Wróć do katalogu

Eufemia

Opowiadanie osadzone jest w realiach średniowiecza. Na kanwie prawdziwych wydarzeń toczy się historia z pogranicza magii a może fantastyki. Czytelnik sam dokona oceny. Zapraszam do poszukiwań.

Ata, opublikowano , 44 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział 1 Bunt

Pośród rozświetlonych poświatą księżyca podkrakowskich pól, przesuwała się w stronę obronnych murów miasta, czarna i połyskująca metalowymi zbrojami plama jeźdźców. Za konnicą ciągnęła kilkutysięczna armia piechurów. - Buntownicy są już blisko! – zwiadowca zdający relację pokłonił się zebranym w komnacie rycerzom lekkim skinieniem głowy. - Na ich czele stoi wojewoda Janusz i książę czerski Konrad!. – A i biskup z nimi – dodał spojrzawszy teraz w stronę kilku rajców. – Dużą siłą idą. Parę tysięcy. - Będziemy zmuszeni bronić się na Wawelu – natychmiastowa decyzja Leszka wzbudziła momentalną reakcję. - My?- Warcisław mimowolnie gestem rąk wskazał na towarzyszących mu mieszczan.– Nie damy rady! Nie jesteśmy w stanie. Nie jesteśmy przygotowani. Książę podszedł do okna. - Jest jedno wyjście – powiedział. - Udanie się po pomoc. Ale wówczas musicie odpierać zdrajców tak długo aż powrócę z posiłkami – powziął decyzję i spojrzał po zebranych. Piotr Moryc, który zaznał już niejednej życiowej zawieruchy skinął głową. - Jedź panie i niech cię Bóg prowadzi.

Rozdział 2 Spotkanie

Cisza rozprzestrzeniając się po okolicy osiadała na smaganych słońcem trawach łąk i przeplatała się pomiędzy koronami drzew wielowiekowego lasu. Dzień był senny, jakikolwiek ruch znikomy a strumyk o tej porze roku rześki i żwawy, dziś leniwie przesuwał swoje wody do wielkiej rzeki, która wiła się od strony gór w głąb rozdrobnionej na księstwa polskiej ziemi. Jasnooki, o rzadko spotykanym białym kolorze włosów mężczyzna, ubrany w szerokie spodnie i koszulę przepasaną w pasie, w zamyśleniu wpatrywał się w połyskującą powolnym nurtem wodę. Z zadumy wyrwał go dopiero niespodziewany dotyk czyjejś zimnej dłoni. Jaksa poderwał się z miejsca. - Co?! – krzyknął odwracając się w stronę wysokiego, starego człowieka, który przed chwilą bezszelestnie pojawił się za jego plecami. - Nie bój się – powiedział tamten łagodnie. - Ciebie?! – Jaksa zareagował wrogo, przyglądając się starcowi z przerażeniem. Twarz obcego o szarej, ziemistej, jakby przyprószonej popiołem cerze, pozbawiona była oczu. - Ktoś ty? – spytał. Bezoki uśmiechnął się pobłażliwe. - Kiedyś już ojcu twojemu miałem powiedzieć, kim jestem, ale czas okazał się ku temu nieodpowiedni. Jaksa zmarszczył brwi. Wiedział, z kim przyszło mu rozmawiać. - Aaaa! To ty. Z tego, co mi wiadomo miałeś zjawić się wcześniej – powiedział z wyrzutem. - Eufemii już nie ma! - Wiem – odparł przybysz. Jaksa pokiwał głową. - Ojciec mówił, że ty wszystko wiesz – powiedział z przekąsem. - To może wiesz też, kto jest winien jej śmierci?! Bezoki zsunął z głowy czarny kaptur, odsłaniając łysą, nieco stożkową w wyglądzie głowę. - Owszem - odparł. - Po to przyszedłem, żeby oznajmić, kto. Jaksa wpatrzony w osobliwego w wyglądzie człowieka, oczekiwał na ujawnienie znienawidzonego imienia mordercy. - No?! – ponaglił. – Kto?! - Biskup krakowski – odparł bez namysłu tajemniczy przybysz.

Rozdział 3 Przeprawa

Kilku piechurów przemierzało dzikie ostępy gęsto usiane bagnami. Towarzyszyły im kołujące nad nimi komary, uporczywy upał w ciągu dnia i ciepłe, parne, bezwietrzne noce. Na wilgotnym terenie powietrze było gęste, ciężkie i pachniało zgniłymi liśćmi i zbutwiałym drewnem. Przewodzący grupie, mimo trudu wędrówki poganiał brodzących po kolana w wodzie współtowarzyszy, nie wykazując najmniejszych oznak zmęczenia. - A gdzie to Bóg prowadzi ? – głos rozchodzący się spośród kniei zatrzymał niemrawy pochód kilkunastu mężczyzn. - Ku granicy – odparł szybko przewodnik. - Tędy?! – głos zza drzew przybrał nutę rozbawienia. – Tędy przejdzie tylko ten, kto zna okolicę albo szaleniec, który na niechybną śmierć się wybiera. Przywódca zastanowił się chwilę. - A co żeś ty za jeden, że boisz się ku nam wyjść i tylko zza krzaków straszysz? – zawołał. - A wiem to, z kim mi przyszło się witać – głos brzmiał nadal w tym samym rozbawionym tonie. - Musimy ku południu. Szybko! – przywódca o kruczych włosach i przenikliwym spojrzeniu ciemnych niczym sadza oczu zaczął się niecierpliwić. – Możesz pomóc?! - spytał, czując, że w sytuacji w jakiej się znalazł ze swoimi ludźmi, niczym nie ryzykuje. - Pewnie bym mógł, gdybym chciał – śmiech, który tym razem się rozległ zabrzmiał nieprzyjemnie, niosąc się kilkakrotnie echem po lesie. - W imię boże nas przywitałeś to i pomóż! – przywódca nie rezygnował. Człowiek ukryty w kniei na moment zamilkł. - Jest jeszcze i tak – odezwał się po chwili. - Że każdemu inny bożyszcze miłe – jego głos przybrał wrogi ton. Przywódca wyczuł go momentalnie. - Muszę na Węgry – zdecydował się na szczerość. – Sam jesteś? Ponoć tu w okolicy gród jest. Czciżby się zwie. Czy nie tak? Samowładcze grodzisko. Jak mi pomożesz tytuł książęcy następcy Czciobora przywrócę. - No proszę! – śmiech rozległ się znowu, ale tym razem nieco wymuszony i nerwowy. – Sam książę na Wawelu w mokradłach brodzi. A my twojej władzy nie uznajemy. Książę Leszek spojrzał na swoich ludzi. - Bunt w państwie – kontynuował. – Wojewoda Janusz, książę Konrad i biskup krakowski Paweł na Kraków uderzyli. Muszę posiłki zebrać – mówił ku ścianie zieleni, skąd przed chwilą słychać było głos ukrytego w niej człowieka. Na odpowiedź nie musiał czekać. - Pomogę – ku zaskoczeniu wszystkich padła ona szybko. – Do swoich mnie tylko weź.

Rozdział 4 Modły

Giedymin stanął na skraju leśnej polany. Minęły dwadzieścia trzy lata od czasu, gdy w tym miejscu spotkał tajemniczego człowieka, z którym kilka dni temu rozmawiał Jaksa. Patrząc na wypaloną do korzeni trawę wiedział, że duchy tego miejsca są tu obecne. Pierwszy raz, gdy przyszedł w to miejsce by się modlić, też zastał wypaloną, osnutą dziwnym zapachem spalenizny, gołą ziemię. Było to w roku 1266, gdy urodziło się najmłodsze z jego dzieci, Bolech. Przedwcześnie urodzony syn był słaby. Nie jadł, nie płakał, oddychał ciężko, siniał. Wiadomym było, że szanse na to, by żył są znikome. Dziecko jednak nie umierało. Giedymin zdecydował się wówczas, by poprosić o pomoc duchy. Nic nikomu nie mówiąc pod osłoną wieczoru przyszedł z niemowlęciem na polanę, by powierzyć syna duchom w opiekę. W trakcie trwających kilka godzin błagalnych modlitw zasnął jednak i ocknął się dopiero obudzony donośnym płaczem niemowlęcia. W nadziei, że malec odtąd będzie zdrowy, wrócił z nim do grodu. Ku jego zdziwieniu przywitano go płaczem. Okazało się, że Giedymin powrócił po sześciu tygodniach a wszelkie, trwające po jego zniknięciu poszukiwania były bezskuteczne. Trop, jaki wówczas odnaleziono poprowadził szukających do polany, ale tam się urwał, jakby ktoś w tym miejscu rozpłynął się w powietrzu. Giedyminowi trudno było uwierzyć w to, co mu opowiadano, ale spoglądając na grubiutkie i ruchliwe dziecko zrozumiał, że rzeczywiście w ciągu jednej nocy nie mogło tak dalece się zmienić. Nie umiał jednak odpowiedzieć, gdzie był, ani co robił i jak to się stało, że malec przeżył. Od tego czasu zawsze czuł lęk, gdy przychodził na polanę. Dziś przyszedł dziękować za imię mordercy jego córki. Był przekonany, że, by móc rzucić przekleństwo, odprawić czary, posłać za zbrodniarzem siłę złego ducha potrzebował znać to imię. Giedymin skłonił się nisko. Powiał wiatr i rozległ się ogłuszający huk. Jakby znikąd, nagle pojawiło się oślepiające światło, kotwicząc na polanie i pulsując rytmicznie jak mrugające ogromne oko. Giedymin klęcząc i trzymając głowę pochyloną ku kolanom powtarzał rytualny tekst modlitwy. Nie trwało to długo. Hałas, tak jak szybko się pojawił, tak też szybko ucichł, wiatr ustał a światło zgasło. Z rozsadzającym czaszkę szumem Giedymin z lękiem podniósł oczy. Polana była pusta, osnuta tylko białym, cuchnącym dymem. Giedymin był pewny, że zło wiedziało, dokąd iść.

