Wróć do katalogu

Fatalny trójkąt

Opowiadanie o tragicznej nastoletniej miłości w PRL-u

miczuteo, opublikowano , 8 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jechali obaj tramwajem. Dwaj przyjaciele sprzed lat. Jeden z wąsem a od drugiego cuchnęło na kilometr potem zmieszanym z odorem fajek. Śmierdziało tak, że inni pasażerowie nie siadali bliżej niż w odległości czterech krzesełek od naszych kompanów. Sami przyjaciele nie zwracali na to uwagi. Rozmawiali. Mówili o piwach w Tesco, że podrożały a przez cały ten czas rozmowy czuli, że gadają bez sensu, że tak naprawdę są z innej gliny ulepieni. Po prostu jakaś tajemnicza więź łączyła ich bardziej niż atomy spajają wielki głaz. Bez względu na wszystko. Nie zawsze byli ze sobą tak blisko. Kiedy chodzili do szkoły, najdelikatniej mówiąc, nie przepadali za sobą. Obaj byli szefami podwórkowych grup. Należeli do różnych subkultur. Jeden był punkiem, drugi gitowcem. Nie lubili się i raz na tydzień okładali żelaznym łańcuchami po plecach. Wybijali sobie zęby i wbijali kastety w policzki, choć w sumie bardziej cierpiały na tym jednostki, którym przewodzili niż oni sami. Obaj, jako samce alfa w swoich stadach, konkurowali też, jak to zwykle bywa, o najładniejszą dziewczynę na osiedlu. Piękność o kruczoczarnych włosach i ciemnej karnacji. Dziewczyna traktowała adoracje ze strony chłopców jako pochlebstwo. Cieszyła się z ich chorej, pełnej agresji rywalizacji. Chłonęła całą sobą taki stan rzeczy i nawet nie próbowała się domyślić, że doprowadzi to wszystko do tragedii. Marian, Dariusz i z drugiej strony Elżbieta. Fatalny trójkąt. Nie ma w takiej konfiguracji miejsca na normalność, odrobinę zdrowego rozsądku. Wszystko zdaje się przypadkowe i nieregularne, niezgodne z regułami i nie wynikające z żadnych przepisów ani praw niepisanych. Wszystko jest takie szybkie, nie sposób nawet zapamiętać kolejności zdarzeń. Wystarczy na moment się zapomnieć, przez przypadek nie wyjść i nie trzasnąć drzwiami. Długo chłopcy walczyli ze sobą o względy Elżbiety, lecz nic z tej walki dla nich nie wynikało. Ona nie dopuszczała ich do siebie, dość wyraźnie wykazując wyższy nad nimi status. Obserwowała tylko jak stroszą piórka, często kierując w stronę jednego czy drugiego namiętne, zachęcające, samicze miny ukradkiem. To wszystko musiało w końcu pęknąć. Nie mogło trwać wiecznie. Tamtego czerwcowego popołudnia siedemnastoletni Marian siedział przed swoim blokiem z kolegami. Pili jabola i pluli na chodnik. Czekali na moment, kiedy jakiś zbłąkany harcerz zapędzi się w te okolice. Trochę znęcali się nad takimi. „Sługusy komuny” mawiali. Kopali delikwenta i okładali łańcuchami. Niemniej, tego dnia Marian nie napotkał na swojej drodze żadnego harcerza, spotkał ją, a raczej zobaczył w oddali jak idzie sobie chodnikiem z siatką zakupów. Nie było to w sumie nic dziwnego. Już wiele razy widział Elę, lecz zawsze się bał. Czerwcowa pogoda ma jednak to do siebie, że dodaje energii, wigoru i odwagi. Świat wydaje się wyraźniejszy nawet wtedy, gdy smog z komina widoczność ogranicza dość znacznie. Ruszył więc raźnym krokiem Marian nie zważając na śmiech swoich kompanów pod trzepakiem. Ona udawała, że go nie widzi, nie zwracała w ogóle na niego uwagi. Poprawiała sobie włosy na środku placu, wypinając do przodu swoje jędrne piersi. On szedł pewnym krokiem. Miał w sobie coś z bohatera wojennego. Takiego, co idzie w ogień, za ojczyznę i za piłkę nożną ginąc męczeńsko. Kiedy się do niej zbliżał, kiedy wydawało mu się, że już ją dotyka, poczuł, że coś uderzyło go w głowę. To kamień rzucony przez Dariusza. Dariusza stojącego razem z sześcioma kolegami, śmiejącego się szyderczo. Elżbieta parsknęła zażenowana, podniosła zakupy i powoli ruszyła w stronę bloku, w którym mieszkała razem z matką. - Co brudasie? – krzyknął Dariusz – na amory cię wzięło? - Spierdalaj – odpowiedział Marian - Chłopaki – zwrócił się teraz do swojej bandy Dariusz – napierdolmy chuja - Eeeeeee – krzyknął Marian w stronę trzepaka, lecz ten był za daleko. Punkowcy byli zresztą już wyraźnie upojeni tanim…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych