Wróć do katalogu

Gangrena

Żeby doznać oczyszczenia, trzeba najpierw samemu sobie wybaczyć.

mezzanine, opublikowano , 8 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Właściwie to chyba nie jestem wierzący, proszę księdza. Ostatni raz byłem w kościele na chrzcie najmłodszego syna, ale nawet wtedy się nie spowiadałem. Spyta ksiądz: "więc co tu robisz, człowieku?", to ja powiem tak: "przyszedł na mnie czas, jak to się mówi - człowiek na starość musi oczyścić sumienie". Moja ślubna, świeć Panie nad jej duszą, to była dobra, prosta kobieta. Dobrze nam się żyło, ale jakoś nigdy nie czułem potrzeby, żeby się jej zwierzać. A dzieciaki… Co ich obchodzi stary ojciec? Wyjechały w świat, za pracą, lepszym życiem. Przysyłają mi czasem zdjęcia wnuków: "patrz, tata, jaki synek nam się urodził". Na stare lata nie ma do kogo gęby otworzyć…

Moi rodzice byli robotnikami, pracowali w takiej dużej fabryce, zresztą ona wciąż funkcjonuje, Warel się nazywa, zna ksiądz? Dziś to już prawie centrum miasta, a wtedy to były peryferia, tam zaraz za ogrodzeniem ciągnęły się pola, krowy się pasły… Ja najpierw miałem tam praktykę na tokarkach, potem razem z rodzicami na jednej hali pracowałem. Można powiedzieć, że praca w Warelu to taka nasza rodzinna tradycja – ojciec poznał tam matkę, potem zaczęli tam pracować moi bracia i siostra, kiedy dorośli. Nas było w domu siedmioro, takie były czasy, że się ludzie nie bali mieć dzieci. Ale ciężko było. Ja musiałem iść do pracy jak najszybciej, żeby pomóc w domu. I od razu wiedziałem, że pójdę do Warelu, bo niby gdzie miałbym pójść? Tam była przyzakładowa szkoła, przyuczenie do zawodu, a uczniom płacili za praktyki. I ja, mając 15 lat, już przynosiłem do domu pieniądze.

Wszystko się zaczęło, kiedy miałem 17 lat. Właśnie kończyłem zawodówkę, myślałem o technikum wieczorowym. Bo wie ksiądz, skończyć technikum to wtedy było coś. Nikt z mojej rodziny nie miał nawet matury. Ja miałem być pierwszy. Ale oderwać się od korzeni jest bardzo trudno, kiedy trzeba do wszystkiego dochodzić samemu. Łatwo się zniechęcić. Dzisiaj mówi się: bunt nastolatka. A po mojemu, po prostu zacząłem się dusić. Myśmy wtedy mieszkali w Milanówku i każdego dnia trzeba było pociągiem ze dwie godziny dojeżdżać do Warszawy. W tym kieracie na zabawę nie było czasu. Musi ksiądz zrozumieć: ja zawsze byłem taki dobry chłopak. „Dobry chłopak” - tak właśnie wszyscy o mnie mówili. Bo zawsze robiłem wszystko, co mi kazali - rodzice, pan w szkole, a nawet koledzy. Taka była ze mnie dupa wołowa, za przeproszeniem. A ja chciałem być jak moi kumple ze szkoły, morowe chłopaki z Pelcowizny. Nikogo nie słuchać, być wolny jak wiatr, palić papierosy, chodzić z nimi na wino, zaczepiać dziewczyny. Nie przejmować się tą beznadzieją, w której się żyło, nie myśleć o tym, że ktoś za mnie zaplanował życie. I wtedy do tego wszystkiego doszła choroba ciotki. To właściwie nie była żadna rodzina, tylko taka stara znajoma rodziców, która kiedyś, w trudnych czasach, bardzo im pomagała, nie miała prócz nas nikogo bliskiego. A potem, wie ksiądz, nastał system uspołeczniony i wszyscy zaczęli jechać na tym samym wózku, to i ciotce źródełko wyschło. Sama ledwo przędła. W chorobie trzeba było pomóc, co było robić? No i oczywiście wypadło na mnie. Bo wtedy moje rodzeństwo jeszcze się uczyło, w Milanówku do szkoły chodzili. A ta ciotka miała mieszkanie w Warszawie, na Pradze. Rodzice ustalili, że skoro mam parę kroków ze szkoły, to po lekcjach mogę do ciotki wdepnąć, jakieś zakupy jej porobić, coś pomóc. No i psa jej wyprowadzić. To był taki kudłaty, brudny, śmierdzący kundel, Misiek się nazywał. Był strasznie obrzydliwy. Jadł i rzygał, potem to zjadał. A kiedy wychodziłem z nim na dwór, musiałem trzymać go krótko, bo lubił się na ludzi rzucać. Na mnie też parę razy warczał, nogawki spodni mi poszarpał. I ujadał tak, że głowa pękała. Taki był z niego terrorysta. A do tego zboczeniec. Bo wie ksiądz, ciotka miała jeszcze w domu trzy koty. Jeden z nich był ślepy na jedno oko. I…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych