Wróć do katalogu

Frecce Tricolori

Nie zabierajcie autostopowiczów!

somebody_like_you, opublikowano , 19 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Przecierał załzawione oczy. Lubił jazdę samochodem, twierdził niekiedy nawet, że urodził się na siedzeniu kierowcy, na chleb jednak za kierownica zarabiać raczej by nie mógł. Znużenie dopadało go już po kilku godzinach bezustannej jazdy i musiał, choćby pod pozorem tankowania, albo uzupełnienia płynu w spryskiwaczu przedniej szyby, zjeżdżać na stację paliw, by zaczerpnąć powietrza i wyprostować nogi. Pozory koniecznego tankowania stwarzał zresztą na własny użytek, jakby przed samym sobą trudno było mu się przyznać do słabnącej kondycji kierowcy. Właśnie nadszedł ten nieubłagany stan, w którym nadjeżdżające z przeciwka pojazdy zatracały ostrość konturów, a światła tylnych lamp aut jadących przed nim, spływały po przedniej szybie niczym krwawa posoka. Zaczął wypatrywać kolejnej stacji benzynowej, od kilkudziesięciu jednak kilometrów nie mijał żadnej i nie zanosiło się na to, by miał wkrótce ujrzeć znak informujący o jej bliskości. Zdarzył się wprawdzie leśny parking, było już jednak ciemno i nie miał najmniejszej ochoty dostać po głowie łyżką do zdejmowania opon. Postanowił wytrwać jakoś do następnego autostradowego węzła. Skrzyżowanie było na tyle blisko, że żaden z paliwowych koncernów nie zaryzykował zlokalizowania milionowej inwestycji tuż przed nim. Rację bytu miały stacje paliw zlokalizowane za węzłami głównych arterii. Wiedząc o tym, iż zbliża się do kolejnego zwrotnego punktu na mapie swej podróży, mało który kierowca myślał o tankowaniu. Siegfried zacisnął zęby. Betonowa wstęga dwupasmowej jezdni rozwijała się leniwie w światłach załzawionych mżawką reflektorów. Musiał wytrzymać jeszcze trochę! Zresztą, do cholery, był prawdziwym twardzielem! Czyż nie? Zdarzyło się wam kiedyś zasypiać za kierownicą i mieć tego świadomość? Ta świadomość z reguły nie pojawia się od razu. Mija kilka do kilkunastu sekund, zanim uzmysłowimy sobie, że nie mamy bladego pojęcia: jak przejechaliśmy ostatnich kilkaset metrów? Czy był to zakręt w lewo, czy może długa prosta? Wyprzedzaliśmy, czy też raczej byliśmy wyprzedzani? Jadący z przeciwka oślepił nas światłem drogowych reflektorów, czy też może przez chwilę widzieliśmy rzęsiście oświetlony tunel, o którym bredzą przebudzeni z beznadziejnej śpiączki? Właśnie ten stan mam teraz na myśli. Ci z was, którzy mają pojęcie o czym piszę, przyznają mi z pewnością rację jeśli powiem, że trudno wyobrazić sobie głębszy koszmar. Nie było widać jego końca. Na domiar złego zaczął padać deszcz, co przy silnych, czołowych podmuchach wiatru jeszcze bardziej ograniczyło widoczność. Zwolnił nieco i włączył halogeny. Masywne pióra wycieraczek smagały szybę, ledwie nadążając z usuwaniem z niej deszczówki. U progu stromego wzniesienia skrzynia biegów zredukowała przełożenie i silnik odezwał się nieco głośniej, w górnym zakresie obrotów. Zabrzmiało to nierzeczywiście, jak wiatr uwięziony w skalnej grocie, w popłochu szukający wyjścia. Auto wspinało się z mozołem na dziesięciostopniowe wzniesienie. Ośmiocylindrowy turbodiesel wyposażony w dwie sprężarki, duma konstruktorów firmy Daimler – Benz, radził sobie z nim świetnie, bez najmniejszej nawet zadyszki. Jeszcze dwa lata temu był to najmocniejszy diesel montowany seryjnie w osobowych autach. Olbrzymi moment obrotowy nie dawał szans podrasowanym benzynówkom, przynamniej na starcie, podobnie było przy pokonywaniu stromych wzniesień. Siegfried miał go po swojej stronie w zmaganiach z kolejnymi kilometrami spływającej deszczem trasy i bardzo to sobie chwalił. Gdyby tak jeszcze mógł na chwilę zmrużyć oczy… Dotarł wreszcie na szczyt i ukazała mu się zawoalowana deszczem równina. Z ulgą dostrzegł planszę informacyjną z logo koncernu Shell. Odpocznie trochę. Wypije nawet kawę, o ile mają tam ciśnieniowy ekspres. Przymknie na chwilę oczy, może wyciągnie się na kwadrans w pozycji półleżącej i zapadnie w rodzaj letargu przywracającego siły i trzeźwość myślenia. Jeszcze tylko kilometr… Zjechał na prawy pas i nie wyłączył kierunkowskazu. Zaczął zwalniać jak podchodzący do lądowania pilot . To akurat skojarzenie było oczywiste, choć nie latał już od kilkunastu lat. Pilotaż był czymś na podobieństwo umiejętności jazdy na rowerze, której nie zapomina się nigdy. Potrafił więc nadal poderwać w powietrze wojskowy myśliwiec, radził sobie też z samolotami transportowymi i niektórymi z dwusilnikowych pasażerskich. Posadzony w kokpicie nowoczesnego samolotu oniemiałby pewnie na widok całej tej, wyręczającej dziś pilota elektroniki, zasady jednak pozostawały te same i z pewnością umiałby też wylądować. Dziesięć lat temu prawie był zmuszony, gdy obaj piloci samolotu tanich linii lotniczych poczuli się fatalnie tuż przed lądowaniem we Frankfurcie. Pamiętał jeszcze potężny zastrzyk adrenaliny w chwili, w której ujął rozedrgany wolant. Zdarzenie to miało miejsce jeszcze przed atakiem na WTC. Dzisiaj, w wyniku zaostrzenia środków bezpieczeństwa, raczej nie dostałby się do kabiny pilotów, odgrodzonej od reszty samolotu pancerną grodzią. W sytuacji takiej, jak tamta, miałby wszelkie szanse stawić się na poranny apel u Świętego Piotra wraz z kompletem pasażerów, mimo umiejętności pilotażu. Uważał że tacy jak on powinni być traktowani przez linie lotnicze w sposób szczególny. W przypadku utraty świadomości przez obu pilotów (a historia lotnictwa cywilnego odnotowała ich przynajmniej kilkanaście), stanowili przecież nadzieję ocalenia dla setek niczemu niewinnych ludzi. Jedyną nadzieję. Myślał tak pewnie dlatego, że brakowało mu latania. Uzależniało bardziej chyba niż przyjmowane regularnie opium. Tęsknił za nim. Świat oglądany z przestworzy był zdecydowanie milszy dla oka, niż widziany z bliska, a możność chwilowego wymknięcia się z objęć grawitacji znieczulała skuteczniej, niż podana dożylnie morfina. Zjechał na parking dla osobowych aut. Tankować przecież nie musiał. Potężny, widlasty silnik zamilkł, wydając jedynie cichy odgłos stygnących kolektorów. Wszedł do sklepu. Pomieszczenie obsługi podróżnych przypominało bardziej miniaturowy sklep, niż stację paliw. Dało się tam kupić prawie wszystko, o czym zamarzyć można w podróży, włącznie z gorącymi, cielęcymi parówkami, których skórka strzelała w zębach zupełnie jak w zapomnianym już dzieciństwie. Poprosił o jedną. Wycisnął zawartość dwóch saszetek z musztardą i jadł w skupieniu. Ekspresu niestety nie mieli. Kawę przyrządzał automat przyjmujący bilon. Skusił się na latte, była jednak wodnista jak poligonowa zupa. Parząc usta parówką przyglądał się podróżnym, szczęśliwy że przez chwilę może oglądać coś innego, niż pełzające po mokrej szybie wycieraczki. Podróżujących było kilkunastu ledwie. Nikogo z dziećmi (był środek nocy, nie mogło to więc dziwić). Grupka młodych ludzi przy automacie z napojami zachowywała się nieco zbyt głośno. Przyczynę znał już po chwili. Nie był nią brak dobrego wychowania. Każde z nich miało w uszach miniaturowe słuchawki od przytroczonego do paska spodni odtwarzacza. Jak się to nazywa? MP3? Zwracając się do siebie przekrzykiwali wpadającą do uszu muzykę, nie zdając sobie z tego sprawy. Do tego jeszcze wybuchali co chwilę gromkim śmiechem. Przestał darzyć ich zainteresowaniem. Jego wzrok prześliznął się po mężczyźnie w bawarskim kapeluszu z piórkiem, po kobiecie w średnim wieku ubranej w przeciwdeszczową kurtkę, za dużą na oko o dwa rozmiary i pracowniku stacji w jaskrawożółtej kamizelce. Był jeszcze młody żołnierz. Mokry jak kuchenna ścierka. Zrobiło mu się go żal. -Pewnie nawet gacie masz mokre - pomyślał. Na oko dwudziestopięciolatek, stał przy przeszklonej witrynie z kanapkami i grzał zziębnięte dłonie kubkiem z kawą, lub herbatą. Na podłodze, porzucony niedbale, leżał przemoczony, wojskowy plecak. Stalowoszary, wyjściowy mundur, ściemniał od wilgoci. Siły powietrzne, to jasne. Miał jednak dziwny krój, zupełnie inny niż spotykany u niemieckich orłów. Trójbarwna naszywka na lewym rękawie upewniła go, że nie jest Niemcem. Mimo iż przemoknięty do ostatniej nitki, nie sprawiał wrażenia umęczonego podróżą. Oczy, w barwie munduru (może odbijał się w nich?), nie zaznawały bezruchu nawet na krótką chwilę. Żołnierz omiatał nimi pomieszczenie jak lotniskowy radar badający pułap chmur. Spojrzenie miał bystre i wnikliwe. Ich wzrok spotkał się na moment i mógł to ocenić. Dopił kawę i posłał papierową tackę, umazaną musztardą, w czeluść kosza na śmieci. Postanowił jeszcze zapalić gdzieś na zewnątrz i zrobić parę kroków, zanim znów siądzie za kierownicą. Ruszył w stronę wyjścia.

-Signore? Młodzieniec w mundurze sił powietrznych śmiało zastąpił mu drogę. Musiał go obserwować dłużej, niż on jego. Makaroniarz najwyraźniej przeznaczył go na odstrzał. Dał mu po prostu czas na dopicie tej cholernej, udającej kawę lury. -Podrzuci mnie pan choć kawałek dalej? Jadę stopem aż z Bolzano. Nie miał zwyczaju zabierać autostopowiczów. Kilka razy żałował podobnej samarytanki. Nie przekonywało go do tego nawet braterstwo broni. Zresztą nie nosił już munduru. -Dokąd zmierzasz, młody człowieku? – spytał, choć nie ciekawiło go to wcale. -Byle dalej stąd. – odparł młodzieniec, jakby cel jego podróży stanowił tajemnicę wojskową. Siegfried uśmiechnął się pod wąsem. Zimna wojna była już tylko hasłem w podręcznikach historii dla uczniów Realschule, a młody zachowywał się tak, jakby mur berliński jeszcze stał. Sukinkot chce, by go podrzucić, a zgrywa asa wywiadu.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych