Gabriela cz. I
Historia ukazuje życie młodych ludzi, którzy przeżywają wielkie uczucia i podejmują ważne decyzje w czasie II wojny światowej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Gabriela”
Część I
Autor: Sandra Frankowska
„Odwaga to najważniejsza cnota tych, Którzy poszukują języka wszechświata.” Paulo Coleho
Warszawa, 29 lipca 1939r. Droga Marto!
Na wstępie mego listu pragnę Cię serdecznie pozdrowić. Minęły już dwa miesiące, odkąd się nie widziałyśmy, więc mam nadzieję, że lada dzień zjawisz się u mnie. Bardzo za Tobą tęsknie, nie mówiąc już o tym, jak strasznie brakuje mi twego śmiechu. Mam Ci tyle do opowiedzenia! Niestety nie są to dobre nowiny. W liście opiszę tylko część wydarzeń, bo te ważniejsze zostawiam na rozmowę w cztery oczy, która niedługo się odbędzie. Najpierw zacznę od sytuacji w domu. Coraz bardziej się martwię. Tata ostatnimi czasy jest jakiś podenerwowany, nie może znaleźć sobie miejsca. Ciągle gdzieś wychodzi, a to spotkania z oficerami, a to z innymi ludźmi z pracy. Ostatnio gdy nie mogłam zasnąć, usłyszałam rozmowę rodziców. Tata oznajmił, że prawdopodobnie zbliża się wojna, a parę sekund potem dobiegł do mnie szloch mamy. Jeśli naprawdę będzie wojna, wiem co to dla nas oznacza. Ze względu na to, że ojciec jest generałem, zagraża to naszemu bezpieczeństwu. Jednak z całego serca wierzę w tatę, jak i w cały naród Polski, który zapewne będzie walczyć o nasze dobro, wolność i godność. W poprzednim liście pytałaś mnie o Antka. Powiem Ci, że przez te dwa miesiące nie zmienił się ani trochę. Nadal jest łobuzem i z tym swoim uwodzicielskim wdziękiem podrywa głupie gąski, które myślą, że są „tą jedyną”. My wiemy, jak jest naprawdę. Marto, nie ma co zawracać sobie głowy takim frywolnym chłopaczyskiem. Niech tacy nie myślą, że mogą mieć każdą. Teraz to absolwent, skończył liceum ze świetnym świadectwem, dla najbardziej wyróżniającego się patriotyzmem i działaniem na rzecz wzmocnienia Państwa Polskiego. Nie powiem, bo tym akurat mi zaimponował. Ale już dość o Antku. Trzydziestego pierwszego sierpnia organizowane jest przyjęcie dla młodzieży w harcerstwie oraz zaangażowanych w rozwijaniu kultury Polski. Trzymam kciuki, iż postarasz się do tego czasu nas odwiedzić. Jeszcze raz serdecznie cię zapraszam i przesyłam gorące całusy.
Twoja kochana kuzynka, Gabriela Minkiewicz.
Odłożyłam pióro, jeszcze raz przeczytałam list, sprawdzając, czy przypadkiem nie przeoczyłam jakiegoś błędu, poczym starannie go złożyłam i schowałam do koperty. Jutro, z samego rana pojadę rowerem do miasta i go wyślę. Na dworze dawno zapadł już zmrok, pokój jak zawsze oświetlały świece, które tak uwielbiam. Jedynie lampka, która stała na biurku, nadawała większego blasku. Podeszłam do dużego owalnego lustra stojącego w rogu mojego pokoju i spojrzałam w nie. Lustrzane odbicie pokazywało młodą dziewczynę z długim i grubym brązowym francuzem. Moje orzechowe oczy były wyraźnie zmęczone, spostrzegając na padnięte powieki. Najwidoczniej potrzebowałam snu. Zwróciłam uwagę na ciemniejszy odcień mojej skóry. Wyraźnie ukazywał się kontrast między biała przewiewną sukienką, którą miałam na sobie a opalonym ciałem. Cały dzisiejszy dzień spędziłam w ogrodzie, pomagając mamie zbierać wiśnie. Zapewne tam musiałam się tak opalić. Moje rozmyślenia przerwał dźwięk silnika. Szybko podbiegłam do okna. Ku mojej radości ujrzałam ojca. Nie zastanawiając się, wybiegłam na powitanie. - Tato! Wreszcie jesteś. Już się martwiłyśmy o ciebie z mamą, tak długo cię nie było. – - I nie potrzebnie moje drogie – powiedział. – Jak widać jestem cały i zdrów. Lecz wcale na zdrowego nie wyglądał. Jego zielone oczy wydawały się przygnębione, mimo tego, że się uśmiechał. Mundur miał nieco pognieciony, co jeszcze bardziej oddawało jego zmęczenie. - Och, Jerzy. Na Boga! Kiedy ty będziesz wracał o przyzwoitej porze? – z uchylonych drzwi, wyłoniła się mama. Ojciec podszedł do niej i przywitał ją całusem. - Wydaje mi się, że nie tak prędko – mówiąc to, obdarzył nas serdecznym uśmiechem. - Dobrze, już dobrze. Pewnie umierasz z głodu. Przygotowałam pyszny żurek, odgrzeję ci. - Jak zawsze Stefanio, czytasz w moich myślach - roześmiany ojciec, poszedł do kuchni za matką. Ja w tym czasie, poszłam wziąć kąpiel. Leżałam w łóżku z książką, gdy w pokoju rozległo się pukanie. - Proszę. Za drzwiami ukazał się ojciec w podomce. - Gabrielo, ty jeszcze nie śpisz? - Jak widać. Skoro myślałeś, że nie śpię, to po co przyszedłeś? – zapytałam rozbawiona. - No dobrze, wiedziałem, że nie będziesz spać. Znam cię, zapewne cos tam czytasz, albo piszesz? - Czytam – powiedziałam z uśmiechem. – Usiądź. – wskazałam na bujany fotel przy komodzie. - Chciałbym z tobą porozmawiać – oznajmił poważnie, siadając. - Cos się stało? - Nie. A właściwe tak. To znaczy nie. Och… - westchnął zrezygnowany. – Gabrielo, masz już osiemnaście lat i pewnie dużo rozumiesz. – zaczął. Nie dociekając się mojej odpowiedzi, kontynuował dalej: - Chcę, żebyście z mamą były przygotowane na pewne sytuacje… - Tato – przerwałam mu. – Wiem. Nie musisz się martwić, cokolwiek się stanie, poradzę sobie. Zaopiekuję się mamą. Słuchałam radia… i wiem, że i nas już niedługo czeka wojna. – W pokoju zapanowała niezręczna cisza, a ojciec wpatrywał się we mnie. - Jestem naprawdę zaskoczony – wreszcie się odezwał. –Mniej więcej chciałem ci to powiedzieć i o to cię prosić. Uśmiechałam się tylko. - Ufam tobie i chciałem ci powiedzieć, że… - urwał na chwilę. Widziałam jak starał się ukryć emocje. - Nie musimy się żegnać – szeptam. - Chciałem tylko powiedzieć, że jestem z ciebie dumny. Pamiętaj o tym. – Wstał, podszedł do drzwi i dodał: Dobranoc Gabrielo. - Dobranoc – i nastał trzask zamykających się drzwi.
*** Jazda rowerem do centrum Warszawy zajęła mi niecałe dwadzieścia minut. I wcale mi nie przeszkadza to, że muszę dojeżdżać. Cieszę się, że mieszkam na obrzeżach miasta i mogę zaznać choć trochę wiejskiego życia. Rozglądałam się po rynku Warszawy i podziwiałam wspaniałe budowle. Zawsze fascynowała mnie architektura, która oczywiście wiąże się z historią. Było dosyć tłoczno jak na wczesną porę dnia. Miasto najwyraźniej już dawno wstało i tętniło życiem. Dzień był niezwykle słoneczny i pogodny. Przechodziłam chodnikiem, mijając żydówkę, która przepięknie grała na skrzypcach. Wrzuciłam jej parę monet do pokrowca, w zamian za co podziękowała mi serdecznym uśmiechem. Wreszcie dotarłam do poczty. Kolejka była krótka, przede mną stała elegancka kobieta z kapeluszem na głowie i letnimi rękawiczkami oraz jakiś chłopak. Na początku go nie poznałam, dopiero gdy odszedł od okienka i spojrzał na mnie, rozpoznałam go. - Dzień dobry Gabrielo – przywitał mnie Antek, z łobuzerskim uśmiechem, odsłaniając małe równiutkie, białe zęby. - Dzień dobry – odpowiedziałam bez emocji, nie obdarzając go przy tym ani jednym spojrzeniem. - A cóż to? Czyżbyś wysyłała list do ukochanego? – zapytał z udawaną nadmierną ciekawością. - Nie, nie do ukochanego. Zresztą to nie twoja sprawa Ochocki – odgryzłam się mu, na co on zmarszczył tylko brwi. - Cięty język jak zawsze. Nic się nie zmieniłaś – najwidoczniej rozbawiony, tym co mu powiedziałam, wyszedł. W tym czasie elegancka kobieta odeszła od okienka. -Dzień dobry. Proszę – powiedziałam i podałam kopertę starszej pani. – Ile płacę? - Podałam pieniądze, podpisałam się, podziękowałam i wyszłam. List do Marty powinien dojść w niecałe dwa dni - Intrygujące Gabrielo – ku mojemu zaskoczeniu Antek stał oparty o barierkę schodów. - Charakterku to ty nie zmieniasz, ale za to zewnętrznie z dnia, na dzień piękniejesz. - Daruj sobie te uwodzicielskie gadki dla innych panienek. Na mnie one nie działają – odparłam sucho, udając, że nie podziałały na mnie jego czarne oczy, które tak natarczywie mnie obserwowały. - Aha! Myślisz, że chcę cię poderwać? – Spytał mnie rozbawiony. A niech go! Z ignorancją ruszyłam przed siebie. Lecz on wcale nie miał zamiaru mnie zostawić, gdyż zaraz był już obok mnie, dotrzymując mi kroku. – Czyżbym cię zdenerwował? - Nie, skądże – rzekłam. – Po prostu śpieszy mi się. Muszę iść po rower. - Dobrze się składa, bo ja też. Chyba nic się nie stanie jak dotrzymam towarzystwa koleżance ze szkoły? - robił to specjalnie. Chociaż bardzo się starałam ukryć, że czuje się w jego towarzystwie niezręcznie, on musiał to wyczuć. Ale prędzej zjem cytrynę, niż mu to pokażę. - Jest mi to obojętne. - Dobrze, dobrze. Jest to ci obojętne – zaśmiał się, znów rozbawiony. – Więc na przyjęciu dla młodzieży z harcerstwa i zaangażowanych w rozwijaniu kultury Polskiej, będziesz? - Naturalnie. W końcu należę do grupy, która wystawiała sztuki literatury Polskiej. - Tak, pamiętam. Grałaś Zosię w Panu Tadeuszu – zaskoczyło mnie to, że Antek to wiedział. Zresztą co ja sobie myślę, to jest oczywiste, że widział przedstawienie. No ale w końcu nie musiał pamiętać, kto kogo grał… - Zgadza się. - A Tadeusza grał Janek! Co to był za ubaw, jak się angażował w tej roli! Nadal jeszcze z chłopakami się śmiejemy, wspominając jak prawie się przewrócił tańcząc z Tobą poloneza. Od razu pożałowałam swoich myśli. Przecież to normalne, że wiedział kto grał Zosię. Janek był jego przyjacielem. W dodatku słysząc jego uwagę, czułam, że zapadnę się pod ziemię. - Nie był aż taki zły. Trochę mu się kroki pomyliły. To wszystko – usprawiedliwiałam. - Trochę? Gabriela! Gdyby nie ty, chłopak byłby zgubiony. - Przesadzasz. - Myśl co chcesz, my swoje wiemy – Antek miał rozpromienioną twarz, gdy spojrzał mi w oczy. Jego spojrzenie było takie głębokie, że miało się wrażenie hipnozy. Miał nienaturalnie długie ciemne rzęsy, jak na chłopaka i asymetryczne czarne, grube brwi. Całą swoją postawą wyrażał silną i pewną siebie osobowość. Miał umięśnioną klatkę piersiową i ramiona, zapewne od ciężkiej pracy. Dopiero teraz mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Wcześniej mijałam, go w szkole rzadko z nim rozmawiając. – Co mi się tak przyglądasz? – Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Zdałam sobie sprawę, że przez dobre trzydzieści sekund się w niego wpatrywałam. Miałam ochotę się spoliczkować. - Zamyśliłam się – odpowiedziałam zmieszana. Na szczęście przed nami był już stojak z rowerami. - Czyli rozumiem, że na przyjęcie masz już osobę towarzyszącą? - zapytał mnie, odczepiając swój rower. - Można tak powiedzieć – i właściwe nie kłamałam. Marta na pewno przyjedzie i to z nią pójdę. – Jak się domyślam, Ty też na pewno z kimś idziesz? – spytałam niby od niechcenia. - Jeszcze trochę czasu zostało. Zobaczymy – powiedział, podając mi mój rower. - Dziękuję. To do zobaczenia – pożegnałam się, nadal stojąc w miejscu, trzymając rower. Antek długo nic nie mówił, tylko wpatrywał się mi w oczy, uśmiechając się z tajemniczością. - Do zobaczenia – wreszcie się odezwał i odjechał.
- Gabrielo proszę przemieszaj zupę. Muszę wyciągnąć chleb z piekarnika. – mama krzątała się zabiegana po kuchni, szykując jedzenie na dzisiejszą kolację. Od świtu pracowała, mimo tego jej wygląd był jak zawsze nienaganny. Brązowe włosy, które odziedziczyłam po niej, miała związane w schludny kok na karku, założoną miała kremową w maleńkie kwiatuszki koszulę, a do tego ołówkową szarą spódnice, opiętą na biodrach co podkreślało jej zgrabna figurę. - Może pomogę zrobić ci placek z wiśniami? Od samego rana pracujesz - zaproponowałam. - Dziękuje córeczko, ale z kuchnią się uporam. Ty idź przygotuj stół w salonie i pościel łóżka dla gości. - Dobrze. Już się nie mogę doczekać. Strasznie się stęskniłam za Martą. No za tym małym urwisem, Henrykiem też – byłam bardzo podekscytowana na myśl o dzisiejszym wieczorze. Już dawno nie odbywały się żadne przyjęcia, co było dziwne, bo mama i tata byli bardzo gościnni i uwielbiali spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi. Często wyprawiali takie wieczorne spotkania. - Wiem kochanie. Całe szczęście, że lada chwila babcia będzie. Nie wiem jak bym się uporała z tym wszystkim bez was. Tym bardziej, że dzisiaj zapowiada się większe przyjęcie niż wcześniejsze. - To znaczy? – Zapytałam zaintrygowana. - Odwiedzą nas koledzy Jerzego z rodziną z pracy. Wszystko musi wyjść idealnie. - I na pewno tak będzie – zapewniłam mamę z uśmiechem. Za chwilę w domu rozległ się dzwonek. - To pewnie babcia. Idź kochanie otwórz i powiedz, że jestem w kuchni. – Poprosiła mnie, krojąc kurczaka. - Już idę – przeszłam do holu i otworzyłam drzwi. - Witam cię wnuczko – powiedziała dając mi buziaka na przywitanie. - Cześć babciu – odebrałam walizki od staruszki. – Mama jest w kuchni. Zaniosę twoje walizki do pokoju. - Dobrze. Dziękuje Gabrielo. Gdy zaniosłam walizki, pościeliłam łóżka i nakryłam stół została mi chwila dla siebie. Poszłam do biblioteki, tam najchętniej spędzałam czas. Mogłam godzinami przesiadywać i się nie nudzić, zawsze coś ciekawego wpadło mi w ręce. Poza tym uwielbiałam zapach starych książek. Niektóre były z czasów rozbiory Polski. Gdy weszłam, zaciągam się zapachem książek i starości jak tu panowała. W całym domu, można było czuć ten zapach, gdyż sam dworek miał dobre ponad sto lat, jednak w bibliotece czuło się to najintensywniej. Moją uwagę przykuło biurko taty, które zwykle było uporządkowane teraz w niczym nie przyglądało dawnego ładu. Pełno było na nim papierów, map europy, samej Polski i tym podobnym. Na wierzchu leżał list. Wiem, że nie powinnam czytać lecz same pierwsze litery tak bardzo mnie zaciekawiły, że nie mogłam teraz po prostu odejść.
Berlin 14 Sierpień 1939
Szanowny Panie Generale!
Chciałbym powiadomić Pana o zagrażającej sytuacji Polski. Moje przypuszczenia są teraz pewne. W ciągu kilkunastu lub kilku dni Niemcy zaczną atakować nasz kraj. Radzę generałowi, by jak najszybciej przygotował wojska do obrony. Wątpiłbym w pomoc Francji czy Anglii. Chciałem tylko Pana ostrzec, bo to, że wojna jest nieunikniona, to generał zapewne wie. Piszę ten list w pośpiechu, gdyż jak wiadomo naszej elicie, prowadzę podwójne życie na rzecz szpiegostwa, a Niemcy są bardzo podejrzliwi. Z wyrazami szacunku Ignacy Broniewski.
- To niemożliwe - powiedziałam głośno z niedowierzaniem. Wiedziałam, że szykuje się wojna, ale nie sądziłam, że odbędzie się ona tak szybko… Nie. Tak naprawdę dopiero teraz uświadomiłam sobie, co nas czeka. Po raz pierwszy w życiu bałam się o życie mojej rodziny. - Gabriela, co ty tu robisz? – Do biblioteki weszła mama. Szybko odłożyłam list i ruszyłam do drzwi. – Zaraz będą goście, a ty jeszcze nie ubrana? - Już idę, spokojnie. Zdążę. - Mam nadzieję – powiedziała, najwyraźniej zirytowana, wnioskując po tonie jej głosu. Włożyłam granatową sukienkę do pół łydki, mocno przylegającą do ciała, uwydatniając kształty klepsydry. Przejrzałam się w lustrze stwierdzając, że potrzebuje nowej fryzury, gdyż z francuza powychodziły mi kosmyki włosów i wyglądało to dość niechlujnie. - Gabrielo pospiesz się, goście już czekają.– z korytarza dobiegł głos babci. - Już. Chwileczkę! – gorączkowo zaczęłam rozglądać się po pokoju za rękawiczkami. – Idę już. – Nie miałam czasu na zaplątanie nowego warkocza. Schodząc po schodach, zakładałam prześwitujące białe rękawiczki. - O! Jest i moja Panna – oznajmił na mój widok tata ubrany w mundur. W holu był już wujek Edward, ciocia Wanda oraz mały Henryk. - Dobry wieczór! Miło was widzieć, ale gdzie Marta? – przywitałam ich, doszukując się kuzynki. Zaraz potem, drzwi się otworzyły i do holu wleciała Marta. - Tutaj! – zawołała i zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku. – Wreszcie się widzimy. - Marto, tylko jej nie uduś – zażartował wujek Edward. - Też się cieszę, że cię widzę. – rzekłam przyglądając się jej. Rude włosy miała starannie zaczesane na boku, zgodnie z obowiązującą modą, ubrana była w wieczorową brunatną sukienkę, trochę dłuższa niż moja. Jak zawsze wyglądała promiennie z tymi swoimi uroczymi piegami na bladej skórze. – Ślicznie wyglądasz. - Dziękuję. Na pewno dzisiaj tobie nie dorównam – mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Cała Marta. - Dobrze, już dobrze. Chodźmy usiąść do jadalni – ponagliła nas mama. Przy stole siedział już przyjaciel taty z żoną. Zdążyliśmy wszyscy zasiąść do stołu, gdy w domu znów rozległ się dźwięk dzwonka. - Oho, to pewnie Ochoccy. Pójdę otworzyć – na te nazwisko zdrętwiałam. Ochoccy? To pewnie jacyś inni. Przekonywałam się w duchu. - Nie, nie. Jerzy zajmij się gośćmi, ja pójdę – jednak chwilę potem nie miałam żadnych wątpliwości, bo ku i mojemu jaki i Marty zaskoczeniu to byli rodzice Antka razem z przystojnymi synami. - No, no! Zapowiada się ciekawie - szepnęła mi w ucho Marta. - Rzeczywiście - odparłam z ironią, jednak sądząc po słodkich oczkach, jakie Marta robiła do braci, raczej jej nie dostrzegła. Przez całą kolację starałam się nie patrzyć na Antka, który siedział prawie, że naprzeciwko mnie. Miał na sobie strój galowy, który sprawiał, że wyglądał w nim nieprzyzwoicie przystojnie. Jego bracia, choć starsi i w mundurach wojskowych, nie dorównywali urodą młodszemu. Tak bardzo poczułam się zażenowana tym, że w końcu musiałam się przyznać przed samą sobą, że ten chłopak nie jest mi obojętny. Przecież tak się zarzekałam, że taki Antek na pewno mi nie zawróci w głowie! Przypomniał mi się list do kuzynki, w którym tłumaczyłam, iż tacy frywolni chłopacy jak on nie mogą nam zawracać w głowach. Oczywiście nie przyznam się teraz Marcie, że zmieniłam zdanie, nie mówiąc już o samym Ochockim! Będę musiała jak najszybciej wybić sobie te amory. Nie będę kolejną gąska, czy zdobyczą w jego kolekcji. Pomijając tą sprawę, od stołu dobiegały głośne śmiechy, panowie prześcigali się w dowcipach, a kobiety gratulowały sobie pysznego jedzenia. Atmosfera była naprawdę niezwykle radosna. W końcu ojciec włączył adapter zapraszając gości do tańca. Ku mojemu zadowoleniu wreszcie można było uwolnić się od niezręcznego, unikania kontaktu wzrokowego z Antkiem. - Gabrielo! Mam diabelski plan - powiedziała łobuzersko Marta. - Wszystko, byle na chwile stąd wyjść - odrzekłam zadowolona i poszłam za kuzynką do kuchni. - Trzeba uczcić nasze spotkanie, moja droga - mówiąc to, dziewczyna wyjęła dwa kieliszki do wina na stół kuchenny, szukając czegoś jeszcze wzrokiem. Nachyliłam się nad szafką kuchenną i wzięłam to, co było nam potrzebne. - O to ci chodzi? - zapytałam z uśmiechem na twarzy, trzymając butelkę wina w dłoni. - Dokładnie o to! - wyrwała mi butelkę i szybko zaczęła nalewać soczyście czerwony napój do kieliszków. Wzięłam nalewkę od kuzynki. - Wypijmy za nas - w kuchni zapanował brzęk kieliszków. Wszystko wypiłam jednym chlustem, tak jak i moja towarzyszka. Nagle drzwi kuchni odtworzyły się. Spojrzeliśmy po sobie, lekko przestraszone. - Oj moje drogie Panie, czy to tak ładnie pić po kątach? - był to Konrad, jeden z dwóch starszych braci Antka. - Ładnie czy nieładnie, dziś można trochę poszaleć. A to znaczy, że ty też możesz. Więc... - Marta, która stała już koło chłopaka najwyraźniej czekała na zaproszenie do tańca. Rozbawiło mnie to, i w tym momencie zdałam sobie sprawę jak bardzo mi tej wariatki brakowało. - Zatańczysz? - zaproponował jej w końcu, trzymając rękę w zapraszającym geście. - Z chęcią - odparła i wyszli. Nadal rozbawiona nalałam sobie kolejny kieliszek i podeszłam do okna. Niebo usłane było gwiazdami, a drzewa lekko powiewały w rytm wiatru. Wyobraziłam sobie, jak te piękne niebo przeszywają samoloty zrzucające bomby, powodując pożar tych drzew. Obrazy mimo chodem zaczęły przelatywać mi przez głowę. Wzięłam kolejny duży łyk wina, wypijając cała zawartość kieliszka, gdy poczułam podmuch na swoim policzku. Drgnęłam, szybko się odwracając. - Moje oczy nie mogą uwierzyć w to co widzą - stwierdził ze spokojem Antek, spuszczając wzrok, tak by całą mnie zmierzyć. - Przestraszyłeś mnie – rzekłam, starając się ukryć, to jak cała w środku drżałam, już nie ze strachu, ale z bliskości jego ciała. Jego spojrzenie zatrzymało się na moich ustach. - Naprawdę? - zapytał nienaturalnie niskim głosem. - Nie myślałem, że ty w ogóle się czegokolwiek boisz. Mówiąc to, coraz bardziej ściszał głos. Czułam, że jeżeli zaraz czegoś nie zrobię, coś się wydarzy. - Niestety są rzeczy, które mnie przerażają - przełknęłam ślinę, patrząc jak jego twarz coraz bardziej zbliża się ku mojej. Chciałam go odepchnąć, odwrócić się, cokolwiek, by już na mnie tak nie patrzył, by odległość między nami stała się bezpieczna. Ale nie zrobiłam nic z tych rzeczy. Po prostu nie potrafiłam, stałam jak sparaliżowana. - Na przykład? - zapytał, nadal się przybliżając, ciągle patrząc mi na usta. - Na przykład wojny - dzieliło nas pięć centymetrów, stykaliśmy się nosami gdy po moich słowach stanął w bezruchu. Przeniósł wzrok z ust, na oczy. Jego wyraz twarzy wyrażały teraz powagę i coś jeszcze... - Powinniśmy już iść - przerwałam długie milczenie. Odsunęłam się od Antka, udając, że mam coś jeszcze w kieliszku, podniosłam go do ust. - Może pójdziemy się przejść? Chciałbym ci coś pokazać - zaproponował, a jego głos nie przypominał już w niczym tego przed paroma sekundami. Spojrzałam na niego podejrzliwe. - Nie martw się. Nic ci nie zrobię - zaśmiał się. - Zresztą w razie co, wszyscy będą wiedzieć, że jesteś ze mną. - Zażartował. - Nie wiem... - Bardzo chciałam mu odmówić. Chciałam go wyśmiać, że co on sobie wyobraża niby, ale nie potrafiłam. Niech go diabli wezmą i to jego spojrzenie! - Nie daj się prosić. Obiecuję, że nie będziesz żałować. - Dobrze - w tym momencie nie wiem, co mnie opętało, bo z własnej woli nie mogłam tak powiedzieć.
- Możesz mnie w końcu oświecić, gdzie mnie prowadzisz? - zapytałam zirytowana. - Nie narzekaj. Zaraz będziemy na miejscu - zapewnił mnie, a ja postanowiłam, że już o nic go nie spytam. - Co? - jednak to zrobiłam, ale tylko z tego względu, że mi się przyglądał. -Nic - odpowiedział z rozbawieniem. - Patrzę tylko. - Akurat. Pewnie mam coś na twarzy i się nabijasz. - Nie, nie masz nic na twarzy. Chociaż... - No co? Mam wąsa od wina? - dopytywałam się jeszcze bardziej wkurzona tym, że coś go we mnie śmieszy. - Gabrielo, czy wiesz, że, gdy się denerwujesz robią ci się pajączki wokół tych twoich ogromnych oczach w kolorze orzecha? - Przestań. Ciekawe czy ty wiesz jak śmiesznie słychać, to w jaki sposób wypowiadasz moje imię. - odgryzłam się. - Jak? - 'Gabrielo' – tak? - znów tak samo zaakcentował moje imię, a ja już nie mogłam powstrzymać śmiechu . - Coś w tym stylu - potwierdziłam, wciąż roześmiana. Antek skręcił w jakąś zapuszczoną ścieżkę. Przeszliśmy dróżkę prowadzącą z mojego domu na drogę do miasta. Weszliśmy w głąb lasku i trochę mnie to przeraziło. - Zaraz będziemy - spojrzał na mnie kątem oka. - Nie bój się. - Nie boje się, tylko zastanawiam się gdzie mnie prowadzisz. - O! - wydał dźwięk, patrząc na coś w oddali. Zszedł z ścieżki, kierując się na prawo. - To tutaj. Jesteśmy. - Nic nie widzę - stałam kawałek za nim i starałam się coś zobaczyć, ale nic przede mną się nie ukazało. - Tutaj - chwycił mnie za rękę i przeciągnął na przód. Przeszedł mnie dreszcz - I właśnie dlatego chciałem ci to pokazać - jeszcze bardziej wytężyłam wzrok i ku mojemu zdziwieniu, pojawił się mały domek z kamienia. - Antek, co to jest? - doskonale wiedziałam, co tam jest, ale nie rozumiałam, dlaczego mi go pokazuje. - Dom. Chodź za mną - nie czekając na moją reakcję, ruszył przed siebie. Gdy byliśmy już przy domku, obejrzał się za mną, zaraz potem zrobił kolejne kroki, wchodząc na czterostopniowe schodki. Poszłam w jego ślady. Gdy Antek majstrował coś przy drzwiach, ja rozglądałam się z zaciekawieniem. Moje zdziwienie jeszcze bardziej przybrało na wadze gdy przed chatą, ujrzałam staw i unoszącą się nad nim mgłę. Wszędzie było słychać świerszcze, co nadawało większej tajemniczości. Antek uporał się z zamkiem i drzwi się otworzyły. Spojrzał na mnie wyczekująco. Nie zastanawiając się już ani sekundy dłużej, weszłam do chaty. Podłoga trzeszczała, za każdym razem gdy robiło się krok. Wnioskując po kominku, od razu wchodziło się do saloniku. Zaraz potem, można było przyjrzeć się wszystkiemu dokładniej, gdyż Antek zapalił lampę naftową wiszącą przy drzwiach. - I jak? Podoba się? - zapytał, również podchodząc do kominka. - Jest... - urwałam, czując, że brakuje mi słów, by to wszystko określić jednym słowem, co czułam. – Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? - odwróciłam się bym mogła spojrzeć na Antka i znów zaskoczył mnie małą odległością, która nas dzieliła. - To właśnie chcę ci wyjaśnić - gdy mówił, jego twarz nie była już pogodna, czy rozbawiona. Wyglądał śmiertelnie poważnie i tym mnie przerażał. - Jak rozpocznie się wojna... - przerwał, połykając ślinę. - Tu będziecie bezpieczne. - Antek... Chcesz... Masz na myśli moją rodzinę? - w głowie miałam mętlik. - Tak. Dokładniej ciebie i twoją mamę. - Myślisz, że będzie tak źle, że będziemy musieli się ukrywać? - Antek długo wpatrywał mi się w oczy, nim się odezwał. - Nie wiem... Twój tata jest generałem. Na pierwszy ogień pójdą rodziny właśnie takich, jak twojego ojca. - Dlaczego to robisz? Dlaczego zapewniasz nam schronienie? Przecież masz wiele przyjaciół, którzy są w podobnej sytuacji jak ja. Ty sam jesteś w takiej sytuacji. - Po prostu tak musi być - powiedział tajemniczo, pokazując, że następne pytania są zbędne. Widziałam jak spuścił wzrok, gdy wspomniałam o jego przyjaciołach i rodzinie. Zrobiłam krok w jego stronę. - Dziękuję - szepnęłam, zmuszając go, by spojrzał mi w oczy. Gdy to zrobił, wpadłam mu w ramiona, ściskając go z całych sił. Odpowiedział mi tym samym, odwzajemniając uścisk, nie oczekując na coś większego. W tym momencie, wiedziałam, że trudno będzie mi wymazać go z pamięci. Ale nie chciałam o tym myśleć. Teraz tylko pragnęłam czuć jego silny uścisk ramion oraz jego zapach.
*** Promienie Słońca przedzierały się przez okno do pokoju, a ja nie mogłam się zmobilizować, by wstać. Co było bardzo dziwne, ponieważ zawsze byłam rannym ptaszkiem. Czułam się taka zmęczona, brakowało mi entuzjazmu, by cokolwiek zrobić. Marzyłam jedynie o tym, by na zawsze zostać w łóżku i nigdy się nie obudzić. - Dzień dobry kochanie! - drzwi nagle się otworzyły i do pokoju wparowała Marta. - Wstajemy! Ale to już, Gabrielo dziś nasz wielki dzień! Na samą myśl o wieczorze wprawia mnie w ekscytację. - Ja dzisiaj nigdzie nie idę. Zostaje w łóżku - oświadczyłam i odwróciłam się tyłem do kuzynki, nakrywając kołdrę na głowę. - Po moim trupie! - wypowiedziawszy te słowa, wyrzuciła moje przykrycie gdzieś w drugi kąt pokoju. - Poczucie humoru to ty masz, moja droga. - Dobranoc - mruknęłam, kładąc sobie poduszkę na głowę. Niestety nawet to nie poskutkowało, gdyż Marta chwyciła mnie za nadgarstki, ciągnąc mnie, tak bym wreszcie wstała. - Ej! - czułam się jak kukła, którą bawi się rozwydrzone pięcioletnie dziecko. - Gabriela wstawaj wreszcie! – Zatrzęsła mną za ramiona, stawiając na nogach. - Chyba nie chcesz odpuścić sobie zabawy z Antkiem? - On będzie miał swoją towarzyszkę do zabawy - wyrwałam się jej z uścisku. - Ale dobrze. Już wstaję. - No! To za pięć minut jesteś w kuchni, jesz śniadanie i idziemy robić się na bóstwo! - Dobrze mamo - zironizowałam, na co Marta przysłała mi całusa i wyszła. Rozejrzałam się po pokoju, za jakimś ubraniem. Włożyłam bladoszarą sukienkę do pół łydki, przepasającą pasek w biodrach. Umyłam twarz, zęby i zeszłam na śniadanie. W kuchni trwała gorąca dyskusja między mamą, a Martą. - Jest i śpiąca królewna - przywitała mnie mama. - Siadaj do stołu, naleśniki już dawno stygną. - Dziękuję. Taty dawno nie ma? - wyraz twarzy mamy spochmurniał znacząco. - Wczoraj wieczorem już wyjechał - odwrócona tyłem do mnie, udawała, że wyciera naczynia. - Yhm... - postanowiłam, że nie będę już o nic ją pytać. Domyślałam się, o co chodzi. Zabrałam się za naleśnika. - Och, ciociu Stefanio! Byłabym zapomniała. Mam prośbę, pożyczyłabyś mi jakiś kapelusik do mojej wiśniowej sukienki? - Marta najwyraźniej starała się rozluźnić atmosferę. - Tak, tak. Oczywiście – mama zdobyła się na uśmiech. - Wspaniale. To ja już pójdę wyciągnąć sukienkę, a potem nazrywam trochę jabłek. Gabrielo dołączysz do mnie? - Tak, zaraz skończę – kuzynka migiem wyszła z kuchni. Parę sekund potem wstałam od stołu. Mama zaczęła sprzątać naczynia ze śniadania. - Mamo, zostaw ja posprzątam - przeraziłam się tym, na co patrzyłam. Ręce matki zaczęły się trząść, całe jej ciało drżało, w jej oczach panował obłęd. -Mamo? - Zapytałam, nie wiedząc, co się z nią dzieje. - Ja posprzątam. Ja... Trzeba, musi być porządek... - bełkotała. - Jerzy, jak wróci... On nie wróci... - Mamo! - krzyknęłam zdesperowana. Chwile potem w pomieszczeniu rozniósł się dźwięk rozbijanego talerza, który upuściła. - Ja... - mruknęła stojąc teraz jak słup. Podeszłam do niej, przytuliłam ją, mając nadzieję, że się uspokoi. - Już dobrze. Tata wróci. Spokojnie, jestem przy tobie, mamo - uspakajałam ją. - Gabriela.... - zaszlochała. - Wiem. Wszystko będzie dobrze - czułam jak, mama drży płacząc, a moje serce rozdzierało się w pół.
- Ile bym dała za takie włosy! - zawołała Marta, układając mi fryzurę. - Ten kolor, nie mówiąc już jak się układają. -
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil franczeska
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…