Gwiezdne Wojny - Równowaga Mocy - Rodzina - cz.1
Historia na podstawie kultowego filmu Georga Lucasa. Opiera się na kanonie Gwiezdnych Wojen aż do Powrotu Jedi. Dalsze losy galaktyki zostały opowiedziane na nowo.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Znałeś ją? - Co mówisz? - Pytam czy ją znałeś. Ja nie za bardzo wiem w ogóle kim była. - Pewnie, że znałem. Jak możesz nie wiedzieć kim była? Gdzie ty się wychowałeś? - Cicho tam! – dało się słyszeć głośny szept Lumaka. To nie jest parada. Trochę szacunku.
Lumak wyprzedził dwójkę młodych Twi'leków i przesunął się na czoło kolumny.
- To kim była? – zagadnął ponownie jeden z nich, tym razem po twi'leki. - Matką chrzestną przemytników. - Spokój! – Lumak zjawił się ponownie jak duch. W tym zawsze był dobry.
Kolumna żałobników ciągnęła się przez około dwieście metrów. Wśród pieśni pożegnalnych wychodziła właśnie z obszaru niskich zabudowań miasta Anchorhead. Nikogo nie było widać ani słychać. W mieście nie mieszkały już osoby przypadkowe. One się nie zbliżały. Nie ze względu na strach. Szacunek. To było najlepsze słowo. Chociaż strach też miał tutaj sporo do powiedzenia.
- Sporo osób się zjawiło. - Można się było tego spodziewać. Wyrobiła sobie pozycję.
Odział reprezentacyjny Mandalorian szedł w zbrojach galowych w środku całej kolumny. Dwóch wyższych rangą żołnierzy znajdowało się za nimi. Byli w pełnym uzbrojeniu. Dzięki komunikatorom w hełmach nikt postronny nie wiedział o czym rozmawiają.
- Dziwnie to wszystko wygląda. Wszyscy w jednym miejscu. - Aż mnie świerzbi. Ale to nie wchodzi w grę. Mimo, że odeszła, Rodzina nie wypadła z interesu. Są nam dalej potrzebni. - Żeby naszych specjalnych nie poniosło. - O Sithów się nie martw. Będą spokojni.
Czterech Sithów szło spokojnie za kolumną Mandalorian. Nie zwracali na nikogo uwagi. Ubrani byli w połączenie zbroi i dawnych szat. Wszystko w odcieniach czerwieni i błękitu. Miecze świetlne znajdowały się w specjalnych kaburach przy pasach. Pojedyncze i podwójne. Nie nosili hełmów. Ich oczy były spokojne ale czujne. Brakowało w nich jednak blasku. Kolumna żałobna wyszła na pełną pustynie. Od razu ruszył się wiatr. Proporce z dwoma słońcami na tle nieba podniosły się natychmiast. Na przodzie, dwie osoby z trudem próbowały je utrzymać w pionie. Żadnych innych nie było widać. Takie było założenie ceremonii. Piasek otoczył wszystkich zebranych, lecz nikt nie zwrócił na niego uwagi. Na Tatooine to normalne. W dawnych czas w takiej sytuacji można było się spodziewać ataku Ludzi Pustyni. Tak było kiedyś, ale dziś wiele rzeczy się tutaj zmieniło. Dla jednych na lepsze, dla innych niekoniecznie. Zaraz za miastem, po prawej stronie rozciągała się farma wilgoci. Pracowało tam bardzo wiele osób, lecz przede wszystkim Ithorianie. Sprowadzono ich specjalnie z Ithory, z latających miast, na których się wychowywali i poznawali tajniki swego fachu. Ze sobą przywieźli też swoją wiedzę o naturze i technice. Dziś jednak nie było tutaj pracowników. Delegacja Ithorian także znajdowała się w kolumnie. Farma dostarczała wody do całego Anchorhead. Naddatki były sprzedawane. Chętnych z Mos Eisley, Mos Espa czy Bestine nie brakowało. Cała produkcja wilgoci na Tatooine znajdowała się w rękach jednej rodziny. Dziś mocno osłabionej, ale dalej znaczącej.
- Nigdy jej nie ufałem. - Nie wiem czy ktokolwiek tu jej ufał. Nawet jej brat. - To prawda. Ale wszyscy wiedzą, że interesy z jej Rodziną są im potrzebne. Nikt się z nich nie wyłamie. Nie w takiej sytuacji jaka teraz zapanowała.
Dziesięciu reprezentacyjnych szeregowców Nowej Republiki szło w kroku marszowym. Za nimi powoli, tak jak inni żałobnicy, posuwali się senatorowie. Było ich tylko czterech. W obszernych, białych szatach nie pasowali do reszty. Z trudem byli w stanie utrzymać je w jako takim porządku w czasie tej zawieruchy. Czuli się jednocześnie jak rzuceni na pożarcie. Nowa Republika zawdzięczała tej Rodzinie bardzo dużo. Dobrze wiedzieli, że reszta znajdowała się tu przede wszystkim dla zysku, ale szacunek i podziękowania należały się z ich strony. Czterech senatorów stanowiło obrazę dla Rodziny. Senat jednak chciał odciąć się od nich. Relacje miały raz na zawsze pozostać w sferze interesów handlowych.
- Panowie, nie bądźcie tacy smutni. Wszyscy jeszcze pomyślą, że naprawdę przywdziejecie stroje żałobne po powrocie na Coruscant. - Mistrzu Queresma, nie ma powodów do uszczypliwości. - Spokojnie senatorze Opie. Nie miałem niczego złego na myśli. - Wiem Mistrzu. - Myślę, że mimo wszystko to wielka strata dla nas wszystkich. - Możliwe – Opie odwrócił się do pozostałych senatorów i rozpoczął rozmowę o sprawach republikańskich.
Jedi wśród zebranych było także czterech. Ale ta sytuacja była normalna. Nigdy nie podróżowali w większych grupach, jeśli sytuacja tego nie wymagała. Pojawili się tylko Mistrzowie. Oprócz Queresmy, który był człowiekiem, Solut – także człowiek Tyron – Quarren i Atakar – Verpin. Ubrani byli tradycyjnie, jak przystało na rycerzy Jedi. Ich stroje powiewały lekko na wietrze, ale dziwnie nie rozwiewały się wszędzie, jak to działo się w przypadku senatorów.
- Czujecie wibracje Ciemnej Strony? – zapytał Atakar. - Ledwie wyczuwalne. - Jasna Moc nas ogarnia. Nie czuję, żeby Ciemna z nią walczyła. - Jest jednak cos innego. Coś co nie pozwala mi zbliżyć się do nich umysłem. – skinął głową na delegację Zjednoczonej Armii Mandelorian. - Nie wiem co to. Wiem jedno – Ciemna Moc nie jest w nich silna.
Kolumna żałobników mijała kolejną wydmę. Krajobraz stawał się coraz bardziej monotonny. Na horyzoncie oba słońca – Tatto i Tatto II chyliły się coraz bardziej. Na przodzie orszak prowadzony był przez grupę ludzi. Za nimi podążały Banthy, które ciągnęły dużą platformę z sarkofagiem zmarłej. Obsypany był on kwiatami, które specjalnie na tą okazję sprowadzono z Ghomrassen. Po prawej stronie, zza wydmy, zaczął wyłaniać się ogromny szkielet smoka. Z ogonem mierzył około stu dziesięciu metrów. Dobrze widoczne był pozostałości łap. Pięciu po każdej stronie ciała. Zaraz za nim stał piaskoczołg. Widok ten oznaczał koniec procesji. Wewnątrz szkieletu smoka Krayat przygotowano wykop gdzie miał spocząć sarkofag. Proporce powiewały na wietrze, a platforma ciągnięta przez Banthy wjechała do środka szkieletu. Tylko nieliczni żałobnicy weszli za nią. Była to jedynie rodzina, nikt spoza Tatooine. Pozostali ustawili się w przygotowanych sektorach. Nowa Republika osobno, Zjednoczona Armia Mandalorian osobno, klany przemytnicze osobno. Osoby nienależące do żadnej z grup stały w czwartym sektorze. Przed nimi ustawiony był podest. Wewnątrz szkieletu rozpoczęto spuszczać sarkofag w dół. Zawyły trąb i piszczałki. To sektor czwarty żegnał swoją Panią. Pozostali nie wykazywali tyle zaangażowania. Pierwsze ze słońc zaszło. W tym momencie na podest wyszedł starszy mężczyzna. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był już mocno siwy i lekko zgarbiony. Pomagał sobie laską z główka z kości smoka Krayat. Przedstawiała ona głowę tegoż smoka z perłowymi oczami. Ubrany był w jasny strój z elementami czarnych wstęg na rękawach i kołnierzu. W poszczególnych sektorach zrobiło się lekkie zamieszanie. Nie był dla nich postacią anonimową. Mistrzowie Jedi wiedzieli też, że nie tylko charyzma jest w nim silna.
- Witam wszystkich i dziękuję za przybycie. Znacie mnie dobrze, więc nie będę się przedstawiał. Przybyliśmy tu w jednym celu, więc proszę żeby inne nie były poruszane. Tak jak bezpiecznie przylecieliście, tak bezpiecznie stąd wylecicie. Po ceremonii zapraszam do rezydencji. Przecież jesteśmy cywilizowanymi istotami i wytrzymamy wszyscy w jednym pomieszczeniu przez krótki czas. - rozglądnął się, ale nie było widać reakcji. - Mam nadzieję, że wszystko przebiegnie bez problemów. Rozwieje wasze obawy. Z powrotem wrócimy piaskoczołgiem, więc Morze Wydm nie będzie was już niepokoiło. A teraz oddajmy ostatnie honory zmarłej, mojej kochanej siostrze – Agnes Solo.
*****
Jest rok 79 ABY. Minęło 70 lat od śmierci Luke`a Skywalkera. Sprawy potoczyły się inaczej niż wszyscy sobie wyobrażali.
Wojna pomiędzy dobrem i złem ciągle trwa. Nigdzie na horyzoncie nie widać zwycięscy. Wiele części Galaktyki ciągle rozdarte są konfliktem.
Stare Imperium przestało istnieć. Mandalorianie przejęli kontrolę nad wojskiem i przekształcili sojusz w Zjednoczoną Armię Mandalorian. Sithowie także stanowią część tych wojsk, lecz już nie pod kierownictwem Darth Thorna.
Po śmierci brata i najbliższego przyjaciela Lei`a Oregana i Han Solo przeprowadzili się na Tatooine. Tam ich rodzina mocno poszerzyła wpływy i stała się poważnym graczem w świecie.
W związku z brakiem konkretnej przewagi którejś ze stron, wiele na znaczeniu zyskały kartele przemytnicze. Cztery najważniejsze podzieliły między siebie wpływy. Stają się coraz silniejsze i zarabiają na wszystkim na czym się da.
*****
Podróż piaskoczołgiem trwała około trzydziestu minut. Nie jest to najwygodniejszy środek transportu, ale i tak wszyscy byli szczęśliwi, że nie muszą pokonywać tej odległości pieszo. Wielu podróżnych widziało się po raz pierwszy, mimo że byli śmiertelnymi wrogami. Stłoczenie ich w jednym pojeździe wydawało się niemożliwe do osiągnięcia, ale udało się dotrwać do końca bez przypadkowych, jak i nie przypadkowych, zgonów. Przynajmniej na razie. Stary Ben Solo oczekiwał już na przyjezdnych. Mimo tego, że Tatto już zaszło to drugie słońce dawało jeszcze wystarczająco dużo światła. Rezydencja ulokowana była w obrębie murów Anchorhead, przy bramie północnej. Składała się z kilku budynków połączonych ze sobą oraz jednego zupełnie oddzielnego. Był dłuższy niż pozostałe, ale jego przeznaczenie nie było jasne. Przynajmniej nie przyjezdnym. Od reszty rezydencji odgradzała go barwiona energetyczna ściana, która była całkowicie nie przeźroczysta. Pozostałe zabudowanie przylegały z jednej strony do muru, natomiast część zachodnia odgrodzona była od pustyni całkowicie przeźroczystą ścianą energetyczną. To pozwalało oglądać piękno pustyni przez cały czas. Na horyzoncie, majestatycznie rysował się szkielet smoka Krayat. Gości wprowadzono bezpośrednio z czołgu do wielkiej sali reprezentacyjnej. Była dość duża, tak że wszyscy zmieścili się tam bez problemu. Pomieszczenie było bogato zdobione. Ściany pokryte były malowidłami oraz częściowy rozwieszonymi tkaninami. Na nich wyhaftowano, z najmniejszymi szczegółami, sceny z życia tej planety. Uwagę przykuwały ogromne, zdobione schody prowadzące na górne piętro. Poręcze obrazowały wijące się ciało węża, natomiast zakończeniami były jego głowy. Wszystko pozłacane i mieniące się przepięknie. Wyższy poziom nie był jednak dostępny dla przybyłych. Świadczyły o tym droidy HK-47 u szczytu schodów. Drugim aspektem zwracającym uwagę były cztery obrazy wiszące na ścianie. Przedstawiały Luke`a, Lei`ę, Hana oraz Agnes. Wszyscy wchodząc do Sali zwracali na nie uwagę, ale ciężko było ich nie zauważyć. Zajmowały ścianę na wprost drzwi wejściowych. Nie było jednak zbyt wiele czasu aby podziwiać te malowidła. Stojący po lewej stronie C3PO ponaglająco zachęcał wszystkich do przemieszczania się do korytarza, przez który prowadziła droga do dużej sali. W lekkim zamieszaniu, które się zrobiło, zniknął wszystkim z oczu Ben. Czwórka Jedi, jak i Lumak zwrócili jednak uwagę na zamykające się drzwi w rogu sali. Rozpoznali też znajdujący się na ścianie skaner twarzy. Jednocześnie przeszła im myśl, że musi znajdować się tam coś niedostępnego dla oczu postronnych. Nikt jednak nie dał po sobie poznać, że wie coś więcej niż pozostali. Po przejściu przez szklany korytarz cała grupa doszła do ogromnej sali. Była dużo większa niż pierwsza. Przez czworo drzwi po prawej stronie można było swobodnie wyjść na plac przed budynkiem. Tam liczne droidy rozdawały napoje i skromne przekąski. W całym spotkaniu chodziło jednak przede wszystkim o oddanie czci Agnes. Nikt nie planował zostać tutaj zbyt długo. Nie było to wymagane, a nawet mogło stać się niebezpieczne. Jednak przybycie do siedziby Solo był dla wielu nie lada gratką. Nikt postronny nie był tu zapraszany. Wielu nawet nie miało wstępu na Tatooine i musieli oczekiwać na spotkanie na jednym z księżyców. Dziś jednak Rodzina postanowiła lekko się otworzyć, a niektórzy chcieli z tego skorzystać. C3PO starał się jak mógł żeby wszyscy zasiedli tam gdzie zostało to ustalone. Nie było miejsca na pomyłkę. Relacje między gośćmi były różne.
- Witam Senatorów. Witam panów Jedi. Przygotowaliśmy dla państwa specjalne miejsce. Droid R34J zaprowadzi państwa. - Droid państwa zaprowadzi – przedrzeźniająco powtórzył jeden z senatorów. Oglądnął się za siebie, gdzie wszyscy czekali w kolejce. - Dlaczego jedyną prawowicie i demokratycznie wybraną władzę traktuje się na równi z tą hołotą. – dodał po cichu obracając się z powrotem do reszty senatorów. - Dziękujemy C3PO – wtrącił szybko Mistrz Quaresma po czym wszyscy oddalili się za droidem.
Następni podeszli Mandalorianie, a potem reszta towarzystwa. Wszyscy zostanie w końcu rozlokowani przy stołach. Obserwowali siebie bardzo uważnie. Byli tutaj na wyciągnięcie ręki, ale utrzymanie dobrych stosunków z Rodziną Solo było ważniejsze. Chyba nikomu tak naprawdę nie było na rękę tutaj zostawać, ale interesy z reguły stoją na pierwszym miejscu. i tak też było w tym wypadku. Atmosfera robiła się coraz gęstsza. Można było wyczuć, że coś wisi w powietrzu. Nagle Ben pojawił się od strony podwórza. Wszedł do sali podpierając się swoją laską ze zdobioną główką. Koło niego stanęło dwóch mężczyzn w średnim wieku. Ben zaczął swoim cichym, lekko chrypowatym ale pewnym głosem.
- Jeszcze raz dziękuję Wam za przybycie. Mam nadzieję, że się tak bardzo nie męczycie jak to wygląda. - w tym momencie dało się słyszeć szepty na Sali. Ben jednak mówił dalej nie zwracając na to uwagi. - Chciałbym, żebyśmy wznieśli toast za Agnes. Nie poproszę was o to samo dla moich rodziców. Wiem, że wielu z was nie zrobi tego szczerze. Ja jednak nie żywię urazy i nie będę nalegał. - Ben uniósł kieliszek Alzockiego rumu. Podobnie uczynili wszyscy obecni. - Wiele przeżyła. Chwile piękne jak i tragiczne. Spotkała na swej drodze licznych przyjaciół jak i wrogów. Takie jest jednak życie. Można na pewno powiedzieć jedno. Przeżyła je nie ustępując nikomu i nie dając się zepchnąć w cień. Niech spoczywa w pokoju. Dało się słyszeć po Sali powtarzane ostatnie słowa Bena, po czym wszyscy przechylili swój rum. - Ben odłożył pusty kieliszek na tacę, którą trzymał jeden z droidów i podszedł nieco do przodu ciągle podpierając się laską. - Wedle tradycji, w której zostaliśmy wychowani proszę abyście zostali jeszcze na poczęstunek. Nie zajmiemy Wam dużo czasu. Transport do portu lotniczego w Mos Eisley będzie gotowy za około 30 minut. Proszę tymczasem pozostać na terenie posiadłości. Droidy podadzą wszystko czego będziecie chcieli.
Ben odwrócił się i powoli przeszedł w kierunku korytarza. Zniknął w nim po chwili, ale nie interesowało to ludzi znajdujących się na Sali.
*****
Z korytarza wyszło dwóch mężczyzn. Jeden bardzo młody, miał około osiemnastu lat. Drugi starszy, w wieku około trzydziestu paru lat. Nosili luźne szaty, ale raczej nie dało się ich określić mianem szat Jedi. Przeszli spokojnie do stolika w rogu sali skąd mieli idealny widok na całe towarzystwo. Raczej nie rzucali się w oczy. Zasiedli spokojnie, a droidy podały napoje.
- Kim oni są wuju? Nigdy ich nie widziałem. - Nie wylatywałeś jeszcze z Tatooine, prawda? - Jeszcze nie. Mam ukończyć szkolenie za parę miesięcy. Wtedy będę gotowy. Będę mógł włączyć się do interesów. - Tak się zapewne stanie Yoki. Musisz poszerzać horyzonty. Z tym wszystkim osobami zetkniesz się prędzej czy później, więc może opowiem Ci trochę. - Słucham wuju. – młody był wyraźnie zaciekawiony. - Zwróć uwagę na ostatni stolik. Widzisz ich – powiedział Retax lekko nachylając się do kompana, który z racji różnicy wieku i dużej zażyłości między nim a Rodziną nazywał go wujkiem. Nie byli jednak spokrewnieni, lecz istniał on w życiu Yokiego od zawsze. - Widzę. - To przedstawiciele Nowej Republiki. - To wiem – odparł Yoki. - To dobrze. a więc tych czterech facetów, którzy sączą giliańskie piwo, to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil husarek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…