Wróć do katalogu

Georgia

Pierwsze rozdziały powieści o losach rodzinny Parrishów.

Plutonek, opublikowano , 38 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Georgia

Rozdział I Życie

Lato roku 1845 W obszernym, pomalowanym na ciepłe kolory pokoju w wygodnym fotelu obitym niebieskim perkalem siedziała piętnastoletnia dziewczyna, czytając jakąś książkę Miała ładną jasną cerę, mały nos i oczy o bursztynowej barwie. Brwi nad nimi układały się we wdzięczne łuki. Dolną wargę ładnie wykrojonych ust, pomimo upomnień matki, przygryzały teraz lekko, równe, białe zęby. Tę miłą dla oczu twarz otaczały sięgające łokci włosy, o głębokim kasztanowym kolorze. Dziewczyna podniosła głowę oderwana czymś od powieści. Rozejrzała się po pokoju, jej wzrok padł najpierw na łóżko przykryte śnieżnobiałą pościelą, potem małą komodę, na której stał kryształowy wazon wypełniony białymi liliami. Wreszcie spojrzała na drzwi i po raz drugi usłyszała jak ktoś puka. - Proszę! Drzwi otworzyły się i weszła druga dziewczyna. - Vanesso, kolacja zaraz będzie podana. - Tak już schodzę. Na oko Ruth wyglądała na starszą od Vanessy. Hebanowe włosy miała upięte w ciasny kok, a oczy jej sprawiały wrażenie jak by wiele już widziały. Było to jednak mylne odczucie, w rzeczywistości Ruth była niewiele ponad rok starsza od swej siostry. Vanessa odłożyła książkę na stoliczek stojący obok fotela, wstała i poszła na dół za Ruth. Po chwili weszły do przestronnej i jasnej jadalni. Przy stole siedziała już reszta rodziny. Nicholsonowie mieszkali na południu ameryki północnej w stanie Georgia. Mieli tutaj plantację i dom na niej, zwany - Rokokolla. Rodziny Johna i Annabelle przypłynęły do nowego świata z Anglii. Po ojcu siostry odziedziczyły tylko kolor oczu, obie były uderzająco podobne do matki. Za to Thomas – ich brat – w ogóle nie wdał się w rodziców. Włosy jasne jak słoma, orli nos, szerokie bary. Był bardzo przystojny, czasami Vanessie wydawało się, że nawet za bardzo. Jedli rozmawiając o jutrzejszym balu u sąsiadów. Kiedy skończyli, Vanessa wróciła do swojego pokoju, chciała wybrać sobie na jutro suknię. Jednak po godzinie nadal nie znalazła nic, w czym w jej mniemaniu mogłaby wystąpić. - Wiedziałam, że tak będzie powinnam była pojechać z mamą do Atlanty żeby kupić jakąś suknię! - Dramatyzujesz. – Stwierdziła Ruth – Może tę? – Podniosła suknię z błękitnego jedwabiu. - Za skromna. – Skrytykowała Vanessa. - A ta? – Spojrzała na różową suknię z muślinu zdobioną jedwabnymi różyczkami. - No nie wiem. – Vanessa wahała się. - Będzie w sam raz. Każę pokojówce wyprasować ci to. A teraz radzę byś położyła się spać, bo jutro będziesz miała podkrążone oczy. - A w czym ty idziesz? - Ja chyba nie pójdę. – Twarz Ruth nagle posmutniała. - Ruth! Przecież tak nie można. Chodzi o Marshalla prawda? Ruth odwróciła wzrok, co było dla Vanessy wystarczającą odpowiedzią. - Jestem pewna, że to tylko chwilowe. Obje wiemy, że Octavia nie jest ładna. Marshall na pewno się nią znudzi i … - Vanesso dość! - Jesteś taka uparta! - Dobranoc. – Powiedziała tamta i wyszła. Dwadzieścia minut później światło zgasło a pokój pogrążył się w ciemności.

***

Dom, Millerów był piękny i ogromny, dziewczęta siedząc w powozie razem z rodzicami i Thomasem już przejeżdżając przez bramę, widziały Douglasa Millera i jego małżonkę Patricię pełniących honory domu przy wejściu do posiadłości. - Ciekawe gdzie są Dorothy i Melissa – Powiedziała Vanessa rozglądając się przez okno powozu. - Pewnie zajmują się gośćmi w domu – Odpowiedziała Ruth Powóz zatrzymał się i podeszli do niego gospodarze. - Witaj Douglas. - Powiedział John ściskając mu dłoń – Pani Miller. – Rzekł kłaniając się i całując dłoń Patrici. - Witam pana panie Nicholson … Annabelle! – Powiedziała podchodząc do pań. - Witaj Patricio - Annabelle rozpromieniła się i uściskała panią Miller, podczas gdy Douglas pomagał Vanessie i Ruth wysiąść z wozu. - Czy Williamsonowie już są? – Zapytał John - Tak, przyjechali przed wami – Odpowiedział Douglas Hall był zapełniony przez ludzi, zebrała się cała śmietanka towarzyska z okolicy. Pani Nicholson poszła przywitać się z innymi paniami, natomiast dziewczęta skierowały się ku salonowi po drodze witając się z wcześniej przybyłymi. Ruth spostrzegła Erikę i podeszła do niej by porozmawiać, Vanessa rozglądała się za swoją najlepszą przyjaciółką Alyshią, jednak zamiast niej zobaczyła przystojnego młodzieńca kroczącego ku niej. - Panno Nicholson. - Warren! Z każdym dniem jesteś coraz przystojniejszy! – Już miała go poprosić by zabrał ją do ogrodu, gdy podeszła do nich Alyshia. - Vanesso moja droga! Chodź na górę pokażę ci moją suknię, Warren wybaczysz nam? – Spojrzała na chłopaka, który skłonił się i odszedł. - Wybrałaś świetny moment – powiedziała Vanessa z kwaśną miną. - Och daj spokój poflirtujesz z nim na balu. - O ile któraś nie sprzątnie mi go sprzed nosa. Tylko czekają by go złapać w swoje sidła. - Warren nie jest tutaj jedynym przystojnym chłopcem kochana. – Stwierdziła Alyshia śmiejąc się. - Tak wiem, ale … zaraz czy to nie Octavia rozmawia z Marshallem? - Tak to ona – powiedziała tamta idąc za wzrokiem Vanessy. - Muszę ci powiedzieć, że Ruth chciała zostać w domu. Wiesz, dlaczego. – Spojrzała na nią wymownie. - Do tej pory się dziwię, że Marshall przestał adorować twoją siostrę na jej rzecz! Przecież ona nie jest nawet ładna – dodała szeptem.

***

Zapadł zmierzch i dziewczęta poszły na górę odpocząć, i przygotować się do balu, panowie skierowali swe kroki do gabinetu ich żony usiadły w salonie. W całym domu zapadł nastrój dający się określić jako - leniwe oczekiwanie. W gabinecie Thomas rozmawiał z Warrenem. - Tak patrzyłem do jej karneciku, ponad połowę tańców obiecała tobie. Warren uśmiechnął się z zadowoleniem. Rozmowę tę przerwał zegar bijąc godzinę dziewiątą. Dziewczęta zaczęły schodzić po ogromnych schodach, i hall zrobił się nagle bardzo kolorowy od różnobarwnych sukien. Wszyscy skierowali się do sali balowej mieszczącej się na prawo od hallu. Sala była ogromna, Vanessa była pewna, że nawet gdyby przyjechały tutaj całe Savannah i Charleston zostało by jeszcze dosyć miejsca. Towarzyszył jej Warren, jako że pierwszy taniec, obiecała właśnie jemu. Pary spotkały się na parkiecie, zagrała muzyka i rozpoczęły się tańce.

***

Było już dobrze po godzinie trzeciej, więc starsze panie zaczęły spoglądać na swych mężów, dając im do zrozumienia, iż chciałyby już wracać do domów. Skończono grać walca i Douglas obwieścił zebranym, że bal zbliża się ku końcowi. Młodzieńcy podchodzili do dziewcząt prosząc je do „Galopu”.

***

Dom Nicholsonów znajdował się niedaleko domu Millerów. Nie był tak wielki jak ich rezydencja, jednak dostatecznie duży, by pomieścić całą rodzinę, służbę i niespodziewanych gości. W okolicy było dokładnie osiem plantacji bawełny. Każdy dom odznaczał się unikalnym pięknem. Posiadłość Nicholsonów nie należała do wyjątków, symetria i wyniosłość domu rzucała się w oczy już z daleka. Dom zdobiła winorośl porastająca mury. Na plantacji Nicholsonów pracowało około dwustu murzynów, część jako służba w domu, część jako parobki na polach. Rokokolla, co roku rodziła wiele bel bawełny, to właśnie stąd pochodziło bogactwo tej rodziny. W powiecie mieszkało osiem rodzin. Parrishowie osiedlili się tutaj jako pierwsi, ich plantacja graniczyła z plantacją Nicholsonów. Rodzina Parrishów liczyła siedem osób: głowę rodziny Francisa, jego żonę Erikę i ich dzieci Gabriela, Warrena, Timmiego, Allyson, i Mollie. Francis, choć był już po pięćdziesiątce nadal miał energię dwudziestolatka. Erikę można by było uznać za piękność, gdyby nie jej ciągle zmartwiony wyraz twarzy. Gabriel odziedziczył po matce piękne rysy i spokojny stosunek do świata. Był najspokojniejszy z rodzeństwa. Warren był przystojnym młodzieńcem, uwielbiającym polowania, w promieniu wielu mil w sztuce strzelania dorównywał mu tylko ojciec, po którym młodzieniec odziedziczył talent. Timmy był najmłodszy z rodzeństwa i przebywał obecnie na uniwersytecie w Macon. Allyson już drugi rok była zaręczona z Dylanem Leverettem, pałała też wielką niechęcią do Dorothy Miller będąc święcie przekonaną, że tamta chciała jej odbić, Dylana niedługo przed oświadczynami. Oczywiście jak to przystało damie nie przyznawała się do tego przed nikim. Mollie uczyła się teraz jak odpowiednio prowadzić dom by w przyszłości przejąć obowiązki matki i godnie reprezentować rodzinę przed gośćmi jako idealna pani domu. Parrishowie byli rodziną lubianą, każdy, kto ich znał, nie mógł powiedzieć o nich złego słowa. Williamsonowie … posiadali oni najwięcej ziemi w okolicy. Jonathan i Charlotte cieszyli się wielkim poważaniem. Zarówno tutaj jak i w Atlancie. Mieli dwie córki: Marrissę i znienawidzoną przez Ruth Octavię. Prócz nich jeszcze syna, Gilberta, który razem z Timmym przebywał na uniwersytecie. Z racji wielkości ziemi posiadali oni ponad 300 niewolników tylko do pracy na polu. Plantacje rodzin Malone i Solton położone były między ziemiami Nicholsonów, Millerów i Parrishów a Williamsonów i Rutlandów. Od ich ziem odgradzała ich tylko droga. Leverettowie mieszkali na uboczu. Ich plantacja była ostatnia na drodze do Savannah.

***

Vanessa została wyrwana ze swego snu wołaniami matki, by zeszła na śniadanie. Chwilę później do jej pokoju weszła Anna – ku złości Vanessy bez pukania – by pomóc jej się ubrać. -, Jeżeli jeszcze raz wejdziesz do mojego pokoju bez pukania poproszę tatę, żeby cię sprzedał! - Tak panienko – odpowiedziała murzynka nie przestając czesać jej włosów. - I nie ciągnij mnie tak! To boli! - Tak panienko. Chwilę później ubrana i uczesana zeszła na dół do jadalni. John niecierpliwił się. Dzisiaj, bowiem miało odbyć się polowanie w lesie rozciągającym się za plantacją Williamsonów. W południe dojechali na miejsce, niedługo potem panowie pogalopowali w kierunku lasu a panie razem z dziewczętami zasiadły w salonie. Po półgodzinie dziewczęta mimo swego dobrego wychowania nie mogły już znieść poważnych rozmów swoich matek. Postanowiły wyjść do ogrodu pod pretekstem potrzeby odetchnięcia świeżym powietrzem. - Och, jak one mogą rozmawiać o takich nudnych sprawach? – Dziwiła się Dorothy - Daję słowo, że jak bym jeszcze chwilę tam posiedziała, to bym umarła z nudów. – Zawtórowała jej Alyshia - Czasami współczuję mojej matce - westchnęła Vanessa – Ma takie nudne życie. - Przeraża mnie to, że kiedyś ja będę musiała tak żyć – Marion wzdrygnęła się - Masz rację! Pomyślcie bez balów, tańca! – Krzyknęła, Marissa, dla której bale i flirt były najważniejszymi zajęciami w życiu. - Na bale będziemy mgły chodzić, ale o tańcu możemy zapomnieć – Melisa westchnęła. Podczas gdy dziewczęta rozmawiały o przyszłości mężczyźni znaleźli się już w głębi lasu. -, Jonathan! Tu nic niema! – Krzyknął Francis - Oczywiście, że niema! – Powiedział sarkastycznie Gabriel – Wybiliście wszystko już dawno temu. Cały powiat wiedział, że Gabriel jest przeciwny polowaniom, i nigdy na nie jeździł. Na to także by nie pojechał gdyby nie zmusił go ojciec. - Gabrielu, jestem pewien, że jeszcze coś się znajdzie – powiedział Warren do brata i pogalopował między drzewami. - O byś skręcił sobie kark braciszku. – Szepnął tamten. Zwolnił konia i powiedział Marshallowi, że ich dogoni. - Warren … Warren … - To imię kołatało mu się po głowie. Gabriel nienawidził swojego brata, uważał, że Waren zabrał mu miłość ojca i sam zajął jego miejsce. Na początku było inaczej … myślał, że będzie dobrze mieć brata, … ale gdy Warren wyrósł na młodzieńca... Ukradł Gabrielowi wszystko, co było dla niego ważne … miłość, uznanie, duma, tego Gabriel od bardzo dawna nie widział w oczach ojca. Zawsze tylko słyszał, jaki to jego brat jest zdolny i mądry. Zdzielił konia szpicrutą i pognał za innymi. Tymczasem w domu dziewczęta zasiadły w altanie. Zbudowanej we wschodniej części ogrodu. - Czy nie wydaje się wam, że oni powinni już wrócić? – Spytała Vanessa. - Och znasz ich – Mruknęła Marion – Potrafią cały dzień spędzić w lesie na tych głupich polowaniach. - Vanessa czeka na Warrena, prawda, Vanesso? – Spytała słodko Alyshia. - Ależ skąd – Powiedziała tamta udając święcie zdziwioną. Wśród dziewcząt wybuchły chichoty. Mężczyźni zdążyli wrócić przed godziną ósmą, Anthony Leverett wyglądał na bardzo dumnego z siebie. A miał, z czego, jako jedyny upolował dziś bardzo okazałego jelenia. - Nie masz, z czego się cieszyć – Francis nie krył swego niezadowolenia – Przy następnym polowaniu to ja będę mógł poszczycić się wygraną! Wśród mężczyzn na każdym polowaniu odbywały się zawody o trofeum w postaci najdorodniejszego zwierza. Młodzieńcy znudzeni słuchaniem kłótni swych ojców wyszli z palarni i przeszli do gabinetu. Rozsiedli się na wyścielanych granatowym obiciem fotelach, pośród ciężkich zrobionych z drzewa różanego meblach i przepięknie zdobionych boazeriach. Pierwszy odezwał się, Dylan – syn Anthonego. - Cieszę się, że ojciec wygrał polowanie, ale mógłby przestać się tak puszyć z tego powodu. - Ojciec się nie puszy! – Nicholas młodszy brat Dylana stanął w obronie ojca, którego zawsze uważał za wzór doskonałości – Po prostu cieszy się z wygranej. - Obaj macie trochę racji – powiedział Theodor chcąc zawrzeć kompromis – Dziwne, że Warren nic dziś nie upolował – Stwierdził chcąc zmienić temat. - Wygląda na to, że nasi ojcowie wybili wszystko, co żywe w tym lesie zanim przyszliśmy na świat – Odparł Warren pośród salw śmiechu. Gabriel przyglądał się bratu z wyraźną pogardą i nienawiścią wypisanymi na twarzy. Ci, którzy decydowali się na powrót do domu zaczęli żegnać się z gospodarzami i przyjaciółmi. Podczas kolacji długi stół w jadalni uginał się od wybornych potraw. Panowie dyskutowali o dzisiejszym polowaniu, natomiast panie chwaliły ich umiejętności strzeleckie. Inaczej miały się dziewczęta patrząc znudzonym wzrokiem jedna na drugą. Jednak siedziały dalej prosto udając, że słuchają jak przystało na młode damy. Po skończonej kolacji mężczyźni przenieśli swą dyskusję do salonu, a panie i dziewczęta wycofały się dyskretnie do bawialni. Vanessa i Alyshia usiadły we dwie przy stoliczku do kawy, w pewnej odległości od matek i swych przyjaciółek. Gdy tylko pokojówka podała im kawę i odeszła do kuchni Vanessa natarła na Alyshię czyniąc jej wyrzuty. - Czy musisz na każdym kroku dawać wszystkim do zrozumienia, że Warren i ja mamy się ku sobie? - Och Vanesso przecież każdy już wie, że Warren ci się oświadczy. Ta nie wiedząc, co jej odpowiedzieć wzięła filiżankę i upiła łyk kawy. - Jakoś do tej pory nie uczynił żadnego kroku w tym kierunku – powiedziała po chwili odstawiając filiżankę na stolik. Alyshia słysząc to wymownie uniosła wzrok ku górze. Obie sprzeczały się jeszcze przez chwilę. Potem wstały i podeszły do reszty pań, które rozmawiały o najbliższym balu mającym się odbyć w Savannah. Było dobrze po godzinie dwunastej, kiedy domownicy i goście powiedzieli sobie „Dobranoc” i udali się na górę do swych sypialni.

***

Warrena obudziły pierwsze promienie słońca wpadające nieśmiało do pokoju przez wysokie okna. Był niezadowolony, ponieważ przez całą noc w ogóle nie spał. Przed oczyma miał ciągle jej obraz; Vanessa tańcząca z nim na balu, siedząca na werandzie w Rokokolli, przechadzająca się razem z nim między krzewami róż w ogrodzie Parrishów, które Erika – jego matka – tak starannie pielęgnowała. Wstał i zadzwonił na pokojówkę, by przygotowała mu kąpiel. Kiedy przyszła, dalej był w złym humorze, wyładował, więc złość na niej. Cornelia wybiegła z płaczem a jego zaczęły dręczyć teraz wyrzuty sumienia, że wyładował się na bogu ducha winnej pokojówce. Po kąpieli ubrał się i zszedł na dół do jadalni. Przy stole siedziała już większość rodziny, nie było tylko Allyson, która stwierdziła, że nie czuje się dziś najlepiej i zostanie w łóżku. Ojciec i matka powitali go i wrócili do rozmowy. Warren wiedział, o czym rozmawiają; za dwa tygodnie Timmy miał otrzymać dyplom ukończenia uniwersytetu i wrócić do domu. Zapytał brata siedzącego naprzeciwko jak minęła mu noc. - Świetnie – odpowiedział Gabriel podnosząc wzrok znad talerza. Po chwili wstał i oświadczył, że wybiera się na przejażdżkę konną z Marshallem. Po śniadaniu Warren z barku lepszych perspektyw rozegrał z ojcem partię szachów – jak zwykle przegrywając.

Rozdział II Nienawiść

- Gabrielu czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – Rozdrażniony ton głosu jego przyjaciela wyrwał go z rozmyślań. - Oczywiście, że tak – odpowiedział, na co Marshall przewrócił oczami. - Dzisiaj jesteś niemożliwy! Cały czas błądzisz myślami gdzieś indziej! - Przepraszam, więc co do mnie mówiłeś? - Nieważne. Przejeżdżali właśnie, obok ziemi rodziny Malone. Rodzina państwa Malone liczyła pięć osób. Johna, jego żonę Margaret i – ku rozpaczy pana Malone – trzy córki, Alyshię, Victorię i Clarę. Jonathan był rodowitym południowcem, natomiast Margaret miała swe korzenie w Hiszpanii. Alyshia nie była piękną dziewczyną, ale nie można było odmówić jej urody. Była miła i – jeśli chciała – czarująca. Przyjaźniła się z Vanessą i zwierzała się jej ze wszystkich sekretów. Victoria była dokładnym przeciwieństwem swej siostry. Chłodna, opanowana i piękna te słowa najlepiej opisywały jej osobę. Nigdy nie pozwoliła sobie na jakikolwiek nietakt, co zdarzało się innym pannom. Każdy z sąsiadów wiedział, że doskonale poradzi sobie z obowiązkami pani domu przejętymi od matki, jako że Margaret z każdym dniem podupadała coraz bardziej na zdrowiu. Clara miała lat trzynaście. Po ojcu odziedziczyła miłość do koni. Po wielu prośbach – jej i jej ojca – Margaret zgodziła się, by Clara dostała własną klacz. Teraz można było często zobaczyć jak galopuje przez pola plantacji i po całym powiecie. Marshall zaproponował, by wstąpić do nich na herbatę. Gabriel chętnie na to przystał - od ponad dwóch godzin był w siodle. Skręcili, więc, na drogę prowadzącą do domu wzniesionego w głębi plantacji. Po paru minutach jazdy zza drzew wyłoniło się okazałe domostwo. To, co odróżniało Sapphire od innych domów w powiecie, był kolor, na jaki budowla została pomalowana. Był to głęboki błękit, kolor charakteryzujący ów kamień, od którego wzięła się nazwa posiadłości. Siedząca na werandzie Alyshia wstała z fotela i podeszła, witając ich serdecznie. Zawołała stajennego by zajął się ich końmi a ich samych zaprosiła do domu. W salonie siedziała Margaret. - Witam pani Malone. - Cieszę się, że cię widzę Gabrielu, ciebie również Marshall, proszę usiądźcie – powiedziała ciągnąc za sznur. Po chwili pojawiła się służąca. Była bardzo młoda jak na status, który miała w hierarchii domowej służby. Ubrana w tradycyjny strój dla pokojówek uzupełniony białym wykrochmalonym fartuchem. - Pani wzywała? - Tak Mary, podaj naszym gościom herbatę. Dziewczyna skłoniła się i wyszła.

***

- Czy Clara jest w domu? – Zapytał Marshall pijąc ciepły napój. - Niestety

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych