmenty Ogrodu Luizy i Piosenki bohaterów. Sam pisał wiersze, jednak nie dał się namówić, by choć jeden na głos przeczytać. Arlekin cenił jego literacką wiedzę, jakość pisanych wypracowań, z polskiego miał notę bardzo dobrą, w odróżnieniu od innych przedmiotów. Z matematyki i fizyki uczęszczał na dodatkowe lekcje wspomagające, uczył się tych przedmiotów jedynie by zdać z nich pisemny egzamin maturalny. W tym czasie na Uniwersytecie Gdańskim odbywały się cykliczne wykłady o literaturze, prowadzone przez przybyłego z Warszawy poetę. Arlekin uczestniczył w nich od jesieni, próbował nas też zachęcić do udziału, jednak takie zajęcia pozalekcyjne nas nie interesowały, nie mieliśmy na nie ochoty. Dodatkowo w kinie Leningrad rozpoczęły się Konfrontacje, prezentowano znaczące filmy ze światowych festiwali. Wielkie żarcie, Mademoiselle z Jeanne Moreau, Zmierzch Bogów, Mechaniczna pomarańcza Kubricka bardziej nas zajmowały niż poetyckie przedstawienia na Uniwersytecie. Emil tak, z chęcią poszedł na kilka już ostatnich wiosennych wykładów, odbywających się w małej, uniwersyteckiej auli przy ulicy Wita Stwosza, rozmawiał z warszawskim poetą, dał nawet jemu kilka, napisanych przez siebie wierszy do oceny. Podobno wzbudziły zainteresowanie, tak wyraził się Arlekin. Jeden z jego wierszy Kolumna na Smoczej przeczytał nam na lekcji, podczas nieobecności Emila. Nie zrozumieliśmy wiersza, wydał nam się dziwny, może dlatego, że temat był warszawski, niezbyt nam bliski. Arlekin powiedział, że wiersz jest bardzo dobry a temat uniwersalny, którym prędzej czy później musimy się zainteresować. Nie przekonał nas, ale wierzyliśmy mu. Obowiązkową maturę z matematyki Emil zdał na słabą trójkę, z pisemnego polskiego otrzymał notę celującą. Wybrał temat mówiący o obowiązkach jednostki wobec społeczeństwa we współczesnym świecie. Z naszymi pisemnymi maturami było odwrotnie, trójki z polskiego, piątki z matematyki i fizyki. Bardziej nęciły nas całki, różniczki niż poezja i proza, rozwikłanie skomplikowanych zadań trygonometrycznych dawało nam więcej satysfakcji niż nudne rozkłady jakichkolwiek zdań na czasowniki, przydawki i spójniki. Zadania o pędzących naprzeciwko siebie na tym samym torze, pociągach o różnych prędkościach i współczynnikach hamowania ekscytowały nas bardziej niż W pustyni i w puszczy czy też Ludzie bezdomni. Ostatnim egzaminem maturalnym był egzamin ustny z języka polskiego. Odbywał się w głównej auli naszego liceum. Komisja składała się z czterech osób, dyrektorka szkoły, Arlekin, Tatiana - starsza już nauczycielka języka rosyjskiego oraz delegat z kuratorium oświaty. Delegat wychodził co pewien czas na korytarz, nerwowo popalał papierosy, wdeptując niedopałki w lastrykowe schody. Tak jakby na kogoś czekał, jakby dostał jakieś tajne zadanie do spełnienia i wyczekiwał odpowiedniego momentu, by je wykonać. Zjawił się po raz pierwszy na maturze, nigdy wcześniej nie uczestniczył w komisji, w żadnej ze szkół. Przysłał go kurator, zainteresowany pisemną pracą Siegera, którą otrzymał do przeczytania. Wchodziliśmy do auli kolejno wywoływani, wybieraliśmy losowo tematy z arkuszy rozłożonych na stoliku, stojącym obok komisji. Mieliśmy kilka minut na zastanowienie i odpowiadaliśmy. Tematy nie były trudne, charakterystyka zdarzeń i postaci z Chłopów, Lalki, Pana Tadeusza i innych lektur, które we wcześniejszych latach przerabialiśmy na lekcjach z Arlekinem. Przyszła kolej na Emila. Delegat wyciągnął z teczki gruby notatnik, przeglądał kartki. Jedną z nich podsunął dyrektorce. - To ten? - zapytał przyciszonym głosem. Dyrektorka potwierdziła skinięciem głowy. Delegat poprosił o pisemną maturę Siegera, zagłębił się w jej lekturę. Emil wylosował Dżumę Camusa. Poszło mu sprawnie, obrazowo przedstawił charakterystykę doktora Rieux, księdza Panneloux i Tarrou. W jego głosie słychać było pewność odpowiedzi, popartymi znajomością utworu, wyciągał prawidłowe wnioski wynikające z zachowań ludzi w obliczu śmiertelnej zarazy. Arlekin kiwał głową zadowolony, Tatiana przytakiwała, dyrektorka spoglądała na delegata. Podniósł głowę znad opracowania pisemnego, kręcił nosem, krzywił się, wreszcie, ku powszechnemu zdziwieniu, negatywnie ocenił ustną wypowiedź Emila. Sprawiał wrażenie jakby wcześniej skupiał się na wypowiedzi Emila, chociaż w tym czasie zajęty był czytaniem wypracowania, tylko co pewien czas podnosił głowę przysłuchując się mówiącemu. - Pańska interpretacja jest błędna. Zarówno to co pan tu nawypisywał o roli jednostki w społeczeństwie - podniósł gęsto zapisane kartki - jak i omawiając zachowanie doktora Rieux. Camus pisząc Dżumę co innego miał na myśli. Pan się myli. - Co innego miał na myśli Camus pisząc Dżumę? - powtórzył jak echo Emil, mocno zdziwiony. - Całkiem coś innego. Pan nie rozumie zachowania głównego bohatera. Pan się nie przygotował. - Jeżeli pan tak twierdzi, to pan chyba nie czytał Dżumy - pewnie odpowiedział Emil. Delegat poczerwieniał na twarzy. - Chłopcze, za bardzo się zapędziłeś. Jesteś bezczelny! Arlekin próbował załagodzić niespodziewany spór. - Różnice zawsze są, interpretacje są możliwe. Można w taki sposób, można też w inny. Zależy to od indywidualnego podejścia. Camus pozostawił problem otwarty, zachęca do własnych przemyśleń. Emil nie zgodził się z Arlekinem. Pewnym głosem odpowiadał. - Nie w tym wypadku. Zachowanie doktora Rieux jest jednoznaczne, tu nie ma możliwości innej interpretacji. Camus wiedział co pisał, a ja wiem co czytałem. Obowiązkiem człowieka, w obliczu występującego La Peste, jest walka, przeciwstawienie się wszechobecnemu zagrożeniu. Walka ze złem. Nie obojętność, nie rezygnacja, nie ucieczka, lecz walka. Gdy inni się poddają, gdy inni uważają, że nie ma szans, że przeciwnik jest zbyt silny, to musi znaleźć się ktoś, kto da przykład, podejmie rękawicę i przekona, że nie można tracić nadziei, chociaż do zwycięstwa droga daleka i wymaga wielu wyrzeczeń. Gdy dżuma zaraża umysł, oplata mackami coraz większą rzeszę ludzi, otumania społeczeństwo, robi z nich posłusznych, bezwolnych niewolników, przyzwyczajanych do wykonywania poleceń, wówczas musi wyłonić się doktor Rieux, który poświęci rodzinę, prywatne życie, przeciwstawi się, i nie ucieknie, patrząc jak reszta przerażona chowa się po kątach.. W takich przypadkach wybrane jednostki biorą odpowiedzialność za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gomez
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…