Wróć do katalogu

Horyzont Zdarzeń

Opowiadanie fantasy. ciekawe

forgod, opublikowano , 38 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Siąpił zimny deszcz. Stalowe chmury zdawały się schodzić z odległych gór wprost na ziemię. Padało od kilku dni - odkąd zacząłem uciekać przed siebie byle dalej od śmierci, która kroczyła krok w krok za mną. Ziemia była nasiąknięta wodą podobnie jak drzewa. Ja też byłem przesiąknięty. Skórzana kurtka zdawała się ważyć kilka razy więcej teraz pod wieczór niż o świcie. Słońce chyliło się ku zachodowi to znak, że trzeba poszukać miejsca na odpoczynek. Myślałem tylko o ściągnięciu butów i skarpet, aby stopy mogły wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem i wyschnąć. Dookoła zaczynał panować półmrok i chłód. Zbliżyłem się do skraju lasu. Przede mną ukazała się podmokła łąka. Ostrożnie wychyliłem się spod krzaków i rozejrzałem się. Łąka powoli zarastała krzakami i mniejszymi drzewami. Widać było, że jej czas był już policzony. W ciągu kilku lat zarośnie i nie będzie po niej żadnego śladu, to był znak, że była dziełem ludzkich rąk, które usunęły drzewa i zarośla, aby mieć dostęp do pastwiska dla zwierząt. Musiałem zachować ostrożność. Nie wiedziałem, co mogło się tutaj czaić skryte w zaroślach i zwolna się podnoszącej mgle. Mgła robiła się zimna i ponura. I Tajemnicza. Obłoki jej krążyły z wolna kilka centymetrów nad ziemią. Gdy wytężyłem wzrok po drugiej stronie łąki – ponad kilometr od miejsca, w którym przycupnąłem- ujrzałem niewyraźny zarys chatki. Stanąłem jak wmurowany i nasłuchiwałem. Przestraszyłem się tego niewiarygodnego widoku. W tak odludnej okolicy i po tylu dniach szaleńczej ucieczki w końcu dojrzałem ludzką siedzibę. Dość porządną jak mi się wydawało, ponieważ miała podmurówkę i cały dach, z którego wystawał mały komin i co ważniejsze wydawała się od dawna opuszczoną. Na trawie nie było widać żadnych śladów człowieka, więc wyglądało na to, że przynajmniej od kilku lat nikt w niej nie przebywał. Postanowiłem ostrożnie obejść całą łąkę skrajem lasu, aby dojść do chaty. Szybko zapadał zmierzch, a ja marzyłem o ciepłym i suchym schronieniu. Kilkudniowy marsz po bezdrożach dawał mi się mocno we znaki. Idąc na granicy lasu i łąki zauważyłem szereg śladów działalności człowieka: pnie po ściętych drzewach, paliki powbijane w różnych miejscach wśród trawy, pewnie do pętania zwierząt, które kiedyś tam wypasano. Żadnej drogi lub ścieżki nie zauważyłem. To było dziwne i zarazem niepokojące. Chata była samotna, nie była częścią żadnej osady ukrytej dalej wśród drzew. Wyglądała raczej na kryjówkę. Ślady, które mijałem zdradzały mi, co najmniej kilkuletnią nieobecność człowieka w tym miejscu, ale z moim szczęściem mogło się to teraz zmienić na moją niekorzyść. Byłem już tylko kilkadziesiąt metrów od chaty, nieopodal której stała spora szopa z uchylonymi drzwiami i opartymi o niedrewnianymi widłami. Zatrzymałem się pod sporą sosną rosnącą tuż przy szopie. Zmierzchało i mało, co widziałem. Ostrożnie, aby nie zdradzić swojej obecności podszedłem do uchylonych drzwi szopy i zajrzałem do środka. Nic nie zobaczyłem, była niemal pusta. W rogu leżało kilka kłód drewna - pewnie przygotowanych na opał i jakieś nic nie warte graty porozwieszane na ścianach. Oprócz szumu drzew i uderzających o dach ciężkich kropel deszczu spadających z nisko wiszących gałęzi, nic niepokojącego nie usłyszałem. Podszedłem do chaty, z bliska okazało się, iż była zbudowana z ciężkich bali jodłowych i świerkowych, ściętych w pobliskim lesie, osadzonych na kamieniach połączonych gliną. Masywne drzwi wychodziły wprost na łąkę. Chata miała jedno okno z przodu nieopodal drzwi i drugie z tyłu z którego można było obserwować las, pobliskie wzgórza i komórkę teraz jednak były szczelnie pozamykane okiennicami, poprzez które nic nie mogłem zobaczyć. Postanowiłem wejść do środka, aby znaleźć jakiekolwiek schronienie przed nocą, chłodem i deszczem i Bóg wie czym jeszcze. Drzwi jednak były zamknięte i nie widać było klamki. Spróbowałem siłą je wyważyć, jednak nic z tego nie wyszło. Były zbyt mocne. Zacząłem je uważnie oglądać szukając zamka lub klamki. I nic nie zauważyłem, dopiero po chwili spostrzegłem w górnym rogu mały rygielek, który skutecznie utrzymywał je w zamknięciu. Powoli go odsunąłem i uchyliłem drzwi. Z cichym skrzypnięciem poddały się mojej woli i wypuściły ze środka stęchłe, ale jednak suche powietrze. Skradałem się do środka ostrożnie jak złodziej, chociaż nie było szans na znalezienie w środku kogokolwiek. Dom wyglądał na opuszczony i to od dłuższego czasu. W środku panowały zupełne ciemności i kurz, który wyczuwałem nosem, jako coś nowego po tylu dniach wilgoci. Ja zaś padałem ze zmęczenia. Stopy, które od dłuższego czasu były przemoczone piekły mnie tak straszliwie, że każdy krok stawał się męczarnią. Zamknąłem po omacku za sobą drzwi za zasuwę i położyłem się zaraz za drzwiami w suchych sieniach. Teraz i tak nic bym nie dostrzegł w dalszej części domu z powodu braku jakiegokolwiek oświetlenia. Od kilku dni spałem po lasach w ubraniu, przemoczony i ścigany przez groźnego wroga także teraz poczułem się jak w najlepszym łożu pod puchową pierzyną. Jaka ulga - pomyślałem zdejmując z nóg ciężkie i przemoczone buty. Z wycieńczenia traciłem przytomność. W głowie miałem jedno – wyschnąć i wyspać się. Pod głowę podsadziłem sobie plecak i okryłem się kurtką, która jak miałem nadzieje powinna wyschnąć do rana. Doznałem przyjemnego uczucia układając się do snu, który stał wtedy dla mnie rzeczą najważniejszą. Byłem tak wyczerpany, że nie zważałem na nic i nikogo. Chciałem już tylko spać. Sen przyszedł szybko. Zbudził mnie odgłos pioruna tak głośny aż zadźwięczało mi w uszach, poczułem jak drży ziemia. Musiał uderzyć nieopodal. Szybko zerwałem się z podłogi do końca nie wiedząc gdzie się znajduję. Zaskoczyła mnie całkowita ciemność. Po omacku wymacałem zasuwę i ją odsunąłem. Na zewnątrz szalała burza. Uderzyła mnie ściana deszczu. Przeszedł mnie dreszcz zimna i wilgoci. Wydawało mi się, że było gdzieś około południa jednak dokładnie ciężko było to ocenić, ponieważ utrudniały to ciemne chmury nisko wiszące nad ziemią oraz pobliskie, wysokie góry oddzielające pogranicze królestwa Forgod od Ziem Północnych, które miały być dosyć bezludne jednak jak się ostatnio okazało takimi nie były. Zmrużyłem oczy rozglądając się wokół mojego schronienia wypatrując czegokolwiek, co nakazywałoby mi szybką ucieczkę. Jednak wydawało się, że nikt mnie nie obserwował. Stałem tak - nie wiem jak długo - wpatrując się w deszcz i wypatrując czegokolwiek na horyzoncie zdarzeń. Poczułem głód. Cofnąłem się do środka jednak nie zamykając drzwi, aby wpadało trochę światła do środka. Wyjąłem z plecaka jeden z ostatnich kawałków tłustego sera i czerstwego ciemnego chleba. Zacząłem to przeżuwać. Stwierdziłem iż nadeszła chwila, aby rozejrzeć się po wnętrzu chaty, w której sieniach spędziłem noc. Powoli otworzyłem drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia. To musiała być kuchnia. Pod ścianą stał spory stół a po środku był niewielki gliniany piec, nad którym ze stalowych łańcuchów zwisały dwa kociołki a z boku stała osmalona patelnia. Wszystko było czyste. Podłoga musiała być kiedyś pozamiatana, ponieważ oprócz kurzu nie było na niej żadnych śmieci. Odryglowałem okiennicę wpuszczając trochę światła poprzez mętne szkło szyby w oknie. Tuż przy piecu stał toporny regał z kilkoma słoikami. Po pobieżnym zbadaniu okazało się, iż znajdowały się tam zioła. Wszedłem do następnego pomieszczenia, całkowicie zaciemnionego. Centralną część pomieszczenia zajmowało spore łoże okryte skórami zwierząt zapewne upolowanymi w okolicach. W kącie stał łuk ze zdjętą cięciwą. Widziałem już takie u najeźdźców. Nie był zbyt wielki. Dobry do strzelania do ludzi jak i na polowania. Wykonany był z dwóch kawałków drzewa cedrowego. Sklejony bardzo wytrzymałym klejem rybim zrobionym z gotowanych pęcherzy ryb. Ramiona były obwiązane korą brzozową, która się delikatnie łuszczyła. Cięciwa również była owinięta cienką warstwą kory. Dobra broń jednak nie byłem wybitnym łucznikiem i musiałem go odłożyć jako nieprzydatny mi w chwili obecnej. W rogu pomieszczenia stał wielki obity miedzią kufer. Jego wieko było uchylone. Wiedziony ciekawością szybko podszedłem do niego. Był jednak niemal pusty. W środku leżało kilka ciężkich, zimowych ubrań, jakiś futrzana czapka i lniany worek. Zdradzało to, iż ostatni mieszkaniec musiał opuścić tę chatę późną wiosną lub latem i zamierzał tu kiedyś powrócić. W domu robiło się zimno. Zastanawiałem się czy nie napalić w piecu. Jednak to mogło zdradzić komuś moje schronienie. Dym w bezludnych okolicach można było wyczuć z bardzo dużej odległości. Jednak nie chcąc ryzykować ciężkiego przeziębienia musiałem się ogrzać, postanowiłem więc rozpalić w piecu. Ostatnie siedziby ludzkie zostawiłem za sobą kilka dni temu uciekając przed najazdem dzikich najeźdźców z północy i ich pościgiem. Tak długo kluczyłem, że gdyby byli na moim tropie to by już mnie znaleźli. Nie sądzę, aby czekali aż rozpalę ogień. Jesienne wieczory robiły się coraz zimniejsze a ja tęskniłem za odrobiną ciepła. W nocy spędzonej w sieniach domostwa ubranie zdążyło, co prawda przeschnąć jednak było mi zimno. Z tą myślą wyszedłem za zewnątrz i w rzęsistym deszczu poszedłem do szopy przynieść kilka polan drewna aby rozpalić w piecu. Okazało się, że opału jest mniej niż mi się wcześniej wydawało. Wziąłem tyle ile dałem rady i przyniosłem do kuchni i ułożyłem tuż przy piecu. Na szczęście okazało się suche i nie miałem problemów z rozpaleniem ognia. Przy pomocy krzesiwa i hubki szybko się z tym uporałem. Drewno paliło się cudownie i nie mogłem oderwać od ognia wzroku. Patrząc na palenisko w piecu straciłem poczucie czasu. Zapach palącego się drewna był odurzający a trzaskanie ognia usypiało. Ocknąłem się dopiero, gdy w całej izbie zrobiło się przyjemnie ciepło. Szybko zdjąłem ubranie i rozwiesiłem je na krzesłach, które podsunąłem do pieca. Stałem niemal nagi i czekałem aż ubranie stanie się całkowicie wysuszone. Wtedy je włożyłem i usiadłem ponownie przed ogniem. Pod wpływem ciepła obudziło się we mnie pragnienie i niesamowity głód. Po drugiej stronie łąki mijałem spora ilość krzewów dzikiej róży, z której owoców mogłem sporządzić sobie wzmacniający wywar. Wystarczyło znaleźć jakieś źródło wody. Z kufra zabrałem lnianą torbę a znad pieca zdjąłem z łańcuchów spory sagan na wodę. Na zewnątrz powoli zmierzchało. Szybko przebiegłem łąkę i dotarłem do zarośli dzikiej róży, które mijałem poprzedniego popołudnia. Nazbierałem pół torby owoców, przewiesiłem ją na plecy i ruszyłem na poszukiwania źródła. Z tej strony doliny żadnego nie mijałem podążając w stronę chaty. Także teraz musiałem okrążyć dolinę i liczyć na szczęśliwy los. Obecności źródła czy też rzeczki lub potoku byłem pewny, ponieważ nikt nie stawiałby schronienia w miejscu beż dogodnego dostępu do źródła wody pitnej. Jednak szedłem doliną już około godziny i niemal pogodziłem się z myślą ze nie będę miał, co pić, gdy usłyszałem w pobliskich zaroślach cichy plusk wody. Trzysta metrów od chaty wił się niewielki potok. Nie mogłem stwierdzić czy jest głęboki, ponieważ zapadały ciemności i nie widziałem już za dobrze. Napiłem się wody prosto z nurtu, opłukałem dokładnie sagan i nabrałem aż po wierzch wody, z którą ruszyłem z powrotem. W piecu już przygasał ogień. Dorzuciłem dwa polana i powiesiłem sagan na łańcuchach nad paleniskiem sam zaś usiadłem przy stole i wysypałem owoce dzikiej róży. Czekało na mnie sporo pracy. Wyjąłem nóż i każdy owoc przecinałem na połówki. Następnie wydłubywałem z każdego nasiona i drażniące włoski. Musiałem robić to ostrożnie, ponieważ duża ilość włosków na skórze skutecznie mogła uprzykrzyć mi sen. Gdy woda się zagotowała wrzuciłem do niej kilka garści owoców i gotowałem kilkanaście minut. Potem dłońmi owiniętymi szmatami zdjąłem sagan z ognia i postawiłem obok ognia, aby się ciągle nie grzał. Wlałem sobie trochę tego wywaru do glinianego kubka i nie czekając na ostudzenie wysiorbałem cały. Potem wypiłem jeszcze jeden. Opity takim kompotem położyłem się do snu w czyimś łóżku okryty ciepłymi skórami i zapadłem w sen. Sen miałem niespokojny śniłem o najeździe ludów północy na spokojne miasto przygraniczne i zrównanie jego z ziemią. To był dziwny najazd, nie brali w niewolę, tylko zabijali. Pośród najeźdźców wyróżniali się ubrani w jaskrawe kolory jeźdźcy, którzy wydawali się nie brać udziału w całej tej rzezi. Oni krążyli dookoła i jakby czegoś szukali. Ja chciałem się dowiedzieć czego tak pilnie poszukiwali. Najpierw ludzi zaczęły niepokoić przystrojone kolorowymi szmatkami modrzewie. Wychodziło się nad ranem z osady i przy skrzyżowaniu dróg ukazywał się ustrojony modrzew. To był znak, że ciemne moce szykują się do nieszczęścia. Przystrojone drzewa pokazywały się od kilku lat. Jednak nigdy nie udało się schwytać sprawców niepokojów. Najstarsi mieszkańcy pogranicza opowiadali pradawne opowieści które interpretowały przybrane drzewa, jako oznaki niechybnego nieszczęścia, jednak nikt nie dawał im w to wiary. W pewną wrześniową noc zdarzyło się i nadeszli Oni ubrani w grube skóry i uzbrojeni w łuki włócznie i żelazne miecze. Nad miasteczko najpierw nadciągnął dym ze spalonych pobliskich osad a wraz z nimi pierwsi rozhisteryzowani uciekinierzy, którzy opowiadali straszliwe rzeczy o napastnikach. Ze wzgórz było widać łuny pobliskich pożarów. Wybuchła panika i kto tylko mógł zabierał swoje rodziny i majątek i czym prędzej uciekał w dal. Ja miałem zostać, aby sprawdzić, kto był najeźdźcą i jakie miał cele. Bramy do miasta nikt nie próbował pilnować ani jej bronić, ponieważ przez nią przetaczała się ogromna fala ludzi, którzy uciekali z osady do osady próbując ratować życie i dobytek. Przez cały dzień trwał chaos. Oni jednak nie atakowali. Do wieczora okolice się całkiem wyludniły, w mieście pozostało kilka osób, które zajmowały się szabrownictwem i ja. Wszedłem o zmierzchu na dach budynku na skraju miasta i zacząłem się rozglądać w oczekiwaniu najeźdźców. Jednak nie było ich jeszcze widać. Nie spieszyli się. Oczyszczali okolice ze wszelkich przejawów działalności ludzkiej i samych ludzi których zabijano na miejscu nie pytając o nic. Ale uciekających nie ścigano tak więc każdy kto tylko mógł uciekał. Powoli dopalały się pożary w okolicznych wsiach i zapadała cisza. Ułożyłem się wygodnie i postanowiłem czekać. Przez cała ciepłą i nieco duszną noc nic się nie działo. Ale gdy tylko słońce zaczęło zdradzać chęć wyjrzenia spoza horyzontu usłyszałem, iż się zbliżają. Szli gęsiego z różnych kierunków, dobrze wiedzieli ze nikt nie będzie bronił miasta. Po dojściu do miasta skierowali się prosto w stronę ratusza, jednego z niewielu budynków, który nie był zrobiony z drewna. Było ich kilkuset, jednak wiedziałem, że to niewielka cześć tych, którzy czekali na okolicznych wzgórzach i lasach. Przed ratuszem który ze swojego miejsca widziałem całkiem wyraźnie zebrało się ich kilkunastu. Reszta rozpierzchła się po miasteczku rabować. Okazało się że przed podpalaniem budynków ogałacali je ze wszystkich metalowych przedmiotów. Ci którzy stali przed ratuszem mieli przygotowanych kilka kilofów i łopat. Zaczęli nimi rozbijać róg jednej ze ścian. Po chwili wyjęli z niej kamień węgielny. Który ostrożnie zawinęli w delikatną skórę. A jeden z nich zadął w róg. Na jego dźwięk z lasu wynurzyło się dwóch ubranych w jaskrawe kolory jeźdźców szybko galopujących w stronę ratusza. Odebrali zawiniątko i zniknęli tak tajemniczo jak się pojawili a wraz z nimi reszta zaczęła odwrót do lasu. Ci którzy wydobyli tajemniczą rzecz ze ściany tego rozpadającego się jak teraz zauważyłem budynku rozpierzchli się po miasteczku zbierając wszystko co im się tylko stanowiło jakąkolwiek wartość. Pomny na to że pozostawiali po sobie zgliszcza postanowiłem czym szybciej zejść z dachu i dotrzeć do lasu za jaskrawymi jeźdźcami . Nie było takie proste. Co prawda w miasteczku nie zostało więcej niż kilkudziesięciu najeźdźców ale ryzyko zauważenia przez nich było wielkie. Delikatnie zsunąłem się po wilgotnej ścianie z dachu i zeskoczyłem na miękką trawę która wytłumiła ten odgłos. Ostrożnie podbiegając od domu do domu oraz od zgliszcz do zgliszcz korzystając z dymów wzniecanych pożarów dostałem się do palisady, szybko się na nią wspiąłem i przeskoczyłem. Przede mną znajdowało się kilkaset metrów otwartej łąki którą musiałem przebiec jak najszybciej aby wydostać się cało z miasteczka. Zastanawiałem się czy biec w stronę w którą wycofywali się agresorzy - narażając się na szybkie wykrycie czy też czy udać się w przeciwną stronę zwiększając szansę na przeżycie. Chwilę się wahałem wybrałem jednak ucieczkę. Wykonałem szybki sprint w stronę lasu i po dwóch minutach go osiągnąłem, przebiegłem w nim kilkadziesiąt metrów kierując się w stronę największych i najbardziej kolczastych zarośli po czym upadłem pod krzakiem tarniny i zacząłem nasłuchiwać. Przez dłuższą chwilę słuchałem tylko głośnie dudnienie mojego serca. Gdy uspokoiłem tętno doszły do moich uszu inne dźwięki. Szum drzew, odgłosy ptaków oraz pękające gałęzie gdzieś niedaleko. Czyli ktoś ruszył za mną sprawdzić kto kręci się w okolicach zamiast ratować się ucieczką. Kroki musiały być stawiane ostrożnie ponieważ odgłosy pękających gałązek dobiegały do mnie rzadko. Postanowiłem zmienić pozycję z leżącej na przykucniętą co dawało mi większa możliwość obserwacji pobliskiej okolicy spomiędzy gęstych krzaków oraz szybkiego zerwania się do ucieczki lub obrony przed niebezpieczeństwem. Zauważyłem jednego z nich. Znajdował się kilkadziesiąt metrów ode mnie i szedł dosyć pewnie w moją stronę jednak zdawałem sobie sprawę że mnie nie widzi. Wiedziałem że jeżeli nie znajdzie mnie w ciągu kilku minut wycofa się . Widać było iż nie ma ochoty samotnie zagłębiać się głębiej w nieznajomy las. Rozglądał się ostrożnie jak gdyby to go ścigali a nie on. Uzbrojony był w krótki miecz wiszący u pasa oraz w włócznię którą trzymał w postawie bojowej w dłoniach. Pewnie gdy się zorientował że sam ruszył w pogoń zastanawiał się czy jest warto. Uciekinierzy zawsze mają przy sobie cenne rzeczy jednak często gotowi są walczyć. Człowiek który nigdy nie walczył w obronie życia czy też nikogo nie zabił małe ma szansę z wprawionym zabójcą. Jednak zawsze może go poważnie zranić. Ścigający nagle się wyprostował jakby coś usłyszał i szybko ruszył w moją stronę. Sądziłem że nie mnie usłyszał czy też zauważył jednak napiąłem mięśnie i wyjąłem krótki zakrzywiony nóż z pochwy. Metr za metrem zbliżał się do mnie jednak na mnie nie patrzył. Zgadywałem że jest sam i wiedziałem że z tego lasu już nie wyjdzie. Gdy tylko znalazł się około dwóch metrów ode mnie postanowiłem go zabić. Czekałem tylko aż się zbliży do mnie na dogodną odległość ponieważ mógł mnie z większej odległości łatwo przebić swoją włócznią. Znowu coś usłyszał. I popełnił…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych