Wróć do katalogu

FIDEINA

Co byś zrobił. gdybyś mógł wszystko? Odkryj fideinę - wzmacniacz woli! Nim jednak to zrobisz, przeczytaj tę historię!

tsole, opublikowano , 46 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ciężko dysząc, zsunąłem się z Roksany i obróciłem na plecy. Odczekawszy, aż oddech się wyrówna, sięgnąłem po papierosa. Wydmuchując z namaszczeniem dym, obserwowałem jak dwie muchy na suficie usiłują nieudolnie powtórzyć to, co przed chwilą robiliśmy z Roksaną. Patrzyłem na nie z niesmakiem; nie lubię much (któż zresztą je lubi?). - W porządnych burdelach nie ma much - pomyślałem. - Diabeł wie, może już za kilka dni będę mógł zamienić tę spelunę na coś z większym szpanem? Nie, nie zamienię. Lubię tę małą dziwkę. Zwłaszcza, że będzie mnie stać na dodatkowe pięć dolców... Za te pięć dolców Roksana krzyczała. Cholernie mnie to podnieca. Pozwoliłem sobie na taki luksus może ze dwa razy, kiedy byłem przy forsie... a raczej wydawało mi się, że przy niej jestem. Ta prawdziwa dopiero przyjdzie. Widzę ją dokładnie tak samo, jak przerażoną gębę majora Dolthy'ego gapiącego się na swą trójpalczastą dłoń. Będzie jej tyle, że... Właściwie co będę z nią robił? Na co forsa człowiekowi, który może wszystko. Roksana włożyła już te swoje czarne burdelowe majtki i paradowała tak po pokoju. Wyciągnęła butelkę, nalała do dwóch kieliszków: gin był wliczony w usługę. Przysiadła na skraju łóżka i sącząc swój trunek, patrzyła na mnie. Raczej przeze mnie; myślami była już zapewne przy następnym kliencie. - Słuchaj - zagadnąłem. - Co byś zrobiła, gdybyś mogła wszystko? - Jak to: wszystko - spytała, niechętnie odrywając się od własnych myśli. - No, wszystko, po prostu wszystko - najtrudniej wyjaśnić rzeczy najprostsze. - Wszystkie życzenia. - Nie trzy? - To było w innej bajce. - Aha, w innej. To znaczy, że ta jest twoja. - Powiedzmy. Roksana zastanawiała się. Patrzyłem na nią i uświadomiłem sobie nagle, że nawet nie znam jej prawdziwego imienia. - Zawsze wymyślisz jakąś głupotę - odparła w końcu. - a potem od starej to mnie się obrywa. Mnie tam wystarczyłoby jedno życzenie. - Jedno? - Tak. Żeby była tylko jedna miłość. Ta bez pieniędzy. - Ale wymyśliłaś. - Dosyć tego. Ubieraj się. Albo płać drugą szychtę. - Jeszcze nie dzisiaj - mruknąłem, wkładając spodnie.

