Grzybiarnia (cz. I)
opowiadanko troszkę dłuższe, myślę że mogę nazwać je małą powieścią... Opowiada o miłości w sensacyjnym klimaciku (tytułowym gangu). Ostrzegam od razu że jest troche nienaturalnych zachowań niektórych bohaterów. Ale taki mój styl że zniekształcam rea
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. SPOKOJNE ŻYCIE Młoda dziewczyna szła leśną ścieżką, z trójką małych dzieci - dwoma dziewczynkami i jednym chłopcem. Chłopiec trzymał wiklinowy koszyk pełen borowików i kurek. Nazywał się Fredy Helashki i miał już prawie dziesięć lat. Dwie młodsze dziewczynki, bliźniaczki, były tak bardzo do siebie podobne, że tylko najbliższa rodzina potrafiła je rozróżnić. Jedna miała na imię Tia, a druga Liz. Niedługo miały skończyć pięć lat. Kurczowo trzymały się swojej starszej siostry, Nataszy. Była ona dla nich jak gdyby drugą matką. Cała rodzina składała się z ośmiu osób, bo oprócz wyżej wymienionych jest jeszcze dziewięcioletnia Launnie, półroczny Daniel oraz Elizabeth i Ronald - ich rodzice. Mieszkali w starej chałupie, gdzie nie było ogrzewania, dach przeciekał, a w szparach nieszczelnych okien świstał wiatr. Czasami brakowało jedzenia, ale dzieci jednak nie płakały. Próbowały zająć się czymś innym, aby zapomnieć o męczącym je głodzie. Natasza, jako jedyna ze wszystkich dzieci państwa Helashkich, zaczęła szkołę, i trzeba przyznać, że nieźle jej szło. Niestety wydatki na szkołę okazały się zbyt duże, gdy trzeba było je pogodzić z opłacaniem rachunków i utrzymaniem ośmioosobowej rodziny i psa. Tak więc, od trzech lat Nati pomaga matce, w opiece nad młodszym rodzeństwem. Nie tylko pilnowała, żeby dzieci zachowywały się przyzwoicie, ale również uczyła je pisać, czytać i liczyć. Można powiedzieć, że była ich opiekunką, nauczycielką i, zaraz po matce, najbardziej zaufaną osobą. Mimo iż większość czasu Natasza spędzała w domu przy dzieciach, miała kilka koleżanek i kolegów. Przychodzili oni i opowiadali jej o tym, co było ciekawego w szkole. Czasami przynosili jej zeszyty, z których mogła się uczyć. Wiosną i latem wychodziła wieczorami na spacery, a jesienią i zimą czytała książki. W gruncie rzeczy wiedziała bardzo dużo i nie można było o niej powiedzieć, że jest niewykształcona. -Nati... - zaczęła Tia niepewnie. -Tak, skarbie? -Czy dzisiaj będziemy coś jeść na kolację? -Spoko głowa! Mamy cały koszyk grzybów, a w domu jest jeszcze pół bochenka chleba. Bez wątpienia wystarczy dla wszystkich! - powiedział Fredy. - Może nawet zostanie na jutro. Natasza nic nie powiedziała. Uśmiechnęła się tylko serdecznie i dalej szła w kierunku domu, trzymając swoje dwie małe siostrzyczki. Fredy dobrze wiedział, że to, co mówi nie jest do końca prawdą. Dzisiaj wypełnią sobie brzuchy, a jutro rano będą głodni. Nie mówił tego głośno, gdyż dziewczynki mogłyby to źle znieść. Podskakiwał z koszykiem, z trudem wymuszając uśmiech. -Żaba. - powiedziała Liz tak cichutko, że nikt tego nie usłyszał. Po chwili zapytała się głośno. - Co to jest ta żaba? To też ssak? Słyszałam jak wczoraj mówiłaś coś o ssakach Fredowi i Launni. -Nie. Żaba, na pewno nie jest ssakiem... Natasza musiała wytłumaczyć siostrzyczce jak to się dzieje, że są żabki, powiedziała gdzie żyją, czym się odżywiają i dlaczego są taki śliskie jak się je dotyka. Starała się przekazać Lizie to wszystko tak, aby zrozumiała. Cieszyła się, gdy po powrocie do domu, mała powtórzyła mamie prawie wszystko to, co usłyszała. Tego dnia zjedzono "obfity" posiłek. Obfity, jeśli porównać go z poprzednimi. Była już godzina dziewiętnasta, słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Nati pomogła mamie położyć wszystkich do snu, a później miała trochę wolnego czasu. Wyszła na spacer z Fafikiem, małym kundelkiem, który polubił rodzinę Helashkich i zawsze biega w okolicach ich domu. Kawałek za domem był mały lasek, a w nim małe jeziorko, wokół którego leżała zielona polanka. Nad tym jeziorkiem, Natasza lubiła siedzieć i rozmyślać. Tym razem również tam poszła. Słońce powoli zachodziło, a jego ostatnie czerwone promienie przebijały się przez liście drzew i odbijały się od pofalowanej od wiatru tafli wody. Gdzie nie gdzie odzywały się świerszcze, żaby zaczynały wieczorny koncert, a z daleka słychać było poszczekiwanie psa. Nati usiadła na ciepłej jeszcze trawie. Fafik położył się koło niej. Wesoło merdał ogonkiem. Wydawało się, że cieszy się z towarzystwa dziewczyny. Postawił uszy, jakby chciał pilnować czy nie zbliża się ktoś, kto mógłby zrobić krzywdę jego człowieczej przyjaciółce. Po niespełna kwadransie, poderwał się gwałtownie i szczekając ruszył w miejsce skąd dobiegł do jego uszu niepokojący dźwięk. -Fafik, spokój! - zawołała za nim Nati. Po chwili groźne szczekanie zmieniło się w wesołe, przyjazne poszczekiwanie. Spomiędzy drzew wyszły trzy znajome osoby - Sarah, Deborah i Ted, rówieśnicy Nataszy, przyjaciele ze szkoły. Wszyscy mieszkają niedaleko, dlatego często spotykają się nad jeziorkiem. Wszyscy razem usiedli nad wodą. Zaczęło się ściemniać, ale to nie przeszkadzało w rozmowie. Towarzystwo w tym składzie może gadać bez końca. Sarah to wzorowa uczennica, ale jednocześnie gościówa na luzie. Odrobinę niższa od Nati, szczupła, prawie zawsze miała dwa brązowe grube warkocze, starannie splecione i zawiązane kolorowymi wstążkami. Zawsze ubierała się skromnie, nosiła głównie spodnie, spódnicę nakładała tylko od święta i z niechęcią, w przeciwieństwie do swojej siostry bliźniaczki - zupełnie do niej nie podobnej - Debory. Ta uwielbiała się stroić, malować i czesać w różne ekstrawaganckie fryzury. Jeśli chodzi o naukę, to leciała na trójach i to z trudem. Obie jednak były "rozrywane" przez chłopców, z tym, że Sarah nie przywiązywała do tego takiej wagi jak Debi. Ted był jednym z najbardziej urodziwych chłopców w okolicy. Był dosyć wysoki, zawsze uśmiechnięty, szarmancki i miał w sobie to coś. Prawie każda dziewczyna się w nim podkochiwała. On jednak upodobał sobie właśnie Nataszę. Ona dawniej także skrycie wzdychała do niego. Największą przeszkodą było to, że rodzice Teda byli bogaci, a Natasza pochodziła z bardzo ubogiej rodziny. Oboje dobrze o tym wiedzieli i dlatego usiłowali zapomnieć o sobie. Ale jak tu o sobie zapomnieć, gdy mieszka się tak niedaleko siebie? Gdy słońce całkiem już zaszło, a ziemię oświetlał tylko blask księżyca, Sarah i Deborah poszły do siebie, Ted odprowadził Nataszę do domu. Po drodze zapytał. -Nati... Kochasz ty mnie jeszcze? Pytanie to zaskoczyło ją bardzo. Zatrzymała się i wyraźnie wahała co powinna powiedzieć. -Mieliśmy o sobie zapomnieć, prawda? -No tak, ale ja nie umiem. Kochasz? Natasza kiwnęła głową, choć w głębi duszy wiedziała, że miłość do niego słabnie i lada moment może się całkiem zamazać i zniknąć. -Więc ucieknijmy. -Co?! Dokąd? -Nie ważne dokąd, ważne, że razem. -Choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę. Nie zostawię mamy samej z moim rodzeństwem. -Masz rację. Pięć rozwrzeszczanych bachorów na głowie to spory problem. -Nie o to mi chodziło. Ucieczka nie jest w naszym przypadku rozwiązaniem. Musiałbyś pokazać swoim rodzicom, że ci na mnie naprawdę zależy. Jeżeli ci w ogóle zależy... Ted chwycił ją za rękę i zatrzymał się. -Na nikim nie zależało mi bardziej. Ale rodzice... nie chcą mnie słuchać. Mówię im, że jesteś osobą bardzo sympatyczną, wychowaną i mimo tego, że nie uczysz się w szkole, wiesz bardzo dużo. Nie docierają nawet takie argumenty, że będziesz dobrą żoną, synową i doświadczoną matką, bo wychowujesz swoje młodsze rodzeństwo. -Moi rodzice mówią, że na pewno byłabym szczęśliwa z tobą, a i oni cieszyliby się, że chociaż mi będzie lepiej i łatwiej w życiu. Dyskretnie zaznaczyli, że przeszkodą są twoi rodzice i ich strach, przed popełnieniem przez syna mezaliansu... -No i twoi rodzice nie mylą się. Na tym rozmowa skończyła się. Ted powiedział tylko "do zobaczenia". Nati wróciła do domu(*). Usiadła na poddaszu, otuliła się kocem i wpatrywała się w ścianę. "Tak bym chciała mieszkać w wielkiej willi, chodzić do szkoły i mieć dużo koleżanek i kolegów... Na ślub z Tedem nie ma co liczyć, choć może by się chciało. No cóż. Narzekać też nie można. W końcu mam dach głową i kochającą rodzinę. Chyba położę się spać. Jutro znowu jest dzień i trzeba zająć się dziećmi." Natasza zasnęła bardzo szybko i mocno. Jej życie było dosyć monotonne. Opiekowała się rodzeństwem, wieczorem czytała, uczyła się lub rozmawiała z koleżankami, aby następnego dnia mogła opowiadać o wszystkim swojemu rodzeństwu. Dni mijały jeden za drugim i nikt się nie spodziewał pewnej przykrej zmiany w ich codziennym życiu...
* Dom Nataszy był budynkiem bardzo starym, wymagającym gruntownego remontu. Znajduje się on w niewielkim miasteczku - Hipodronicach.
2. PORWANIE To zdarzyło się tak nagle... Nawet nie zdążyła krzyknąć. Wszystko zaczęło się od niewinnego mrugnięcia okiem. Natasza wybrała się z Sarą i Deborą na spacer. Szły poboczem niezbyt ruchliwej drogi, w stronę pobliskiej stadniny. Nagle zza zakrętu wyłonił się jakiś dziwny samochód. Żadna z dziewczyn nigdy nie widziała takiego auta. Od razu przyciągnął ich uwagę. Samochód zwolnił, aż w końcu zatrzymał się koło nich. Szyby były jakby lustrami - nie dało się zobaczyć, kto siedział w środku. Przednie drzwi otwarły się. Wyszedł z nich jakiś obcy mężczyzna i zapytał się o drogę. Ale dokąd i co odpowiedziała mu Sarah, tego Natasza już nie usłyszała. Słyszała tylko łomot swojego serca, gdy otwarło się okno w tylnych drzwiach. Ujrzała pięknego młodzieńca. Uśmiechnął się do Nati i mrugnął okiem, a ona odpowiedziała mu uśmiechem, rumieniąc się. Zdążyła tylko zapamiętać jego jasne, lśniące złotem włosy, ścięte na postrzępionego "grzybka". Samochód odjechał, ale za nim zniknął z oczu Nataszy, z tylnego okna wyfrunęła karteczka. Pospiesznie zwinęła ją do kieszeni i zapytała się niepewnie koleżanek. -Widziałyście tego z tyłu? -Tego szatyna, z niebieskimi oczami? - Debi spojrzała podejrzliwie na Nati. - A czemu ty taka czerwona, co? -Mrugnął do mnie i uśmiechał się. -A o kim mówicie? -Ach, biedna Sarah, jak zwykle jesteś nie w temacie. Podczas, gdy ty tłumaczyłaś temu gościowi, gdzie ma jechać, Natasza zdążyła poderwać młodzieńca z tylnego siedzenia tej bryki. Dziewczęta w towarzystwie luźnych żartów doszły na stadninę, a gdy całkiem się ściemniło, wróciły do swoich domów. Dopiero na poddaszu Natasza przeczytała kartkę. Widniało na niej serduszko, a w nim krótki napis "R.R.+ ???, złotko?" "Może szczęście się do mnie troszkę uśmiechnęło?" - z tą myślą Nati zasnęła. Jasne, że marzy o księciu z bajki, ale czy to był ten książę i czy na pewno z jej bajki? Zbliżał się wieczór, gdy Natasza wyszła na spacer. Tak jak zawsze towarzyszył jej Fafik, ale tym razem wybrała się w kierunku stadniny, a nie - jak to zwykle bywało - nad jeziorko. Jakaś dziwna siła ciągnęła ją w tamtą stronę. Z każdym krokiem przejmował ją coraz to silniejszy dreszcz. Serce biło jej szybciej i z nie wiadomej przyczyny odczuwała lęk. W pewnym momencie Fafik skulił ogon pod siebie i uciekł. Natasza zatrzymała się. Nie mogła się zdecydować czy iść czy wrócić. Po dłuższym namyśle ruszyła przed siebie z niewytłumaczalnymi obawami i jeszcze bardziej niewytłumaczalną chęcią dążenia na stadninę. Od terytorium stadniny, ogrodzonego grubą siatką, dzieliło ją zaledwie kilkanaście metrów, gdy stanęła jak wryta na widok pewnego znajomego młodzieńca. Wydawałoby się, że czekał na nią, bo gdy tylko ujrzał Nati, ruszył w jej kierunku. Jednakże po kilku krokach zatrzymał się i odwrócił, jakby wypatrywał kogoś w oddali. Natasza miała okazję przyjrzeć mu się uważniej, lecz martwiąc się, żeby przypadkiem nie pomyślał sobie czegoś, ruszyła w stronę stadniny. Serce biło jej jak szalone, o mało nie wyskoczyło przez gardło. Szła z każdym krokiem drżąc coraz bardziej. Kiedy Nati była na jego wysokości, tajemniczy R.R. wykonał nagły ruch do tyłu, przyłożył jej do ust i nosa szmatkę ze środkiem usypiającym, a kiedy dziewczyna zupełnie straciła przytomność, wziął ją na ręce i zaniósł do ukrytego w głębi lasu samochodu. Położył na tylnym siedzeniu i przykrył swoim płaszczem. Ruszył. Jechał na tyle długo, że Natasza zdążyła się ocknąć. Z przerażeniem stwierdziła, że została porwana. Samochód był niski, ale szeroki i jasnoniebieski. Nie widziała jednak kierowcy. Wahała się czy podnieść się, czy może lepiej leżeć i nic nie robić. Nagle rozległ się dzwonek telefonu komórkowego. Kierowca podłączył aparat do zestawu nagłaśniającego tak, że Natasza słyszała całą rozmowę. -Tak, Arnoldzie? - głos tajemniczego porywacza R.R. przyprawił Nati o miłe mocniejsze bicie serca. -Rich, gdzie ty się podziewasz? -Jestem jakieś dziesięć minut drogi od bazy. -Masz? -Mam. Chyba jeszcze śpi. -Jeśli jest naprawdę ładna, to należy do mnie... -Tyś chyba na głowę upadł! Mam wrażenie, że się jej spodobałem i nie po to gwizdnąłem ją niespodziewanie z pod domu, żeby oddać w ręce brutala, jakim ty jesteś. Po za tym masz żonę. Porwałem ją dla siebie. -Nie zapominaj, że stoję wyżej od ciebie w hierarchii i w każdej chwili mogę cię usunąć. Czekam na ciebie, a właściwie na nią, z wielką niecierpliwością. Na tym rozmowa skończyła się. -A już ci! Jesteś zbyt ładna i delikatna, kotku, żebym cię oddał Arniemu. Wybrał jakiś numer na malutkiej klawiaturze telefonu i po chwili rozmawiał z jakimś strasznie wesołym, luzackim facetem. -Słuchaj, stary. Uprowadziłem laskę, a szef chce mi ją odebrać. Co ty na to? -Ładna jest? -Raczej... -Aha! Więc kiedy mamy go usunąć? -Jak tylko przyjadę, zgłoś się do mnie, pójdziesz razem ze mną do Arnolda i jeśli spróbuje mi ją odebrać... -To wparują chłopcy i rozp... -Ejejej, kulturalnie. Nienawidzę chamstwa przy zabijaniu. -Czyli mamy dać mu wybór, w jaki sposób chce zginąć? A później ładnie pogrzebać na naszym cmentarzyku? -Tak, o to mi chodzi. Z góry dziękuję. Po jakiejś krótkiej chwili od momentu zakończenia rozmowy, Nati odważyła się podnieść. -Czemu? Rich gwałtownie wcisnął hamulec. Samochód zatrzymał się. Rich odwrócił się do porwanej przez siebie dziewczyny. -Co czemu? -Czemu mnie porwałeś? -Bo musiałem. -Musiałeś? Szef ci kazał? -Szef? -Ten, którego kazałeś zabić... -Wszystko, żeś słyszała? Nati nie odpowiedziała. Głos utknął jej w gardle. Sama nie wiedziała czy z powodu strachu czy też zauroczenia, jakie wywołał porywacz. -Arnold jest grubiańskim, brutalnym zboczeńcem. Bałbym się zastawić ciebie samą w jego towarzystwie. Dbam o twoje dobro. -Gówno prawda. Dobrze słyszałam coś mówił: "Porwałem ją dla siebie..." Wiedz, że ja nie jestem dla kogoś. Nie można mnie zdobyć przez porwanie. -Nie? - Rich wyciągnął rękę, chcąc dotknąć jej twarzy. -Nie. - odrzekła Nati, odpychając rękę Richa. - Gdybyś naprawdę dbał o moje dobro, to nie uprowadzałbyś mnie. Potrzebuję mojej rodziny i oni potrzebują mnie. Natasza założyła ręce i patrzyła przez okno nie zwracając uwagi na swojego porywacza. Samochód znowu ruszył. Rich często spoglądał w lusterko wsteczne, kontrolując Nati. Ta z kolei początkowo siedziała nieruchomo, lecz po chwili odezwała się w niej natura kobiety lubiącej ład i porządek. Natasza nigdy nie lubiła niestarannie ułożonych ciuchów, papierów, książek i innych rozmaitych rzeczy, którymi można było nabałaganić. Złożyła płaszcz porywacza, przy okazji przeglądając jego dokumenty. Serce zamarło jej ze strachu, gdy przeczytała nazwisko. "Renegis. - pomyślała. - Deborah wspominała mi coś o takim gangsterze. Richard ma 9 lat więcej niż ja. Przystojny jest, ale czemu mnie porwał? Nie mogę okazywać strachu, choć nie wiem jak bardzo bym się bała. Boże, dopomóż..." Od jakiegoś czasu jechali w gęstym lesie i Natasza nie rozglądała się zbytnio, lecz nagle las się urwał. Wjechali na ogromną polankę. W jej centrum stał olbrzymi dom, wręcz pałac, wybudowany w stylu neoklasycystycznym, jego ściany pomalowane były śnieżnobiałą farbą, wokół niego coś w rodzaju ogrodu - różnego rodzaju kwiaty, drzewka i krzaczki ozdobne. Nati otwarła szeroko oczy i wychyliwszy się przed przednie siedzenie, chłonęła otaczające ją piękno. Na chwilę nawet zapomniała o tym, że została porwana. Rich zwolnił. Spojrzał z zadowoleniem na zachwyconą dziewczynę. -Ładnie tu, prawda? -Tak. Byłoby jeszcze ładniej, gdyby nie fakt, że mnie porwałeś. -Przyzwyczaisz się. Jak tylko zostanę szefem - samochód zatrzymał się przed wejściem do pałacu. - będziesz miała wszystko czego zapragniesz. Będziesz żyć w samych atłasach. Obsypię cię wszelkimi bogactwami. Rich wysiadł z samochodu, otwarł drzwiczki obok Nati. -Nie chcę twoich bogactw. - to mówiąc wysiadła z drugiej strony. Trzasnęła drzwiami i oparła się plecami o auto. -Choć. -Nie. Nie chcę, żeby ten człowiek, kimkolwiek jest, zginął. I to z mojego powodu. Richard był zaskoczony, że mówiła to tak spokojnie i stanowczo jakby rozmawiała ze starym kumplem. "Może dlatego, że nie wie kim jestem... - tłumaczył sobie jej zachowanie. - Na razie jej o tym nie powiem." Spokojnie nałożył płaszcz, podszedł do Nataszy i objął ją delikatnie ramieniem. -Pomyślę się o tym. O ile nie zrobi czegoś głupiego, to ujdzie z życiem. Chodźmy. Nati zaprzeczyła ruchem głowy. -Nie zmuszaj mnie do użycia wobec ciebie siły. -Ty i siła? -Sama tego chciałaś. Rich wziął dziewczynę na ręce i niósł ją tak, jak wówczas, gdy ją porywał. Natasza objęła porywacza za szyję, sama w duszy pytając się, dlaczego to zrobiła.
3. GANGSTERSKI KLIMAT. Pałac był ogromny, piękniejszy w środku niż na zewnątrz. Za wielkimi, drewnianymi drzwiami, ze złotą klamką i pozłacanymi obrzeżami, krył się wielki hol. Podłoga była wyłożona granitowymi kafelkami, ściany pomalowane na kolor biały, lekko pomarańczowy i beżowy, okna ozdobione złotymi ramami, które przypominały bluszcz, pod sufitem wisiały trzy żyrandole, wykonane ze szklanych sopli, które rozpraszały światło i błyszczały niesamowicie. Na wprost drzwi wejściowych wybudowane były marmurowe schody z srebrno-złotymi barierkami. Prowadziły one na piętro. Na piętrze widać było tylko całe mnóstwo drzwi i kolejne schody, tym razem skromniejsze, które wchodziły jeszcze wyżej. Pod głównymi schodami znajdowały się dwa ciemne korytarze, a na ścianach holu były kolejne drzwi, z tym że na bocznych ścianach znajdowały się dwa inne wejścia, znacznie odróżniające się od pozostałych wielkością i bogactwem ich ozdoby. Podobne były do drzwi wejściowych. Natasza stała teraz nieruchomo, sparaliżowana pięknem budowli. Było cicho i spokojnie, gdzieś tylko w jednym, odległym pomieszczeniu ktoś słuchał muzyki. -Co to za miejsce? -Nasza baza. -Baza? -Tutaj najczęściej przebywamy po udanych napadach, rabunkach czy morderstwach. -Proszę?! -Ach, zapomniałem. Ty jeszcze nic nie wiesz. Powiem ci w swoim czasie. Z reguły jest tu głośno, pełno ludzi, hulanki i swawole. Wyjątkiem jest moment, kiedy to wszyscy wyjeżdżają robić grandę. Chodźmy. Czas załatwić sprawę z Arnoldem. Pójdziesz sama, czy mam cię zanieść? -Pójdę, jeśli obiecasz, że nie zabijesz tego kolesia. -Nie ma sprawy. Rich zaprowadził Nataszę jednym z ciemnych korytarzy to niewielkiego pomieszczenia, które ani trochę nie pasowało do reszty budynku. Plastikowe okna, panele, tapeta, biurko z różnymi wysuwanymi szufladami, nowoczesne lampki do oświetlenia, komputer, sprzęt nagłaśniający, pełno papierów i muzyka techno, nawet w najmniejszym stopniu nie oddawały tego spokojnego, może trochę staroświeckiego klimatu z holu. Za biurkiem stało krzesło z obracanym siedzeniem, na biurku, oprócz papierów i monitora, leżały dyskietki, płyty CD, elektroniczny zegarek, stary numer "PlayBoya" i jakiś podręczny karabinek, którym natychmiast zaopiekował się Rich, ukrywając go pod płaszczem. Na prawo od wejścia były lekko uchylone drzwi kolejnego pomieszczenia. Dochodziły stamtąd dziwne odgłosy. Coś mniej więcej, jak gdyby ktoś wydalał z siebie "zbędne produkty przemiany materii". Rich zastukał w drzwi wejściowe. -Chwileczkę! - Nati rozpoznała głos Arnolda, którego to słyszała w samochodzie, podczas jego rozmowy z porywaczem. -Arni, matka cię nie uczyła, że drzwi do kibla się zamyka? W przeciwnym wypadku będzie śmierdzieć w całym budynku. Po chwili do zmodernizowanego pokoju wszedł szef. Wyglądał okropnie. Pognieciona koszula wystawała niechlujnie z dziurawych spodni, rozczochrane i tłuste włosy, nienaturalnej, zielonej barwy, do tego zmieszany smród potu, dymu z papierosów i intensywnej woni alkoholu. Wszystko to razem dawało obraz biednego, ciemnego pijaczyny, który w rzeczywistości był szefem zorganizowanej grupy. Wygląd tego osobnika obrzydził i zaskoczył zarówno Richa jak i Nati. -Ktoś pozwolił wchodzić bez pukania? I jeszcze mi wprowadzasz uprowadzoną laskę! Ty sobie uważaj Renegis! Rich nie zważał na te słowa najmniejszej uwagi. Wysyłał właśnie informację do owego oszołoma, który miał się zająć sprzątnięciem szefa. Nati natomiast lekko się oburzyła. -Momencik, panie "szef"! Po nazwisku to po pysku. Renegis ma imię. Arnold usiadł przy biurku. Spojrzał na dziewczynę. -Muszę przyznać, że miałeś oko na tę laskę. Podoba mi się. -Nie tak szybko. Musimy na kogoś poczekać zanim mi ją zabierzesz. "Rozmawiają jakby mnie tu nie było... - pomyślała oburzona. Po jakiejś chwili przyszedł inny opryszek. - Boże wielki! Diabeł wcielony! - Nati zamarła na widok przybysza. Głowa prawie cała wygolona, pozostawiony tylko wąski pas włosów od czoła do karku, postawiony na sztorc i sklejony chyba błotem, lub czymś podobnym. Miał długą kamizelkę i spodnie ze skóry. Był ohydnie owłosiony na rękach i klatce piersiowej. - Normalnie punk jakiś! Oszołom!" -A ciebie kto tutaj prosił? - Arni był zaskoczony, z jaką bezczelnością i bez należnego szacunku zachowuje się obywatel Oszołom. -Szef mnie wołał. -Nikogo nie wzywałem! Może jestem trochę nietrzeźwy, ale nie tak, żeby nie pamiętać, co robiłem! - Arnold oburzał się coraz bardziej. -W takim razie powinieneś pamiętać, co mówiłeś, gdy wyjeżdżałem po Nataszę. "Jedź, stary, zabaw się. Nie będę ci przeszkadzał, bo i tak mam wystarczającą ilość zakładniczek, aby się nie nudzić." Jednym słowem obiecałeś mi ją. Teraz nie możesz mi jej zabrać. -Ależ mogę, Rich. Jestem szefem, a szef może wszystko. -A wiesz co może martwy szef? - Oszołom podszedł do biurka, chwycił Arniego za fraki i podniósł go z krzesła na wysokość swoich oczu. - Przez ciebie gang zszedł na psy! Stosujesz zbyt wiele przemocy, zabijasz zakładników, mordujesz rodziny swoich pracowników! Zamiast pomyśleć o naszej przyszłości zabawiasz się z panienkami, pijesz i śpisz całymi dniami. Mógłbyś chociaż zadbać o dobre imię gangu i nie pokazywać się w takim stanie w jakim jesteś teraz! Miarka się przebrała, Arnold. Postanowiliśmy, że teraz będzie rządził Richard. Kiedy jego ojciec był szefem, naszym gangsterom żyło się dobrze, dostatnie i w miarę możliwości uczciwie. Dopiero, kiedy to zamordowałeś go bezczelnie i przejąłeś władzę, zaczęły się problemy. Arnold pośpiesznie szukał po omacku na biurku karabinku. Dałby sobie głowę urwać, że tam jeszcze przed chwilą leżał. -Czegoś szukasz, jeszcze żywy trupie? - Rich śmiejąc się wyciągnął rękę z karabinkiem. - Może tego? -No co ty, stary, chyba mnie nie zabijesz za to, że chciałem zwinąć ci tą dzieweczkę. Mało takich na świecie? -Takiej nigdzie nie znajdziesz. Jest jedyna. A zginiesz nie za to, że mi ją usiłowałeś odebrać, ale za to, że żyjesz i jak żyjesz. Richard trzymał palec na spuście i już miał wystrzelić, gdy przypomniał sobie, o co prosiła go Natasza. Spuścił głowę. -Jeszcze nie zginiesz. Ktoś się za tobą wstawił. Ta osoba nie wiedząc kim jesteś wyprosiła u mnie litość dla ciebie. Szef spojrzał zdziwiony na Richa, a ten ukradkiem popatrzył na porwaną dziewczynę. Kiwnęła głową z uznaniem, a nawet spróbowała się uśmiechnąć. -Ostateczna decyzja będzie w tym wypadku należała do najbardziej poszkodowanych członków gangu. I ta osoba, która się za tobą wstawiła, będzie musiała mi wybaczyć, że nie spełniłem do końca jej życzenia. - podał broń Oszołomowi mówiąc: - Pilnuj go. W razie potrzeby zwiąż, albo uśpij. - podszedł do Nati i powiedział bardzo spokojnie. - Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju. Natasza wstała, i chociaż miałaby może ochotę, nie chwyciła wyciągniętej ręki Richa. Przeszła obok, obrzucając go obojętnym spojrzeniem i wyszła do ciemnego korytarza. Poczekała tam na niego i zapytała: -Którędy, kotku? -Na samą górę, prawymi schodami, a dalej prosto korytarzem i pierwsze duże, złote drzwi na lewo. A co miał znaczyć ten "kotek"? Natasza rozłożyła ręce. -Jakoś tak wyszło... - uśmiechnęła się, odwróciła, a widząc, że Richard ma do niej słabość i z jego strony nic jej nie grozi, czuła się coraz to pewniej, dlatego rzuciła jakby do siebie: - Jakoś trafię, a jeśli nie to zapytam o drogę. -No, nie wiem. Za moment zaroi się tu od niewyżytych i porywczych, młodych mężczyzn. Może się to skończyć nie zbyt miło dla ciebie. -Z tego, co słyszałam cieszysz się uznaniem wśród gangsterów. Jeśli, któryś spróbuje coś mi zrobić, to zmyśli się bajeczkę, że się zemścisz za podrywanie świeżo porwanej dziewczyny. Jako przykład twojej zemsty można podać Arnolda. Wówczas będę bezpieczna, prawda? Richowi wara opadła. Stał w miejscu, patrząc jak Natasza oddala się w kierunku schodów, ale po chwili otrząsnął się i ruszył szybkim krokiem za dziewczyną. -Coraz to bardziej mnie zaskakujesz. Najpierw wydajesz się lękliwa, zagubiona, po chwili stanowcza i przywódcza, a za moment samodzielna, odważna i pewna siebie. Słuchasz mnie? Natasza zatrzymała się już na schodach. Spojrzała na swojego rozmówcę. -Nie. Nie ma sensu słuchać o tym, co się samemu zaplanowało. Możesz wracać do swojego biura. Trafię. -Nie, nie, kochaniutka. Sama na pewno nie pójdziesz. Nie pozwalam ci. Nati usiadła na schodach, patrząc prosto w oczy przyszłego szefa gangu. -Skoro nie pozwalasz, to nie. Posiedzę sobie tutaj. -A teraz idziesz ładnie do swojego pokoju, albo... -Dobra, dobra. Już idę. - wstała i zaczęła wspinać się po schodach. Po chwili dorzuciła, już jakby w atmosferę. - Drętwy jesteś i na żartach się nie znasz. Rich pozostawił tą uwagę bez komentarza. Wysunął się przed Nataszę i zaprowadził ją do jej pokoju. Kiedy wchodzili po prawych górnych schodach, z drugiego ciemnego korytarza wyłoniła się niska postać. Sądząc po jej ruchach i kształtach, można było powiedzieć, że była to kobieta, dla której czas młodzieńczej piękności już minął. Nie była jednak w podeszłym wieku. To styl życia, okrutny mąż i problemy z jedynym dzieckiem tak ją postarzały. Po cichutku podążyła za naszą dwójką. Ukryła się w ciemnym kąciku pod schodami i czekała, aż Rich zostawi Nataszę samą. Podczas, gdy tajemnicza kobieta czatował pod schodami, Nati stała w olbrzymim pomieszczeniu i rozglądała się brązowymi oczyma. Starała się nie okazywać, że jej nowe schronienie bardzo jej się podoba. Pytała obojętnie: -Wszystko jest tutaj takie duże? -Nie. - Richard również udawał, że jest mu wszystko jedno. - Pokoje pracowników są o połowę mniejsze, a w każdym z tych pokojów mieszkają cztery osoby. Tak ku woli informacji - cały pokój, wszystko co się w nim znajduje należy do ciebie i będziesz miała dwóch goryli do swojej dyspozycji. Przyjdą tutaj jak tylko będzie to możliwe. -A tak dla mojej informacji: Ile panienek traktowałeś tak, jak mnie i ile ci się oddawało? -Jesteś wyjątkowa, nikogo nie traktowałem tak, jak ciebie. I możesz mi wierzyć, że porywałem kobiety dla okupu i to prawda, że niektóre chciały się same wykupić swoim ciałem, ale takie zabawy nie dla mnie. Postępuję tak jak mój ojciec, gdy jeszcze żył. Wobec kobiet odnoszę się z szacunkiem, nie zabijam osób w podeszłym wieku i dzieci, nie piję, nie palę, a rabuję i napadam według zasad "fair play". A tak pomiędzy nami, to żadna nie była wystarczająco ładna i inteligentna, aby zasługiwała na moją większą uwagę. Traktowałem je jako towar do wymiany na forsę. -To znaczy, że ja jestem ładna, inteligentna i godna twojej uwagi? -Może. Wszystko zależy od ciebie. Jeśli ty również... -Nie. - Natasza usiadła na olbrzymim jak wszystko wokoło łóżku. - Ja nie chcę. - podkurczyła nogi i patrzyła w stronę dużego okna w kształcie koła. - Jedyną rzeczą jaką chcę, jest zobaczyć swoją rodzinę i przyjaciół, chcę wrócić do domu i normalnego życia. -Czegoś nie rozumiem... proponuję ci życie w największych luksusach, a ty wolisz wrócić do tej dziury i umrzeć w nędzy! -Milcz! - podniosła się gwałtownie i z wyrzutem spojrzała na rozmówcę. - Mój dom to nie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ardea Nigra
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…