Rozdział 5 Wilk Sądecczyzna rozbrzmiała odgłosami kopyt tysięcy koni. Od południa ciągnęły w głąb kraju liczne węgierskie wojska z księciem Leszkiem na czele. Złączony paktem z królem Władysławem o wzajemnej pomocy militarnej, bez konieczności jakichkolwiek pertraktacji uzyskał wsparcie węgierskiego monarchy w postaci zaciężnej armii. Teraz musiał dotrzeć z nią jak najszybciej do oblężonego Krakowa, gdzie mieszczanie wciąż utrzymywali obronę Wawelu. - Zawołaj mi przewodnika – powiedział Leszek do rycerza jadącego obok, który znużony całodniowym marszem, drzemał na idącym powoli koniu. Dalibor otworzywszy przekrwione i napuchnięte oczy, zawrócił sprawnie nakrapianego czarnymi plamami wierzchowca i pokłusował w stronę idącego z tyłu pochodu hufca piechoty. - Książę wzywa! – rzucił krótko do młodego wojownika. – Właź – wskazał miejsce za sobą. Czarnowłosy mężczyzna wskoczył na grzbiet przestającego z nogi na nogę, podenerwowanego zwierzęcia, przytrzymując się ramienia rycerza. Milcząc przypatrywał się jego szerokim plecom. Znał już Dalibora z przeprawy przez mokradła, gdy książę z garstką wiernych mu możnych przedzierał się ku węgierskiej granicy. - Chcę z tobą pomówić – książę, gdy tylko zauważył obu mężczyzn obok siebie, zwrócił się do młodszego. – Nic o tobie nie wiem a chciałbym cię jakoś wynagrodzić za zasługi. Nawet nie znam twojego imienia – uśmiechnął się. – Ja wiem, że czasu ku temu nie było a ty nie dla pustej chwalby zaciągnąłeś się do służby u mnie, ale muszę wiedzieć, kim jesteś – powiedział tonem, nie znoszącym sprzeciwu. Młodzieniec słuchając księcia kiwał głową w zrozumieniu. Przecierając wierzchem dłoni usta zbierał czas do namysłu. - Jestem synem Giedymina – zdecydował się powiedzieć prawdę. – Następcy Czcibora. Jestem jako i ty książęcego rodu. Dalibor, który przysłuchiwał się rozmowie, odwrócił do tyłu głowę, krzywiąc twarz w zdziwieniu. - Sprawdzimy to, gdy nadarzy się ku temu okazja – zawyrokował Leszek. – A teraz rzeknij, jak ciebie matka z ojcem nazwali? – spytał, odwracając w tym samym momencie wzrok od jego twarzy, bo rozległ się bojowy okrzyk. Armia zaczęła formować szyki. Młodzieniec nie zdążył odpowiedzieć na pytanie a książę już na to nie czekał. Ruszył na czoło pochodu. Wijąca się w oddali przed rycerstwem rzeka, która jeszcze do niedawna połyskiwała swoimi wodami, odbijając słoneczne promienie, zasłonięta została przez czarną, ruszającą się plamę wrogiego wojska. - Buntownicy – powiedział z nutą radości w głosie Dalibor, wypatrując w owej plamie książęcych chorągwi. – Wreszcie – uśmiechnął się, zerknąwszy na mement w stronę zeskakującego z konia młodzieńca. - A ty gdzie? Nie możesz przecież jako zwykły pachołek! - zawołał i urwał w pół zdania. Młody potomek zapomnianej piastowskiej linii nie zamierzając go słuchać, pognał na tyły armii do hufca piechoty, do którego wcześniej go przydzielono. Obie armie stanęły naprzeciw siebie. Pole pomiędzy nimi porośnięte było wiotką, wysoką trawą, nakrapianą granatowymi punkcikami kwiatów. - Musimy się pospieszyć – Leszek oceniał sytuację. – Nie nacierają, bo chcą, żeby słońce było za nimi i nas oślepiało. Póki jeszcze jest wysoko trzeba ich zaatakować – mówił do stojącego obok Węgra. Imre, który wraz ze swoimi pocztowymi trzymał się blisko Leszka, zapewniając mu dodatkową ochronę, zamruczał potakująco. Za chwilę mało finezyjny początek bitwy dał o sobie znać deszczem strzał i pierwsze natarcie w postaci konnej ciężkiej jazdy ruszyło w stronę zbuntowanych podwładnych Leszka. Ziemia zadrżała i głuche echo poniosło się lasami. Do niego dołączyły okrzyki tysiąca ludzkich gardeł i rżenie nawykłych do szarżowania i boju, koni. Wyciągnięto do przodu zakończone cienkimi, ostrymi grotami sulice i z impetem wtargnięto w niemrawo poruszające hufce wojewody Janusza. Przy pierwszym starciu wielu postrącanych z siodeł buntowników zostało zadeptanych przez końskie kopyta, inni którzy zdołali utrzymać się na grzbietach swoich wierzchowców, wydobyli miecze. W ścisku i zamieszaniu bitwa weszła w fazę zamętu. Leszek, otoczony pocztem Imre i swoim własnym nie mógł ocenić ogólnej sytuacji. Zaprawiony jednak w bojach, nie raz już w nich z sukcesem uczestnicząc, krzyczał ponad innymi, zagrzewając do walki. Lekka jazda ruszyła teraz do ataku a za nią zbliżał się już hufiec piechoty, oskrzydlając kotłowaninę, jaką teraz stała się bitwa pod Bogucicami. Coraz więcej poległych wyścielało brzegi rzeki Raby. Konie potykały się o martwe ciała, padały ranne, przygniatały jeszcze żywych. Piechota oskrzydlająca bitwę zaczęła wdzierać się w jej centrum. Młody potomek Czcibora, odrzucając sulicę parł w sam środek piekła, tnąc mieczem z zapamiętaniem i wypatrując jednocześnie szkarłatnych szat jednego z dowódców buntowników. W pewnym momencie, zdając sobie sprawę, że w ścisku ludzkich ciał nie zdoła pieszo przedrzeć się do chronionego licznym pocztem biskupa, wściekły, mocnym uderzeniem powalił nacierającego konno zwolennika księcia Konrada i wskoczywszy na jego miejsce, rozpoczął przeciskać się przez zgiełk i tłok, w stronę znienawidzonego Pawła z Przemankowa. Kilkanaście metrów dalej, po jego prawej stronie, nieosłonięty przez swój poczet Konrad, próbował przedrzeć się przez chaos i uciec z pola walki. Młodzieniec przez chwilę pomyślał, że mógłby go dopaść. Książę był bowiem sam a wokół niego zrobiło się trochę wolnego miejsca, pusty okrąg, na brzegach którego toczyła się jeszcze walka jego zwolenników z Węgrami. Wystarczyło tylko przedrzeć się przez tę barierę i dopaść uzurpatora krakowskiej korony. Ale wytworzona sytuacja paradoksalnie dawała też księciu czas, by mimo rozgorzałej wokół bitwy, mógł pomyśleć nad sposobem wydostania się z jej otmętu. Skorzystał z nadarzającej się okazji, jaką był stojący pośród szaleństwa mordu, koń. Szczęśliwie dla niego, dzięki odwadze i zrywności zwierzęcia, udało mu się wydostać z otchłani walki i wyswobodzić na jej peryferia, by zaraz potem pognać w stronę lasu. Młody Piast kątem oka, co jakiś czas rejestrował obrazy z uciekającym w stronę gęstego boru Konradem, ale uczestnicząc w bitwie w innym celu, parł do niego, ścieląc przed sobą trupy. Zmęczony, z raną w tyle głowy, brocząc krwią, dotarł wreszcie do ostatniego bastionu rebeliantów, gdzie bój był teraz najbardziej zawzięty a w jego głównym punkcie znajdował się morderca jego siostry. Przy nim wymachiwał mieczem wojewoda Janusz, krzycząc coś chrypliwie do swoich rycerzy, prawdopodobnie wydając rozkazy. Zaślepiony nienawiścią potomek Czcibora, bez namysłu chwycił za tasak upięty nietypowo na plecach i wstał z siodła. Stojąc na końskim grzbiecie wycelował i rzucił kordem w stronę biskupa. Ogromny, pikujący nóż odbił się rękojeścią o płaszczyznę osłaniającej biskupa tarczy i zmieniając tor lotu trafił w wojewodę. Ugodzony niefortunnie w szyję Janusz, zaczął mocno krwawić i osunął się na ziemię. Biskup z niedowierzaniem na twarzy oglądnął się w stronę napastnika, który śmiał targnąć się na życie osoby duchownej, w dodatku wysoko postawionej w kościelnej hierarchii. - Zdechniesz z mojej ręki! – krzyknął młody Piast, widząc jak pocztowi i resztki rodowej chorągwi Toporczyków zbierają się do ucieczki.

***

- Jedynym wytłumaczeniem jest to, że chłopak oszalał – Dalibor umoczywszy usta w piwie wciąż wspominał samotną szarżę młodego wojownika. - W łeb dostał i pewnie dlatego mu się w nim pomieszało – mruczał. - A wiesz, że on ponoć książę? – uśmiechnął się do siedzącego obok kompana, który w zadumaniu patrzył na leżącego nieopodal, śpiącego młodzieńca. – On? – powątpiewał. – Z taką dziką gębą? – chwycił za swój kufel i zaciągnął kilka głębokich haustów. - Nasi nazywają go Wilkiem – powiedział. – Bo ślepia ma nienawistne. Jakby sam wilk nimi patrzył na ofiarę. Boją się go. Mówią, ze to diabeł – ściszył głos. - Ej! Wojciechu! – Dalibor machnął ręką i zaczął się śmiać. – Bzdury pleciesz. To, że człek jakiś taki…- Dalibor skrzywił usta, nie bardzo wiedząc, jakiego porównania użyć - to i prawda, ale mało to takich – wziął młodego Piasta w obronę. – Czarne włosy ma jak smoła i tyle. Kudłaty. Ale zaraz diabeł – śmiał się z absurdalności usłyszanych pomówień. – No, może – Wojciech skrzywił usta w niezadowoleniu, że został skarcony. – Ale gadają, że do księcia Leszka się przyssał i chce go w kłopoty z kościołem wplątać – dokończył mimo wszystko, żeby swojej opowieści dodać wiarygodności, bo przecież nikt inny jak śpiący nieopodal młodzieniec, chciał przecież sługę bożego zabić.

Rozdział 6 Cień

- Nie rozumiem – młody mężczyzna o dzikim spojrzeniu przebijał nim księcia na wylot. – Skoro innych wygnałeś, czemu tego zdrajcę zachowujesz przy przywilejach? – pytał nie bez złości w głosie. Leszek poderwał się z miejsca. - Nie rozumiesz? Jak to nie rozumiesz?! To jest kościół! On jest biskupem! Za nim stoi duchowieństwo, papież. - I co ów papież?! – rozmówca wtrącił się niejako w słowa księcia. - Wyprawę krzyżową ogłosi przeciw tobie?! - Nie. Wyprawę, nie. Ale te ich klątwy…- przewrócił oczami i westchnął. – Boisz się – rycerz patrzył na księcia z dezaprobatą. – Rogatka się nie bał. Wyklinali go, rzucali klątwy, ale jakoś się tym nie przejmował. Biskupa Tomasza porwał bosego tylko w koszuli, w kajdany go zakuł i do lochu wsadził. - Na litość boską Bolech! – książę złapał się za głowę. – Ty mnie do łotra porównujesz?! Który wyłącznie za bogactwem gonił i ludzi żywcem palił w kościele?! Krewnych więził w gnieździe legnickim za okup?! Z Niemcami się bratał, niemieckich najemników ku batalii przeciw własnemu bratu ciągnął?! – krzyczał. - Takich samowładców bez czci i wiary jest pełno – tłumaczył poruszony. – Ja nie frymarczę polskimi ziemiami dla własnej prywaty, jako ów Bolesław Rogatka, którego imię ci tak bliskie – zadrwił. – I nikt mi nigdy nie zarzuci, że ambicji mi brakowało. Niejedną już nawałnicę przetrwałem i odbijałem z sukcesem. Młokos taki jak ty nie śmie mnie pouczać! – Leszek ciskał na Bolecha wrogie spojrzenia. - Możni tylko czyhają bym popełnił błąd – próbował opanować emocje. – Wielu jest takich, którzy na moim tronie chętnie zasiądą. Nie mam następcy a myśli zjednoczeniowe państwa polskiego są mi bliższe niż prywatne rozrachunki. Jak mnie kościół potępi, wyklnie, wygonią mnie jak Bolesława II. Na ziemi sieradzko - krakowskiej zapanuje wówczas chaos. Tego, którego wybrałem na mojego następcę nie zechcą wówczas uznać. Potomek Czcibora zacisnął pięści. Jakby nie docierało do niego, to co usłyszał, szumiało mu w głowie, tylko jedno, że biskup Paweł wyjdzie ze zdradzieckich działań bezkarnie. - Zatem na wolności pozostanie – silił się na spokojny ton. - I nadal będzie mu wolno knuć, mordować i gwałcić?! Leszek przymknął powieki i westchnął w poczuciu bezsilności. - Teraz będziemy wzdychać? – zadrwił rycerz. Wrogie spojrzenie księcia utknęło zaraz na jego twarzy. - Nie wiem, co ten człowiek ci uczynił, że go tak dalece nienawidzisz – odparł. - Ale pomóc tobie nie mogę – był już zmęczony rozmową. – Idź już! Zdania nie zmienię. Następca Czcibora pokiwał głową. - Dobrze – rzucił krótko, odwracając się energicznie ku wyjściu. Jego ciężkie i szybkie kroki dudniące po surowych deskach podłogi niosły się po zamku. Leszek wsłuchiwał się w ich rytm aż ucichły za kolejnymi drzwiami, by powtórnie dotrzeć do jego uszu miarowym marszem po wybrukowanym obłymi kamieniami dziedzińcu. Dopiero, gdy ich odgłos zupełnie zamarł Leszek poczuł się spokojniejszy. - Jakieś rozkazy panie? – wartownik stojący u drzwi księcia wsunął się do komnaty. Leszek zaprzeczył ruchem głowy. - Na dziś to wszystko – odparł. Mężczyzna zamknął drzwi. Z myślami krążącymi uparcie wokół osoby Bolecha, książę położył się spać. Nerwowo przewracając się z boku na bok, nie umiał jednak znaleźć wygodnej pozycji. Łóżko skrzypiało przy każdym ruchu. Ukojenie w postaci snu nie przychodziło a księciu trudno było się uspokoić po przebytej rozmowie. Noc robiła się coraz głębsza, wilgotna i chłodna. Gęsta mgła przysiadła nisko i biała, tiulowa poświata otuliła zamek. Mury budowli połyskiwały drobnymi kropelkami wody. Ruch powietrza był znikomy. Wydawało się, że wszystko wokoło zamarło, zatrzymało się. Straż, która pełniła wartę wsłuchiwała się w zalegającą wszędzie ciszę i wypatrywała najmniejszego chociażby ruchu. Jednak pośród owego spokoju i mimo czujności wartowników, ktoś bezszelestnie zdołał niezauważony przemknąć na zamkowy dziedziniec. Niczym zjawa, skierował się pod jedną ze ścian zamku a potem zwinnymi ruchami wspiął się po wystających z muru kamieniach. Leszek poczuł w pokoju powiew zimnego powietrza i spojrzał w stronę okna. Na jego tle zobaczył zarys ludzkiej postaci. Serce momentalnie oszalało mu w zabójczym rytmie. Zerwał się z łóżka i chwycił za miecz. Cisnął nim w stronę czarnego cienia, ale postać uchyliła się i miecz upadł na podłogę. Leszek rzucił się do ucieczki. - Straa.. ! – zdołał zaskrzeczeć, zanim szeroka dłoń zacisnęła się na jego ustach i ciężkie ramię obezwładniło mu ruchy.

Rozdział 7 Śmierć

Chłodna jesień ścieliła się sennie deszczem, tworząc liczne kałuże i błoto. Wilgoć wdzierała się do wnętrza chat. Zapach zgniłych liści unosił się w powietrzu. Bure chmury wisiały jak ciężki baldachim. Dni stawały się krótsze, przygnębiające, ciche, noce natomiast ciągnęły się żałosnymi pomrukami wiatru, gęstą czernią jak całunem zalewając pozbawianą życia przyrodę. W chacie Giedymina panował półmrok. Mężczyzna siedział przy łóżku żony. Adela chorowała. Trwało to już od kilku tygodni. Twarz kobiety wykrzywiona boleścią była woskowa, o szklistych, wyblakłych oczach. Giedymin bezsilny i bezradny gładził jej rozpalone gorączką czoło. Wiatr dudnił w okiennice, świszczał w szparach drzwi, wdzierał się piskliwymi pociągnięciami chłodu do środka owijając się wokół jego nóg. Nagle czyjeś westchnienie zakłóciło te odgłosy. Giedymin odwrócił się. Jakimś cudem człowiek, którego wyczekiwał przez ponad dwadzieścia lat nagle pojawił się tuż przy nim. Ten sam bezoki starzec o matowej, poszarzałej skórze. - Pozwól – powiedział, wskazując ręką miejsce przy chorej. Giedymin o nic nie pytając, wstał. Przybysz odchylił kołdrę. Usiadł i położył dłonie na wydętym brzuchu kobiety. Adela spojrzała na niego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych