Honor kłamstwami karmiony
I rozpoczęli szturm na przeklęte miasto. Nie miał jednak bladego pojęcia, co tam na niego czekało...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sparował cios topora i wyprowadził spodnią kontrę. Jego wielki, dwuręczny miecz odciął przeciwnikowi czerep razem z lewym barkiem. Lata ćwiczeń nie poszły na marne. Doskoczył do następnego gwardzisty i uderzeniem znad głowy rozłupał mu chronioną hełmem czaszkę. Rzucił okiem wokół siebie, oceniając sytuację. Większość żołnierzy wroga w promieniu kilkudziesięciu metrów leżała w wielkiej kałuży krwi. Nastąpił grzmot. Parę sekund potem mur zatrząsł się i w jednym miejscu ściana kamieni runęła, tworząc kolejny wyłom. Niemal natychmiast zaczęły się przezeń wylewać posiłki. Szturm na Nathevę był pierwszym punktem krucjaty, którą zakończyć planowano dopiero w Lacerze. Papież wysłowił się jasno. Niewiernych i heretyków nawrócić można wyłącznie mieczem. Obok stanął sierżant w kolczudze z tabardem, na którym widniały dwa emblematy. Pierwszym był krzyż- święty symbol krzyżowców. Drugim była mantykora- herb jego pana, Atterusa. Chciał coś powiedzieć, ale widocznie miał kłopoty z odezwaniem się. {i}Biedaczysko, nie może znieść widoku tak wielu rozczłonkowanych ciał i tej ilości krwi.{/i} -Idziemy dalej! Ku chwale Boga- powiedział Atterus, bo tak zwał się ów rycerz w białej zbroi. -Robi się, panie- powiedział głosem przerażonym, ale najwidoczniej przyłapał się na tym, bo jego następne słowa były już przepełnione brawurą- hejże! Za panem, łajdaki! Czas bezbożników ćwiartować! -Co to znaczy ćwiartować?- spytał jeden z żołnierzy. -Pieprzeni analfabeci! To znaczy, że macie ścinać ich cholerne kończyny! Trzydziestu zbrojnych biegło już za nim. Gdy dobiegali do skrzyżowania ulic, zza zakrętu wypadli kolejni ubrani na czarno-niebiesko strażnicy. Z ich gardeł wyrwały się okrzyki: -Bij, kto wierny królowi! Bij, kto patriota! Za Nathevę! -Śmierć niewiernym! Na pohybel heretykom!- odpowiedzieli żołnierze Atterusa. Wrogowie rzucili się na jego oddział. Dał znak ręką i natychmiast uformowali szereg w poprzek ulicy i zasłonili się tarczami. Jeden zrobił to zbyt późno. Rozpędzony nathevański pikinier nadział go i dwóch stojących za nim na broń, po czym cofnął się i chwycił miecz. Kilku innych rzuciło się w wyłom. Atterus cofnął się odrobinę i zaczął przepychać się do dziury. Obok niego wrzała już zacięta walka. Nikt nie dawał się trafić, choć w miejscu, gdzie zaatakował pikinier, kolejne kilka drzewców sterczało z ciał cesarskich wojaków, a Nathevańczycy siekli pozostałych. Zamachnął się i ukośnym cięciem rozchlastał dwóch wrogów. Kolejnego przebił aż po jelec. Gdy wyciągał ostrze, poczuł nacisk na naramienniku i- głośniej niż pozostałe dźwięki- usłyszał zgrzyt metalu o metal. Odwinął się zamachując mieczem i wbił go wrogiemu żołnierzowi- po insygniach wiedział, że to porucznik- aż po mostek, przy okazji ucinając rękę w połowie ramienia. Chwilę potem opór został zdławiony. Gdy obejrzał się na swoich, zrozumiał, że jego oddział powoli traci siły. Zaledwie kilkunastu Nathevańczyków zabiło mu dziewięciu spośród trzydziestu i raniło drugie tyle. Wśród rannych czterech było niezdolnych do dalszej walki, a z tych jeden obficie krwawił z kikuta ręki. Atterus nie czekając rzucił miecz i hełm na ziemię, wyciągnął mizerykordię, po czym sięgnął za plecy, chwycił pelerynę i odciął spory płat. Podszedł do żołnierza i obejrzał ranę. -Jeśli zostanie odkażona w ciągu kilku godzin, będziesz żył- powiedział do wojownika- oczywiście, najpierw trzeba zatamować krwotok. Od płata odciął pasek i owinął wokół kikuta, po czym mocno ścisnął. Upływ krwi momentalnie osłabł. Za to żołnierz wrzasnął wniebogłosy. -No co ty, wytrzymujesz jak ci ucinają, a jak chcą wyleczyć to jak baba jęczysz. Co by żona powiedziała?- zażartował jeden ze zbrojnych. -N... nie mam jeszcze żony- powiedział kaleka. -Dajcie mu spokój. Jest młodszy od was- zrugał żartujących Atterus, po czym powiedział do rannego- no to wszystko przed tobą. Jak wyzdrowiejesz, nie czekaj na cud, tylko znajdź sobie kobietę. Trzeciej szansy Bóg może ci nie dać- skończył obwiązywać ranę i dodał- mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Enric, Berhon!- krzyknął na dwóch, którzy byli lekko ranni- znajdźcie wóz i zawieźcie go do namiotu szpitalnego. Nie zwlekajcie! Tak, panie!- podtrzymując go, by nie zemdlał, zaczęli się szybko oddalać. Atterus tymczasem polecił pozostałym rannym, by poszli za tamtymi, a resztę wezwał do siebie. -Nie za dużo ludzi straciliśmy?- spytał jeden. -Być może, ale będziemy walczyć nawet wtedy, gdy zostanie tylko ostatni z nas- odpowiedział rycerz, ale potem dodał- niepokoi mnie jednak to, że jak na razie spotkaliśmy zbyt małe siły. Natheva zawsze słynęła z pokaźnej armii. I dobrze wyszkolonej. Mam dziwne przeczucie, że dają nam fory, skupiając się na obsadzeniu zamku. -To bardzo prawdopodobne- odezwał się ktoś zza jego pleców. Atterus odwrócił się i zobaczył białego rycerza z herbem pantery. No tak, biel ich zbroi była ledwie rozpoznawalna pod krwawym szkarłatem. -Niech mnie Bóg zabierze, jeśli to nie ty, Reihlentirze- zakrzyknął- myślałem, że nie bierzesz dziś udziału w szturmie. -Nie co dzień Najwyższy daje możliwość odkupienia win. -No popatrz, pierwszy raz nie posłuchałeś się swojej Frie. Oby nie ostatni. Ale wyglądasz, jakbyś miał mi co innego do powiedzenia. -Pójdźmy razem. Twój oddział jest zbyt uszczuplony, by wytrzymać drugie takie starcie- powiódł wzrokiem po usłanej trupami drodze i żołnierzach Atterusa- a lubię z tobą wypić piwo i niekoniecznie chcę, by ostatni raz był ostatnim we wszystkich tego słowa znaczeniach. -Zatem trzeba się postarać, by był ostatnim dla tamtych- wskazał na zamek i razem z Reihlentirem oraz oboma oddziałami ruszyli w jego kierunku. -Dobrze powiedziane. Oby Bóg dał nam zwycięstwo. W końcu dotarli tam, gdzie walki były najzacieklejsze. Atterus znów obnażył Rezuna, bo tak nazwał swój miecz na cześć pierwszego człowieka, którego nim zabił, a który taki właśnie przydomek nosił. W jednym miejscu żołnierz Cesarstwa upadł godzony rapierem i nathevański wojak próbował przebić się przez dziurę, ale właśnie wtedy spadło na niego wielkie ostrze. Atterus przeciął mu czaszkę na pół. Wyciągnął miecz i zaszarżował przez wyłom, gdzie teraz tłoczyli się Nathevańczycy. W ostatniej chwili wyrzucił miecz, który wbił się do oporu w pikiniera i idącego za nim piechura. Doskoczył, wziął swój oręż i tym samym ruchem wykonał cięcie. Rozchlastał ciężkozbrojnego od obojczyka, przez klatkę piersiową aż po brzuch. Krew buchnęła mu na zbroję, która i tak była już czerwona. Wykonał kilka szybkich cięć i przez ułamek sekundy wokół niego było puste koło, które jednak szybko zostało zapełnione przez żołnierzy obu stron. Ciął na lewo i prawo, zabijając lub raniąc jednego wroga po drugim. Po chwili z odległości kilkudziesięciu metrów coś ognistego wzleciało w niebo. Nathevańczycy zaprzestali walki i zaczęli uciekać w kierunku zamku, ale najbliższe żołnierzom Cesarstwa jednostki kontynuowały starcie. {i}Doskonałe zagranie{/i}- pomyślał Atterus- {i}ci tutaj i tak nie mieliby nam szansy uciec, a tak chronią tyły tych, którzy już się wycofali.{/i} Nie czekał, tylko złapał Rezuna za rikasso, jakby był bronią drzewcową i, niczym pikinier, wbiegł między wrogów. Nabił niewiernego na ostrze, ale nie przerywał szarży. Wiedział, że jego wojska tylko na tym skorzystają. Krzyżowcy rzucili się w wyrwę, siekąc tych po bokach, którzy mogli zagrozić Atterusowi. Nie zauważył, kiedy opór zniknął. Gdy wypadł po drugiej stronie grupy wrogów, za sprawą siły bezwładności stracił równowagę i upadł na ziemię. Odwrócił się i zobaczył lecące w jego kierunku ostrze. Nie dotarło jednak do jego szyi, gdyż ktoś je sparował i w następnej chwili z klatki piersiowej nathevańskiego strażnika wyrósł miecz innego krzyżowca. Atterus wykorzystał ten moment by wstać i podnieść swój miecz. -Za mną!- krzyknął już będąc w drodze tam, gdzie wycofywały się wrogie wojska. Zamek był coraz bliżej. Grupa przekroczyła ostatnią linię domów i wybiegła na plac, który okalał fosę. Z innych uliczek również wysypywały się cesarskie wojska. Wrogowie już przekraczali most, ale spora grupa nadal nie zdążyła do niego dojść. Atteus, między innymi żołnierzami i rycerzami rzucił się w ich kierunku. Coś mu się jednak nie zgadzało. Otwarta przestrzeń, a naprzeciw zamek. Byli idealnymi celami dla kuszników. {i}Na ziemię!{/i}- usłyszał w głowie. Posłuchał.
Bełty posypały się na nich niczym deszcz. Usłyszał krzyki, zgrzyty i stłumiony łoskot ciał uderzających o ziemię. Wstając, zobaczył coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Większość bełtów była nathevańska, o niebieskich lotkach. Nie wszystkie. Niektóre były dłuższe, a ich czarno-szkarłatne lotki były przystrzyżone w kształt błoniastych skrzydeł. Te wystawały, z jednym jedynym wyjątkiem, wyłącznie z ciał rycerzy. Ciał. Z tej odległości były w stanie przebić najlepsze cesarskie pancerze. Podejrzewał to od chwili, gdy zobaczył lotki. Wiedział, co oznaczały. -Odwróóót!!! Wtedy właśnie spojrzał na bełt wystający z klatki piersiowej jego sierżanta, który biegł tuż za nim. {i}Był wymierzony we mnie!{/i} A więc był szczęściarzem. Złapał go i wyszarpnął z ciała. Potem pobiegł w stronę alejki, najszybciej jak tylko potrafił. -Co to do cholery było?- spytał Reihlentir, który nie zdążył wbiec na plac. -Lacerańscy snajperzy. -Powiedz, że żartujesz. -Obawiam się, że nie- pokazał bełt Reihlentirowi- tylko revory używają takich pocisków.
Szturm stanął w miejscu. Nikt więcej nie zbliżył się do placu, a wśród żołnierzy rozeszła się plotka o magach, demonach i nie wiadomo czym, broniącym Nathevy. Kluczowe punkty zostały obsadzone przez kuszników stojących po stronie krzyżowców, by zapobiec ewentualnemu kontratakowi. Santoryci, bo tak brzmiała nazwa zakonu Białych Rycewrzy Obrońców Ziemi Świętej, zostali wezwani na naradę. Atterus się nie spieszył. Santoryci usadowili się w całkiem ładnej willi, której struktura nie została nadmiernie uszkodzona w trakcie ostrzału armatniego. Atterus był w pobliżu i sądził, że chwilę zajmie, nim wszyscy będą na miejscu. Z czterdziestu ludzi nie pozostał mu nikt zdolny do walki. Ostatni zginęli na placu, podczas deszczu bełtów. Jego pancerz był wykonany z tak zwanego „boskiego metalu”. Jako że Atterus miał słabość do nauki, udało mu się dociec, że Laceranie używali go na jeszcze większą skalę i nazywali „mithrilem”. Pancerz wykonany z tego metalu mógł z łatwością odbić standardowe, stalowe bełty, a lacerański w niego nie trafił. Skończył czyścić swój ekwipunek z brudu i krwi i poszedł do willi. Tam zostawił go w przydzielonym mu pokoju i wyszedł do wielkiego przedsionka. Ponad połowa rycerzy zdążyła już zająć swoje miejsca. Usadowił się na ustawionej tam ławie, która była najbliżej stołu z mapą. Nie powinien, zważywszy na jego stopień, ale miał ku temu powody. Jeszcze kilkunastu rycerzy weszło, nim w końcu pojawił się Mistrz Otto. -Czy możemy założyć, że pozostali nie żyją? -Niektórzy jeszcze nie przyszli. Poza tym, kto może przebić nasze pancerze?- ktoś spytał. -Laceranie- wtrącił się Atterus. -Zgadza się, ale ich tutaj nie ma. -Mam powody, by sądzić, że jest inaczej. -Takie jak?! -Takie jak ten- wstał, podszedł do stołu i położył na nim bełt. Był misternie wykonany. Grot dzielił się na dwie części. Nienaruszona sekcja szczytowa była idealnie czarnym szpicem, który się nie błyszczał, a wokół niego unosiła się czarna mgiełka. Część tylna była poszarpana- już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że przedtem składała się z kruchych, żelaznych odłamków, których zadaniem było rozprysnąć się wewnątrz rany- powiedz, kto inny używa takiej amunicji? -Czy to ma znaczyć, że... -Tak. Nathevę w obronie wspierają revory. Być może coś dużo, dużo gorszego. -”Coś dużo gorszego”? Wiedziałem, że coś ukrywasz- wypomniał mu Reihlentir- myślę, że powinieneś powiedzieć. -Revory rzadko w takich wypadkach działają na własną rękę. Cholera, to będzie długa historia... powiedzmy, że zaczęło się pięć lat temu, w czasie mojej pierwszej misji na północ od Cesarstwa. Wtedy, nieświadom zagrożenia, rzuciłem się z oddziałem na podążającą tą ścieżką grupę revor. Ale o tym chyba czytałeś, mistrzu Otto, w moim raporcie. Tak więc mnie, jako jedynemu, udało się uciec. Wyrżnęły nasz oddział mimo że mieliśmy czterokrotną przewagę liczebną. A teraz to, co w raporcie bałem się napisać. Jedna z tych revor walczyła szczególnie dobrze. Miała ogon i cztery, zamiast pięciu, palce u każdej ręki. Wojownik ten miał czarny, rogaty hełm. To musiał być demon. Po powrocie robiłem, co mogłem, by jak najwięcej dowiedzieć się o revorach, demonach i ich wzajemnych relacjach, a także o metodach ewentualnej walki z tymi ostatnimi. Trafiłem na kilka manuskryptów w nieznanym nam języku. Próbowałem je odszyfrować na własną rękę i doszedłem do tego, że każdy z demonów ma grupę podobnych mu revor i jest dla nich rodzajem oficera, gdy przychodzi do walki. -Jak mogłeś tego nie napisać? Przecież z taktycznego punktu widzenia to kluczowa informacja. -Powiem więcej. Trafiłem na wzmianki o istotach przez revory zwanych Iq'taarav. Opisywały je jako ogromne, skrzydlate istnienia. Notatki te wskazywały na jakiś związek tych bytów z demonami, czemu oczywiście się nie dziwię, ale za nic nie mogłem przetłumaczyć, na czym ten związek miałby polegać. -To znaczy, że nie dość, że w zamku Nathevy prawdopodobnie znajduje się demon, to jeszcze możemy spodziewać się tych... Iq-coś tam? -Nie wykluczone. -Zatem cały szturm może trafić szlag. -Przynajmniej dopóki nie znajdziemy innej drogi do wnętrza zamku. -Istnieje takowa? -Z dużym prawdopodobieństwem, tak. I jestem niemal pewien, że jest to przejście podziemne. -Tylko ja mam takie wrażenie, czy zaczynasz opowiadać bajki? Dobra, udowodniłeś, że są tu revory, ale nic ponadto. Jesteś szalony, nie mądry! Przestań marnować nasz czas- po tym Otto zwrócił się do reszty- wyprowadzić go! Nikt nie musiał. Atterus sam udał się w kierunku wyjścia. Gdy tylko zamknął drzwi swojej kwatery, usłyszał obcy głos w swojej głowie. {i}Pozwól im zaprzeczać prawdzie. Przecież to głównie ich życia próbujesz ratować. Wydajesz się godny. Bezinteresowny. Ocal ich sam, nawet jeśli tego nie chcą!{/i} Uznał, że Otto mógł mieć trochę racji. Tak pewnie zaczynało się jego szaleństwo. Te pewnie przez ten bełt i jego magię. Może był zatruty? Musiał jednak przyznać, że to był dobry pomysł. Miasta takie jak to muszą mieć system przejść podziemnych dla szpiegów i jako droga ewakuacji dla możnych. Prawdopodobnie niedługo zamknęliby go jako szaleńca. Nie, na to nie mógł pozwolić. Wymknie się w nocy. Normalnie byłby w tej chwili głodny, ale nie dziś. Dziś był zbyt wściekły.
Obudził się około północy, tak mu się przynajmniej zdawało. Pęcherz domagał się opróżnienia. Ponieważ był przezorny, przywdział kolczugę, hełm i zarzucił na plecy Rezuna. Powietrze na zewnątrz było chłodne, rześkie. -Hej, hej, gdzie to się idzie z taką kosą- usłyszał pytanie przechadzającego się wartownika. -Za potrzebą. -A to w izbie nie ma latryny? -I przejść się też chcę. Spać nie mogę. -Dobra, dobra, idźże już. Poszedł w stronę parku. Gdy był już przy poszarpanym ogrodzeniu, zobaczył jakby dwa błyski. A potem sylwetkę na dachu któregoś z budynków. -Hej, ty tam, złaź stamtąd- zakrzyknął i wtedy zdał sobie sprawę, że widział tylko jeden rodzaj istot, których oczy świeciły. Cokolwiek jednak to było, już nie znajdowało się na dachu. Obnażył Rezuna i pobiegł za budynek. Kilka przecznic dalej, za rogiem, zobaczył ruch. Natychmiast rzucił się w pościg. Kilka razy postać skręcała. Była coraz dalej, ale nie tracił jej z oczu. W końcu zauważył, że istota skryła się w jednym z budynków. Zwolnił i chowając się co chwila za przeszkodami podbiegł i zajrzał przez okno. Postać widocznie go nie widziała, bo najwyraźniej od momentu wejścia kucała w bezruchu, celując w drzwi z dziwacznej kuszy. W końcu zaczęła się cofać. Patrząc z bliska, był w stanie rozpoznać, że była kobietą. Mówiono mu, że revory były wynikiem spółkowania ludzi z demonami. To, co dawniej przeczytał zdawało się temu całkowicie przeczyć. Obce zwoje opisywały ich jako ludzi poddanych zmianie, którzy dokonali czegoś w stylu paktu krwi. Papież nazwałby ich satanistami, ale on temu też nie wierzył. Każdego dnia miał coraz mniej zaufania dla tego, czego go uczyli. Zawsze okazywało się niedokładne, nie do końca prawdziwe, albo też kompletną bzdurą. Z drugiej strony, miał do dyspozycji zapiski samych revor. Nie sądził by kłamali w zwojach przeznaczonych tylko dla ich rasy, a te zostały znalezione w ruinach jakichś miast. Ich miast. Wtedy go zauważyła. Uchylił się akurat na tyle szybko, by lotki bełtu, który przebił szybę, zaledwie otarły mu się o czubek hełmu. Przebiegł do drzwi, wykopał je i z obnażonym Rezunem wparował do środka- na pewno nie była w stanie przeładować swojej broni tak szybko. Ale tam nikogo już nie było. Zapamiętał, w którą stronę cofała się revora i sprawdził podłogę. Nic. Wstał zrezygnowany. I wtedy zobaczył lekko uchylone drzwi. Podszedł do nich, starając się nie robić hałasu. Stanął po stronie zawiasów i, będąc przezornym, popchnął je tuż przy nich. Kolejny bełt wyleciał i wbił się w sufit. A więc to było zejście do piwnicy. Znowu rzucił się do środka. I znowu nikogo nie zobaczył. Poprawka, nic nie zobaczył. Było tam ciemno. {i}No tak, revory widzą w ciemnościach.{/i} Przez drzwi, przez które tu wszedł wpadało trochę księżycowego światła, dzięki czemu zauważył stojak na pochodnie. {i}Tak, to musi być przejście.{/i} Przeszukał sakiewkę, którą miał na pasie z Rezunem. Odnalazł krzesiwo i zapalił jedną z pochodni. Zobaczył kolejne drzwi. {i}Matko boska, zlituj się...{/i} Otworzył je. Ale revora najwyraźniej tym razem miała wystarczająco dużo czasu, by uciec. W pokoju były wielkie beczki. Wszystko było pokryte pajęczynami i kurzem. Z wyjątkiem jednego świecznika. Tajne przejście. {i}A głupcy wierzyli, że żadnego nie ma.{/i} Podszedł do ściany i pociągnął świecznik. Mógłby przysiąc, że usłyszał kliknięcie. Spojrzał pod siebie. W warstwie kurzu wyraźnie odcinały się ślady butów. Poszedł za nimi. Prowadziły do wieka jednej z beczek, po czym się urywały. Samo wieko było lekko uchylone do środka. Gdyby był tam płyn, wylałby się. Popchnął wieko i wszedł do środka. Wnętrze beczki było tunelem. Zamknął wieko i docisnął. Kolejne kliknięcie. W środku była dźwignia bez żadnego maskowania. Poszedł tunelem, na którego końcu była klapa. Otworzył ją i wrzucił pochodnię. Nim zgasła, zobaczył, że szyb jest na tyle niski, by mógł wskoczyć nie robiąc sobie krzywdy. Upadając na obie nogi zatoczył młyńca i upewniwszy się, że nikogo nie ma w zasięgu Rezuna nasłuchiwał. Usłyszał szybkie kroki w oddali. W miejscu, gdzie wszedł było ciemno, ale już za zakrętem płonęły pochodnie. Był w kanałach, tylko, że ten był suchy. Sprawdził kratę w ścianie. Była zamknięta na klucz. Zatem pobiegł tam, gdzie prowadził kanał. O dziwo, kraty na wprost zawsze były otwarte. W pewnym momencie, w ciemnej partii kanału usłyszał piski i zobaczył coś ciemnego zbliżającego się. Opuścił osłonę przyłbicy, dzięki czemu nietoperze nie trafiały go w twarz. Biegł dalej. W pewnym momencie natrafił na ślepą uliczkę. Nie był jednak na tyle głupi, by nie rozpoznać w niej ukrytych drzwi. Rozejrzał się za czymś, co być może dałoby się pociągnąć, lub opuścić.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil TheDarkVenom
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…