***

Do Roksany przygnała mnie euforia. Większość facetów w moim położeniu wybrałaby wódkę. Ja jednak wolałem tracić nadmiary radości, tudzież frustracji w miłosnych zmaganiach. Mówią, że wódka czyni cuda, dodaje pewności siebie... Mnie to nie dotyczy. Mam swoją fideinę. I choć bez wątpienia dawka, którą sobie zaaplikowałem, działała jeszcze, to przecież nie w tym należy upatrywać przyczyn mej euforii. Ta pojawiła się, niby złotowłosa anielica, gdym zbiegał po masywnych, alabastrowych schodach gmaszyska będącego siedzibą Sztabu Północnego. Zostawiwszy Dolthy'ego z trójpalczastą ręką i krówskim łajnem na biurku, nie umiałem odmówić sobie złośliwej satysfakcji. Ale przecież to jego wina: w końcu nie chciałem wiele. Te pięć, dziesięć minut, które zająłbym generałowi Hamiltonowi z pewnością nie zbawiłoby świata. Lecz to, co miałem mu do zaoferowania - owszem. Czy wszyscy adiutanci generała są na tyle tępi, żeby tego nie pojąć? Może nie wszyscy. Ale major Dolthy z pewnością dorósł do swego nazwiska. Ledwie wszedłem, przebiwszy się uprzednio przez niezliczone kordony jeszcze bardziej tępych strażników, wykonał od biurka ruch jednoznacznie dający do zrozumienia, że od tej chwili jedynym jego pragnieniem będzie możliwie najszybsze pozbycie się intruza. Odpowiadało mi to: w końcu traktowałem majora jako kolejną barierę na drodze do generała. Lecz zbieżność celów była iluzoryczna: o ile ja chciałem pozbyć się towarzystwa Dolthy'ego, przechodząc przez drzwi znajdujące się za jego plecami, o tyle on widział mnie znikającego w drzwiach przeciwległych - tych, przez które dopiero co wszedłem. - Generał jest zajęty - warknął w odpowiedzi na me uprzejme, nawet trochę nieśmiałe pytanie. - To zrozumiałe w przypadku osoby na tak znaczącym stanowisku - odrzekłem, starając się kontynuować linię pojednawczą. Wewnątrz jednak zaczęła zalewać mnie krew. - Zdaję sobie z tego sprawę, toteż nie ośmielałbym się zakłócać panu generałowi spokoju, gdybym nie miał pewności, że... - Że sprawa jest arcyważna - przerwał mi brutalnie. - Daj pan z tym spokój. Takich arcyważnych spraw jak pańska mamy tu na pęczki. Codziennie. - A pan, majorze, jest tu chyba od tego, aby z tych pęczków wyłuskać rodzynki. Nie mylę się, prawda? Tymczasem nie umie pan tego robić, czego ja choćby jestem najlepszym dowodem. Długo studiowałem działalność Departamentu d/s Postępu przy Sztabie Północnym. Wniosek nasuwa się tylko jeden: ktoś knoci swoją robotę. Pan, albo generał. Teraz widzę, że raczej pan - dokończyłem szyderczo. Poskutkowało. Dolthy, purpurowy z wściekłości, zlustrował mnie uważniej i mruknął niedbale, jak gdyby to mogło zatuszować efekt mych słów: - Z czym pan przychodzi. - O tym będę rozmawiał z generałem Hamiltonem. - Nie bądź pan dziecko - zirytował się. - Możesz myśleć, że jestem durniem, ale posadzono mnie tu do wstępnej selekcji i robię to bez względu na to, co o tym myślą tacy jajogłowcy jak pan! - Teraz lepiej - odparłem z uśmiechem. Dolthy wwiercał we mnie wściekły wzrok. Wyglądał jak nastroszony kogut. - Więc? - zapytał. - Panu mogę powiedzieć jedynie tyle: wiem co zrobić, żeby móc wszystko. - Jeszcze jeden wariat - mruknął Dolthy. - Wszechmogący, psiakrew! Jeśliby tak było, już dawno siedziałby pan u generała. - Owszem. Lecz nie mogłem sobie odmówić przyjemności... - Skończmy z tym. Mów pan serio albo zjeżdżaj. Beznadziejny przypadek. Skoncentrowałem się. Fideinę zażyłem tuż przed wyjściem, więc powoli zbliżałem się do maksimum możliwości. Krzesło Dolthy'ego. Lokalny, skokowy spadek entropii. Potem lokalna antygrawitacja. Minus g. Wystarczy? Wystarczyło. Efekt był piorunujący. Dolthy najpierw poczuł, że coś parzy mu pośladki, więc zerwał się energiczne, a że znajdował się już w nieważkości, wyrżnął głową w sufit. Pozwoliłem mu tam pozostać. Machając rozpaczliwie kończynami, przesunął się poza zasięg komina antygrawitacyjnego i runął w dół, lądując na blacie biurka. - Nie mogę podać panu szczegółów - powiedziałem niewinnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Dolthy rozcierał potłuczony pośladek. Jego wściekłość sięgała chyba apogeum. Trudno. Chciałem po dobroci, Bóg mi świadkiem. - Zjeżdżaj - wycharczał. - w tej chwili! Bo jeśli nie... Nie słuchałem go. Koncentracja musi być bardzo głęboka, jeśli chce się precyzyjnie zogniskować działanie woli na efekcie, którego mechanizm też nie może być wyssany z palca: im większe odstępstwo od reguł fizyki, tym większa musi być poprzeczna amplituda prawdopodobieństwa. A fideina ma swoje ograniczenia, więc trzeba uważać. Najlepsze wyniki daje manipulacja na stałych kwantowych. Ot, choćby lokalna zmiana wartości stałej Plancka. Moment - i przedmioty z biurka Dolthy'ego zaczęły pojawiać się na blacie. Efekt tunelowy w skali makro. Patrzyłem rozbawiony, jak major rzucił się, aby zakryć ciałem pięknie wydany album Fucking on Polynesia, który pojawił się otwarty, o ile dobrze zapamiętałem, na pozycji 72. Chciałem jej kiedyś popróbować z Roksaną, ale ta mała cholera zażądała dziesięciu dolców więcej. Powiedziała, że to i tak tanio, bo za perwersję obowiązuje specjalna taryfa. W ostatniej chwili dostrzegłem, że Dolthy, czerwony jak komunistyczna szturmówka, sięga ręką w kierunku przycisku na przedniej ściance biurka. Reorientacja koncentracji w tak zawrotnym tempie sporo mnie kosztowała. Ale udało się. Chyba głównie dlatego, że błyskawicznie zdecydowałem pozostać przy efekcie tunelowym. W momencie wkroczenia uzbrojonego strażnika byłem już piętro wyżej, wzbudzając przerażenie i konsternację jakiejś podstarzałej damulki, którą nakryłem właśnie przy zgoła nie urzędowych czynnościach... dam spokój ze szczegółami. Przeprosiwszy ją grzecznie, wyszedłem normalnie, drzwiami, zbiegłem po schodach. Na korytarzu spotkałem rozeźlonego strażnika wracającego na swój posterunek. Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Przeniknąłem przez drzwi gabinetu Dolthy'ego i spytałem: - Czy to już wystarczy, czy bawimy się dalej? Zerwał się, jak gdyby zobaczył ducha. Jego ręka - zapewne odruchowo - znów powędrowała w kierunku przycisku, lecz opadła ciężko na blat, ciągnąc za sobą cały tułów, posłuszna nowemu, lokalnie obowiązującemu współczynnikowi w drugiej zasadzie Newtona. - No i po co ten replay? Tak pan lubi wychodzić na durnia wobec swoich podwładnych? Dolthy usiadł, masując rękę (łaskawie przywróciłem newtonowski współczynnik do starej, nadanej przez Stwórcę wartości). Potem wyjął chusteczkę i wytarł łysinę. Zrobiło mi się go żal. Ale cóż: za głupotę trzeba płacić. - Więc? Jak będzie z moją audiencją u generała? - Nie ma go - odparł tak zmęczonym głosem, że aż mu uwierzyłem. - Czemu się pan nie zgłosi do cyrku u diabła? Za duża konkurencja, co? W armii hipnotyzerzy są spaleni. Ale zapiszę pana - sięgnął po pióro. - Tylko uprzedzam: jest spora kolejka. Proszę się zgłosić za - obliczał coś w myślach - za dwa tygodnie. Wtedy uściślę termin. Nie jestem nerwusem. Lecz teraz krew mnie zalała tak dokumentnie, że zobaczyłem jej czerwony blask pod powiekami (kto wie, może to jakieś działanie uboczne fideiny?). Mimo to zdołałem się skoncentrować. Anihilacja z transmisją energii. Dolthy'emu pióro wypadło z ręki. Trudno, aby było inaczej, skoro nie miał już tych palców, co je podtrzymywały. - To zostawiam ci na pamiątkę, nędzny biurokrato - warknąłem ze złością. - Odzyskasz te swoje kochane, tłuściutkie paluszki, gdy będę opuszczał gabinet generała Hamiltona, nie prędzej, daję ci na to me uroczyste słowo honoru. Zapewne nie jesteś na tyle tępy, by nie wiedzieć, że będzie to możliwe jedynie wtedy, gdy tam uprzednio wejdę. A uczynię to tylko w sytuacji, gdy mnie osobiście zaanonsujesz, choć teraz już chyba nie wątpisz, że mógłbym na sto innych sposobów. Może to oduczy cię nazywać mnie hipnotyzerem. Będę tu jutro o dwunastej - skierowałem się do drzwi. Już je zamykałem, gdy szatan podsunął mi do głowy ten nieelegancki pomysł. Uchyliłem więc drzwi i przez szparę powiedziałem: - A to zamiast tortu. W tym momencie na samym środku biurka Dolthy'ego pojawił się okazały, świeżutki krowi placek, który teleportowałem tu z pobliskiego pastwiska.

***

Generał był całkiem inny. Gdyby nie mundur, przysiągłbym, że jest astrofizykiem, tym typem dziwaka, który nawet w czas urlopu nie opuszcza wzgórza Kitt Peak. To wrażenie jakoś mnie podbudowało, choć dobrze przecież wiedziałem, jak złudna bywa ocena dokonywana jedynie na podstawie oglądu powierzchowności fizycznej. - Słyszałem o pańskich wyczynach - wydawał się być rozbawiony. Może też nie cierpiał Dolthy'ego. - Musiało panu bardzo zależeć na spotkaniu ze mną. Albo jest pan nieprzeciętnym cholerykiem. - I jedno i drugie - mruknąłem, niezupełnie zgodnie z prawdą. Po co ma zaraz wiedzieć o mnie wszystko. Hamilton wskazał mi fotel. Gdy usiadłem, wyciągnął pudełko z cygarami. Odmówiłem, choć mnie skręcało, żeby zapalić. Fideina i nikotyna dają w sumie mieszankę piorunującą. A musiałem się troszkę naszprycować, pewien, że dojdzie do demonstracji. - I co? Mógłby pan to wszystko powtórzyć dzisiaj? - Hamilton jak gdyby czytał w moich myślach. Skinąłem głową. - Oraz podtrzymuje pan, że to nie ma nic wspólnego z hipnotyzerką. - Dokładnie nic. - A z... hm... parapsychologią? Zawahałem się. Na dzisiejsze spotkanie przygotowałem sobie trzy taktyki. A rozmowa podążała w takim kierunku, że wszystkie mogły okazać się bezużyteczne. - Trochę - odparłem lakonicznie. Generał przestał się uśmiechać. - Proszę pana. Żebyśmy się rozumieli. Sztuczki mnie nie interesują. Tylko podstawy. Mam nadzieję, że jest to jednoznaczne. Aha. Więc demonstracji nie będzie. No i dobrze. - Rozumiem. Tylko że... - Tylko co? - To może być... no... trochę trudne. Dla pana. Zmarszczył brwi. - W jakim sensie? - W każdym. Musiałby pan być dobry we wszystkim, generale. W fizyce, psychochemii, psychoneurologii... A nawet w filozofii. I religioznawstwie. - Może mnie pan nie docenia - mruknął, zapalając wygasłe cygaro. - Może. Ale nawet jeśli... i tak może pan nie dać wiary. - A to czemu? - Widzi pan... Posłużmy się przykładem. W fizyce mieliśmy dwa przeskoki, że tak powiem, świadomościowe. To znaczy takie, które zburzyły podstawy filozoficznego pojmowania świata: kopernikańsko-newtonowski i einsteinowski. Wie pan dobrze, ile wywołały oporów. Niełatwo przełamywać paradygmaty... - Chce mi pan dać do zrozumienia, że to pańskie... hm... odkrycie może spowodować podobne konsekwencje? - Tak. - Kim pan jest u diabła. - Nie przeczytał pan na wizytówce, generale? - Przeczytałem. Ale nie przychodzi chyba pan do mnie jako farmakolog! - Owszem, częściowo. Generał wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. - Wie pan, ile kosztuje moja minuta. Proszę więc zaczynać. - Od podstaw? - Od podstaw. - Dobrze. Zna pan teorię superprzestrzeni Wheelera? Przyjrzał mi się uważnie. - Ależ z pana farmakolog. Dobrze. Jeden zero dla pana. Proszę spróbować. Przystępnie, jeśli to możliwe. - Owszem, możliwe. Otóż Wheeler wraz z Everettem i Grahamem zaproponowali, bodaj jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku, własną interpretację mechaniki kwantowej, znaną jako teoria EWG. Poglądowa interpretacja tego nieskazitelnego modelu matematycznego przedstawia superprzestrzeń jako twór, w którym dowolny punkt stanowi wirtualny Wszechświat. Faktyczna rzeczywistość realizuje się w czasie poprzez kolejne „aktualizowanie się” takich kolejnych wszechświatów. Dzieje się to zgodnie z powszechną w fizyce zasadą najmniejszego działania - tutaj rozumianą, jako maksymalizacja prawdopodobieństwa. Tak jak rzeka płynie drogą minimum potencjału grawitacyjnego, tak Wszechświat toczy się w czasie poprzez realizację tych punktów superprzestrzeni, które są najbardziej prawdopodobne. - Faktycznie zaczął pan od podstaw - mruknął generał. - Sam pan chciał. Jeśli powiązać z teorią EWG koncepcję kolapsu wektora stanu Walkera - spojrzałem nań wyczekująco: pokręcił głową - z tym na razie dam panu spokój - to okaże się nie całkiem bezsensowne twierdzenie, że świat NIE ZAWSZE podąża linią maksimum prawdopodobieństwa. - A to czemu? - Cóż, nie da się bez Walkera - westchnąłem. - W swej interpretacji mechaniki kwantowej założył on istnienie zaburzeń w wektorze stanu zdeterminowane działaniem świadomości. Wolą. - Aha, słyszałem. Pseudofizyczne podstawy parapsychologii. - Istotnie, pseudofizyczne, bo istnienie owych związanych ze świadomością zmiennych ukrytych jest absolutnie nieweryfikowalne fizycznie. Ale są weryfikowalne efekty... - Doprawdy? Pozytywne efekty opisane są jedynie przez entuzjastów. Prawdziwa nauka, oparta na sceptycyzmie poznawczym... - Właśnie, tu pan trafił! Na sceptycyzmie. Zaś efekty parapsychologiczne, jeśli tylko istotnie zależą od kolapsu wektora stanu, kolapsu uwarunkowanego działaniem woli - będą obserwowane jedynie przy istnieniu owego czynnika świadomości - w warunkach pozytywnego, a nie sceptycznego nastawienia do eksperymentu. Wola, wiara - rozumie pan? - Tak, tak - wydawał się być rozczarowany. - A co z tym EWG? - EWG stanowi doskonały grunt dla koncepcji Walkera. Przecież jasno widać, że jeśli odchylić linię „aktualizacji” Wszechświata od tej normalnej, naturalnej - czyli biegnącej zgodnie z zasadą maksimum prawdopodobieństwa - to możliwe są do pomyślenia efekty niezupełnie zgodne z prawami fizyki. - Ach tak - ożywił się. - I tym czynnikiem powodującym odchylenie od normalnej - jak to pan ujął - linii miałaby być świadomość. Siła woli. Tak? - Owszem. - Zgrabna bajeczka - znów zapalił cygaro, skazując mnie na katusze. - Też tak myślałem. Lecz uderzyła mnie pewna myśl przy czytaniu - nie zgadnie pan czego - Ewangelii. Nie jestem człowiekiem wierzącym, zawsze chcę wszystko wyjaśniać zgodnie z naturą i żywię przekonanie, że jest to możliwe. Żadnych tam cudów - rozumie pan. No, a co pan powie o cudach Jezusa? Wzruszył ramionami. - Nie zajmowałem się tym. - A ja tak. Zrobiłem nawet pewną statystykę. Proszę pana, on prawie zawsze bazował na silnej wierze uzdrawianego. A jak szedł po wodzie - pamięta pan? Szymon ruszył ku niemu, lecz w pewnej chwili zwątpił - i co? Zaczął tonąć. - Czemuś zwątpił - pyta Chrystus. Gdzie indziej mówi wprost: wiara góry przenosi. Albo: gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, całkiem jak gdyby to był mierzalny parametr! Najbardziej frapujące jest jednak zdarzenie - bodaj w Nazarecie, gdzie wszyscy Go znali jako zwyczajnego śmiertelnika. - Co z niego za prorok - mówili. I cóż pisze ewangelista? Żadnego cudu nie mógł tam zdziałać - bez poparcia ich wiarą! On, Bóg - a nie mógł! - To istotnie zastanawiające - zamyślił się generał. - Traf chciał, że akurat wtedy pracowałem nad doktoratem... jest pan dobrze poinformowany - dodałem, widząc jak unosi brwi w geście zdziwienia. - Nie dokończyłem go. Oczywiście, dotyczył farmakologii. „Rozkład salw synaps aksodendrytycznych układu limbicznego w warunkach działania trankwilizatorów”. Ładnie brzmi, nieprawdaż? Lecz gdy wpadłem na ten trop, zorientowałem się, że to temat nie na doktorat... - Może pan wyrażać się jaśniej? - Proszę. Słyszał pan o tym narkomanie, co to pod wpływem środków psychotropowych wyskoczył z ósmego piętra, bo wydało mu się nagle, że jest orłem? - Nie słyszałem. Ale co to ma do... - Jeszcze trochę cierpliwości. Długo myślałem, czemu tamten się zabił, jeśli naprawdę uwierzył, że ma skrzydła. Wniosek był taki: albo ta cała koncepcja jest bełkotem, albo... albo jego wiary było za mało, żeby wyrosły te cholerne skrzydła. Tertium non datur. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Lecz rzecz nie jest tak prosta. Skrzydła to, wbrew pozorom, wielka sprawa. Kiedy się dobrze przyjrzymy koncepcji - nazwijmy ją Wheelera-Walkera - okaże się, że wymuszanie poprzecznych amplitud prawdopodobieństwa w procesie aktualizacji świata wymaga tym większych nakładów woli, im bardziej zmiany odbiegają od poziomu kwantowego. Ogólniej: tym łatwiej zmienić naturę danego zjawiska, im bardziej elementarnych mechanizmów dotykamy. Toteż łatwiej było Chrystusowi przejść przez zamknięte drzwi Wieczernika - efekt tunelowy w skali makro (powtórzyłem go zresztą wobec pańskiego adiutanta) - niż temu nieszczęśnikowi sprawić sobie aktem wiary skrzydła. - Chce pan powiedzieć, że potrzebna jest...hm... koncentracja woli na fizycznym mechanizmie zjawiska, żeby zmienić jego naturę? - patrzył na mnie z niedowierzaniem. - Z ust mi pan to wyjął, generale - odpowiedziałem uprzejmie. - I pan nauczył się to robić - ni spytał, ni stwierdził. - Nauczył - to niewłaściwe słowo. - Proszę nie odpowiadać zagadkami. - Po prostu: wynalazłem środek będący swoistym wzmacniaczem woli. - Farmaceutyczny? - Podziwiam pańską przenikliwość. Zignorował moją złośliwość. - Rodzaj narkotyku? - Można by powiedzieć, że jest to daleki krewny środków halucynogennych. Ale ma się do nich tak, jak dwustuklastrowy komputer do liczydła. Generał milczał wyczekująco. - Najistotniejszą cechą fideiny - tak nazwałem ten mój „narkotyk” - jest możliwość sterowania kierunkiem i poziomem koncentracji woli. Klasyczny halucynogen nie daje tych szans. Działa probabilistycznie, albo deterministycznie, zależnie od typu. I w jednym i w drugim przypadku pozostajemy bez wpływu na rodzaj i jakość osiąganych wizji. Mając takie możliwości, mogę kierować wolę na te zjawiska, które wybiorę. Także na mechanizmy kwantowe. Ot, wszystko. - Wszystko? Ależ nawet pan nie zaczął! - Chciał pan podstaw. - Chciałem od podstaw, a to jest różnica. Teraz konkrety. Receptura, skład chemiczny. Przyniósł pan pisemne opracowanie? - Bierze mnie pan za durnia, generale. Konkrety będą, owszem. Jak podpiszemy umowę. - W ciemno? Obawiam się, że to pan mnie ma za... - Tak, w ciemno. To są moje warunki. Bo to jest mój wynalazek. Generał zastanawiał się dłuższą chwilę. Potem popatrzył na mnie chłodno. - Wie pan, co my możemy... - Spróbujcie - rzuciłem kpiąco. - Zupełnie jakby pan nie chwycił, co ja mogę. - Panu się wydaje, że ja nie mam przełożonych - westchnął nieoczekiwanie i podrapał się w łysinę. - To może potrwać koło tygodnia. Specjaliści ocenią te pańskie... podstawy. Od tego zależy, czy zaryzykujemy. Będziemy w kontakcie - wstał, dając mi do zrozumienia, że rozmowę uważa za skończoną. Podniosłem się również. - Teraz pan nie może? - Co? - Zaryzykować. Tak na pięć, dziesięć procent. Jestem spłukany. Myślał chwilę. - Dobrze - powiedział w końcu. - Dolthy wypisze panu czek. Ale - dodał znacząco -pięcioma palcami! - Jasne - roześmiałem się. - Obiecałem mu. - Co to za czarodziej - powiedział generał, odprowadzając mnie do drzwi - który nie umie wyprodukować paru zielonych... Pokręciłem głową. - Niewiele pan zrozumiał, generale. Zielone są z drukarni, a nie z poziomu kwantowego. - Żartowałem - roześmiał się. Położył rękę na klamce, lecz zatrzymał ją. - Jeszcze jedno. Czemu przychodzi pan z tym właśnie do nas? - Myślałem, że to jasne, zwłaszcza po tym, co powiedziałem ostatnio. Dla forsy, oczywiście. Generał patrzył na mnie wyczekująco, więc kontynuowałem: - Jaką miałem alternatywę? Chyba się pan domyśla: cyrk. Naharowałbym się jak osioł, a i tak nie zgarnąłbym nawet dwudziestu procent tego, co wezmę u was. - Nie liczy pan na zbyt wiele? Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. - Może jak pan przemyśli rzecz na spokojnie, jak wypowiedzą się pańscy specjaliści - może wtedy uświadomi sobie pan, co może znaczyć dla armii umiejętność zmiany fizycznych mechanizmów zjawisk. A wtedy da pan każdą cenę.

***

Wyszedłem z banku naładowany zadowoleniem dokładnie tak, jak mój portfel naładowany był forsą i skierowałem się wprost do tego burdeliku o obiecującej nazwie „Uniesienie”, gdzie pracowała Roksana. Otworzyła mi sama szefowa i już od drzwi wiedziałem, że stało się coś złego. Bo tylko coś niewyobrażalnie złego jest w stanie wycisnąć z oczu tak zatwardziałego dusigrosza łzy, których niedawną obecność zdradzały czerwone, opuchłe powieki. - Och, drogi panie Jeffrey! - załkała na mój widok, zarzucając mi ramiona na szyję. Ugiąłem się pod jej ciężarem. - Och, panie Jeffrey kochany, cóż za nieszczęście! - Co się stało? - spytałem, starając uwolnić się z jej objęć. - Dlaczego to zrobiła? Dlaczego?! Przecież miała tu, jak u Pana Boga za piecem! - Na litość boską! - potrząsnąłem nią silnie. - Co się stało, pani Judyto! - Prawda, przecież pan nic nie wie! Roksana otruła się dziś w nocy! Przeszedłem kilka kroków i zatrzymałem się tak, jak zatrzymuje się kierowca przepuszczający na zatłoczonej ulicy mknący z wwiercającym się w uszy wizgiem syreny ambulans. Wraz ze mną zatrzymały się wszystkie myśli - zjechały na pobocze, żeby przepuścić tę jedną, nową, której bolesny ogrom każe z trudem torować sobie drogę do świadomości. Szefowa odpłynęła gdzieś wraz ze swoim zawodzącym płaczem, choć stała przecież obok, w dalszym ciągu obdarzając mnie znaczną częścią swego niemałego ciężaru. Nie wiem, ile czasu upłynęło, nim…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych