Wróć do katalogu

Herbatka u ciotki Zofii

Pełny tytuł brzmi: "Na czym polega aktualne znaczenie filozofii dialogu? Herbatka u ciotki Zofii." Dzięki tej pracy dostałem się na dalszy etap Olimpiady Filozoficznej!!

Dymeq, opublikowano , 1 godz. 33 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na czym polega aktualne znaczenie filozofii dialogu? Herbatka u ciotki Zofii.

Wielu z nas, nie zdaje sobie sprawy, że to nie my mówimy słowa, lecz słowa mówią o nas. Mało kto uświadamia sobie, że każde słowo jest sztuką, a każdy DIALOG filozofią! Wszak nikt nie zaprzeczy, że sztuka może zostać niedostrzeżona lub zbagatelizowana, a filozofia wyśmiana. Jednak każda fala mechaniczna, która wydobędzie się z wnętrza naszej krtani, jest dziełem sztuki Matki Natury, a tam gdzie owe fale interferują z odpowiednimi falami elektromagnetycznymi w mózgu ludzkim, tworzy się swoista, niepowtarzalna filozofia. Mniej lub bardziej istotna dla całego społeczeństwa (tym zagadnieniem zajmiemy się później), ale na pewno w jakiś sposób zauważona przez jednostkę, do której jest kierowana (pod warunkiem, że ta jednostka – podmiot, nie jest głucha). Cóż więc tak naprawdę te „słowa” znaczą i czymże jest „dialog”? Według „Słownika języka polskiego PWN” dialog oznacza: „rozmowa, zwłaszcza dwóch osób” jak i jest to „forma wypowiedzi literackiej (zastosowana do całego utworu lub jego fragmentu) w postaci rozmowy dwu lub więcej osób; utwór literacki lub filozoficzny napisany w formie rozmowy”. Kiedy więc już wiemy, czym mamy się kierować, proponuję abyś drogi Czytelniku wraz ze mną przedarł się przez poniższy tekst. Jeżeli dobrze interpretuję to, co jest napisane w słowniku, po krótkim przeglądzie poniższych literek, stwierdzam, iż stworzyłem opowiadanie ze sporymi elementami dialogu! Dowiemy się w nim przede wszystkim, jakie jest {u}współczesne{/u} znaczenie filozofii dialogu. Och, pardon, nie przedstawiłem się. Nazywają mnie Arche. Nie trzeba, nie przedstawiaj się, wiem jak Ciebie nazywać Czytelniku, (chociaż przez myśl Ci to nie przeszło)! Owszem nazywać! Jesteś już częścią tego traktatu i jako Arche nazywam Cię Czytelnikiem! Wszelka próba buntu albo próby sabotażu mojego widzimisię, z góry są skazane na porażkę. Ja, tutaj wyznaczam ontologiczne znaczenie każdego z nas. Wystarczy, żadnych „ale”! Kończę już swój monolog, proszę o zatemperowanie ołówka do podkreślania, przyjęcie wygodnej pozycji, i zapraszam do lektury. Długopis być nie może! Proszę się dostosować, dosyć już prób ubierania mnie w formę! Mamy ważniejsze sprawy do zrozumienia niż to, czy długopis jest praktyczniejszy od ołówka! Gdyby tak było, to architekci, malarze, antropolodzy więzienni itp. posługiwaliby się długopisami, a nie ołówkami! Dosyć tych pytań i mych odpowiedzi, wygląda to tak, jak ma wyglądać, a ślad zostawiony ołówkiem można zetrzeć, w przeciwieństwie do słów wypuszczonych w eter. Ale już wystarczy, tak, już zaczynam „dzieło właściwe”. Filip ze swym kołtunem myśli i pytań jest już w drodze do domu ciotki Zofii. Musimy zdążyć przed nim, wszak muszę jeszcze stworzyć ten dom w Twej wyobraźni!

Uaaa… jesteśmy. Rozejrzyj się. Widzisz tę chatkę oraz tę ogromną szklarnię w ogrodzie. To posiadłość ciotki Zofii i wujka Immanuela. Prawda, że ładna. Przyznać trzeba, że ma kobieta wyczucie smaku, elegancji i – jednym słowem – estetyki. Bo to ona dowodziła sztabem inżynierów i architektów, kiedy budowano ten mały cud świata. Wujek wtedy, zresztą jak zwykle, kiedy jest potrzebne jego zdanie, wybrał się na spacer z psem. Już wiesz jak wygląda ta posiadłość, dobrze. ({i}Konsternacja{/i}) Jak tak na Ciebie patrzę, to mam wątpliwości, że go widzisz. Niech będzie, opiszę. Jeszcze raz, od początku. Widzisz tę chatkę, z dużymi białymi oknami, ścianami w kolorze kory dębowego drzewa i czerwonym, dachówkowym dachem, oraz tę ogromną szklarnię w ogrodzie, gdzie rosną przeróżne warzywa i te młode drzewka owocowe za nią? Masz rację, mogę się mylić, patrzymy pod zachodzące słońce. Niczego z tej perspektywy nie można być pewnym, nawet rozmiarów, nie wspominając już o kolorach! Jeżeli się ze mną nie zgadzasz, to zobacz dom, jaki sobie wyobrazisz. Mnie tam wszystko jedno, ciotce Zofii na pewno też, pod warunkiem, że nie urażasz jej poczucia smaku, to nie śmietnisko! Jesteś moim gościem w swojej wyobraźni. Mimika twarzy Ci się zmieniła, czyżbym powiedział coś nie tak? No dobrze, nie ważne. W każdym bądź razie, czuj się jak u siebie, pozwól sobie na impresję! Bez ograniczeń, w moim świecie Ty jesteś Twórcą rzeczywistości, ja tylko sprzątam i pilnuję transcendentalnego porządku z biegiem wydarzeń na czele. Jasne? (Miejsce na odpowiedź) ->................. Cieszę się, że wybór został dokonany, w takim razie przeczytaj powyższy tekst jeszcze raz, aż lepiej zostanie przez Ciebie zrozumiany i przyswojony. Jak już to wykonasz, dam Ci chwilkę na zbudowanie domu ciotki Zofii (bo wujek pojawia się tam tylko na śniadaniu i jak trzeba pomóc żonie).

({i}chwilka{/i})

Szybciej! Już nadchodzi. Tak, ten młodzieniec, widzisz? Po tej ścieżce od strony lasu (tak, właśnie takiego) idzie, to Filip. Jak zwykle, kiedy ma kłopot i jakieś pytanie, dokąd drepcze tą ścieżką? Właśnie, do tego domu obecnie będącego na tle zachodzącego słońca (przepraszam, od porządku pory dnia i nocy ja tutaj jestem, proszę się nie zapominać!). Filip podszedł do drzwi (chyba, że do Twojego domu wchodzi się oknem, ale cioci to się nie spodoba. Więc lepiej je tam dostaw). Zapukał. Nikt mu nie odpowiedział. Nacisnął klamkę i drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. - Halo! Jest ktoś w domu? – Zapytał cztery ściany w korytarzyku. Nikt mu nie odpowiedział. Zdjął buty i przeszedł do salonu. Rozejrzał się. Wszystko było na swoim miejscu. Raczej „nic” się nie zmieniło, od jego ostatniego pobytu. Na kominku, pod portretem ciotki Zofii siedzącej w bujanym fotelu i robiącej na drutach, oraz portretem, ubranego w stylowy frak, wujka Immanuela z monoklem w oku, opierającego się o kant zabytkowego stołu, spała, jak zwykle, puszysta, rudo-biała kotka. Na chwilkę tylko otworzyła jedno zielone oko, by przyjrzeć się gościowi. - Cześć Szeherezado! Miło cię znów widzieć śpiochu. – Chłopiec przywitał kotkę. Ona tylko przeciągnęła się, ziewnęła, po czym zwinęła się w kłębek i spała dalej. Chłopiec podszedł do akwarium, w którym pływał jeden jedyny czarny skalar. - Witaj Heraklicie. Widzę, że wymienili ci roślinki. Jak teraz się pływa? – Zapukał w szybkę akwarium i rozejrzał się po pokoju. Z małej budki podwieszonej pod sufitem wyjrzała małpka ubrana jak arlekin. Szeroko otworzyła buzię, jakby chciała powiedzieć „cześć”. - Jak żyjesz Kartezjuszu!? – Filip pomachał do małpki. Ona zwinnie zbiegła po drabince i wskoczyła chłopcu na ramię, po czym wyciągnęła łapkę. - Zaczekaj chyba mam dla ciebie jakiegoś fistaszka. – Chłopiec wygrzebał z kieszeni orzech i dał go małpce. Uradowana zeskoczyła i pobiegła pod otwarte na oścież drzwi tarasowe. Jak wariatka zaczęła skakać i krzyczeć, przy czym wymachiwała prezentem. Do salonu wleciała kolorowa papuga, wykrzykując „fistaszek, fistaszek”, zrobiła rundkę dookoła pokoju i wylądowała na ręce Filipa. - Cześć Filip, daj fistaszka! – wygwizdała. - Cześć! Ty jak zwykle Johnie Locku kłócisz się z Kartezjuszem?! Moglibyście sobie razem w końcu przyznać rację i podzielić się fistaszkiem. Chciałbym zauważyć, że on ma dwa orzechy w środku. To ciebie też się tyczy Rene! – Chłopiec chciał schwytać wzrokiem małpkę, lecz gdzieś przepadła jak kamień w wodę. – Gdzie ona się podziała? - Tutaj jest! – Przez tarasowe drzwi weszła, z małpką za rączkę, ciocia Zofia. Ubrana była w fartuch przyozdobiony w kwiatki i duże, kanciaste, czerwone okulary na nosie. Szeroko się uśmiechała – Witaj Filipie, co cię tak bulwersuje? Napijesz się herbatki? – Zapytała swoim zawsze życzliwym i miłym głosem. - Bardzo chętnie. - Fistaszek – przerwała mu papuga. Ciotka roześmiała się, a Filip, wyjął z kieszeni ostatniego orzecha i podarował go papudze. Bynajmniej nie był szczęśliwy. - Nie rozpieszczaj ich tak, bo w końcu cię ze wszystkiego ograbią. Co jak co, ale obaj się zgadzają, w tym, że fistaszki są smaczne. - Tego nie da się ukryć. – z nieco kwaśną miną podsumował Filip. Chwilę później ciocia przyniosła z kuchni porcelanowy czajniczek z jaśminową herbatą i miseczkę z fistaszkami. Filip automatycznie sięgnął ręką po orzeszki, nie odrywając wzroku od czarnej plamki na ścianie. - Ciociu, chyba macie tutaj pająka?… - A i owszem, owszem, to nasz nowy domownik. Zenonie, chodź przywitasz się z Filipem. - Nie ciociu, może nie, obejdzie się. - Filipie, chyba nie boisz się pająków! - Cześć Zenon! – Szybko rzucił chłopiec. – Już się przywitałem. – Uśmiechnął się skrępowany. Gdzie jest wujek? – spróbował zmienić temat. - Wujek, no tak, on jak zwykle wyszedł dzisiaj rano na spacer z psem. Wrócił niecałe pół godziny później, coś ze sobą przyniósł. Szybko pobiegł na górę, nawet nie zostawił swojego cylindra na wieszaku! I jak na rozpalonego do czerwoności antykwariusza przystało, siedzi cały dzień u siebie w gabinecie i coś tam ze swoim znaleziskiem robi. A jakież to znowu ciebie do nas problemy sprowadzają? - No, więc ja, mam dosyć nietypowe pytanie… - Słucham, więc – ciocia zainteresowana spojrzała na Filipa, po czym porozlewała herbatę do filiżanek z chińskiej porcelany. Przyjemny aromat rozniósł się po pomieszczeniu. - Dzisiaj rano… … … e, echem… … (Możesz mi powiedzieć, czemu ten Filip tak na mnie wymownie spojrzał? Ja też nie wiem… a, faktycznie, już, już!)

***

Filip, jak co tydzień w niedzielę rano, wybrał się na spacer do lasu. Jako, że zaczął się sezon na borowiki, wziął ze sobą koszyczek. Mama poprosiła go, by nazbierał tych przepysznych grzybków. Szedł sobie ścieżką, szedł, aż zauważył ogromnego borowika. Zadowolony chciał go zebrać, ale zorientował się, że nie ma przy sobie scyzoryka. Musiał go po drodze zgubić. Żal mu było zostawiać grzyba i iść szukać noża, który już był stary i nawet trochę przyrdzewiały przy zatrzasku. A nie chciał wyrywać grzybni, bo bardzo dobrze pamiętał, jak dawno temu, kiedy był mniejszym chłopcem, ciocia grożącą palcem zabroniła mu tak postępować. Zrezygnowany miał już wracać do domu, kiedy poczuł nieprzyjemny swąd tytoniu pomieszanego z alkoholem. Zaraz potem usłyszał za sobą ochrypły, odpychający głos. - Tego szukasz? - Przestraszony chłopiec odwrócił się na pięcie. Popatrzył na dziwnego typa, opartego o najbliższe drzewo. Miał długi pysk, z którego wystawały ogromne kły. Nimi przygryzał papierosa. Na oczy zsuniętą miał zieloną, w czarną kratę czapkę i ubrany był w powydzieraną koszulę. Jedną ręką podrzucał, wykonującym w powietrzu obroty, scyzorykiem. – To chyba twoje. - Tak, to mój scyzoryk. Dziękuję za znalezienie – chciał go odebrać nieznajomemu dziwakowi, lecz tamten schował go za siebie i wpatrując się prosto w przestraszone oczy chłopca, powiedział: - A gdzie „proszę”? Nawet nie zapytasz o zdrowie starego Wilka? Skąd mogłem się domyślać, że jesteś taki arogancki? Widać, żeś syn Czerwonego Kapturka. - Pardon, co proszę? Jakiego Czerwonego Kapturka? Panu się chyba bajki pomyliły? - No tak, owszem, niedawno grałem na pół etatu w „Wilku i Zającu”, kiedy usłyszałem, że Czerwony Kapturek ma już dosyć chodzenia do babci.. Uciekła z jakimś kolesiem, co to niby gra na gitarze i ma długie włosy. Raz go widziałem. Wiecznie źrenice jak główki od szpilek, blady jak szkolna kreda. Ciekawe czy ją na oczy widział? - Przepraszam, jak mógł go pan „wiecznie” widzieć, skoro przyznał pan, że tylko raz? – Zauważył Filip. Pomińmy to, że z początku był absolutnie zatkany. - Nie czepiaj się! – W oczach wilka błysnęła łezka. – Spotkałem go w pubie, kiedy to poszedłem, jak co wieczór po pracy przepłukać gardełko. Już miałem następnego dnia – sięgnął do kieszeni – oświadczyć się jej – wyjął złoty pierścionek z brylantem – a tutaj wpada ona. Kolczyk w nosie, glany na nogach, krótka sukieneczka i skórzana kurtka. Cała upudrowana na biało, tylko oczy czarne, jakby kto je podbił. W ogóle wyglądała jak laleczka Voodoo. Włosy istne siano! Na dodatek pofarbowane na czarno! JAK JA NIE LUBIĘ BRUNETEK! – Wilk wybuchł w rozpaczy. Padł na kolana i drżącymi łapami obracał pierścionek. – Całe lata zbierałem pieniądze, by jej to kupić. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Była taka piękna! - Przepraszam, że panu przerwę, cieszę się, to znaczy, bardzo mi przykro, że pan niestety nie gra już w „Czerwonym Kapturku”, ale może mi pan oddać scyzoryk? - JA TUTAJ CIERPIĘ CHŁOPCZE! NIE WIDZISZ TEGO? – Papieros zsunął mu się z zęba – No tak, kto by się tam martwił biednym, małym wilkiem – wysmarkał się w rękaw swojej koszuli – zawsze byłem tym złym, musiałem odgrywać czarne charaktery, a tak naprawdę to przez nią zacząłem bluzgać i palić! Wtedy, w pubie, Zając, z którym przez ostatnie lata odgrywałem scenki, poczęstował mnie szlugiem i tak zostało. Przy okazji znalazł mi fuchę u siebie w bajce. Całe szczęście, bo teraz pewnie byśmy nie gadali. – Popatrzył na scyzoryk. Ostatni raz pociągnął nosem. Wstał, otrzepał kolana i popatrzył na chłopca, czerwonymi jak u małego dziecka oczami – już myślałem, że jesteś jej synem. Miałem nadzieję, że tamten zostawił ją, kiedy dowiedział się, że jest z nim w ciąży, a ona jak „syn marnotrawny” wróciła do mamusi. Naprawdę miałem nadzieję, że jeszcze ją ujrzę, że się zmieniła! - A gdzie jej szukałeś? – Filipowi cała ta sytuacja wydała się telenowelą. - Czekałem cały ten czas w pubie, oczywiście jak nie byłem na scenie. Myślałem, że się zjawi… Ale jakoś tak ostatnio za często tam przesiadywałem. Nie pojawiałem się w pracy, wywalili mnie. Wczoraj przepiłem ostatnią wypłatę, a że melinowałem się u Zająca, nie mogłem po tym, co się stało, już u niego nocować. Postanowiłem skończyć ze sobą, tutaj w tym lesie. Powiesić się na drzewie, w miejscu, gdzie zawsze na nią wyskakiwałem. - Wilku – chłopiec odważył się na gest i położył mu rękę na ramieniu, powtarzając sobie w myślach „on przecież nie istnieje, to tylko bajka!” – Nie rób tego! Miliony dzieci na świecie ciebie kochają! Jesteś najwspanialszym wilkiem ze wszystkich bajek! - Bo w sumie we wszystkich grałem… - No właśnie! Zobacz, jaki jesteś wszystkim potrzebny! - A już tam. Teraz wszystkie dzieciaki oglądają Cartoon Network. A tam nie ma miejsca dla wilka! Tak chłopcze, stare bajki umierają i nawet Disney ich nie uratuje! - Przesadzasz, na pewno ktoś będzie je jeszcze opowiadał! - „Ktoś”, dobrze powiedziane! Kiedyś byliśmy swoistym dialogiem! Jedynym w swoim rodzaju! Przemawialiśmy za dobro i zło, za wszystkich ludzi! Jaka filozofia za nami się kryła! A na czym aktualnie polega znaczenie filozofii dialogu? Wiesz? Bo ja nie wiem! Wszystko się psuje! Do czego zmierza? – Filip na chwilę zatrzymał wszystkie swoje myśli. Wziął głęboki wdech (prawie zwymiotował, od zapachu bijącego od wilka.) i powiedział: …

***

- Dobrze wilku, obiecuję ci, że zawsze będę opowiadał bajkę o Czerwonym Kapturku swoim dzieciom i wnukom, o ile je będę miał. Pomogę ci na nowo połączyć się z twoją ukochaną. A teraz oddaj mi scyzoryk, idź umyj się i proponuję poszukaj zajęcia w chińskim przemyśle filmowym. Oni mają duży bum gospodarczy, szybko coś dla Ciebie wymyślą. (Tak, a ja zapomniałem dodać, że Wilk dopiero po pół godzinie, jak już się wykąpał w leśnym strumyku, zorientował się, że nie umie chińskiego i zdał sobie sprawę, że przez kilkadziesiąt lat pracy w rosyjskim zespole nauczył się tylko piosenki „Czornyje oczy” i zwrotu „Nu zajec, pagadi!”. Biedak – nie ma zdolności lingwistycznych, miejmy nadzieje, że sobie poradzi! Ja osobiście trzymam za niego kciuki! Może w końcu ujrzymy go w jakimś filmie z Jackie Chanem). - To bardzo ładnie się zachowałeś – ciocia siorbnęła ostatni łyk herbaty ze swojej filiżanki. – Mądrze zauważył Charles Chaplin, że życie widziane z bliska jest dramatem, a z daleka komedią… - No i właśnie ciociu i dlatego z tym pytaniem przychodzę: na czym polega aktualne znaczenie filozofii dialogu!? – Ciocia wlała sobie jeszcze jedną filiżankę herbaty, zamieszała ją łyżeczką i zmierzyła chłopca zaciekawionym spojrzeniem. Trwała tak chwilę i w końcu wzrokiem powędrowała na Zenona, później na Heraklita. Filip cały ten czas milczał. Wiedział, że ciocia zbiera myśli. Nawet małpka i papuga ucichły, bo do tej pory cały czas ganiały się jak małe dzieci. Cały dom zamilkł. Przez tę pustkę przedarło się spokojne, miarowe tykanie zegara naściennego. Tik – tik – tik. Następnym odgłosem, jaki zaatakował słuch chłopca był śpiew wróbli na podwórku, chyba przed chwilką wróciły z pola. Teraz jest czas żniw, dlatego często odwiedzają to miejsce. Ciocia wstała z fotela, podeszła do akwarium i wsypała odrobinę karmy dla ryb. - Ciekawe pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałam – niemal wyszeptała, ale Filip doskonale to usłyszał. – Szczerze mówiąc to pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to należałoby wpierw się zastanowić, jakich narzędzi należałoby użyć. Dialog… to takie oczywiste, takie jasne, że aż razi w oczy! Ale takim blaskiem, że zamiast przyzwyczaić się do światła, odwracamy od niego wzrok! Ech… by zrozumieć istotę zjawiska powinniśmy podsumować, w jakich warunkach do niego dochodzi. - Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to nasza rozmowa – Filip wtrącił swoje trzy grosze. - Dobrze, ale widzisz Filo, filozofia dialogu to trochę coś ponadto! – Ciocia podeszła do ogromnej, zasłaniającej całą ścianę, półki z książkami. Palcem zaczęła jeździć po tytułach. – O, na przykład tutaj, mam „Dialogi” Platona. - No, chyba o to chodzi, prawda? - Nie, właśnie o to chodzi, że nie o to chodzi – uśmiechnęła się sama do siebie. Bardzo ją bawiły stwierdzenia typu „masło maślane”. – Nie chodzi o treść, jaką dialog przekazuje, tylko, moim zdaniem, chodzi oto, co się dzieje w trakcie przekazywania treści. Filozofia dialogu, wydaje mi się, polega na samym wywoływaniu jakichś reakcji, obserwowaniu ich u podmiotu, do którego się zwracamy… O, bardzo dobrze! O to mi chodziło! – Ciocia odeszła z pustymi rękoma od półki z książkami i wróciła na fotel. Siorbnęła herbatki i uśmiechnęła się do Filipa. On zdezorientowany tylko ciamknął i zagryzł palec wskazujący prawej ręki. – Nie rozumiesz, no właśnie o to chodzi. Zobacz, zadałeś mi pytane, ja coś odpowiedziałam, a ty nadal „nic” – mocniej zaakcentowała ten wyraz, machając w powietrzu palcami, jakby chciała to słowo ubrać w cudzysłów – nie wiesz! - Powiedzmy, że zaczyna mi świtać coś tam… - I o to chodzi! Zaczynasz odkrywać w sobie to, co wiesz! Bo filozofia w dialogu jest taka oczywista, że wręcz immanentna! Niestety nie jestem jak Sokrates zdolna wyjaśnić to w sposób elenktyczny, ale spróbujmy zacząć od tego, co wiemy. Może uda nam się. - Dobrze. - Dobrze, dobrze, tak… Zaczynamy „burzę mózgów”! No, więc! Dialog powstał w momencie, kiedy ludzie potrzebowali się ze sobą dogadać. Dialog ma za zadanie wywołać jakąś reakcję. Dialog jest jednym z jakichś tam innych sposobów poznania, epistemologia… - Ciotka zamyśliła się. Filip obserwował jej zachowanie. W końcu wyrwało mu się: - No i chyba o to chodzi, wiesz? Chodzi o to, jak dobrze rozumuję, że filozofia dialogu w jakimś sensie ma być narzędziem do poznania ogółu tego, co nas otacza. - Bytu – rzuciła ciotka. – Tak, dobrze, o to, to, to – zaznaczyła kciukiem wskazującym ku górze. Uśmiechnęła się. – Dobrze rozumujemy. Czyli jakby jesteśmy centrum poznania, prawda? Nasze „ja” jest taką anteną, do której trafiają wszystkie informacje i różne układy scalone znajdujące się w nas, już tam porządkują odebrane fale! Bardzo ciekawe! To teraz, proponuję Filipie, abyśmy zajęli się, czym jest nasze „ja”. Przyznam osobiście, że to trudne, wielu filozofów już z tego powodu doktorat dostało… - Tym razem Filip uśmiechnął się. Znał podejście ciotki do zdobywania papierów potwierdzających „wiedzę”. Według niej, to takie bezpieczniki mające za zadanie wybuchnąć w momencie, kiedy osoba próbująca negować wiedzę posiadacza „certyfikatu”, zaczyna mieć „rację”. To ucieczka od problemu, usadowienie się w swoim gniazdku, próba paradoksalnego odizolowania się. Takie ugruntowanie się na jednym poziomie, zamknięcie w sypialni i schowanie w pościeli. Sama posiada tysiące certyfikatów z różnych dziedzin nauki, ale nigdy się nimi nie chwaliła. Nigdy ich nie chciała, po prostu, zostały jej wciśnięte. Ona tylko chciała nauczyć się czegoś nowego i zobaczyć, co jeszcze można odkryć! - No, ale co tutaj odkrywać ciociu? „Ja” to „Ja” i tyle! - A i tutaj się z tobą Filo nie zgodzę! Czytałeś „Ferdydurke” Gombrowicza, albo „Granicę” Nałkowskiej, hę? - Niekoniecznie… Tych granic kompletnie nie dałem rady, to jak telenowela. - Błąd! Powinieneś! Ale co do telenoweli to się zgodzę, masz rację, to raczej literatura dla osób odrobinę starszych i mniej wybrednych od nas. – Ciocia zawsze podkreślała, że w duchu wiekiem jest bliska Filipowi. – ale widzisz, Gombrowicz i Nałkowska podkreślają, że nasze „ja” kształtuje społeczeństwo. Kształtuje każda jednostka, która nas obserwuje i ocenia. Tak samo się dzieje w odwrotnym kierunku. My obserwujemy i oceniamy naszego obserwatora. Pozwolę sobie zacytować jedno zdanie z „Granicy”: „Jesteśmy tacy jak myślą o nas ludzie, nie jak myślimy o sobie my.” No i dalej: „jest się takim jak miejsce, w którym się jest”. Więc widzisz, to odrobinę bardziej skomplikowane. Słuchaj, pogubiliśmy się odrobinę. Za szybko rozwinął się temat, musimy się trzymać konkretów! Co nieco przypomniało mi się z czasów studenckich, słuchaj: 1. Dialog to sposób na poznanie drugiego człowieka – tak mawiał Hegel. 2. Dialog to sposób na interpretowanie drugiego człowieka. Dialog to próba zmagania się z problemem, propozycja rozwiązania go – tak interpretowali to Klages, Lerscha i Kretschmer. 3. Dialog to próba przezwyciężenia metafizyki podmiotowości – myśli Heideggera i Derridy. 4. Dialog to próba poznania drugiego człowieka, aby móc poznać samego siebie – taka myśl ogarnęła filozofów gdzieś w 80 latach XX wieku na przykład Panikkara. Ale moim zdaniem już wcześniej w literaturze to dostrzeżono. Widzisz więc, skoczyliśmy trochę za szybko w przód, bo zaczęliśmy od punktu czwartego. Dobrze, jeszcze powinniśmy zastanowić się nad rozumem, inaczej, filozoficznie rzecz ujmując, logosem. W końcu to on ma za zadanie zinterpretować zjawisko. Z dzieł Schaefflera, człowieka którego przyjęło się nazywać ojcem filozofii dialogu, możemy wyczytać, że „{i}filozoficzny rozum{/i} jest zawsze indywidualny i oznacza nie więcej niż {i}ja myślę{/i}.” Dialog w pewnym sensie wiąże się z Bogiem, więc dalej cytuję Schaefflera: „słowo religijne jest zawsze wezwaniem imiennym”. Czyli, reasumując: filozofia rozumu nie jest równa słowu religijnemu. Człowiek jako słuchający słowa religijnego jest głównym tematem każdej chrześcijańsko – teologicznej antropologii. A Cohen mówi, że rozum pokazuje wieczne prawa świata podmiotowego. Jego narzędziem jest logika, rozum jest, uświadamia sam siebie. Możemy jeszcze przywołać Rosenzweiga, który mówił, że przeciwieństwo pomiędzy „rozumem a słowem” jest najbardziej widoczne tam, gdzie spotyka się filozofia jako wiedza, rozum, teologia i jako gramatyka słowa. Chodzi o to, że jeżeli próbujesz komunikować się z kimś innym, to możesz używać różnych stwierdzeń, które logicznie nie pasują do gramatyki, na przykład: „nie ma nikogo”. Gramatycznie wiesz o co chodzi, logicznie wychodzi na to, że ten ktoś „jest”. Przynajmniej ja tak to rozumiem. Teologia jest specjalną odmianą logosu, boską odmianą: teo – logia, boski – rozum. Rozumem kontroluje subiektywne ego. - Szczerze mówiąc, mało rozumiem, dużo nazwisk, jakieś pojęcia… - Filip poddał się. – poza tym, dlaczego my się tym zajmujemy? Mieliśmy się zajmować aktualnym znaczeniem filozofii dialogu! - Nie bądź taki nerwowy! – Ciotka uśmiechnęła się – wpierw musimy zebrać elementy i narzędzia, którymi będziemy się posługiwali! Żadnego domu nie zaczynasz od stawiania kwiatków na pianinie. Powiedzmy, że zebraliśmy śrubki, młotki i inne narzędzia, na razie domyślamy się tylko, co z tym możemy zrobić. W porządku? To, co teraz usłyszałeś jeszcze pewnie nie raz powtórzę. Musiałam powiedzieć o logosie, bo to architekt naszej budowli. Trzeba wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Dobrze? - Dobrze. Skoro jeszcze mi się wszystko rozjaśni… - Co najważniejsze powinieneś wyciągnąć z mojego chwilowego monologu? To jest to, że filozofia rozumu nie jest równa słowu religijnemu. Moim zdaniem i Panikkara, religia opiera się na wierze i dialogu międzykulturowym, zapomniałam dodać, a logos na logice. Oczywiście znajdziesz mnóstwo przykładów innych filozofów, którzy mogą inaczej rozumieć te pojęcia. Ktoś może powiedzieć, że wcale nie, że to logika jest oparta na logosie. W każdym bądź razie nie kłóćmy się o to, bo nie czas i miejsce na to. Poza tym, taka kłótnia zawsze kończy się próbą podniesienia się za koszulę. Każdy stoi przy swoim i ma do tego prawo. Nie to jest istotne. Ja uważam, że logos musi mieć wszystko ugruntowane i jasne, jest subiektywny. Jeszcze taką ciekawostkę możesz zapamiętać, że filozofię dialogu nazwano nowym paradygmatem. Starym paradygmatem jest filozofia, która opiera się na poznawaniu świata poprzez tylko i wyłącznie własne obserwacje. Przykładem jest filozofia starożytna, chociażby przedstawicielami jej są: Heraklit, Tales, Anaksymander i tak dalej. Oni z nikim nie konsultowali wyników swoich obserwacji, tylko od razu je wygłaszali. Nie czekali wpierw na krytykę. Na razie tyle, jeszcze później wątek nowego paradygmatu będziemy kontynuowali, bo on jest przede wszystkim tematem twojego pytania. - Dobrze. - Jak do tej pory jasne? - Jasne. (Mam nadzieję Czytelniku, że ty też zrozumiałeś. Mamy o tyle lepiej od Filipa, że zawsze możemy wrócić do słów wypowiedzianych przez ciotkę i niego. Więc nie krępuj się, jeżeli czujesz taką potrzebę, oderwij się na chwilę od rzeczywistości i „cofnij się w czasie”. Głupie powiedzenie, bo czas nie istnieje, no, ale to już inna historia… Pamiętaj, że masz ołówek i możesz robić notatki. Ciotka stara się wyjaśniać wszystko klarownie, ale na wszelki wypadek sam też możesz spróbować zrozumieć {u}to{/u} swoim subiektywnym ego.) - W porządku. Dlaczego nie pijesz herbaty? Wystygnie ci – Filip zupełnie zapomniał o herbacie i fistaszkach. Szybko wypił zawartość swojej filiżanki i poprosił, aby ciocia kontynuowała. – Pierwszym człowiekiem, przynajmniej według większości wybitnych filozofów, jak chociażby Hegla czy Schellinga, który naprawdę zajął się pojęciem „ja” był Immanuel Kant. Owo pojęcie jest bardzo istotne w filozofii dialogu. Dlatego uważam, że nim powinniśmy się zająć w szczególności. Zaraz to wyjaśnię… – W tym momencie na schodach rozległo się głośne „łubudu”. To wujek Immanuel zbiegł po schodach ze swojego gabinetu. - Eureka, Eureka! – Wykrzykiwał z całych sił. Wpadł do pokoju i położył jakąś książkę na stoliku obok fistaszków. Wyglądał, jakby przed chwilką wyskoczył ze swojego portretu. Taki sam frak i monokl w oku. Różnił się jednym szczegółem – cylindrem na głowie. –Eureka, gdzie się podziałaś? – Z kuchni, niskim basem rozległo się szczekanie. Wgramolił się ospałym krokiem ogromny pies rasy bernardyn. Usiadł przed swoim panem i ospałym wzrokiem popatrzył mu w twarz. – Idziemy na spacer – Pan oświadczył uroczyście i skierował swój kaczy chód w stronę wyjścia. - Zaczekaj! – Powstrzymała go ciocia. – Dokąd znowu idziesz i co to jest? – Wskazała księgę na stoliku. - “De revolutionibus orbium coelestium.” Dzieło Kopernika w oryginale, Eureka znalazła dzisiaj gdzieś lesie. Teraz idziemy na spacer, zaraz słońce zajdzie i wzejdą gwiazdy. Poobserwujemy sobie jak przemieszczają się na firmamencie. Acha! Uważajcie na fistaszki. Rene czai się pod stołem, a John jakby szykuje się do przechwytu zdobyczy. – Nie czekając na reakcję gościa i żony, wyszedł.. Po chwili konsternacji, ciocia kontynuowała swoją wypowiedź, jakby zapominając o tym, co leży na stoliku. Dużo dziwnych rzeczy działo się w tym domu, więc nie widziała powodu, dla którego ma dłużej o tym myśleć. - Więc widzisz, nawiązałam do Kanta tylko z jednego powodu. On traktował człowieka poznającego, jako „człowieka przedmiotowego”. Chodzi o to, że „poznanie” przeciwstawiał „wolności”. Człowiek stawał się niewolnikiem tego, co poznawał. Moim zdaniem chodzi o to, że ów byt, którym się zajmował w ramach poznania, ciągle „siedział mu w głowie” i dopóki problemu nie rozwiązał, on go więził. Na pewno nieraz tak miałeś, że jak coś ciebie zaintrygowało, to ciągle o tym myślałeś. No, ale pozwól, że na tym staniemy. Kanta już rozpatrywać nie będziemy. Owszem, to bardzo ciekawa postać, ale teraz zajmiemy się jego uczniem – Fichtem. Według niego „Ja”, to jest to, co naprawdę istnieje, to, co każdy znajduje w swojej świadomości. Swego rodzaju – samowiedza. ( Teraz zaczyna się moja praca, muszę podać jakieś źródło, z którego ciotka czerpie swoją wiedzę i jednocześnie dowód na to, co mówi, słuchaj: „Fichte pojmuje Ja nie jako ogólne czy absolutne, ale jako tylko ludzkie Ja. Tym, co jedyne i naprawdę istnieje, jest Ja, jakie każdy znajduje w swojej świadomości. Wszystko jest dla każdego ustanowione tylko przez jego Ja. Mocą tego transcendentalnego aktu, to znaczy aktu dopiero warunkującego empiryczną świadomość Ja poprzedzającego, mocą tego aktu samowiedzy ustanowione jest dla każdego człowieka całe uniwersum, które właśnie dlatego istnieje tylko w świadomości.” (F. W. J. Schelling, {i}System idealizmu transcendentalnego{/i}) – mam nadzieję, że wystarczy) A tożsamość, to jest „Ja”, które pozwala uświadomić, że jesteśmy całością. (Lecimy: „Tego bytu wszakże nie należy mylić z tożsamością. Jeśli mówię: Ja jestem Ja, to podmiot (Ja) i przedmiot (Ja) nie są tak połączone, że nie można przeprowadzić żadnego podziału, nie szkodząc istocie tego, co ma być podzielone; przeciwnie, Ja jest możliwe wyłącznie dzięki temu oddzieleniu Ja od Ja. Jakże mogę powiedzieć Ja! Bez samowiedzy? Jakże zaś jest możliwa samowiedza? Dzięki temu, że ja siebie przeciwstawiam sobie, oddzielam siebie od siebie, a mimo tego podziału w tym, co sobie przeciwstawiam, rozpoznaję siebie jako to samo. Ale jak dalece to samo? Ja mogę, ja muszę tak zapytać; w innym aspekcie bowiem jest ono sobie przeciwstawione, a zatem tożsamość nie takim połączeniem przedmiotu i podmiotu, które byłoby absolutne, a więc tożsamość nie równa się absolutnemu bytowi.” (Johnan Gottlieb {i}Fichte Urteil und Sein{/i} część druga: {i}Sein{/i}) Teraz dochodzimy do pojęcia „Ty”. Fichte przeciwstawia w swojej filozofii „Ty” jako „Przeciw-Ja”, chociaż „Ja” i „Ty” nie są określone jako człony przeciwstawne. Możliwość przełamania niezgodności pomiędzy „Ja” i „Przeciw-Ja” istnieje dzięki prawu etycznemu. Inny człowiek nie jest dla „Ja” jedynie rzeczą, ale jest przede wszystkim osobą. To bardzo istotne rozróżnienie powiązane jest z koncepcją „filozofii praktycznej”. (Tego możemy doszukać się w dziele Fichtego: {i}Das System der Sittenlehre{/i}) Ostatecznym celem człowieka jest jego związek z kulturą, który Fichte uważał za gwarancję realizacji czynu moralnego. Jednostka, działając przystosowuje zewnętrzny świat zmysłowy do wymogów określonych przez idee, rozum i wolność. Człowiek jest więc tym samym co wola moralna podmiotu. Powinnością człowieka jest doskonalenie samego siebie, przez zwalczanie cech indywidualnych, różniących ludzi i zbliżenie do ogólnoludzkiej wspólnoty duchowej. Każdy człowiek posiada własną indywidualność i swoje miejsce w etycznym porządku świata. W każdym jednak prawo etyczne wyraża się w inny sposób, bo każdy posiada swe sumienie. Ustalenie „Ty” to konieczny warunek mojej świadomości. „Ty” zostało doświadczone jako określone ciało umieszczone w przestrzeni. Wtedy moje spotkanie z tym „Ty” nie różni się zbytnio od kontaktu z „rzeczą”. „Ty znajduje się tak samo jak „Ja” nie naprzeciwko zamkniętego świata, lecz w nim. Jest ciałem różniącym się od innych i stającym się częścią pomiędzy innymi częściami. Summa summarum, w ten sposób dochodzimy do stwierdzenia, że człowiek jest doświadczony, a nie wydedukowany. (zbiór dzieł Fichtego sprzed 1795 roku) - Uaa… nie wiedziałem, że to takie złożone! Ale mów dalej, ciekawe! – Filip odrobinę skonfundowany, przerwał monolog cioci. - Teraz przejdziemy do języka. – Ciocia uśmiechnęła się. – ale może na chwilkę zrobimy małą przerwę? Chcesz rozprostować nogi? Bo to jeszcze będzie długa rozmowa… Załapałam, o co chodzi – puściła oko do chłopca. - Jeszcze możesz mówić. Na razie nie uciekam nigdzie myślami. – Rene wskoczył chłopcu na kolana i dobrał się do fistaszków. Jako, że nikt nie zaprotestował, pewna siebie papuga, również przyłączyła się do wyżerki. Ciocia kontynuowała swoją wypowiedź. - No więc język… Wzajemne oddziaływanie „Ja” na „Ty” i „Ty” na „Ja” odbywa się za pośrednictwem języka. - Odkrywcze, naprawdę… - chłopiec zainteresował się zwierzakami. - Słuchaj dalej. Fichte ujął język w aspekcie sensu i bytu. Uważał, że podstawowym zagadnieniem języka jako znaku, jest powodowanie poznania, nie ograniczającego wolności osoby „zagadniętej” ani osoby „mówiącej”. Twór języka jest z jednej strony środkiem powodującym poznanie, ponieważ „Ty” chce przez mówienie wywołać w „Ja” postawę poznawczą. Z drugiej zaś strony, jest równocześnie celem poznania, ponieważ „Ja” chce zrozumieć to, co zostało powiedziane. Wzajemne oddziaływanie jest warunkiem ludzkości, ponieważ tworzy wspólnotę. (O, mam bombowy cytat! „To wzajemne oddziaływanie przez znaki jest warunkiem ludzkości, ponieważ człowiek nie jest sam, lecz tworzy wspólnotę. A więc tak, jak na pewno istnieją ludzie, tak istnieją znaki; tam gdzie jest człowiek, jest ich więcej – są oni połączeni ze sobą za pośrednictwem pojęć zapośredniczonych przez znaki. To wzajemne oddziaływanie jest językiem w ogólnym sensie, bez którego człowiek nie może egzystować.” (wypowiedź Fichtego w jednym z wielu dzieł.)) - Ciociu, a co z pismem? Pamiętam, jak razu pewnego postanowiłem, że w szkole nie odezwę się ani słowem. Ciężko było, bo nieraz same słowa typu „przepraszam” mi wypadały… - Dobrze, że ci wypadały. Po prostu świadczy to o tym, że jesteś bardzo empatyczny i w odpowiedniej etykiecie ciebie wychowano. - Dzięki. - Mnie nie dziękuj, podziękuj swoim rodzicom. - Dobrze, na pewno to zrobię, ale teraz posłuchaj mnie proszę. Nieraz musiałem napisać, co chcę powiedzieć, bo absolutnie nie mogłem się porozumieć! - Pismo to po prostu zapisanie mowy. Jakby ujęcie znaku - mowy w znaku - piśmie. A co, zaskoczyło ciebie określenie „mowy” jako „znaku”, tak? - Tak, ale już wszystko jasne! - Tak mi się podoba Twój uśmiech, aż nie chcę go przerywać. Ale chcę ciebie przestrzec, że to dopiero pierwszy z trzech twórców pojęcia „Ja”, „ty” itp. Teraz zajmiemy się drugim w kolejności – Ludwigiem Feuerbachem. - Bynajmniej mnie to nie odstrasza. Wręcz przeciwnie, zaczyna mnie fascynować. - Cieszę się. Więc zaczynamy! Ludwig Feuerbach studiował dzieła Fichtego, ale nie zgodził się z nimi. - Ludzie, nie spodziewałem się, że można w pojęciu „Ja” odkryć coś jeszcze. Myślałem, że on tylko to uzupełni! Czasami się zastanawiam, jaki sens ma takie myślenie. Ot, myślenie dla myślenia. Całe stulecia ludzie się nad tym nie zastanawiali i raptem zaczęli odkrywać coś, co ogólnie się nie przydaje. Dziwne, ale posłucham… - Widzisz Filo, tutaj się z Tobą nie zgodzę. Całe stulecia ludzie myśleli, że Ziemia jest płaska i co, źle im się żyło? Zobacz na to, co wujek zostawił na stole. - No… dzieło Kopernika. - Właśnie. Gdyby ktoś tym, tak zwanym przez ciebie, „niepotrzebnym” pojęciem nie zajął się, kto wie czy dzisiaj byśmy tutaj siedzieli i popijali herbatkę. - Aż takie mogły być tego konsekwencje? - Jeżeli rozpatrzymy teorię strun i teorię chaosu, to tak… - Tak mówisz? - Tak mówię. – Zwierzaki opróżniły całą miseczkę z orzechami. Kartezjusz poszedł do swojej budki pod sufitem, a Lock poleciał do swojego gniazdka na półce z książkami. Udały się na nocny spoczynek. – Dobrze, zwierzaki już nie będą nam przeszkadzały, to mogę kontynuować o Feuerbachu. - Bardzo proszę. - Od początku. Ferdynand Ebner określił Ludwiga Feuerbacha mianem „odkrywcy dialogu”. Feuerbach studiował dzieła Fichtego, ale wykorzystał „Ja” jako podstawę „nowej filozofii”. Posłużył się Ja-zasadą, zasadą dedukcji. Teizmowi Fichtego przeciwstawił swój ateizm, a spekulatywnemu idealizmowi, spekulatywny empiryzm. Feuerbach chciał znieść dualizm pomiędzy duszą a ciałem. Dla niego człowiek jest jednością. Inaczej niż Fichte traktował „Ja”. Nie było to dla niego myślenie, czysta świadomość. Traktował „Ja” jako odczuwanie, świadomość ciała. (Ciocia kiedyś przeczytała w oryginale: {i}Uber den Afang in der Philosophie{/i} Feuerbacha. Stąd wyczytała tą myśl) Według niego teologia ograniczała się do antropologii. Istotą człowieka jest logos. Uważał, że on jest wspólny wszystkim ludziom. Jest jeden, nieskończony. Ale świadomość dominuje nad nim. Rozum jest pierwotnym rozpoznaniem samego siebie. Rozum może być określony jako poznające myślenie, skierowane do przedmiotu. Świadomość poprzedza samoświadomość. Jest ona czystą formą świadomości. Jest abstrakcyjna, niekonkretna. Przejawia się w formie myślenia. Dla Feuerbacha człowiek myślący odrzucał indywidualność. Dlaczego? Bo przedmioty pobudzają zmysły! Dla wielu ludzi mogą to być dokładnie takie same przedmioty. Wizualnie chociażby. Powiedzmy taki telefon komórkowy. To, jak ty spostrzeżesz ten telefon, tego już nikt nie odbierze tak jak ty. Powiedzmy, że nie podoba ci się jego kształt i wielkość wyświetlacza. Własnego spostrzeżenia nie będziesz mógł przekazać. Oczywiście wtedy i tylko wtedy, kiedy nie posłużysz się czymś pochodnym mowy lub mową. To jest twoje i tylko twoje spostrzeżenie. Tak samo jest w drugą stronę. Może mi się nie podobać ten telefon, a tobie z kolei podobać. Ale nie będziemy mogli o tym się od siebie dowiedzieć. - Pod warunkiem, że nie posłużymy się mową. - Dokładnie! – Ciocia uniosła palec wskazujący ku niebu. – Inny człowiek zrozumieć to może tylko dzięki myśleniu! Według Feuerbacha, jedność ludzi znajduje się w myśleniu. – Ciocia na chwilę zamilkła. Minę miała, jakby szukała swoich myśli. Przypomniała sobie o palcu, uniesionym na ręce gdzieś miedzy absolutem a gają. Przymrużyła oczy, poprawiła okulary na nosie drugą ręką i zauważyła odrobinę ziemi pod paznokciem. Opuściła dłoń i wydłubała ziemię. Nie zwracając uwagi na Filipa, poszła do kuchni umyć ręce. Stamtąd, gdy tylko jej fartuch zniknął za futryną, dobiegły do niego słowa: – Feuerbach uznał takie zjawisko jak „miłość”. Kiedy myślące indywiduum zakocha się, znika w rozumie powszechnym, ale i jednoczy się w swoistej wspólnocie owego rozumu. Miłość wznosi cielesność indywiduum do sfery duchowej. – Szum wody wypływającej z kranu przerwał połączenie między krtanią cioci, a rozumem Filipa. Wycierająca szmatką ręce Zofia, wróciła do pokoju. Rzuciła szmatkę na oparcie fotela, po czym na nim usiadła. Wyciągnęła dwie dłonie ku niebu, by przyjrzeć się, czy aby na pewno dobrze je wyszorowała. W końcu uspokoiła się i kontynuowała. – Poprzez taką dedukcję Feuerbach doszedł do pojęcia „relacja człowiek – Bóg”. Ale nie uznał jego istnienia de facto. Uważał, że Bóg jest tylko formalną różnicą w relacji „człowiek – człowiek”. Bóg zawiera te same określenia co człowiek, tylko jest na poziomie nieokreślenie wyższym. Jest przypadkiem idealnym. Takim limesem, do którego się dąży. ((…)tylko formalna różnica powstaje między Bogiem i człowiekiem, (…) w Bogu są te same określenia, co w człowieku, tylko w Bogu są urzeczywistnione w stopniu nieskończenie wyższym niż w człowieku (…) człowiek bowiem w Bogu rozpoznaje tylko siebie (…) L. Feuerbach, {i}Wybór pism{/i}) - Ciociu, błagam, tylko nie matematyka! - Ha, ha, ha. A co, nie lubisz? - Lubię, ale nie granice! Nijak nie mogę pojąć, że zero może być dwustronne, albo nieskończoność może być inna od nieskończoności… - Dobrze, wyjaśnię ci to innym razem. Pozwól mi teraz kontynuować, bo stracę wątek. - Bardzo proszę. - Feuerbach przeciwstawił swój sensualizm Heglowskiej pewności powstania. Jego idealizmowi i racjonalizmowi. Chciał rozdzielić to, co przynależy tylko przyrodzie od tego, co należy tylko do człowieka. Feuerbach nie uważał monologowania z samym sobą za myślenie. On rozumiał myślenie jako podstawową funkcję służącą do komunikowania się z innymi. Ale podkreślił, że to, co na przykład ty myślisz, nie musi od razu być zrozumiane przez całą ludzkość. Wystarczy, że ktoś jeden ciebie rozumie, reszta może to zbagatelizować i uznać za herezje. (Myśl zapożyczona z {i}Gott,Freiheit und Unsterblichkei vom Standpunkt der Antropologie{/i} L. Feuerbacha) Pewność rzeczy jest pewnością potrzeb określanych dialektycznie. Świat jest tym, co zaspokaja potrzeby człowieka. Feuerbach uważał doświadczenie za granicę oddzielającą nie tylko człowieka od człowieka, ale też od innych stworzeń. Podzielił świat na dwie strefy: 1. Strefę ludzi i kontaktów międzyludzkich 2. Strefę poza ludzką, innych stworzeń. Przypomniał mi się Wilk. - Jaki wilk? - Ten co ci się przyśnił. - Przecież mi się nie przyśnił, ja go spotkałem na ścieżce, tak normalnie, był… - Tak, tak… - Ciociu! - Dobrze, był – uśmiechnęła się. – Nawet to udowodnimy. To trzeba zająć się jego przypadkiem. - Jakim przypadkiem? - Miłości. - Ale już o tym była mowa… wspominałaś już o Bogu. - Tak, ale nie o to mi chodzi. Feuerbach stwierdził, że konkretna świadomość nie istnieje bez świadomości gatunku. Związek „Ja” z „Ty” szczególnie nabiera znaczenia, kiedy jest to związek między kobietą a mężczyzną. Ogólną potrzebą człowieka jest posiadanie innego człowieka. Nie ma w tym nic dziwnego, bo to jest fundamentalna potrzeba płci. Mężczyzna w kobiecie, którą kocha odnajduje cel swojego życia, tak samo kobieta w mężczyźnie. Dla autora tej myśli był to „praktyczny ateizm”. Miłość jest cierpieniem i tylko to jest znakiem prawdy egzystencjalnej. Każdy rodzaj miłości, jak to Grecy określili – Amor, Caritas i Eros – miłość metafizyczna „kocham dlatego że…”, miłość ontologiczna „kocham pomimo że…” i miłość fizyczna, są rzeczywistym, prawdziwym, ontologicznym dowodem naszego istnienia. Mężczyzna i kobieta mogą być używani jako pojęcia syntetyczne, które i a posteriori i a priori są wyprowadzeni z innej istoty. (Źródło myśli: {i}Zasady filozofii przyszłości{/i} i {i}Uber Spiritualismus und Materialismus{/i} Feuerbacha) Jeżeli kiedykolwiek, Filipie, cierpiałeś tak jak Wilk z powodu miłości, możesz powiedzieć – istnieję. Cierpiałeś kiedyś? - … - Rozumiem. Istniejesz. Podsumujmy teraz filozofię Feuerbacha. Uważał on, że specyficzną cechą ludzkiej istoty, jest jej stosunek do „innego”. Istnienie ludzkie jest szukaniem jedności człowieka z innym człowiekiem. To wszystko sprowadza się do tego, że w taki sposób, według niego oczywiście, znaczenie pojęcia „Ty”, należy do pojęcia „Ja”. Do rzeczywistej istoty człowieka należy rzeczywisty świat. Świat odkrywa się w swojej prawdzie dopiero dla pojęcia „Ja” i „Ty” ich konkretnym współbyciem. „Ty” jest przedmiotowym, obiektywnym „Ja”. „Inny” jest otwartym wnętrzem każdego „Ja”. Pierwszym, fundamentalnym przedmiotem człowieka jest drugi człowiek, który ma możliwość stania się przedmiotem, ale również zostania indywidualnym. Sprowadza się to do tego, że dbanie o dobro „Ja” jest również dbaniem o dobro „innych”. Moralność nie może powstać, być wyprowadzona tylko z jednego „Ja” lub czystego rozumu. Może być wyjaśniona i powstać tylko w związku „Ja” i „Ty”. To tyle o Feuerbachu, teraz przejdziemy do Bubera. - Ech, to coś jeszcze może być dodatkowo wymyślone? - Źle, nie wymyślone. Zaobserwowane i wydedukowane. – Ciocia puściła oko do Filipa. - Jasne. - Martin Buber uważał, że nasze życie jest jedną, wielką tajemnicą przez cały czas. Nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, do jakiego końca zmierzamy. Całe życie nas będzie zaskakiwało, nie uda nam się przygotować na wypadki. Jedyne, co jest konkretne, to pojęcie „mowy”. Rzeczywistość ma się przed nami wypowiadać. Ma nas zagadywać. Nie da się tej przemowy zapisać żadnym alfabetem, bo ona nie ma brzmienia, nie da się jej w całości zrozumieć. Mówienie samo w sobie jest przyjęciem postawy „Ja-Ty”, to jest tak zwane zagadnięcie, ale omówienie, to już przyjęcie postawy „Ja-To”. I tutaj zaczyna się całą ciekawa filozofia. Relacje „Ja-Ty” i „Ja-To” nie są stałe. Ciągle przenikają się, przemieniają jedna w drugą. „To” jest pewną subiektywnością „Ja”. Obejmuje działający podmiot i przez niego wymyślony świat. Relacja „Ja-To” jest postrzeganiem świata dookoła siebie. „To” jest abstrakcją, nie ma pełnej wartości. Kiedy „Ja” obserwuje świat „To”, znajduje się w świecie projekcji – abstrakcji. Sam się znajduje w świecie „To”. „Ja” w postaci „Ja-To” nie posiada pełnej istoty filozoficznej. (Czytaj: {i}Dialogische Prinzip{/i}; dalej jako {i}DP{/i} Martin Buber) Pod pojęciem „paradystansu”, czyli pewnymi procesami samoświadomościowymi człowieka w konkretach ze światem „To”, Buber rozumiał moment, w którym realizuje się zasada „bycia człowiekiem”. To proces zdystansowania się „Ja” od otoczenia. „Paradystans” to abstrakcyjny proces badania w płaszczyźnie antropologicznej. Abstrakcja jest procesem budowania swojego świata, takiego, w którym chcemy być. W tej przemianie z paradystansu do kontaktu ze światem, spełnia się cała istota bycia człowiekiem. Bo tam, gdzie nie ma miejsca na kontakt, relację, jakiś stosunek, tam samo z siebie następuje zdystansowanie. Byty znajdujące się na przeciwko siebie, stają się jakby przedmiotami. Świat jest syngularystyczny, a pluralistyczny jest świat dialogiki. Świat „To” zależy od czasu i przestrzeni, a świat „Ty” nie. „Świat-Ty” różni się od „świata-To” tym, że ten pierwszy jest sam w sobie porządkiem, a ten drugi – podporządkowaniem. Teraźniejszość „Ty” jest rzeczywistością, teraźniejszość „To” jest przeszłością. (Wracając do mojej roli: „Świat-To jest zależny od przestrzeni i czasu. Świat-Ty nie jest zależny od przestrzeni i czasu” M. Buber, DP i Ich und Du)

W międzyczasie kotka Szeherezada przeciągnęła się i zeskoczyła z kominka. Siedząc przez chwilę na podłodze, przyglądała się postaciom w fotelach. Polizała sobie łapkę i umyła się za uchem. Usłyszała, że coś skrobie pod półkami na ksiązki. Podeszła zaciekawiona. Wsadziła obie łapy pod mebel i próbowała coś wyciągnąć. Zauważył to Filip. Przerwał cioci swoją uwagą, że kotka coś wyprawia. Podszedł zaciekawiony. Klęcząc, pomógł Szeherezadzie wyjąć dziwne „coś”. Był to żółw czerwonolicy finezyjnie przez ciotkę nazwany Sindbadem. Razem z nim, spod mebla, wysunęła…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych