Wróć do katalogu

Harley Davidson

Rzecz o więzach rodzinnych

krass, opublikowano , 33 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Szedłem ulicą i liczyłem płyty chodnikowe. Naliczyłem ich już grubo ponad brulion, gdy znudziła mi się ta czynność i zająłem się obserwacją ruchu ulicznego. Był to ruch wahadłowy. Nie wiem skąd przyszło mi to do głowy, gdyż z fizyki zawsze byłem słaby, ale ucieszyła mnie ta konkluzja, niezależnie od tego, czy była słuszna, czy też raczej obłędna. Szedłem zatem i od tego chodzenia zrobiłem się głodny. Wstąpiłem więc na małe co-nieco do niewielkiego przytulnego baru o dźwięcznej nazwie "Czarny Okoń" i zamówiłem tatarak z frytkami, a do tego benito mussolini z bitą śmietaną. Zjadłem, wypiłem i poszedłem do toalety, żeby wszystko zwrócić. Od rana miałem mdłości, a poza tym od lat cierpiałem na bulimię. Wyszedłem z baru i udałem się w stronę wesołego miasteczka. Tam pojeździłem trochę na plastikowym koniu, pokręciłem się na karuzeli i znów się od tego wszystkiego porzygałem. Poczułem się nieco osłabiony, więc usiadłem sobie na ławce w pobliskim parku, zwanym Laskiem Na Piasku. Obok, na skwerku dzieci wesoło bawiły się w obóz koncentracyjny, dzikie łabędzie wyjadały razowy chleb ze śmietników, a kuny harcowały na drzewach i topolach. Świeciło słońce i padał przyjemny rzęsisty deszcz. Nic nie zapowiadało faktu, że to właśnie tego dnia spotkam swojego brata. Nic, poza horoskopem w porannej gazecie, w którym napisane było: "Dzisiaj spotkasz swojego brata".

Mój brat miał na imię Harley i tyle o nim wiedziałem. Gdy miałem pół roku nie spełniłem oczekiwań swojego ojca, więc odszedł ode mnie w poszukiwaniu lepszego potomka. Ucierpiała na tym Bogu ducha winna matka, na której barkach spoczęło moje wychowanie. Jestem jej za to dozgonnie wdzięczny - w końcu cóż mogły ją obchodzić moje zatargi z ojcem? Obeszły najwyraźniej, gdyż wychowała mnie w końcu na dorosłego człowieka.

Harley był ode mnie młodszy, ale nie wiedziałem jak bardzo. Nie więcej w każdym razie niż 40 lat i raczej nie mniej niż rok. Z moich obliczeń wynikało zatem, że miał lat mniej niż ja. Ile? Nie wiem, z matematyki również nie byłem najlepszy.

Siedziałem na ławce i rozmyślałem o niebieskich migdałach. Tak, właśnie o nich, ten temat absorbował mnie od pacholęctwa. Jeden z niebieskich migdałów usunięto mi, gdy byłem w liceum. Podobno ludzie mają je parami, ja natomiast byłem posiadaczem aż trzech. Jeden z nich, najwyraźniej zbędny, mimo moich protestów trafił do szpitalnego śmietnika. Fakt, że był niebieski odnotowałem znacznie później, przyśnił mi się w majaku sennym, zwanym często mylnie koszmarnym półsnem, bądź z amerykańskiego "half-sleepin'-nightmare".

Wstałem z ławki, żeby rozprostować kości. Trzasnęły aż miło. Rozejrzałem się wokół: dzieci prowadziły akurat innych towarzyszy zabawy do komór gazowych, których wierne repliki przezornie umieszczono na placu zabaw. Dzikie łabędzie legły w cieniu drzew i topoli nażarte do granic możliwości. Jednemu z nich nawet pękł brzuch i wyszedł z niego mały łabądek, podobny nieco do tego z "Jeziora Łabędziego" (po francusku "Le Yezarain De Ouabaindain"). Słońce ciągle świeciło, ale niestety przestało lać jak z Cerbera. Cerber był to taki pies ogrodnika, który jak rano wstawał, to lało się z niego jak z cebra. Postanowiłem przespacerować się wzdłuż Alei Gwiazd. Wolnym krokiem ruszyłem w kierunku Domku Wschodzącego Słońca, drewnianego przybytku zbudowanego wieki temu i będącego onegdaj prasłowiańską świątynią, w którego zaciszu można było napić się taniego wina i zapalić trawkę. Dawno już tego nie czyniłem, uznałem więc, że to doprawdy świetna idea. Zanim jednak dotarłem do celu wędrówki, natknąłem się na starego znajomego. Nazywał się Bond. James Bond. Z powodu swego nazwiska miał swego czasu sporo kłopotów, gdyż niesłusznie brano go za słynnego agenta Jej Królewskiej Mości i zlecano rozmaite, często bardzo ryzykowne i niebezpieczne zadania. Ostatnio gdy się widzieliśmy, był w trakcie poszukiwania Doktora X, który zamierzał zgładzić świat za pomocą kilku tysięcy bomb nuklearnych, które był zakupił na targu u Ruskich.

- Cześć James - powiedziałem serdecznie, wyciągając rękę na powitanie. Spłoszył się wyraźnie i ciaśniej opatulił szarym eleganckim prochowcem.

- Ciszej - szepnął konspiracyjnym tonem - Licho nie śpi.

- Śpi - pocieszyłem go, sądząc, że mówi o mojej żonie - Wczoraj miała nocną zmianę.

Bond uspokoił się i rozluźnił. Usiedliśmy na trawie tuż obok bajorka, w którym kąpały się parkowe gęsi i rybitwy - jak zawsze w każdej chwili skore do walki. James wyciągnął z klapy płaszcza szpilkę, która okazała się miniaturowym polaroidem i poprosił przypadkowego przechodnia, aby zrobił nam pamiątkowe zdjęcie. Schowałem fotografię wielkości roztocza za paznokieć i postanowiłem wkleić do albumu.

- Co u ciebie? - zapytał James rozsiadłszy się wygodnie i zapaliwszy cygaro.

- Stara bida - odparłem z uśmiechem.

- Ciągle pracujesz w Instytucie? - zainteresował się stary znajomy.

Istotnie, nadal sprawowałem funkcję profesora Davidsona w Instytucie Badań Nad Życiem I Śmiercią Świętego Bernarda Z Clairvaux. Aktualnie byłem na etapie epokowego odkrycia, że w 1174 roku Św. Bernard został kanonizowany. Ku memu zdumieniu wyszło na jaw, że stało się to dopiero po jego śmierci. I to 21 lat później, czyli oczko.

- Ciągle mylą go z psem ratownikiem z rumem u szyi, co? - domyślił się życzliwie James.

- Niestety - odparłem ze smutnym uśmiechem, rozkładając ręce - I z przełęczą Św. Bernarda.

Tak, to był prawdziwy problem. Ciężko wykorzenić w społeczeństwie fakt, że ktoś może być kimś innym niż ten, za kogo się go powszechnie uważa. Podobnie jak ze Św. Bernardem było chociażby z Adolfem Hitlerem, którego wielu po dziś dzień uważa za wielkiego zbrodniarza, a w rzeczywistości był to przecież skromny austryjacki malarz. Albo Beethoven. Jak mógł być wielkim kompozytorem, skoro był głuchy? Przykłady mógłbym mnożyć w nieskończoność, ale jak wspomniałem, byłem bardzo słaby z matematyki.

- A ty nad czym obecnie pracujesz? - zapytałem zmieniając poniekąd temat.

- To ściśle tajne - odparł James Bond - Po angielsku "compact clandestine", a nie jak wielu mylnie twierdzi "top secret", który to zwrot oznacza po prostu przewyższającego innych wzrostem, dyskretnego mężczyznę.

- Ach tak - odparłem - Nie na miejscu byłoby zatem, gdybym dłużej ciągnął cię za język.

- Ależ nie - zaoponował James - Nie krępuj się, to bardzo przyjemne.

Chwilę pociągałem więc językiem znajomego, ale miał dość duży ślinotok, więc obrzydzony do granic przyzwoitości zaprzestałem tej czynności. Rozczarowany James wstał, poprawił swój szary elegancki prochowiec i obrażony odszedł w nieznane. A ja postanowiłem jeszcze chwilę posiedzieć nad wodą i popuszczać kaczki. Niestety, nie byłem w tym najlepszy i zamiast kaczek, puściłem coś zgoła odmiennego, a że akurat przechodziło obok młode małżeństwo, zrobiło mi się okropnie wstyd. Wytłumaczyłem się problemami gastrcznymi i z rumieńcem na twarzy ruszyłem szybkim krokiem w stronę Domku Wschodzącego Słońca.

Budowlę tę wzniesiono w połowie XI wieku. Prawdopodobnie uczynił to słynny ówczesny tatarski wojownik zwany Tatarem z Tatarstanu na cześć swego boga, australijskiego misia Kokakola. Podczas prac wykończeniowych spadła mu na głowę wielka drewniana bela, pozbawiając go na jakiś czas życia. Powrócił po kilku latach, już jako duch i od tej pory podobno w owej budowli straszy. Jako umysł ściśle humanistyczny nie dawałem oczywiście wiary podobnym banialukom i dziarskim krokiem zmierzałem do celu. Po drodze kupiłem od kilkuletniego chłopczyka w pasiastej marynarskiej koszulce z napisem "Juventus" kilka tanich win i parę jointów.

Domek Wschodzącego Słońca znajdował się na rzece River, a konkretnie na niewielkiej wysepce zwanej potocznie Lil' Island. Ażeby doń dotrzeć należało przejść stary zbutwiały mostek, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę, gdyż nie potrafiłem pływać, a poza tym od dziecka miałem hydrofobię. Wiązało się to z faktem, iż jako pięcioletnie pacholę zostałem wrzucony do rzeki, a moje nóżki uwięzione były w misce z cementem. Ot mafijne, przedszkolne porachunki. Na moje szczęście wyłowił mnie rybak i sądząc, że jestem złotą rybką wjawił mi swoje trzy życzenia. Pamiętam, że spełniłem je co do joty, choć potem bardzo bolała mnie pupka.

Jakoś przebrnąłem przez most i stanąłem przed wejściem do światyni. Była w bardzo złym stanie, choć każdy z prezydentów miasta obiecywał w programach wyborczych, że odrestauruje budowlę i odda jej tym samym należytą cześć. Niestety, podobnie jak ze wszystkimi innymi obietnicami, temat Domku Wschodzącego Słońca pozostał nietknięty. Spojrzałem na ogryzione przez korniksy belki, na zbutwiałe schody i wymazane farbą tudzież poryte scyzorykami zdewastowane deski i zrobiło mi się smutno. Pomyślałem, że to przykre, iż ktoś kiedyś wznosił w tym miejscu modły do swego boga, a teraz pija się tu tanie wina i pali trawkę. Dumając nad tym otworzyłem butelkę jabola, pociągnąłem solidny łyk i zapaliłem skręta. Następnie wszedłem do środka i ze zdumieniem zauważyłem kopulującą w środku parę niemowlotąt.

- A wy co tu robicie? - krzyknąłem karcąco. Bobasy spłoszyły się, wciągnęły na pupki pieluchy i tyle je widziałem. Wybiegły z szybkością, o którą nie podejrzewałbym Carla Lewisa, nie wspominając już nawet o kilkumiesięcznych oseskach. Zniesmaczony podszedłem do kamiennego ołtarza, uprzątnąłem z niego liczne puste butelki, niedopałki i zużyte prezerwatywy, a następnie rozsiadłem się na nim wygodnie z tanim winem w dłoni i jointem w ustach. Siedziałem sobie i zrobiło mi się błogo. Cisza, spokój, zapach ekskrementów. Zapadłem w nostalgiczną drzemkę. Przed oczami stanęła mi moja pierwsza dziewczyna. Miała na imię Helga i pochodziła z NRD. Poznaliśmy się na koloniach w Dreźnie. Mimo bariery językowej wytłumaczyłem jej na migi jak bardzo mi się podobała i co chciałbym z nią zrobić. Przystała na to z ochotą, choć również na migi pokazała mi, że będzie mnie to kosztowało 5 marek i kilo kartofli. Dobiliśmy targu. Po paru miesiącach, już w kraju, dowiedziałem się, że zaszła ze mną w ciążę. Pogratulowałem jej listownie i zasugerowałem, by nadała dziecku imię Hermann na cześć przyjaciela słynnego austryjackiego artysty. Odpowiedziała mi przysyłając telegram z jednym tylko słowem "schweine". Niestety, nigdy nie uczyłem się NRD-owskiego i po dziś dzień nie mam pojęcia cóż to takiego mogło oznaczać. Domyślam się jedynie, że Helga dziękowała mi za trafną sugestię i za wszystko co dla niej zrobiłem.

Obudził mnie szmer. Nie był to jednak zwyczajny szmer. Był to szmer z zaświatów. Tak szmerają tylko umarli. Rozejrzałem się po świątyni nieco zaniepokojony. Na przeciwko mnie stał we własnej osobie Tatar z Tatarstanu, legendarny wojownik i budowniczy Domku Wschodzącego Słońca. Nie bardzo przypominał Tatara. Miał na sobie starą połataną marynarkę, nieprzyzwoicie brudne spodnie i rozczłapane dziurawe buty. Jego twarz była stara, zniszczona i okolona kilkudniowym siwym zarostem. Na domiar złego okropnie cuchnął moczem. Jednak jego oczy wydały mi się dziwnie znajome.

- Mogę? - zapytał bezzębnymi ustami wskazując na jedną z butelek z tanim winem.

- Ależ oczywiście - odparłem ochłąnąwszy nieco po doznanym szoku. Tatar otworzył butelkę tłukąc jej szyjkę o ołtarz i wychylił całą zawartość wlewając ją sobie bezpośrednio do gardła.

- Ile to już lat? - zagadnąłem go, mając na myśli czas jego zgonu - Będzie z tysiąc niedługo, co?

- Tak, tak - zaseplenił sapiąc - Tysiąc.

Spojrzał pytająco na kolejną butelkę, a ja przyzwalająco skinąłem głową. Nie śmiałem odmówić duchowi, choć nie uśmiechało mi się powtórne przechodzenie przez zbutwiały mostek po to tylko, by dokupić wina u chłopca w marynarskiej koszulce Juventusu. Tymczasem Tatar opróżnił butelkę, beknął donośnie i padł u moich stóp. Schyliłem się i dotknąłem jego szyi, by zbadać puls. Nie żył. No oczywiście, czegóż innego mogłem spodziewać się po duchu? Roześmiałem się i zapaliłem skręta. Mimo zapachu marichuany, smród leżącego Tatara stawał się nie do zniesienia. Przeniosłem się zatem w odległy kąt świątyni, uprzątnąłem trochę śmieci i usiadłem na drewnianej beli, która kiedyś zapewne podtrzymywała strop. Ponownie zacząłem drzemać.

Tym razem przed oczyma stanął mi mój najlepszy przyjaciel, Indian. Nazywaliśmy go tak dlatego, że zupełnie jak prawdziwe Indiany swojej ofierze zawsze ściągał z głowy skalp. Mój przyjaciel był bowiem patologicznym mordercą. Poznaliśmy się w liceum i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Mieliśmy podobne zainteresowania muzyczne, obaj przepadaliśmy za starym dobrym hard rockiem i godzinami potrafiliśmy słuchać na zdezelowanym adapterze jednej jedynej zdartej płyty Black Sabbath. Indian często puszczał ją od tyłu i wtedy wyraźnie słychać było przekaz z piekła rodem nakazujący memu przyjacielowi, by mordował niewinne sierotki. Poza tym świetnie się nam rozmawiało i to nie tylko na bliskie nam tematy. Potrafiliśmy całymi nocami dyskutować na przykład o procesie karbonatyzacji, o którym nie mieliśmy przecież zielonego pojęcia. Chodziliśmy też na długie spacery i całowaliśmy się z rzadka, rozumiejąc się wtedy bez słów. Niestety, nie dane nam było zbyt długo przebywać w swoim towarzystwie. Indian zabił kilkoro kolegów z klasy i trafił do poprawczaka. Muszę się przyznać, że pomagałem mu nieco, stojąc na czatach, ale nigdy mnie nie wydał. Można by rzec żargonem więziennym, że Indian kiblował za nas dwóch. Mimo dzielącej nas odległości, utrzymywaliśmy ze sobą bliski kontakt. Pisałem do niego często, a on raz na jakiś czas przysyłał mi nowy skalp. Bezpośrednio z Zakładu Poprawczego przeniesiono go do Więzienia o Zaostrzonym Rygorze im. Fritza Haarmanna, gdzie po dziś dzień odsiaduje wyrok dożywocia, gdyż Bogu dzięki w naszym kochanym kraju nie stosuje się tak radykalnych metod wymierzania sprawiedliwości, jaką jest niewątpliwie kara pozbawienia kogoś życia. Coraz rzadziej odwiedzam wprawdzie Indiana, nie pozwala mi na to nadmiar zajęć w Instytucie i apodyktyczna nieco żona, ale od czasu do czasu pisujemy do siebie. Ostatnio nawet, ku memu ogromnemu zaskoczeniu, przyjaciel przysłał mi napisaną własnoręcznie biografię patrona więzienia, w którym odsiaduje swój wyrok. Zaskoczył mnie kunszt literacki Indiana, a i sama historia Fritza Haarmanna wydała mi się na tyle interesująca, że postanowiłem przytoczyć ją tu i teraz.

*"Fritz Haarmaan - pisze Indian - urodził się 25 października 1879 roku w pięknym choć znienawidzonym przez wszystkich (bo niemieckim) Hanowerze jako syn kolejarza i gospodyni domowej. Pięcioro rodzeństwa i niewielkie zarobki głowy rodziny sprawiały, że chłopiec dorastał w skrajnej nędzy. Na domiar złego nie potrafił znaleźć się ani w rodzinnym, ani szkolnym środowisku, gdyż miast jak inni chłopcy grać w piłkę i bawić się w wojnę, wolał tulić się do matczynej piersi i szyć nowe ubranka dla swoich lalek. Ojciec Fritza nie był z takiego obrotu sprawy zbytnio zadowolony, co okazywał swemu potomkowi nader wyraźnie, bijąc go i zmuszając do robienia rzeczy, na które jego syn nie miał najmniejszej ochoty. I tak w wieku 16 lat młody Haarmann trafił do szkoły wojskowej w Neu Breisach, z której to zaledwie po miesiącu został usunięty, gdyż zdradzał objawy padaczki. Ojciec posłał więc syna do pracy. Fritz nie czuł się jednak spełniony jako robotnik w fabryce, czego nie omieszkał okazywać na każdym kroku. Za opieszałość w pracy, niechlujność i arogancki stosunek do przełożonych, został zwolniony, a kilka tygodni później aresztowany pod zarzutem molestowania nieletnich chłopców. Dziecięca zabawa lalkami procentowała zatem, ujawniając homoseksualne skłonności Haarmanna. Prosto z aresztu trafił jednak do zakładu psychiatrycznego, gdzie chciano sprawdzić, czy chłopiec nie jest aby umysłowo chory. Zanim jednakże cokolwiek stwierdzono, Fritzowi udało się uciec.

I wtedy zaczął się drugi etap w życiu Haarmanna. Ewidentnie i z całą świadomością wstąpił na drogę przestępczą. Utrzymywał się z włamań, kradzieży, rozbojów i zastraszania, jako hobby zaś traktował zabawianie się z młodymi chłopcami. Po powrocie do Hanoweru noga powinęła mu się jednak, został ujęty przez policję i skazany na więzienie. Przez kolejnych kilkanaście lat trafiał ponownie za kratki jeszcze wielokrotniey. Najdłuższy wyrok otrzymał jednak dopiero w 1914 raku, kiedy to sąd skazał go na 5 lat pozbawienia wolności. Wyszedł za dobre…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych