Wróć do katalogu

Hiszpańska krew

Opowiadanie o corridzie.

Marian, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Co może robić samotny facet w Madrycie w niedzielne popołudnie, gdy nie zna miasta, ma niewiele pieniędzy, a koniecznie chce zażyć Hiszpanii? Może pójść na mecz Realu lub Atletico, ale to za duży wydatek i biletów już nie dostanie. Może łazić po Gran Vía lub siedzieć na Plaza de España, ale to nudy na pudy. Zostaje mu tylko jedno – corrida. Ale, czy wypada cywilizowanemu człowiekowi oglądać takie widowisko? Co by powiedzieli na to obrońcy przyrody? Co powiedzieliby znawcy dobrego smaku na taką barbarzyńską rozrywkę? Co by powiedział ksiądz proboszcz na taki grzech? A pies z nimi tańcował! Postanowiłem się upodlić, zbłaźnić i pójść na corridę. – Chce pan bilet po stronie sombre czy sol? – zapytała pani sprzedająca bilety. Bilety po stronie sombre, czyli w cieniu, były dużo droższe niż te po stronie sol, czyli w słońcu. Kieszeń miałem pustawą i już miałem powiedzieć „sol”, gdy usłużna sprzedawczyni pospieszyła mi z pomocą, mówiąc: – Proponuję sombre, bo dzisiaj jest bardzo gorąco. Cóż było robić? Kieszeń zabolała, ale kupiłem bilet po stronie sombre i metrem pojechałem do Plaza de Toros de Las Ventas. Przywitała mnie czerwonawa budowla o kształcie Colosseum z bramą wejściową w mauretańskim stylu. Z wiszących tam plakatów dowiedziałem się, że dzisiaj zostanie zabitych sześć „toros bravos”, a dokona tego trzech matadorów. Zapowiadała się niezła jatka. Wszedłem. W środku wszystko przypominało stadion piłkarski, tylko zamiast boiska była wysypana żółtym piaskiem arena o średnicy około pięćdziesięciu metrów. Otaczało ją kilkadziesiąt dość stromo wznoszących się betonowych kręgów z ponumerowanymi miejscami do siedzenia. Znalazłem swoje miejsce, usiadłem na gołym betonie i od razu poczułem wdzięczność do sprzedawczyni biletów, która wmówiła mi miejsce w cieniu. Gdybym siedział w słońcu, to mój tyłek byłby wkrótce przypieczony jak wołowy stek – i to nie średnio. Zrozumiałem też, dlaczego wielu widzów kupowało przy wejściu małe poduszeczki do siedzenia. Strona sombre wypełniła się szybko widzami, na stronie sol nie było prawie nikogo, mój tyłek powoli przywykał do gorącego betonu, więc spektakl mógł się już rozpoczynać. Tak się też i stało. Na arenę weszła niewielka orkiestra grająca skoczny marsz, a za nią trzech matadorów ze swoimi drużynami. Wszyscy w kolorowych, kapiących od ozdób strojach, w czarnych pierożkowatych kapeluszach, przemaszerowali przez pół areny i skierowali się w moją stronę. Potem orkiestra umilkła, a oni stanęli i oddali tymi śmiesznymi kapeluszami głęboki pokłon. Niestety nie kłaniali się mnie, tylko osobom siedzącym w loży honorowej. Jak się później dowiedziałem, w tamtej loży siedział prezydent corridy, który zarządzał jej przebiegiem. Po paradzie na arenę wszedł człowiek z wielką tablicą, z której dowiedziałem się, że pierwszy byk będzie ważył prawie sześćset kilogramów i pochodzi z hodowli Trillo. Potem ukazał się pierwszy matador z trzema pomocnikami i wypuszczono byka. Wielkie czarne zwierzę wybiegło na środek areny, stanęło i rozejrzało się. Następnie ruszyło biegiem wzdłuż bandy, jakby szukając wyjścia. Torreadorzy z kolorowymi płachtami zabiegali mu drogę, prowokowali do ataku, a ono biegało w koło, nie zwracając na nich uwagi. Zrozumiałem, że coś chyba jest nie tak, bo widownia reagowała śmiechem i gwizdami. Tę gonitwę przerwał w końcu prezydent, który machnął chustką, pozwalając wypuścić byka z areny. Drugi byk potraktował swoją rolę poważnie i od razu zaatakował pierwszego toreadora. Ten uchylił się wdzięcznie, co widownia skwitowała radosnym okrzykiem: Olee! Kolejni toreadorzy drażnili zwierzę kolorowymi kapami, atakowani odskakiwali, publiczność krzyczała „ole”, a mnie już zaczynało to nudzić. Na szczęście prezydent machnął chustką i ludzie usunęli się za drewniane ścianki, rozstawione w kilku miejscach na obwodzie areny. Byk został sam. Stał, sapał i rozglądał się za czymś, co mógłby zaatakować. Doczekał się, bo na arenę wjechali konno dwaj pikadorzy. Ich konie były okryte prawie do ziemi bardzo grubymi derkami i miały zasłonięte prawe oczy. Pewnie dlatego jechali lewymi bokami przy bandzie. Byk zaraz ruszył na pierwszego konia, uderzył go rogami i docisnął do bandy. Siedzący na tym koniu pikador wbił pikę w byczy grzbiet i naparł na nią całym ciałem. Pod takim naciskiem pika powinna przejść na wylot. Weszła jednak tylko trochę, bo miała tuż za ostrzem poprzeczkę, która uniemożliwiała głębsze wbicie. Byk nie odpuszczał, pikador napierał na pikę, a nieszczęsny koń stał bez ruchu przyparty do bandy. Przerwali to toreadorzy, którzy kapami odciągnęli byka na środek areny. Wtedy zobaczyłem, że jego grzbiet i bok świeci się od krwi. Po chwili rozjuszone zwierzę, opuściwszy łeb, uderzyło w podbrzusze drugiego konia i prawie uniosło go do góry. Pikador odparł atak piką i zmusił je do odwrotu. Wtedy prezydent machnął chustką i toreadorzy z kapami odciągnęli byka na środek areny. Drażnili go tam tak długo, aż pikadorzy zjechali z areny. Zjechali to za dużo powiedziane, bo ich konie wlekły się noga za nogą i zdawało się, że nie dojdą do wyjścia. Potem przyszła kolej na dwóch banderillerów, których zadaniem było wbijanie w kark byka banderilli, czyli kolorowych krótkich harpuników. Pierwszy banderillero, trzymając w uniesionych nad głowę dłoniach dwie banderille, stanął naprzeciw byka i czekał na atak. Gdy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych