Fabryka
to narazie początek, może będzie z tego thriller psychologiczny
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PROLOG: FABRYKA
1
W ogromnym wąwozie stała stara, opuszczona fabryka. Na tle majestatycznych skał wyglądała marnie, na nic nie wartą. I taka była w rzeczywistości. W wąwozie było cicho, nic nie zakłócało milczenia skał i kilku starych, na pół uschniętych drzew, stojących w odległości kilku metrów od budynku fabryki. Czasem tylko nieruchome powietrze przeciął urywany i krótki krzyk jakiegoś ptaka, szybującego po rozgrzanym do białości niebie, ale na ogół w ciągu dnia było cicho. Dopiero nocą zaczęły odzywać się owady, chroniące się przed upałem w kilku kępach żółtej trawy. Wygrywały swoją ponurą melodię, a wiatr zawodził w koronach drzew, podrywając do góry trochę opadłych, zeschniętych liści. Postronnemu obserwatorowi mogło wydawać się, że ściany wąwozu zapadną się i zawalą na starą fabrykę, jednakże ona niezmiennie trwała na swoim miejscu, coraz bardziej nadgryzana przez ząb czasu. Stal, która ją pokrywała naznaczona była krwawymi plamami rdzy. Gdzieniegdzie stal zastąpiono drewnianymi deskami, między którymi gnieździły się teraz pająki, tworząc sobie miejsce do życia w kłębach kurzu. Parę okien było niestarannie zabitych deskami, widać było popękane szkło. Reszta szyb było ciemna i brudna, ostre słońce nie miało szans się przez nie przebić. Nikt nie wiedział, dlaczego opuszczona fabryka jeszcze stoi. Ale… czy naprawdę była opuszczona? Nic nie zakłócało ciszy w wąwozie. Był zbyt ogromny, żeby można było usłyszeć szloch, dochodzący niekiedy ze starej fabryki.
2
Czasem słyszał głosy. Czasem słyszał pieprzone głosy w swojej pieprzonej głowie. I czasem o tym mówił, ale jego brat (och, tak. Miał dobrego i szlachetnego brata) nigdy mu nie wierzył i nazywał pieprzonym ćpunem. Ale on przecież nie ćpał. Owszem wypalił czasem trawę, a w szufladzie biurka pod stertą różnych papierów (które nie wiadomo skąd się tam wzięły) trzymał trochę kokainy, ale nigdy z niej nie korzystał. Prawie nigdy. Kiedy był mocno wkurzony wciągał jedną kreskę. A wkurzony był wtedy, kiedy słyszał głosy. Ale to zdarzało się tylko czasem. I nikt mu nie wierzył.
3
Jego dobry i szlachetny brat zarzucał mu kłamstwa, nawet wtedy, kiedy rozmawiał z nim twarzą w twarz. I właśnie przez to najbardziej nie lubił poranków. Bo wiedział, że będzie musiał zwlec się z łóżka i wysłuchać kolejnych pretensji. Powtarzał mu, przecież zawsze mu powtarzał, że jest już dorosły, że nie może go wiecznie kontrolować i że, do cholery, to jest jego mieszkanie i może w nim robić, co mu się tylko podoba. Poza tym cała ta paranoja zaczęła się stosunkowo niedawno, przedtem jakoś Hubert nie czepiał się go na każdym kroku i zajmował swoimi sprawami. Ale przedtem rzadziej też słyszał głosy. Pojawiły się ni stąd, ni zowąd. Kiedyś siedział przy pracy, odwalając brudną robotę, której nie cierpiał odwalać, i wtedy je usłyszał. Z początku myślał, że słyszy rozmowy zza ściany, dobiegające z mieszkania sąsiadów, albo nawet z dołu od ślicznej, młodej sąsiadki. Pogłośnił muzykę, nawet nie pamiętał, czego wówczas słuchał, ale po chwili zorientował się, że to nic nie daje. Że cały czas słyszy głosy. Wsłuchał się w nie. Pytały go, czemu to robi? Czemu rzucił się w wir pracy, której w dodatku nie cierpi? Dlaczego porządkuje te papiery, które i tak się nikomu do niczego nie przydadzą? Zastanowił się nad tym. Bardzo dobrze się zastanowił i doszedł do wniosku, że głosy (do kogokolwiek by nie należały) mają cholerną rację. Zdał sobie sprawę z tego, że marnuje sobie życie i postanowił wrócić do fotografowania. Zawsze lubił to robić. Kochał fotografię, a szczególną przyjemność sprawiało mu fotografowanie kobiet. I jak je znał, one też to lubiły. Wszystkie kobiety są próżne i uwielbiają jak zwraca się na nie uwagę. Nie zachowują żadnej naturalności przed obiektywem, tak jakby nie wiedziały, że wtedy zdjęcia są najlepsze. Kobiety nienawidzą być fotografowane z zaskoczenia. Uwielbiają za to mizdrzyć się i szeroko i sztucznie się uśmiechać. A potem i tak im nic nie pasuje. Zawsze mówią, że wyszły źle, że najlepiej byłoby powtórzyć sesję. Nie rozumieją, głupie idiotki, że fotograf nie widzi żadnej przyjemności w robieniu im zdjęć po raz drugi. Że to już dla niego nudne. Inna sytuacja jest wtedy, kiedy podoba im się zdjęcie. Wtedy mogą wpatrywać się w siebie godzinami i myśleć „inne nie są tak ładne, nie są tak piękne…”. Koniecznie chcą wtedy zdjęcie dla siebie i znów domagają się jeszcze jednej sesji. On nigdy nie godził się na powtórkę i dzięki temu był szanowany, póki nie rzucił tego w cholerę. Ale mimo wszystko lubił kobiety. Lubił na nie patrzeć, rozmawiać z nimi, jeśli tylko nie kreowały się na słodkie, ale głupiutkie blondynki, lubił je całować i chodzić z nimi do łóżka, ale nade wszystko lubił je fotografować.
On też miał kiedyś dziewczynę. O tak, miał bardzo piękną dziewczynę i był gotów zrobić dla niej wszystko. Prawie wszystko. W każdym razie miał wrażenie, że się w niej zakochał i chciał się nawet z nią ożenić. Poznał ją na jednym z tych nudnych, szpanerskich przyjęć, które wtedy wydawały mu się kolejnymi przystankami na drodze do raju. Ta impreza była świetna. I co najważniejsze profesjonalna, bo ktoś taki jak on nie mógł sobie pozwolić na amatorstwo. Zostali zaproszeni wspaniali goście, wszystkie ważne osobistości świata mody i fotografii, przedstawiciele pism i telewizyjnych magazynów mody. Kiedy wszedł na salę przywitały go oklaski, doskonale to pamiętał. Takiego ogłuszającego bicia braw na twoją cześć nie dane jest zapomnieć nigdy w życiu. Szampan lał się strumieniami. Pomiędzy gośćmi krążyły śliczne, uśmiechnięte kelnereczki z martini, winem, brandy… Pamiętał smak tych alkoholi. Tak dobrych jeszcze nie pił. Co chwilę podchodzili do niego obcy ludzie, którzy zwracali się do niego po imieniu i traktowali jak dobrego, starego przyjaciela i naturalnie oczekiwali tego samego. Gratulowali mu, ściskali ręce, klepali po plecach, kobiety, zawsze te kobiety, całowały go w policzek lub usta. Był przekonany, że raj jest już blisko. Nie mógł się otrząsnąć, uśmiech nie znikał z jego twarzy, światła nie przestawały migotać, a muzyka grała, grała… To było doskonałe przyjęcie, przyjęcie wydane na jego cześć, kiedy miał pierwszą w swoim życiu wystawę własnych fotografii. Zrobił całkiem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MarlenaK
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…