Heparyna
Jak bardzo trzeba być nienormalnym, by śnić o takich rzeczach? Apokalipsa z krwią i religią w tle.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ciemność. Aksamitny mrok. Bez pieszczot promieni słońca ani matowego blasku świec. Kaplica Cudu w Monasterze Wybranych. Na onyksowej posadzce wyłożonej pięciokątnymi płytkami klęczą ludzie - mężczyźni i kobiety, choć płeć już dawno utraciła dla nich znaczenie. Jest ich nie więcej niż trzydziestu, a wszyscy w habitach i kapturach nasuniętych głęboko na twarz. Trwają w skupieniu zawieszeni ponad czasem. Ich oczy zaszły bielmem. Wzrok nie jest potrzebny, aby wznosić bezgłośne modły. Wyrafinowani strażnicy niewiadomego. Powołani do istnienia tylko po to, aby pilnować i oczekiwać cudu. Cudu tworzenia. Bezimienni świadkowie narodzin Boga. Na kamiennym ołtarzu ozdobionym obłymi czaszkami kruków spoczywa satynowa poduszka. W niewielkim zagłębieniu, dokładnie w samym środku puchu, leży jajo. Zamiast wapiennej otoczki buduje je niejednolita, przydymiona nić mocy, ulotna jak babie lato, lecz mocna jak krawędź diamentu. Na jej powierzchni nieustannie pojawiają się coraz silniejsze fale. Wybrańcy wyczuwają je każdym nerwem swojego ciała. Zbliża się czas. Dzień, który przyniesie chwałę, by zmienić ją potem w rozpacz nicości. Ostateczne Rozwiązanie. Skorupka płynnej magii zaczyna pękać. Najpierw jej powierzchnię znaczy jedna nieśmiała rysa - bardziej sugestia zagłębienia niż rzeczywista szrama. Jajo drży, a cały kościół trzęsie się w posadach. Druga rysa przynosi cieniutką, skondensowaną łunę czystej światłości. Wybrańcy kulą się w trwodze. Wszystkie nici magii zostają przerwane, a tarcza eksploduje pulsującym, oleistym blaskiem.
- I spadło bielmo z oczu Wybranych, tak, iż ujrzeli lewitującą postać o kształcie dziecka ukrytą w słupie białego ognia. A dziecko to miało pierzaste skrzydła i oczy czarne jak węgiel. Imię jego brzmiało Socius. Pokłonili się mu pięciokrotnie, dotykając czołem ziemi. I machnął Bóg skrzydłami, gasząc ogień, a chwała jego roztaczała blask tysiąckroć potężniejszy od najjaśniejszego ze słońc. Wybrańcy wstali, trzymając się za ręce. Oto nadszedł czas spełnienia ofiary. Bóg otworzył usta, a zęby jego lśniły ostrością setek ostrzy. I rzucił się na mnichów, rozrywając ich ciała na kawałki, lecz z ust Wybrańców nie wyrwał się nawet jęk skargi, gdyż w ten sposób dopełniało się ich przeznaczenie. Wkrótce onyksowa posadzka wyłożona pięciokątnymi płytkami pokryła się krwią. Bóg nurzał się w niej, chłonąc najcenniejszy dar dla nadprzyrodzonego dziecięcia. I machnął Bóg skrzydłami, które przybrały barwę szkarłatu, wzlatując ponad Monaster. A z kropel krwi, które spłynęły z piór Boga na ołtarz, powstały trzy bliźniacze planety - Haema, Blut i Sangre. - Kapłan zakończył czytanie Księgi i przeniósł wzrok na mieszkańców wioski zgromadzonych w świątyni. Jego chuda pierś, okryta spłowiałą szatą, wydęła się groteskowo, gdy z płucnej otchłani wydobyły się ochrypłe dźwięki. - Tak, bracia i siostry, takimi właśnie słowami został opisany cud stworzenia. Lecz biada nam, gdyż nadciąga koniec! Krew Boga zaczęła krzepnąć. Socius słabnie. Wkrótce obali go Nowy Bóg - z początku bezsilny i bezbronny, lecz który pewnego dnia nasyci swą żądzę krwi, a wtedy stworzy nowy świat, gdzie nie będzie miejsca dla nas. Strzeżcie się Nowego Boga, bo niesie on zagładę! - Starzec grzmiał z ambony, wygrażając pokrzywionym palcem czterem stronom świata. Żyła na jego pergaminowej szyi nabrzmiała tak, jakby miała zaraz pęknąć. Można było prawie zobaczyć intensywne fale rozchodzącego się tętna. Febris zerknął dyskretnie na siedzących obok ludzi. Na wszystkich twarzach malował się lęk. Słowa Clemensa mąciły spokój mieszkańców Tangle jak kamienie ciśnięte do wymarłego jeziora. Doskonale zdawali sobie sprawę, że ich świat umiera - wysychały rzeki, zarazy dziesiątkowały wioski, spękana ziemia nie chciała rodzić plonów. Ale krzepnięcie krwi Boga? To przechodziło wszelkie pojęcie. Kapłan odmówił jeszcze błagalną modlitwę do Sociusa i zakończył poranną mszę. Ludzie wychodzili w milczeniu z drewnianego kościoła. Niewysłowiony niepokój rozkwitał w ich głowach, korzeniami sięgając serca. Febris oddzielił się wkrótce od tłumu wieśniaków i skierował swoje kroki do domu, leżącego prawie na samym końcu miasteczka blisko koryta dawnej rzeki Digs. Chłopak wbił ręce w kieszeń, chybocząc się niezgrabnie na boki. Od dziecka był wysoki i zawsze się garbił. Jego plecy coraz bardziej przypominały znak zapytania. Mimo to nie brakowało mu zwinności, gdy dobrze wymierzonymi skokami wymijał kamienie i dziury w drodze. Każdy podskok wzbijał w powietrze tuman czerwonego kurzu. Chłopak już z daleka rozpoznał sylwetkę swojej młodszej siostry siedzącej na ganku. Uśmiechnął się. Od czasu, gdy jego rodzice umarli pięć lata temu, Cor była dla niego wszystkim. - Witaj, skarbie! - powitał ją serdecznie, kucając tuż obok. Dziewczynka porzuciła układanie kamyków i przeniosła na niego swoje wyblakłe oczy. - Witaj - Przytuliła się do niego. Febris pogłaskał ją czule po białych, delikatnych jak puch włosach. Cor urodziła się, gdy ich matka praktycznie umierała. Przez to dziecko zostało tak mocno napiętnowane cierpieniem - jej kości były kruche jak szkło, a oczy tak słabe, że z trudem odróżniała kształty przedmiotów. - Zjadłaś już śniadanie? - zapytał z troską. - Tak. - Więc teraz idę do pracy, a ty będziesz grzeczna, dobrze? - Dobrze - obiecała, wypuszczając chłopaka ze swoich objęć. W jej głosie pobrzmiewała cicha nuta smutku. Febris wiedział, że dziecko cierpi samotność, ale nic nie mógł na to poradzić. Musieli przecież z czegoś żyć. Utrzymanie domu było, niestety, ważniejsze od rodzinnych zobowiązań. Wszedł do budynku. Jego spojrzenie nie zatrzymało się ani na drzwiach prowadzących do kuchni, ani na wygodnej, choć nadgryzionej zębem czasu, kanapie. Kierował się prosto ku niewielkiemu składzikowi na tyłach domostwa. W tej zagraconej rupieciarni trzymał między innymi narzędzia rolnicze. Odszukał je z łatwością. Wyciągnął motykę - podczas tej pory roku nic innego nie było przydatne. Zarzucił sobie trzonek na ramię i wycofał się, pogwizdując prostą melodyjkę. W połowie zalanego światłem poranka korytarza, umilkł. Zwolnił kroku, uciszając krew w żyłach. Bębenki jego uszu zaatakowała żałobna melodia wsparta apokaliptyczną treścią:
Gdy krew się burzy, lecz nie krzepnie Nadzieję niosą kłosy zbóż. Świat umiera, ku przepaści mknie, Więcej nie ujrzysz krwawych róż.
Czas zły jak strzała zranił mą tarczę. Za stan ten kogo, dlaczego obarczę? Sensu żal nie ma, do boskich drzwi nie kołaczę. Co pozostało? Nic, ja siedzę i płaczę...
Wszędzie rozpoznałby wątły głos swojej siostry. Febris ruszył pędem w stronę ganku. Miał złe przeczucia. Okazało się, że dziewczynka nie ruszyła się nawet na krok - wciąż siedziała spokojnie, przekładając kamienie z ręki do ręki. - Cor, skąd znasz taką okropną piosenkę? Wlepiła oczy w okolice jego czoła. - Słyszałam jak nuciły ją kobiety, idąc do kościoła. - Nie śpiewaj jej więcej, proszę. - Dobrze... Otarł pot z czoła. Jego nerwy były napięte jak cięciwy łuków. Kazanie Clemensa wstrząsnęło nim głębiej niż mógł przypuszczać. A może zaczynał udzielać mu się powoli nastrój psychozy pozostałych mieszkańców? Pożegnał się z siostrą i ruszył w stronę pól. Na odchodnym usłyszał dziwne błogosławieństwo: - A ziemia jak krew czerwona niech lekką będzie barankowi. Rozmyślał nad tym, idąc wysypaną żwirem ścieżką. Przygarbił się jeszcze bardziej. Kochał Cor bardzo mocno, ale nawet on czasem się jej obawiał. Mimo że miała dopiero pięć lat, zachowywała jak ktoś o wiele starszy i rozumniejszy. Ludzie we wsi szeptali po kątach, że dziewczynka jest pomiotem Otchłani, a w najlepszym wypadku co najmniej wiedźmą. Febris oczywiście w to nie wierzył. Głupie zabobony. Ale... Od pustyni wiał lekki wiatr, sypiąc w oczy pyłem. Gdzie nie spojrzeć rozciągały się ceglaste równiny, które od dawna nie zaznały dobrodziejstwa deszczu. Nad światem zaległa absolutna cisza. Nie mogły jej przepędzić nawet miarowe uderzenia stóp o ziemię. Nie wyły kojoty, nie krzyczeli ludzie, nie brzęczały owady. Okolica wygląda jak wymarła. I Febris zdawał sobie sprawę, iż taka w istocie była. Miał nawet wrażenie, że powietrze przesyca słodkawa woń rozkładu. „Schyłek” - Ta myśl pulsowała jednostajnie w umyśle chłopaka, napełniając serce głębokim żalem.
Gdy dotarł na miejsce, szkarłatna kula stała już wysoko na nieboskłonie. Mieszkańcy jednak nie pracowali - zgromadzili się w jednym miejscu, wyglądając na niezwykle przejętych. Febris podbiegł do zaaferowanej grupki. Jego oczom ukazało się wyschnięte truchło młodej owcy, które otaczało morze zaniepokojonych twarzy. Febris zerknął niepewnie na Raphisa - przywódcę ich małej społeczności. Barczysty mężczyzna w lot odgadnął nieme pytanie chłopca. - Tak, to już trzecia w ciągu dwóch tygodni. I znowu nie ma w niej ani kropli krwi. - Co teraz zrobimy? - zapytał ktoś z tłumu. Ludzie wpatrywali się w Raphisa jak wynędzniałe psy na przewodnika stada. - Idziemy powiedzieć o tym kapłanowi - zarządził autorytarnie. A gdy wszyscy wycofywali się do wioski, Febris przypomniał sobie słowa siostry: "Ziemia jak krew czerwona niech lekką będzie barankowi." „Skąd ona wiedziała?”
- Czy potrzeba więcej dowodów? Nowy Bóg jest tu, wśród nas! - Clemens potoczył ręką po zgromadzonych. Wszyscy wyglądali na przygnębionych i wystraszonych. - Nie osiągnął jeszcze pełni swojej mocy, bo wszyscy bylibyśmy już martwi. Ale... - zniżył głos do upiornego szeptu - ... nie znaczy to, że nie zacznie wkrótce łaknąć ludzkiej krwi... Po audytorium przetoczył się stłumiony okrzyk. Śmierć - tego się tutaj bano najbardziej. - Co mamy zrobić, ojcze? - zawołała boleśnie młoda wdowa, tuląc do piersi struchlałe pachole. Kapłan zmarszczył usta, co zapewne miało oznaczać łagodny uśmiech. - Nie bójcie się, dzieci, bo chociaż jest
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kenny-fan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…