Heny - Alter Ego Bohatera
dlugie... sami ocencie. ps; przepraszam za bledy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
HENY
Prolog
Śmierć? Mam dziewięć lat. Stoję na molo z moim ojcem, oglądamy kaczki pływające na wodzie. Przed nami rozciąga się bardzo duży las z silnie poupychanymi w każdy miejscu, drzewkami iglastymi, zasadzonymi sztucznie. Jezioro na które patrzymy jest na tyle czyste ,że mogę bez problemu rozpoznać kolory ryb w wodzie. Na niebie widać mnóstwo różnych ptaków, nie znam ich nazw ale niektóre są piękne. Zaraz za molem jest nasz dom. Mieszkamy tam dopiero pare lat. To miejsce jest naprawdę piękne. Wszystko ma tutaj swój charakterystyczny zapach drzewa, liście, drewniane deski. Wszystko jest tutaj inne niż w wielkich miastach. Nie ma świrów, z pistoletami w rękach nie ma przemocy, pośpiechu. Co niestety sklepy są tu najwyżej dwa, nie mam ani swoich kar,t ani kulek. Ostatnio próbowałem zbudować łódkę. Taką prawdziwą, wybrałem z garażu pare mocnych desek. Zbiłem je ze sobą nieudolnie, tak aby tworzyły coś na rodzaj podłoża. Z grubych bali starałem się zrobić barierki, ale w końcu stanąłem na pozbawieniu łódki barierek. Zastąpiłem je kołkiem wbitym do podłoża, którego będę się mógł trzymać w podgorączkowych sytuacjach. Maszt robię z drzewka z lasu. Oczywiście wcześniej muszę ją wyciąć co trwa pare dni, do tego używam do całego zajęcia kradzionej a zarazem tępej siekiery. Dziurę na maszt wykonuje przy użyciu imadła. Wgłębienie tłukę około pół tygodnia. W końcu maszt jest na swoim miejscu. Flagę wykonuje z mojej własnej koszulki, chciałem napisać jakiś mądry napis ale do głowy przyszło mi tylko "Zwycięscy". W końcu łódka jest skończona, po pół roku pracy. Po ostatnich wykończeniach kładę się spać. Rano wstaję z zamiarem użycia łódki niestety nic z tego. Łódki nigdzie nie ma. Po przepytaniu okolicy okazuje się ,że nikt nie ma najmniejszego pojęcia co stało się z łódką. A syn pana Chance nie ma pojęcia co robi w jego domu koszulka z napisem "Zwycięscy". Z tych błogich rozmyślań, wyrywa mnie bardzo głośny strzał strzelby. Ptaki w pośpiechu odlatują, ryby odpływają. Ojciec stoi za mną do barka ciągle ma przyłączoną strzelbę jakby, to był jego najlepszy przyjaciel. Oko ma przy lunecie , nogi silnie rozstawione na deskach, na twarzy maluje się skupienie i radość ponownej wygranej. Coś leci z góry staje się coraz większe. Ojciec chwyta mnie za głowę, czochra ją i odsuwa trochę. W końcu niezidentyfikowany obiekt zlatuje na ziemię. Z trzaskiem upada na molo. Jęczy i piszczy. Młody ptak który już nigdy nie będzie ptakiem...
Rozdział Pierwszy : razem z nimn 12.02 1973r "Henry Samehill ratuje swoich kolegów i bierze piętnastu jeńców, podczas ataku na dom oficerski" Wycinek z Gazety: "Wiatr" wydawanej w latach 1940-1982. Ja , Tom , Base i Was. Tylko my zostaliśmy z całej drużyny. Było nas dwudziestu czterech teraz została z nas tylko garstka. Tom to Thomas Wesson z Nowego Yourku, jest absolutnie najlepszym saperem wysadzi wszystko i wszystkich, przy pomocy granitu i zapalniczki. Jest wstanie wybudować twierdze dla nas wszystkich dzięki zwykłej saperce. Base to Bazyli Szalinsky. Polak. Niestety do naszego oddziału nie przedostają się obcokrajowe imiona a Bazyl, kojarzy się tylko z bazą. Base jest lekko stukniętym matematykiem, który przez chory przypadek dostał się do armii. Wystarczy mu rzut oka na wrogi oddział a wie o nich wszystko, zaczynając od ilości broni i magazynków a kończąc na jedzeniu w manierce. Zna dźwięk każdego wyjmowanego magazynku dźwięk strzału, prędkość strzału, obliczy ilość naboi i prędkość ognia. Was to kolejny obcokrajowiec. Jest pół Rosjaninem pół Amerykaninem. Choć jego rodzina od dawna mieszka w stanach, nazywa się Wasilejw Saltsion. Rewelacyjny traper obiad zrobi z liści, szczura i wiewiórki. Wyprowadzi cię z każdego lasu a do tego jest rewelacyjnym strategiem.
Plan
I znowu w chmurach i znowu na niebie. Ostra igła, miękka guma, proch ognisty, łyżka szczęścia, język ognia, plan szalony.
Plan szczęścia, plan końcowy. Łyżka ognia, pompa wodna, dziura w piasku, resztka strachu.
Pompa w ruch , mokry piach, łyżka w strach. Koniec ruchu , koniec lotu, koniec szczęścia. Łyżka-stół, pompa-kosz, ogień-pył. Plan szalony-nowy dzień.
Nowy dzień , nowy plan , plan szalony, plan niedokończony...
A no i jeszcze, Henry. Ponieważ nasza drużyna cieszyła się zainteresowaniem, wszyscy chcieli się do nas podłączyć. Niestety pokazywano nam żołnierzy którzy umieli w 30 sekund zabić, 15 osób ,wysadzić fabrykę zabijając przy tym cywili. Odmawialiśmy zawsze, aż pewnego razu wepchnięto nam na silę Henry'ego. Okazało się ,że ojciec chciał mieć powód do dumy, i przekupił armie by wepchnąć jego syna do najlepszej drużyny. Henry jest beznadziejny, nie odezwał się ani razu, nie oddał ani jednego strzału, nie został ranny. Jest jak duch, jedyne co robi to poleruje swoje odznaki i gapi się w lufę swojego karabinu. Nawet nie wiem jak ma na nazwisko. -Hej! Henry daj ten pieprzony magazynek - Drze się Tom z końca okopu. Henry zamiast coś powiedzieć, lub na niego chociaż spojrzeć przestaje się kiwać. I macha energicznie głową ,że nic z tego. Tom wiedział ,że łatwo go przekonać. -No daj do cholery! po ci ten gówniany magazynek skoro nawet z lufy nie wypuścisz kuli. Henry wyjmuje magazynek z ładownicy i ciska go przez okop w Toma. Magazynek trafia go w nogę. Tom bez słowa rozmasowuje łydkę i bierze z ziemi magazynek. Henry ciągle kiwa się na boki. Więc wszyscy go ignorujemy. Leżymy i czekamy dłubiemy w nosie, klniemy, odrywamy guziki z rękawów. Robimy wszystko czego nie można robić w domu. Czekamy na oficerów. Nawet nie wiemy czemu mamy ich zabić. Poprostu dostajesz karabin i zabijaj. Po około godzinie podjeżdżają pod swój domek. Wszyscy podkopujemy się głębiej i czekamy. Od Base'a dowiaduję się ,że jest ich dużo więcej niż nam się zdawało. Spodziewaliśmy się około 3-ech samych oficerów, a jest ich 5-ęciu. Na osłonę wzieli 15 chłopa. Ja zaczynam pierwszy. Ładuje sześć kul. Zakładam lunetę, chowam kolbę. Ciągnę za pas z boku i przykładam lunetę pod oko. Celuję na najbardziej wysuniętego gieroja, który ma dużo amunicji. Pierwszy strzał jest najważniejszy, potem jest już tylko piekło, ty jesteś wodą a oni płomieniem. Mrużę oczy i ciągnę za cyngiel. Cholernie głośny strzał i oficer w kałuży krwi, są dla jego kolegów dostatecznym pretekstem by nas rozwalić. Oczywiście od samego początku to my chcieliśmy przejąć inicjatywę. Base i Tom wyskakują z Thompsonami i puszczają z nich serię za serią, ale i tak nie jest to wystarczające. Po pięciu minutach leżymy zakopani jak najgłębiej w okopie i modlimy się by im pierwszym skończyła się amunicja. Największa Zagadka w tej chwili ?! Henry! Jak zwykle on. Siedzi sobie w okopie przy fali ognia i kiwa się na boki. Nagle robi coś absolutnie niesamowitego. Staje na równe nogi i zwinnym skokiem wyskakuje z okopu, chowa się za pieniek i ładuje thompsona. Wychyla lufę. BACH!!! BACH!!! BACH!!! BACH!!! BACH!!! Ze strachu zakładam przepisowo osłonkę na hełm. Niemcy padają jak mrówki pod jego ostrzałem. Nie wiem co on tam robi do cholery, ale nie mija nawet 5 minut, a około piętnastu Niemców zmierza do nas z podniesionymi rękami. Wszyscy wybiegają z okopu i zaczynają skakać z radości. Henry zamiast zrobić to co my, siada na pieńku i przygląda nam sie ze zdziwieniem. Ja po paru chwilach robię to samo, ale zwyczajowo zakrywam twarz rękami. To pomaga mi kiedy jestem zmęczony. Wtedy czuję się spokojniejszy. -Henry nieźle odleciał - Rzucam, przerywając ciszę radości. -Jaki Henry? - Rzuca mi Base dziwnie zmienionym głosem. -Jak to jaki Henry? Drużynowy bohater! - Odpowiadam z uśmiechem którego nie mogą widzieć przez moje ręce. -Co znowu za Henry?! co ty gadasz?- Upiera się Base. Rozdrażniony odrywam z twarzy jedną rękę, drugą bardziej się osłaniam i wskazuje pieniek, na którym siedział Henry. -Tam jest Henry - Dodaję. -Ale Henry to ty! Odpowiada do mnie całkowicie nie zrozumiale Tom. Odsłaniam oczy, to co widzę przyprawia mnie o dreszcze. Zamiast zimna i lesistych terenów siedzę na ciepłej wyschniętej trawie. Jest niesamowicie gorąco. Mnóstwo tropikalnych drzew. Nigdzie nie ma mojej drużyny. Przede mną stoi trzech chłopaków z dziwnym ubiorem a jeszcze dziwniejszą bronią. Jeńcy to nie Niemcy, a żołnierze o wietnamskiej karnacji. Sam jestem dużo starszy, mam wyschnięte i zmęczone ręce. Robię wolne i męczące ruchy. -Gdzie jestem- Pytam się z chorym przerażeniem. Pierwszy chłopak spogląda na mnie i rzuca dziarsko. -Wietnam chłopie, Wietnam. Rozdział Drugi : Druga strona Lustra. Jerry przyśpiesza stawiając dłuższe kroki. Kobieta ciągle za nim podąża. Jerry ponownie postanawia przyśpieszyć a jego hód zamienia się w trucht. Kobieta w szpilkach zaczyna biec. W końcu po dwóch piętrach pościgu Jerry zatrzymuje się przy tablicy ogłoszeń udając ,że coś czyta. Kobieta od razu to wykorzystuje i podchodzi do niego, mijając szpitalnych lekarzy. -Pan Jerry Fisk? - Pyta, wyciągając rękę. Jerry kiwa głową i zaczyna udawać ,że jest szalenie zainteresowany, nowym prototypem leżaka dla pacjentów z tyfusem, choć tak naprawdę urządzenie to wprawiało go w obrzydzenie. -Czy możemy porozmawiać o moim mężu? Nazywa się Hen... -Henry Samehill - Przerywa jej, wymachując przy tym rękami. - I nie! Jeśli się czegoś dowiem dam znać - Odpowiada rozdrażniony. -Mogę coś panu pokazać ? To zajmie panu dosłownie moment. Jerry podchodzi do okna, które wskazuje mu kobieta. -Widzi pan to auto? - Pyta wskazując na auto które wygląda jakby je ktoś wyjął ze złomowiska i mocno obił łomem. -Widze - Odpowiada Jerry nie widząc celu tej głupiej zabawy. -Tak się składa ,że to mój samochód ! Jechałam tutaj tym gratem 12 godzin. Spałam w nim wczorajszą noc. I sadzę ,że teraz powie mi ktoś co jest do jasnej cholery z moim mężem, albo stanę się bardzo, bardzo nieznośna. Jerry wskazuje drzwi swojego gabinetu, który jest naprzeciwko tablicy korkowej. -Proszę wejść. - Rzuca teraz już naprawdę zdenerwowany. Jerry'ego wita ten sam codzienny gabinet. Biurko dwa krzesła szafka i puste ściany. -Pani Samehill czy naprawdę musimy? -Wystarczy Betty. I tak musimy. -Ale jego stan nic się nie poprawił - Próbuje się ratować Jerry. -Ale pan coś wie zgadza się? - Pyta i wyciąga notes. -Pani maż ma..... -Co ma?! -Bardzo dziwną chorobę. Łączy wydarzenia z wojny w Wietnamie z wydarzeniami z drugiej wojny światowej, a do tego żeby uzupełnić zdarzenia podczas drugiej wojny światowej, które są dla niego przeszłością tworzy w nich alter ego samego siebie. Henry-ego Samehilla. -Czy mógłby mi to pan wytłumaczyć jak dziecku? Jerry wzdycha, sam ledwo to rozumie a co dopiero coś tu tłumaczyć. -A więc podajmy sobie fakty. Podczas drugiej wojny światowej pani mąż nazywał się Alan Parker. Należał do Elitarnej drużyny najlepszych. Był tam słaby, oczywiście nie fizycznie, podobno był świetnym strzelcem. Ale jego poziom edukacyjny był żenujący, nie liczył z trudem pisał i tak dalej. Po wojnie zmienia Nazwisko i zaczyna używać drugiego imienia czyli Henry. Potem około 20 lat później trafia nielegalnie do Wietnamu. Nie wiadomo czemu ale sam chce być w armii. Pani maż ma 48 lat, to trochę za dużo. Na szczęście wszystko się udaje. Niestety Henry ma prześwity, zdarzeń z drugiej wojny światowej. Myli mu się broń, tereny walk. Wracają do niego wspomnienia, stare wspomnienia. Wstydzi się sam siebie więc do swojej starej drużyny dodaje osobę słabszą. On dodaje samego siebie. Dodaje Henry'ego Samehilla. Teraz czuje się spokojny. Cała drużyna jest zgrana a kozłem ofiarnym jest Henry. Oczywiście jeśli chodzi o przeszłość. Aż pewnego dnia podczas ataku na budynek wietnamskich oficerów. Henry powraca do zdarzeń z przeszłości wydaje mu się ,że jest ze swoją starą drużyną. Wchodzi w tamten świat tak silnie ,że nie może się wydostać. Henry, a raczej Alan i jego koledzy Base, Was i Tom plus alter ego Henry. Atakują dom oficerski, tylko jest to dom niemieckich a nie wietnamskich oficerów. Sytuacja zaczyna się psuć. Nagle alter ego Alana wyrywa się, czyli tak naprawdę on sam. Wybiega za okop i przy pomocy m16 bierze piętnastu jeńców i zabija oficerów. Dla przeszłego Alana zrobił to Henry. Alan najzwyczajniej siada na pieńku. I dopiero teraz budzi się z tego chorego snu. Dowiaduje się ,że to on zabił tych ludzi i wziął jeńców ,że to nie druga wojna światowa a wojna w Wietnamie. Wszystko to do niego nie trafia. Niech się pani nie dziwi przed chwilą myślał ,że znajduje się 20 lat wstecz i zrobił to wszystko jego przygłupi kolega. Zabieramy go do tego szpitala. I przez cały tydzień rozmawiamy. Ja sam dochodzę do takiego wniosku. Tu tutaj pierwszy taki przypadek. -Proszę pana. Czy ja go mogę zobaczyć? - Pyta się Betty ze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil filemon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…