Wróć do katalogu

Gumka

Do samego końca nie wiedziałem czy z powodu poniższego tekstu czuć dumę czy wstyd. Sam osądź.

Alberto, opublikowano , 38 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I

Edward był z zawodu jak i pasji fotografem. W swoim środowisku bywał rozpoznawany oraz szanowany ze względu na swoją nietuzinkową twórczość. Było tak, ponieważ Edward odrzucił ówcześnie panujący nurt abstrakcyjnego tworzenia foto-grafik i powrócił do klasycznej fotografii. Często powtarzał, że zdjęcie momentu, który wydarzył się pierwszy i ostatni raz w wszechświecie jest bardziej warty uwagi niż zawiła alegoria. Tak na przykład, wierzył że lepsze jest zdjęcie dwóch niedźwiedzi wyglądających jak tancerze flamenco niż uwiecznienie rozgwiazdy powieszonej na fioletowym wieszaku, symbolizującej prawa o które walczył Pancho Villa. Zwłaszcza, że przesłanie tego drugiego, prawie zawsze było rozumiane jedynie przez samego autora. Można powiedzieć, że Edward był utrwalaczem nieprzewidywalności świata. Był także kawalerem, co w jego wieku sprawia, że to co napisano powyżej całkowicie traci na znaczeniu. Nasz bohater właśnie wszedł na główny plac miasta, w którym się urodził. Było gorące popołudnie, które z całych sił parzyło jego dłoń, trzymającą mały aparacik. Należy zaznaczyć, że jego zawartość nieraz przekraczała wartość sprzętu. Swoją lewą dłoń cały czas trzymał w kieszeni spodni. Nawyk dość niezauważalny, ale w tej historii kluczowy. Edward spacerował powoli ciesząc oczy harmonijną mieszanką przyrody i odnowionych budynków okalających rynek. Długie rzędy rozświetlonych wieczornych słońcem drzew dawały cień zakochanym parą, które okupowały ławki i swoje kolana. Dające im tło ściany miały kolor stonowanej pomarańczy, bez śladu graffiti lub napisów chwalących idiotów z nadmiarem czasu. Plac był bardzo typowy dla tego regionu, a fontanna w jego centrum dopełniała wizerunek spokojnego miasteczka. Fontanna ta wyglądem miała przywodzić na myśl letni dmuchawiec. I trzeba przyznać, że robiła to całkiem udolnie. Składała się z kuli na wysokim słupie i setek cienkich rurek, które opryskiwały wodą pobliskie gołębie. -Wygląda jak jeż z kijem w dupie.- mruknął Edward. Był jednak zadowolony, że może ogrzewać się w słońcu i w pewnym sensie nazywać to pracą. Tak naprawdę miał tylko ochotę na spacer, będącą chwilą samotności pośród ludzi. Dzierżony aparat miał za zadanie uspokoić sumienie, ponieważ nasz fotograf powinien i mógł zająć się teraz czymś bardziej dochodowym. Lecz, z drugiej strony, a nuż właśnie w tej chwili stworzy coś niezwykłego? Być może za moment z niebios zleci orzeł bielik by po chwili odfrunąć z ukradzionym pączkiem w dziobie? Przecież, może tak być! Powszechnie wiadomo, że nigdy nic nie wiadomo. Po godzinie spaceru Edward postanowił odrobinę zaingerować w zwykłość otoczenia. Nie zastanawiał się długo i już po chwili skradał się w stronę utuczonego gołębia trzymając pączek z różowym lukrem. Wychodzi na to, że każdy artysta musi czasem stworzyć coś wymuszenie, by mieć za co kupić więcej pączków. Pewna młoda kobieta siedząca na podwórku kawiarnianym, nie potrafiła oderwać od Edwarda wzroku. W końcu parsknęła niepohamowanym śmiechem. Obserwowała jak nasz bohater kładzie pączek na krawędzi fontanny, odsuwa się powoli, kładzie płasko na ziemi i czeka. Ogromny gołąb po chwili zbliżył się do pączka, wyciągnął szyję... i uciekł spłoszony przez tego samego człowieka, który tak długo na niego czatował. Gdyby dziewczyna podeszła trochę bliżej, mogłaby dosłyszeć cichutkie mruknięcie Edwarda: „Mój pączek”. Mogłaby także zobaczyć na wyświetlaczu aparatu łapczywe spojrzenie ptaka i jego otwarty szeroko dziób milimetr przed smakołykiem. Gołąb wyglądał tak jakby w tej chwili spełniał się cel jego życia. Młoda dziewczyna nie przestała oglądać ekscentrycznej postaci, która po wyłączeniu aparatu zrobiła coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego. Widziała jak Edward wyprostował się gwałtownie i począł energicznie grzebać lewą ręką w kieszeni spodni. Robił to dłuższą chwilę, wręcz pomagając sobie przy tym ruchami nóg. Nie wyciągnął jednak nic, tylko skierował się wąskimi kroczkami w stronę okolicznego starego kina. Szedł przeraźliwie sztywno z zaciętą miną, niemal łącząc kolana. Na chwilę zniknął z oczu dziewczyny, przechodząc za filarem dekorującym wrota. Kiedy pojawił się z drugiej strony, poruszał się znowu swobodnie, machając żywo ramionami i uśmiechając się pod nosem. Gdy przechodził obok jej stolika kawiarnianego, dziewczyna nie mogła się powstrzymać i zagadnęła chichocząc. -Wszystko w porządku? -Teraz już tak- odpowiedział Edward machinalnie, wręcz nie zdając sobie sprawy, że ktoś się do niego odezwał. Dopiero po chwili stanął jak wryty i spojrzał w rozświetlone iskierkami uciechy oczy. Prześliczna, pomyślał. Otworzył usta i wykonał nimi parę ruchów świadczących o większych chęciach do rozmowy niż możliwościach. Zaraz po tym odwrócił się i odszedł. Maszerując energicznie myślał teraz tylko o tym, jak nieistotne są codzienne wpadki i wtopy. Postanowił także definitywnie, że nie może teraz spojrzeć za siebie, bo wyjdzie na skończonego wariata. Po przejściu paru kroków, oczywiście się odwrócił. By zagłuszyć wstyd skupił swoje myśli na nietypowych kolczykach, które przed chwilą na niej zobaczył. Uświadomił sobie, że nigdy wcześniej nie widział wetkniętych w uszy kolorowych piórek. Obejrzał się jeszcze raz. Dziewczyna pękła ze śmiechu.

II

Edward był już znacznie spóźniony. Pędził do placówki National Geographic z tuzinem swoich prac w teczce i wizją sporych pieniędzy w oczach. Nie współpracował z tą organizacją po raz pierwszy, był także szanowanym profesjonałem, więc mógł sobie pozwolić na chwilę zwłoki. Taką minutę maksymalnie. Właśnie zbiegał po schodach próbując wepchnąć sobie do ust grzankę, dowiązać krawat i otworzyć samochód jednocześnie. Skończyło się to tak jak zwykle, dowiązując grzankę i prawie połykając kluczyki. Po chwili dotarło do niego, że krawatu nie wziął w ogóle. Szybko zreflektował się i popędził do domu w poszukiwaniu tej męskiej ozdoby. Nareszcie wszedł do samochodu, brutalnie wrzucając do niego neseser. Już zamykał drzwi, kiedy nagle cisze poranka rozdarł jego własny krzyk. -Nie ta teczka! Naprawił swój błąd w dwóch skokach. Włączył zapłon. I zamarł. Kontrastując z poprzednim szałem, przestał się ruszać i zapatrzył w dal tępym wzrokiem. Po chwili zajrzał w lusterka, rozejrzał się wokół i począł bardzo gwałtownie ruszać całym sobą. Gdyby znalazł się tam jakiś przechodzień z pewnością wysłałby do naszego bohatera pomoc drogową lub karetkę. Ponieważ wszystko wskazywało na to, że Edward albo jego samochód dostali padaczki. Edward ruszył z piskiem opon gdy tylko samochód zamiast karoserią zaczął ruszać silnikiem. Prowadził jak szalony, bardziej zasilając pojazd swoim stresem niż paliwem. Ściął każdy zakręt. Wyprzedził każdy samochód nauki jazdy i każdą starszą panią (nie ważne czy prowadziła pojazd czy dreptała chodnikiem). Dostał ataku daltonizmu i każdy kolor świateł wydawał mu się zielony. Nie włączył migacza ani razu, aby nie rozpraszać swojego rajdowego nastawienia. Pędził zostawiając za sobą tylko ślady opon i dźwięki klaksonów. Czyli jechał tak jak na co dzień, ale tym razem miał powód. Zwolnił dopiero w połowie drogi gdy uspokoił się spojrzeniem na zegarek. Chyba jednak zdążę, pomyślał. Wtedy ponownie włożył rękę do lewej kieszeni. Najwidoczniej jazda samochodem nie odebrała mu tego nawyku. Jednak po chwili zaprzestał bez efektownego grzebania i poprawił sobie spodnie przy użyciu obu rąk. Przez to samochód zjechał odrobinę w lewo i wywołał klakson niezadowolenia innych uczestników ruchu. Było już całkiem blisko. Za kolejnym zakrętem zawitał mu żółty slogan jednej z najsławniejszych kolorowych gazetek tego świata. Wjechał na prywatny parking, odbierając kwitek parkingowy bez zatrzymania się. - Kiedyś będę miał tu własne miejsce do parkowania- mruknął pod nosem- Kiedyś... Obym dzisiaj zarobił choć tyle by spłacić godzinę na tym parkingu. Przebiegł przez obrotowe drzwi w nadziei, że ich nieobliczalne ściany nie zatrzymają go aż do kolejnej apokalipsy i skoczył w stronę wind. Nacisnął guzik przywołania z dziesięć razy, sądząc że może dzisiaj wielokrotne kliknięcia zadziałają. Gdy winda podjechała, na szczęście pusta, ponowił zamaszyste napastowanie guzików i spojrzał w lustro stanowiące jej tylną ścianę. Przeklinając swój pośpiech ściągnął z szyi krawat przedstawiający gołą panią w asyście paru atrybutów. Ułożył zmierzwione włosy, poprawił spodnie, sprawdził uzębienie, znowu poprawił spodnie. Odetchnął i powoli wyszedł z windy.

Spotkanie minęło nad wyraz owocnie i lukratywnie, nawet nie trwało zbyt długo. Bardzo ucieszyło to Edwarda, który po wyjściu z gabinetu zrobił wszystko aby zszokować okolicznych ludzi swoimi tanecznymi ruchami. Bardzo mało przy tym przejmował się swą reputacją. W głowie huczały mu szumne plany na przyszłość, które umożliwi mu ten nagły przypływ funduszy. Myślał także o tych bliższych, które rysowały się pod hasłem Horacego „nunc est bibendum”. Radość rozpierała go ze wszystkich stron o mało nie wyciekając. Ludzie, którzy go nie znali uśmiechali się na ten widok z lekkim zażenowaniem, a ci którzy kojarzyli „Edwardowy taniec wiktorii”, robili to z pobłażliwością. Nasz bohater dobiegł do końca korytarza, przy którym zatrzymała go zapora w postaci znajomej twarzy. - Idź na dyskotekę Edward! Nie lubię dyskotek. Tak czy siak, tańczę tam tylko jeśli chwilę wcześniej coś zarobię. Aaa, to dlatego tańczenie nie za dobrze ci wychodzi? Za mało praktyki co? Nie narzekam. A tobie jak? Napisało się coś? Nie? Naprawdę nie? Przykro mi. - Zapytał i nie czekając na reakcję, odpowiedział Edward zachowując dowcipny ton. Ja nie piszę jak rzemieślnik, tylko tworzę. Ja artysta, ty robol. Ja mieć kasa, Ty mieć co? Pomnik trwalszy niż ze spiżu! Znowu ten Horacy... Co? Nie ważne, co cię tu sprowadza? Bajdurzyli tak parę chwil wymieniając między sobą błahe informacje i ludzkie emocje, zaspokajając tym samym niezobowiązujący kontakt z ludźmi. Jest to czynnik równie istotny co często bagatelizowany w życiu codziennym. A jego całkowity brak może doprowadzić do tego, że w wieku niedołężnym będziemy rozpowiadać w autobusach teorie spiskowe opierające się na wiewiórkach. - Dobra Edward, muszę lecieć. Za chwilę rozstrzygnie mi się miesiąc pracy. - Nie rób sobie nadziei. Na razie! Po pożegnaniu Edward schylił się by zawiązać bezczelnie nieposłuszną sznurówkę. Do tej czynności wyciągną lewą dłoń, która zwyczajowo znajdowała się w kieszeni. Zawiązał wytrwałą kokardkę i nagle znieruchomiał. Trwał tak przez moment wpatrzony w ziemię, po czym ostrożnie się rozejrzał. Na końcu korytarza zauważył dwójkę rozgadanych kobiet. Zastanowił się przez moment, a potem wykonując dziwne ruchy spróbował wstać. Niestety tylko spróbował i zrobił to tak jakby miał zamiar się podnieść nie zmieniając klęczącej pozycji. Po paru chwilach wysiłku postanowił poklękać jeszcze trochę. Znowu zerknął do tyłu. Kobiety odwróciły się do niego plecami. Szybkimi ruchami złapał się za pośladki i gwałtownie wyprostował. Nie rozglądając się więcej, uciekł stamtąd najszybciej jak potrafił. Pragnąc przy tym jedynie pozostać niezauważonym albo chociaż niezapamiętanym. Uszy płonęły mu bordowo. Wyszedł z budynku bez cienia swojej wcześniejszej swobody. Nie uśmiechając się do żadnej mijanej dziewczyny szybko wszedł do swojego samochodu. Ruszył, zapłacił parkingowemu bez zwyczajowego żarciku i odjechał do domu. Całą drogę przeklinał w duchu swoją żałosność. W tym momencie można powiedzieć, że Edward miał tajemnice. Można tak powiedzieć, ale nie będzie to zbyt precyzyjne i nie wyjaśni zbyt dobrze jego sytuacji. Lepiej powiedzieć, że miał pewną ukrywaną dolegliwość. Nie była to jednak choroba, a jeśli już chcemy ją tak nazwać, była by to paranoja. Objaśniając, nasz bohater nie dawał sobie rady z ciałami obcymi w jego sulcus glutealis. Wszystko co utkwiło w jego bruździe pośladkowej doprowadzało go do stanu apatii i dyskomfortu graniczącego z torturą. Co więcej, wszelkie próby naprostowania tej sytuacji uznawał za wysoce niehigieniczne, rażące dla postronnych i nieokrzesane. Proste pociągnięcie za spodnie w intymnym miejscu, nie wchodziło w grę, ponieważ zaburzało ważną harmonię tej części ubrania. Musiało być to naprawione w sposób wypracowany i delikatny, na podobieństwo schludnego układania odzieży w szufladzie. Jednym zdaniem, jeśli coś Edziowi „wlazło” między pośladki dostawał skrajnego szału. Na co dzień starał się skupić na profilaktyce przez trzymanie swoich gatek lewą ręką poprzez kieszeń. A gdy już doszło do wypadku, potrzebował chwili samotności. Nie było to niczym wielkim, nie był przecież wariatem.

- Tak nie może być... Muszę coś zrobić... - Powtarzał drepcząc po gabinecie swojego domu. - To wariactwo, ale za małe na szpital… Jaki szpital! Bez przesady... Wiem! Internet. Tam zawsze coś jest. Serfowanie po sieci w celu rozwiązania jakiegokolwiek problemu uważał za wyjątkowo niskie, ale cóż poradzić. Postanowił uznać, że odrobina hipokryzji będzie w tym wypadku pomocna. Samo szukanie trwało jedynie parę minut, po czym zniechęciło go do cna. Wyglądało na to, że był jedynym człowiekiem na świecie niepotrafiącym sobie poradzić z czymś tak dziecinnym. Albo inaczej, wychodziło na to, że jedynie on upatrywał w czymś takim problem. Co gorsze, bardzo zdecydowanie postanowił go naprawić. Nie miał jednak pomysłu jak zacząć, więc uznał za stosowne odrobinę się zdystansować i odprężyć. Zrobił to przy pomocy filmu klasy „piątek wieczór”, czyli lekkiego i zabawnego w swej głupkowatości. Tym razem padło na obraz o grupie skacowanych kolegów w Las Vegas. Najbardziej spodobała mu się jedna z pierwszych scen. Tak bardzo, że krzyknął z zachwytu. I już wiedział co robić.

III

Rodzinny obiad. Taka mała, krótka przyjemność. Jedna z tych, które są przyjemne tylko i wyłącznie gdy są krótkie, niezależnie od rozrywkowości odwiedzanej rodzinny. Szczególnie jeżeli jest nasza. Ta niepisana reguła obowiązuje prawie wyłącznie mężczyzn. -Jedno pytanie o moją żonę i spalę tę chałupę - mruknął Edward, po czym wyszedł z samochodu i ruszył brukową alejką. Po otworzeniu furtki przystanął na chwilę i omiótł wzrokiem znajome kwiaty i drzewa. Oglądał je już milion razy, lecz za każdym napawały go ciepłym uczuciem. Czymś między ulgą a poczuciem bezpieczeństwa. Z progu domu pomachała mu matka. Uśmiechnął się. Stwierdził, że nic się tutaj nie zmieniło. Kwiaty właściwie nie dekorowały, tylko wypełniały ogród. Owocowe drzewa wystawały znad ich płatków, doszczętnie dominując krajobraz. Stojąc w bramie wszystko to przywodziło na myśl kolorową dżunglą. A po przejściu jedynie paru kroków, miało się z kolei wrażenie, że jest się w wnętrzu kwiatu. Jakby furtka nie prowadziła do ogrodu tylko bezpośrednio w środek natury, w jej kwintesencję barw i zapachów. Pośrodku tego wszystkiego stał najbrzydszy dom jaki można sobie wyobrazić. Prosta i równa kolumna szarego budynku przypominała cegłę, będąc tym samym okrutną pamiątką „starych, dobrych czasów”. Jednakże było to także jedno z tych miejsc, których urodę tworzą wspomnienia. Był to dom na który nie patrzy się okiem technicznym, tylko tym drugim, którego nie da się określić niebanalnie. Oko to nigdy nie pokazuje ścisłej prawy, dzięki czemu właśnie ono stwarza piękno. Właśnie tym okiem patrzył Edward na otoczenie, widząc przez nie swoje dzieciństwo. I kompot z truskawek. Ten ostatni nawet całkiem realnie bo właśnie trzymała go jego matka. Przyjechałeś w końcu do wyrodnej matki! - Przywitała go z uśmiechem. To z głodu. - zaczepił Edward. Gdzie z łapami?! Zostaw dzbanek! Później się napijesz. Idź za dom, ciotki już tam siedzą. Albo nie. Idź na górę i przynieś szklanki. Z kompotem Cię nie poślę, bo wszystko wychlejesz. Nie prawda mamuś... Wiem kogo wychowałam! Idź na górę. Dom był przestronny oraz cały w jasnych barwach, których nazw nie zna żaden szanujący się mężczyzna. Wystrój nie był zbyt bogaty, ale też nie kiczowaty. Wydawał się zaprojektowany tak aby przyciągać i zatrzymywać w ścianach słońce. Sekunda w takim domu niezależnie o wieku, daje więcej wytchnienia niż tydzień pod palmami. Edward uśmiechnął się znowu. Wszedł na piętro, a później do kuchni, zabierając tackę ze szklankami. Od razu odłożył tackę ze szklankami i poszedł do pokoju obok. Był to niewielki salon pełen zdjęć, wygodnych kanap i kolorowych firanek. Było tam bujane krzesło, które w jednym momencie mogło zmienić się w czołg lub statek kosmiczny. Wystarczyło jedynie mieć mniej niż półtora metra lat. W kącie stał wielki, stary telewizor pełen japońskich bajek i czterech żołnierzy w hełmofonach. Niedaleko niego była szuflada, która właśnie przyciągnęła naszego bohatera. Szuflada była tak naprawdę barkiem, ale przez lata przystosowała się do potrzeb kolejnych dziecięcych pokoleń. Edward włożył w nią rękę wyciągając na raz dziesięć landrynek. Wrócił po szklanki i zaniósł je do ogrodu, nerwowo połykając cukierki, aby nikt nie zauważył ich konsumpcji. Gdyby ktoś go przyłapał musiałby zawrócić i przynieść trochę dla każdego. Edward rozkoszował się każdą sekundą tego dnia, w czasie którego znaczenie miało tylko to co mieściło się w odległości paru kroków i tylko to co stało się od momentu przejścia przez bramę. Myśli odetchnęły, problemy zniknęły. Został tylko kompot. Spojrzał na swoją rodzinę, której prawie wszyscy członkowie przyjechali tu z pracy. Nie ważne czy wcześniej zarabiali pieniądze, sprzątali czy zagłuszali krzyki swoich dzieci. Teraz to wszystko nie miało znaczenia. Może oprócz tych krzyków, ponieważ mała, obecna przy stole Zosia dawała znać ze wszystkich sił, że chce…czegoś. A cała rodzinna gromadka robiła wszystko by jej to zapewnić. Przypominało to cyrk pełen chorych na padaczkę i ogarniętych szaleństwem klaunów. Osiemdziesięcioletni dziadziuś już szykował się do stawania na głowie. Rok od niego starsza babcia szukała swoich butów do stepowania. Dwie ciocie starały się symultanicznie żonglować tortami a rodzicie dziecka zniknęli. A jedyny obecny wujek zamiast udawać samolot przy pomocy łyżeczki pełnej kaszki, robił to samo używając siebie. No dobrze, może nie było aż tak źle, ale powyższe opisy lepiej oddają ducha ich wygłupów. Nie było tam tortów, a dziadek wywrócił się przy pierwszej próbie akrobatycznej i już siedział spokojnie. - Witam wszystkich! - No Zosiu... patrz jaki piękny…eee… piękna ośmiornica! Chyba... O ile to jest ośmiornica... A, witaj Edzio! Co tu się dzieje? Nikt nie wie. Zosia chyba chce jeść, ale to tylko jedna z opcji. A w pieluchę nie narobiła? Nie, wtedy by biegała. Biegała? Dokładnie. Kiedy ją grzeje od tyłu to włącza jej się czwarty bieg. To chyba rodzinne. Chcesz piwa?- Włączył się dziadek, zmieniając rozmowę na bardziej swojski tor. Pewnie. Może też by Zosi nalać? Ja krzyczę podobnie kiedy mi zabraknie w lodówce. Zosi piwa? Wcześniej Cię jej matka zabije i zakopie. A gdzie ona właściwie jest? Ta druga, bo Zosię widzę i czuję? Zrobiła sobie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych