Epsilony
Sam nie wiem, co tu wpisać. To ma raczej skomplikowaną fabułę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Epsilony Ciężka, żelazna brama była otwarta. Wisiała na niej elegancka tablica z napisem „SunForest Hill”, a niżej znajdował się rysunek kilku zielonych choinek zza których wschodziło jaskrawożółte słońce. Bob Cheesemeyer, czterdziestodwuletni gliniarz z Florydy nie miał zamiaru wjeżdżać zbyt daleko, tylko do budynku administracji. Jeśli prawdą było to, co twierdził rozgorączkowany recepcjonista (dzwonił dziesięć minut temu), który powinien znajdować się właśnie tam, lepiej będzie poczekać na jednostki prewencji. Zatrzymał więc Crown Victorię przy krawężniku tuż obok schodów i zgasił światła. W pobliżu nie stały żadne latarnie. Okazały się niepotrzebne, bo usytuowany niedaleko billboard rozświetlał całą okolicę. Osiedle było małe - składało się z dwóch piętrowych domów, po cztery dwukondygnacyjne mieszkania każdy. Coś jak poczwórne bliźniaki. Wejścia miały po dwa z każdej strony. Stały naprzeciwko siebie, rozdzielone brukowanym chodnikiem szerokim na około sześć metrów, który przechodził w parking i kończył się fasadą baraku administracji. Bob rozejrzał się uważnie, złapał tkwiący w kaburze przy pasku pistolet, ostrożnie otworzył drzwi na ulicę i jak najszybciej przebiegł do drzwi. Zamek nie został zamknięty, ale dały się otworzyć tylko na kilka centymetrów, dalej coś je blokowało. Nacisnął kilka razy dzwonek. Gdy dalej nikt nie otworzył, zajrzał przez okno. Żaluzje były zasłonięte, ale przez szczeliny przebijało światło. Załomotał pięścią w drzwi. - Policja, proszę otworzyć! - wrzasnął najgłośniej jak umiał. Jakby w odpowiedzi, gdzieś z góry rozległ się ryk syreny. Nasilał się jakiś czas (uuu…), a gdy osiągnął granicę bólu, Bob odsunął się z powrotem do wozu. Dotychczas nie zwracał uwagi na ciche krzyki i trzaski dochodzące z wnętrza budynku, ale teraz nie sposób było ich nie zauważyć. Ktoś wewnątrz wystrzelił ze strzelby. Wiązka śrucin przebiła żaluzje i szybę, przy których jeszcze niedawno stał Bob. Natychmiast przykucnął za samochodem. Gdzieś na dachu coś załomotało metalicznie, jak ciągnięty po blasze łańcuch. Potem huknęło jeszcze raz, głośniej i poprzez wycie syreny przedarł się czyjś krzyk, mieszanka szoku z przerażeniem i bólem. Rozległ się kolejny wystrzał, tym razem pistoletowy. Prawie natychmiast zza gzymsu wyłoniła się podrapana twarz ciemnowłosego mężczyzny, chyba Żyda. Z trudem przeczołgał się przez niski murek okalający dach. „Uważaj, bo spadniesz!” - chciał krzyknąć Bob, ale tamten już bezwładnie huknął o ziemię. Bełkotał nieprzytomnie. W jego dłoni tkwiła chromowana Beretta. Jedną nogą wierzgał bezładnie, drugiej nie było. Z poszarpanego kikuta lała się krew. Rozdarte płaty mięsa ciągnęły się po asfalcie, pozostawiając czerwone smugi. Obnażone mięśnie drgały konwulsyjnie, potrząsając wiszącymi na nich więzadłami. Pośrodku bielała główka kości. Bob wymiotował na błotnik samochodu, więc nie widział, jak za gzymsem pojawiło się istne żywe (?) truchło. Gnijące, na wpół rozłożone, dziurawe ciało, ciągnąc za sobą strzępy ubrań, potknęło się o murek i, obróciwszy się spadając, uderzyło w ziemię obok młodego Żyda. Został obryzgany półpłynnymi, gnijącymi resztkami tkanek. To coś nadal wykonywało ruchy, jakby szło, tyle że teraz leżało na ziemi. Pod wpływem ruchu nóg, obracało się w kółko niczym bardzo powolny wiatrak. Półprzytomny ranny, na widok tego czegoś, dostał prawdziwego ataku histerii. Usiłował odsunąć się za wszelką cenę. Strzelił z pistoletu w pierś żyjącego ścierwa. Ta rzecz nic sobie z tego nie robiąc, wyciągnęła dłoń w stronę jego twarzy. Druga, na której to leżało, odpadła, ukręcona przez niekontrolowany ruch obrotowy stwora. Mężczyzna ledwo się uchylił i strzelił jeszcze raz w czoło istoty, praktycznie z przyłożenia. Głowa eksplodowała, rozrzucając dookoła szczątki kości i mózgu. Potem to coś znieruchomiało, a Żyd opadł nieprzytomny. Bob, pokonując samego siebie, podbiegł, zerwał krawat i zacisnął go na nodze rannego, aby zatamować krwawienie. Jezu, to miały być chordy chuliganów, nie żywych trupów! Trzy strzały dały się słyszeć przez wybite okno. Ktoś od wewnątrz pociągnął ręką po żaluzjach. Gdzieś coś upadło, a potem ten ryk… Nie było wątpliwości, ten ktoś musiał odczuwać nieludzki, zwierzęcy wprost ból. Syrena na rozerwała się pod wpływem wysokich obrotów. Kawałki przerdzewiałego wirnika poszybowały we wszystkie strony. Część z nich opadła na parking, brzęcząc po nadwoziach zaparkowanych tu samochodów. Inne poleciały w otaczający osiedle las. - Nie, nie, nie, nie… - jęczał policjant wpychając na wpół martwego człowieka na tylne siedzenie i wsiadając do samochodu. Przekręcił kluczyk, modląc się żeby wóz zapalił. Wrzucił wsteczny i ruszył do tyłu… zbyt gwałtownie. Koła zapiszczały, wzniecając kłęby siwego dymu, straciły przyczepność i tył radiowozu zarył w betonowy kosz na śmieci. Żyd spadł na podłogę. Poduszka powietrzna wystrzeliła Bobowi w twarz. Widział na niej krew, która całymi strugami lała się z jego nosa. Ponownie przekręcił kluczyk i samochód ruszył. Z rykiem zatoczył szeroki łuk na wskroś parkingu i wjechał w betonowy słupek przy bramie. Przednia szyba pękła pod uderzeniem czoła kierowcy. Mundurowy kapelusz opadł na siedzenie obok. Kręcił stacyjką ile sił, ale wóz ani drgnął. Pac! - coś uderzyło w okno tuż obok jego skroni. Lubieżnie sapało. Spojrzał w bok. To twarz czegoś takiego jak tamto żywe truchło, przyciskana do szkła, aż się rozpłaszczyła. Spleśniała skóra wisiała na niej jak szmaty. Zielonkawa posoka lała się po szkle. Wcisnął klakson. Niebiesko-czerwone błyski padły na mgłę unoszącą się z rozdartej chłodnicy. Coś uderzyło w bagażnik. Samochód zadrżał. Potem tych istot schodziło się coraz więcej. Dach zaczął trzeszczeć; te rzeczy wylazły nawet tam. Radiowóz wyglądał teraz jak ogromna kupa gnijących ciał, które jęczały i wyły. A później, kiedy policjant, starając się odejść jak najdalej od szyb, powoli osuwał się w otchłań nieświadomości, Żyd ocknął się na chwilkę. Półprzytomny, zobaczył mordę potwora przyciśniętą do okna i wypalił w nią z trzymanej kurczowo Beretty. Szkło posypało się na jego spodnie. To był ostatni nabój. Pocisk tylko musnął ucho trupa. To było jak dziura w kadłubie łodzi podwodnej, tyle że zamiast wody było rozkładające się mięso. Żyd siedział otępiały, gdy łapa żywego trupa trafiła go w skroń i niemal oderwała mu ucho. Bob patrzył jak istota gramoli się przez rozbite okno. A za nią już czekało kilka następnych. Dopiero fetor zwłok przywrócił go do przytomności. Wyrwał broń z kabury i wystrzelił pół magazynka, trafiając między innymi w głowę. Miał szczęście, że zrobił to akurat wtedy: tyłek stworzenia nadal wisiał na zewnątrz, blokują przejście. Bob zapadł w półsen. Tymczasem policyjna ciężarówka wypełniona po brzegi zbrojnymi w pałki i gaz łzawiący funkcjonariuszami z oddziałów prewencji stanęła w bramie, rzucając dwa snopy światła na radiowóz, ledwo widoczny spod sterty poruszających się ciał. - Jezu, Pete, co to jest… - siedzący w szoferce kierowca i oficer, którzy pierwsi to zobaczyli, porzygali się. Kierowca na deskę rozdzielczą i swoje kolana, dowódca przez okno, na drogę. Potem kilka trupów odwróciło się i zaczęło chwiejnie iść w stronę pojazdu. Ich szponiasto wygięte, odarte do kości łapy wyciągały się w ich kierunku, zaciskały się i rozwierały chciwie. - JEZU, PETE, ZABIERZ NAS STĄD! - pasażer drżał na całym ciele. Zazgrzytała przekładnia, samochód cofnął tyłem w las, roztrącając krzaki, a potem ruszył, wyrzucając spod tylnych kół fontanny ziemi. Policjanci, którzy siedzieli z najbardziej tyłu teraz też wymiotowali, a część krzyczała nieprzytomnie; zobaczyli TO przez okienka w tylnych drzwiach. Komuś trzeba było wyrwać nabity pistolet. Ciężarówka, zadziwiająco zwinnie jak na swój rozmiar, wykręciła na jezdnię i pomknęła tam, skąd przybyła, połyskując w ciemnościach czerwonymi lampami. - Klaster zaraz odetniemy. Mamy w zasadzie jeden, dwa, trzy lub cztery bastiony. Tu, tu, tu i być może tu. - stuknął palcem w cztery punkty planu. - Tutaj być może są jeszcze żywi. Niedawno słyszeliśmy tam strzały. - przyłożył dłoń do punktu, który pokazał jako pierwszy. - Prawdopodobnie jedna osoba, policjant nazwiskiem Cheese… cośtam. Tutaj są na pewno. - przesunął rękę do kolejnego. - Cały czas gramolą się tam epsilony. - nazywali je tak, z Huxleya, ze względu na inteligencję (albo jej brak). - Trzecie - wskazał trzeci w kolejności punkt. - Jest prawdopodobnie na poddaszu tego mieszkania. Zwiad lotniczy wykazał duże ognisko epsilonów. Przynajmniej tak twierdzi Jacob. - dodał ciszej i przesunął dłoń do trzeciego punkcika. - Z planów wynika, że tutaj - dźgnął kciukiem, jakby na potwierdzenie swoich słów. - powinien znajdować się stary schron Obrony Cywilnej. Mogą w nim być żywi ludzie. W czwartym bastionie raczej nikłe prawdopodobieństwo, ale nikt nie widział trupów pracowników z administracji. - spojrzał spod beretu na człowieka bez czapki. - Yhy. - stwierdził tamten, opierając się o rozłożony stolik w wozie dowodzenia. - Zainfekowani? - Na razie żadnego. - Dobrrra. - rzekł drugi przeciągając się. Niedawno wyrwano go ze snu. - Wiecie już gdzie jest gniazdo? - Miasteczko jakieś półtora kilometra stąd. Dokładniej szpital. Poza tym właśnie je przeszukują; na razie brak infekcji. Późno, to i ulice puste, ale rozwój mógł trwać nawet parę dni. - W porządku. Powiedz mi jeszcze… - zastanowił się. - …o świadkach. - Potencjalnie dwudziestu dwóch. Jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie, sir, tak naprawdę epsilony widziało sześciu, może ośmiu. - Nieważne. Znasz procedurę. Ktoś z nich miał z nimi kontakt? - Nie, sir. Tak twierdzą, ale są na obserwacji. - wskazał oczami na punkt kontrolny, przy którym stała właśnie wojskowa ciężarówka z dużym, czerwonym krzyżem na plandece. Kiedy w lekko opancerzonym, ustawionym pomiędzy dwoma liniami zasieków samochodzie, toczyła się ta rozmowa, oddział pierwszego rzutu, tak zwany Alfa właśnie odrywał resztki zgniłych ciał z ociekającego posoką policyjnego Forda. Żołnierz w gumowym, ochronnym stroju, i kolczudze przy pomocy bosaka wyciągnął do połowy zanurzonego w oknie trupa i wyrzucił go na asfalt. Otworzyli tylne drzwi i wyciągnęli martwego Żyda. Potem jeden z nich wszedł do środka i wytargał policjanta. Był półprzytomny i apatyczny. Katalepsja. Przypiętych grubymi pasami do noszy, żołnierze wsunęli do M113. Ktoś klepnął kierowcę w ramię. - Zmywamy się. - jego głos tłumiła maska przeciwgazowa. Na nią założył hełm z ochronną przyłbicą, trochę jak te, które noszą gracze footballu amerykańskiego. Transporter natychmiast ruszył i przejechał przez bramę Dwóch żandarmów natychmiast zatrzasnęło wrota. Trochę dalej saperzy budowali ogrodzenie z szarych, metalowych płyt, podobnych do tych budowanych wokół ważnych budynków podczas zamieszek, aby zapobiec szturmom. Cała akcja nie trwała nawet dwóch minut, ale i tak w stronę płotu podążało kilkanaście epsilonów. - Jak z nimi? - zapytał człowiek w berecie, gdy załoga wysiadała z pojazdu. - Jeden na pewno jest zainfekowany, stracił nogę. Policjant być może, ale nie widziałem ran. - stwierdził, zdejmując kask i maskę. Mężczyzna w berecie odwrócił się do kogoś innego. - Policjanta do „sanatorium”, tego bez nogi do izolatki. To może być pierwszy epsilon, jakiego złapaliśmy, od paru ładnych lat. - tamten zasalutował i odszedł. Później człowiek w berecie wszedł do rozstawionego naprędce namiotu. Szef już czekał: - Kto tak napierdala? Ten w berecie zasalutował: - Jacob mówi, że jacyś ludzie z budynku administracji ustawili na tyłach płonącą barykadę i ostrzeliwują się. Odpalili racę. - Cholera, nie mogli trochę poczekać? Teraz nie możemy wysłać odsieczy. Coś jeszcze? - W pierwszym bastionie… - Mów po ludzku. - W samochodzie przy bramie był nie jeden, a dwóch ludzi. Tego drugiego zainfekowali. Policjant być może czysty. - Da się z nim porozmawiać? Ten w berecie przecząco pokręcił głową. - Katalepsja. - Jak wygląda sytuacja… - spojrzał na mapę. - …w Vermontshire. - Przed chwilą je odcięliśmy. Wygląda na to, że jest pierwotnym ogniskiem. - Ale dochodzenie ruszyło? - Ruszyło. - skinął potakującą. Musieli przecież ustalić, skąd wirus się tam wziął. - Jacob właśnie wylądował. Ładuje ludzi. Tymczasem sytuacja na strychu domu numer cztery przedstawiała się co najmniej dramatycznie. Jeszcze dwie czy trzy godziny temu cała czwórka siedziała w salonie i jadła pizzę, oglądając mecz. Całkiem dobry mecz, kiedy rozległy się strzały. Gdy kanonada nie ustawała, a dołączyły do niej także jakieś wrzaski, John otworzył drzwi, aby sprawdzić co to… wyjrzał na ulicę i wtedy się zaczęło… Wpuścił to coś do domu. Nie pozwalało zamknąć drzwi, a za nim pojękując i posapując szły następne. Wlewały się do mieszkania zwartym potokiem i po niedługim czasie zostali zapędzeni na piętro. Większość tych poczwar przewracała się na schodach, ale pełzły dalej. Archi porwał z biurka pistolet swojego ojca i rozwalił jednego zombiaka, lecz zostało jeszcze kilkanaście. I cały czas przybywały nowe. Doszło do tego, że musieli wejść na strych przez otwór wentylacyjny. Przez ten sam właz starały się wtargnąć żywe trupy. Czasem któremuś udawało się uchwycić krawędzi, ale strzelali im w głowy. Reszta podrygiwała na dole. Na poddaszu znaleźli spory zapas amunicji. Teraz jednak i on był na wykończeniu. Mięli także łom, trochę jak w Half-Lifie, ale żaden z nich nie odważył się podejść wystarczająco blisko. Zwłaszcza, kiedy złapały Archiego za nogę. Wpadł między nie. Został rozdarty na strzępy. Krew bryzgała aż na sufit. Krzyczał, dopóki nie oderwało mu głowy. W tej samej chwili, kiedy jego matka awanturowała się z żołnierzami przy pierwszym punkcie kontrolnym. Całe szczęście, że te istoty nie wpadły na pomysł, aby spróbować z innego mieszkania: nie daliby rady odpierać ataków z dwóch różnych kierunków. Zdaje się jednak, że stworzenia nie grzeszyły inteligencją. Chociaż, skoro umiały chodzić, to i tak były mądrzejsze od większości martwych. Niestety. Zostało ni mniej, ni więcej, tylko czternaście nabojów. Trzynaście. Kolejne ciało poleciało w dół. Sam John miał nadzieję na szybki ratunek: helikopter z łopotem przelatywał im nad głowami raz po raz. - Myślę, że powinniśmy uciec na dach, chłopcy i dziewczęta. - stwierdził łamiącym się głosem. Tak zrobili. Kiedy John jako ostatni podciągał się na górę, widział jak kolejny zombiak gramoli się na strych i wyłazi na podłogę, wierzgając zaropiałymi nogami. Zatrzasnął za sobą klapę. Z dachu widzieli panoramę całego SunForrest Hill, wraz z kawałkiem drogi dojazdowej. Samotny radiowóz stał przy bramie, wbity w słupek. Drzwi były pootwierane, a dookoła niczym sępy krążyły żywe trupy. Kolejne trzy podskakiwały przed bramą, starając się wspiąć na szczyt. Jeden odbijał się cały czas, gdy usiłował po prostu przejść przez stalowe pręty. Zza administracji wznosił się słup szarego dymu. Gdy tylko wyszli, kilku umarlaków zbiegło się pod dom z wyciem i zaczęło podskakiwać, wyciągając w górę ręce. Z tamtego kierunku słychać było wystrzały. Helikopter, który od jakiegoś czasu ucichł (Clara bała się, że się rozbił), wzbił się zza lasu, pokonał dzielący ich dystans i zawisł nad budynkiem. Podskakiwali, machając rękami, jak rozbitkowie na tratwie. Kilka dachówek zleciało na chodnik. Tumany kurzu omiatały ich twarze. Drzwi Blackhawka otworzyły się i wypadła z nich lina. Po niej zjechało pięciu żołnierzy. „W samą porę” - pomyślał John. Zambie zaczęły właśnie dobijać się do klapy od spodu. A siłę to one miały. Eli patrzył z utęsknieniem na czarne cielsko śmigłowca, wiszące pod szarym niebem. Świtał kolejny, chmurny dzień. Oczy łzawiły mu od dymu. - Eli, jazda! - usłyszał i wpadł do budynku. Elizabeth tym okrzykiem uratowała mu wtedy życie. Gdyby tam został, nieumarli rozerwaliby go na strzępy. Pierra już spotkał ten los, kilka minut temu. Marcy straciła najpierw ręce, a potem całą resztę. Joachim… nie wiadomo co się z nim stało. Oddał życie, aby ostrzec ludzi. Poszedł na dach, aby włączyć syrenę. Eli poprzez wycie słyszał jeszcze, jak ten otwiera klapę i jak krzyczy… Zatrzasnął drzwi. Wraz z Elizabeth znaleźli się w mrocznym przedsionku. Teraz z obu stron dobijały się żywe trupy. One nie bały się ognia! Przelazły przez płonącą barierę nic…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Desek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…