Wróć do katalogu

Falaszka i Gwizadek

pojedynek pisarski Blackgrzywa vs. Fraa!!

klub_IKAR_, opublikowano , 23 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Tradycyjnie prosimy o komentarze do obu tekstów i wytypowanie zwycięzcy, miłej lektury!

Falaszka i Gwizadek 1.

Nie poznałem jeszcze osoby, która byłaby całkowicie zadowolona ze swojej pracy. Poznałem za to wiele osób całkowicie niezadowolonych. Sam się do takich zaliczam. Praca w sprzedaży nigdy mnie nie interesowała. W ogóle nie lubię pracować z debilami. A większość klientów to debile. Na niczym się nie znają, nie wiedzą, czego chcą i wszystko im się nie podoba. Są nieuprzejmi, niewychowani i do tego głupi. Niektórzy przychodzą do sklepu, tylko po to, żeby wkurwiać sprzedawców. Zostawiają ciuchy w przymierzalniach, psują wieszaki, odwieszają kurtki na miejsce spodni, rękawiczki wrzucają do kosza ze skarpetkami. Nie potrafią złożyć bluzki ani odłożyć czegokolwiek na miejsce. Zostawiają przyklejone do podłogi gumy do żucia, papierki po batonikach wpychają do butów, licząc na to, że nikt nie zauważy. Kiedyś się zastanawiałem, czy są tacy niedorozwinięci, na co dzień, czy tylko przez chwilę, kiedy są w DeltaSport. Teraz już się nie zastanawiam, mam to w dupie. I tu pojawia się następny problem. Z takim nastawieniem nie mam żadnych szans na dobre wyniki w sprzedaży. Omijają mnie wszystkie premie obrotowe i nagrody. Byłem na kilku szkoleniach branżowych, ale to gówno daje. Co z tego, że jestem miły i uprzejmy, skoro na twarzy mam wypisane „idź stąd debilu i nie zawracaj mi głowy”? Nastawienie sprzedawcy udziela się klientowi. Tak właśnie napisali w materiałach informacyjnych dla pracowników sklepu. Dobry sprzedawca musi mieć pozytywne podejście do tego, co robi, wierzyć, że oferowany towar najlepiej spełni oczekiwania klienta, jest konkurencyjny, w przystępnej cenie i ogólnie zajebisty. Ja tam w bajki nie wierzę. Widzę, że to, co sprzedajemy to tandeta. Odzież z najnowszej kolekcji wygląda jak z bazaru, buty produkowane w Polsce są tak badziewne, że zaraz się rozpadną, a piłki rozwalą się po dwóch godzinach grania. A nawet jakby ktoś chciał to kupić wiem, że z reguły nie będzie rozmiaru albo fasonu, bo nasze zaopatrzenie jest do niczego. W takiej sytuacji zapewne zapytacie, dlaczego jeszcze tu pracuję. Odpowiedź jest prosta; nikt mnie jeszcze nie wyrzucił. Lepszej pracy nie dostanę. Nie mam nawet studiów. Musiałem je rzucić, kiedy Sylwia zaszła w ciążę. Biorę nadgodziny, żeby zarobić na utrzymanie rodziny. Idzie mi całkiem nieźle. Po pierwsze nie umarliśmy z głodu. Po drugie mimo wszystko nie zwariowałem. Tak mi się przynajmniej zdawało…

Miałem wiele powodów, żeby nienawidzić Kubusia. Przez niego rzuciłem studia. Przez niego ożeniłem się z dziewczyną, której nigdy nie kochałem. Przez niego zapierdalałem pięćdziesiąt godzin na tydzień w tym głupim sklepie. Wreszcie ma beznadziejne imię, które nie ja wymyśliłem. Jednak mimo wszystko bardzo kochałem swojego syna i chciałem dla niego dobrze. Ze względu na pracę widywałem się z nim rzadko, ale chciałem wykorzystać ten czas jak najlepiej. Generalnie nie lubiłem dzieci, ale Kubuś był inny. Od razu wiedziałem, że wyrośnie na prawdziwego mężczyznę. Nie ryczał z byle powodu, był grzeczny, ładnie się bawił. Nawet jak rozrzucał zabawki po pokoju, to wszystkim ciskał mniej więcej w jedną stronę. W przyszłości miał zostać piłkarzem Legii. Chciałem zapisać go do „Młodych Wilków”, jak tylko skończy sześć lat. Na razie mieliśmy ważniejsze rzeczy na głowie. Kubuś uczył się mówić „tata”.

Tata. Ta-ta. No powiedz Kubuś… Tata…

Jakie było moje zdziwienie, kiedy zamiast tego powiedział: Gwizadek.

Sylwia! Słyszałaś, co on powiedział! Nie słyszałaś? Siedzisz tu kurwa cały czas i nawet nie wiesz, co się dzieje z naszym dzieckiem? Nie, ja się wcale nie denerwuję. Miałem ciężki dzień w pracy. Co się stało? To, co zwykle. Wiesz jak bardzo nienawidzę tej roboty…

Gwizadek chodził mi po głowie przez cały dzień. Zastanawiałem się, co Kubusiowi strzeliło do głowy. Może usłyszał coś w telewizji albo w radiu i starał się powtórzyć? Pewnie czegoś potrzebował. A ja jako kochający ojciec miałem obowiązek zapewnić mu to, czego chciał.

Gwizadek, Gwizadek, Gwizadek… Chodziło pewnie o gwizdek. Mieliśmy w sklepie z dziesięć rodzajów gwizdków. Kupiłem wszystkie. A co mi tam. Miałem zniżkę pracowniczą wynoszącą prawie trzydzieści procent. Zresztą nawet bez zniżki nie żałowałbym synowi.

Sylwii nie spodobał się ten pomysł. Że niby wydaje pieniądze na pierdoły zamiast oszczędzać. Jej zdanie specjalnie mnie nie obchodziło. Wpatrywałem się w mojego syna, trzymając w ręku pęk kolorowych gwizdków na sznurku.

Gwizdek, gwizdek, gwi-zdek, no powiedz gwizdek!

Albo powiedz tata, ta-ta, tata.

Tata przyniósł gwizdek. Ta-ta. Gwi-zdek…

Falaszka.

Falaszka? Mój syn powiedział „Falaszka” ?!

Sylwia! Czy ty wiesz, o co mu chodzi? Nie wiesz? Siedzisz na dupie, gapisz się w telewizor i nie interesujesz się Kubusiem!

Następny dzień to był koszmar. Wszystko było bez sensu. I bez seksu. To drugie przez kłótnię z moją głupią żoną. Ale seks był sprawą drugorzędną. Najważniejsze było szczęście Kubusia. Z gwizdkiem było łatwo. O ile chodziło o gwizdek, a nie na przykład gwiazdkę… Niemniej to można było dziecku pokazać. Ale co z „falaszką”? Miałem mu postawić flaszkę? W porządku, może za piętnaście lat, ale na pewno nie teraz. Skąd on do cholery zna takie słowa. Nie umie powiedzieć ta-ta, a mówi fa-la-szka. Przecież to bardziej skomplikowane. Nie ukrywam, że nigdy nie miałem nic przeciwko temu, żeby mój syn był geniuszem, ale nie mogłem rozkminić, czemu mały utrudniał sobie życie już od początku.

Gwi-za-dek. Fa-la-szka.

Zacząłem szukać w Internecie. Dowiedziałem się, że Falasze, to etiopscy żydzi, przetransportowani do Izraela z ogarniętej głodem prowincji. Kobieta pochodząca od nich to ani chybi… Falaszka. Wszystko fajnie, tylko skąd takie słowo w ustach dwulatka? Mały interesuje się przesiedleniami żydów w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, a nie raczył nauczyć się czytać ani nawet mówić „tata”. Co mój syn ma wspólnego z Żydami? Czyżby to prowokacja żydowskiej Gazety Wyborczej robiła mu wodę z mózgu?

Powiedziałem o moich wątpliwościach Sylwii. Kazałem jej wyrzucić wszystkie żydowskie media, nie oglądać żydowskich programów w tvn ani słuchać żydowskiego radia. Kupiłem Kubusiowi bajki na kasetach. Od teraz miał się uczyć wyłącznie normalnych słów.

Wszystko poszło na marne. Mały uparcie mówił o gwizadku i falaszce. Skonsultowałem się z pediatrą. Specjalnie w tym celu wziąłem wolny dzień w pracy. Skutek był taki, że nie dowiedziałem się niczego ciekawego. Lekarz powiedział, że to normalne. Dzieci tak mają. Mówią bez sensu i już. Wielkie dzięki. Równie fachowej porady mógł mi udzielić żul spod budki.

Od czasu wizyty u lekarza żyłem w ciągłym stresie, byłem przepracowany, kłóciłem się z Sylwią i wciąż martwiłem się o Kubusia. Pewnego dnia zmęczony wróciłem do domu i zapadłem w niespokojną drzemkę. W środku nocy obudziło mnie światło i niepokojące dźwięki. Wydawało mi się, że kolejny raz zapomniałem zgasić telewizor. Jednak, kiedy leniwie otworzyłem oczy, zobaczyłem, że odbiornik jest wyłączony. Przeczucie podpowiedziało mi, że coś się dzieje w pokoju mojego synka. Wstałem z lóżka i ostrożnie ruszyłem w kierunku pokoju . Delikatnie nacisnąłem klamkę, uchyliłem drzwi i zapaliłem światło. Wtedy zobaczyłem coś dziwnego. Nad łóżkiem Kubusia latała mała świetlista istota. Miała nie więcej niż dziesięć centymetrów. Wyglądała jak wróżka. Najprawdziwsza wróżka, jak z Piotrusia Pana! Dzwoneczek!

- Nie Dzwoneczek, tylko Falaszka! – usłyszałem głos w myślach. - Kim… czym ty jesteś? – zapytałem na głos. - Już się przedstawiłam – odpowiedziała zniecierpliwiona. - Ale… co ty tu robisz? - No jak to co? Spełniam swoje obowiązki – odpowiedziała jakby nigdy nic. - Można jaśniej? - Jestem duchem opiekuńczym. - Duchem opiekuńczym? Kubusia? - No pewnie, a co myślałeś? - Nie… ja rozumiem Anioł Stróż, jakiś święty i takie tam, ale… Falaszka? - Coś ci się nie podoba – zapytała zadziornie, unosząc malutkie piąstki. - Nie.. no spoko, ale… - Wydaje ci się, że jak pochodzę z innego kręgu kulturowego to już się nie liczę, hmm? - Dobra, dobra, niech będzie… a możesz mi wyjaśnić, czym jest w takim razie ten… no… - Gwizadek? - Dokładnie! - Spójrz za siebie!

Kiedy się odwróciłem omal nie umarłem. Sam nie wiem czy z przerażenia czy ze śmiechu. Moim oczom ukazał się lewitujący eteryczny półdupek o rozmiarach Falaszki.

- Co się śmiejesz? – przemówił do mnie potężnym barytonem – nie wszystkie duszki wyglądają tak słodko i cukierkowo i nie wszystkie mają skrzydełka… - Zaraz, zaraz… czy to znaczy, że ty też… - Oczywiście! Także opiekuję się Kubusiem. - Eee, no dzięki, ale naprawdę nie trzeba. - Trzeba, trzeba – odpowiedziała poważnie Falaszka. Co dzień musimy czuwać nad duszą twojego synka, odpędzać demony i chronić go przed złem. Mamy wieloletnie doświadczenie w tej dziedzinie. - Ale… jak to? - No wiesz, prawie każde dziecko ma swojego niewidzialnego przyjaciela, to właśnie taki astralny przewodnik. - Znaczy… tylko dzieci was widzą? Więc dlaczego ja… - Postanowiliśmy się ujawnić, żeby zaoszczędzić ci życiowych stresów. Już wiesz, o co chodzi z Gwizadkiem i Falaszką, fajnie, nie? - No wszystko Okej, ale… Gwizadku, czy ty musisz tak wyglądać? - Och wiem – westchnął Gwizadek – nie jestem już taki jędrny i zgrabny jak dawniej. Ale co poradzić…

Z Falaszką i Gwizadkiem rozmawiałem jeszcze wiele razy. Dowiedziałem się o ich pochodzeniu i burzliwej przeszłości. Falaszka była kiedyś pobocznym bóstwem czczonym w Etiopii, Gwizadek rzymskim bogiem odpowiedzialnym za hemoroidy. Po upadku starych religii musieli znaleźć sobie nowe zajęcie, stąd degradacja do rangi ducha opiekuńczego. Jednak mimo pozornego umniejszenia swojej roli oba duszki były bardzo zadowolone z tego co robią. Postanowiłem brać z nich przykład i zamiast tęsknić za nieszczęsnymi, przerwanymi studiami starałem robić jak najlepiej to co, czym aktualnie się zajmowałem. Po pracy razem z Gwizadkiem i Falaszką zgłębiałem tajniki astralnego świata. Dowiedziałem się o złośliwych Gremlinach, które psują samoloty i o złych Rucanorkach, które grasują w sklepach sportowych. Ale to już temat na zupełnie inną historię…

Falaszka i Gwizadek2.

***

Alicja szła do sklepu. Właściwie bez konkretnego celu – po prostu chciała się poszlajać między półkami, pooglądać opakowania. W międzyczasie planowała wstąpić do księgarni – musiała wreszcie dokończyć „Imperium Smoków” Manfredi'ego. Zostało jej paręnaście stron. Minęła pomnik jakiegoś starego faceta w cylindrze i przeszła przez ulicę. Dokładnie w tym momencie z najbliższego bloku rozległo się wołanie: - Uwaga! Nie! Z okna na piątym piętrze wystawała łysa głowa i dwie wirujące w powietrzu ręce. Młoda kobieta zadziałała instynktownie. Coś z zawrotną prędkością zbliżało się ku niej – wyciągnęła więc dłonie ku górze i złapała ów przedmiot. - Cała?! - zawołał mężczyzna. – Niech pani wejdzie, już otwieram! - Głowa wraz z rękami zniknęła we wnętrzu mieszkania. Domofon zabzyczał zapraszająco. Kobieta weszła na klatkę schodową i rozejrzała się w poszukiwaniu włącznika światła. Jednakże zanim znalazła, lampy się zapaliły, a ze szczytu schodów znów rozległ się ten sam głos, któremu wtórował szybki tupot stóp: - Złapała pani?…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych