i wszystko zniknie
co się stanie gdy trzech dwunastolatków znajdzie tajemniczą miejsce w którym wszystko znika?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szli ścieżką obok skutego lodem strumienia. Gdzieniegdzie z zamarzniętej wstęgi wystawały kamienie. Pokryte jedynie cienką warstwą zmrożonej wody przypominały lukrowane, stare pączki. Właśnie po nich zamierzali przejść. Choć było dobre kilkanaście stopni poniżej zera nie chcieli ryzykować przejścia bezpośrednio po lodzie. Nie to żeby dwunastoletni chłopcy byli aż tak przewidujący. Ich ostrożność wynikała z doświadczenia. Zaledwie przedwczoraj Marek, najmniejszy z całej trójki , wpadł do lodowatej wody prawie po pas. Ryczał całą drogę do domu. Ryczał gdy dostawał lanie. Chłopak wcale nie miał ochoty iść tam gdzie idą. Lecz Chudy, który szedł na przedzie i był nieoficjalnym liderem grupy przekonał wszystkich jednym krótkim zdaniem. "Mam pół paczki Marllboro". Uśmiechnął się przy tym jakby ogłaszał co najmniej wygraną w totka. Pozostali odpowiedzieli podobnym uśmiechem i wszystko stało się jasne. Muszą iść tam gdzie ich nikt nie zobaczy. W samotności, schowani przed światem będą smakować dorosłość. Wszyscy czuli swego rodzaju podniecenie, które towarzyszy zazwyczaj próbowaniu czegoś nowego, niekoniecznie dobrego. Ale Chudy miał na to swoją teorię. Bardzo wcześnie poznał co to dobro a co zło. Gdy miał sześć lat jego ojciec rozwalił jego matce głowę o kuchenny stół. Potem się powiesił. Śmierć matki była zła. Co dziwne nic nie sprawiało mu większego bólu niż myśl że umarła tam gdzie spędziła tak wiele czasu, smażąc jemu i ojcu jajecznicę i robiąc kanapki do szkoły. Ojciec dyndający w piwnicy nie wydawał się już taki straszny. Chudy nawet cieszył się, że już nigdy nie zobaczy go żywego. Potem cieszył się że już więcej nie zobaczy swojego domu. Adoptowała go ciotka. Miał normalny dom i nawet czuł, że jest kochany. To mu wystarczało. Dziś gdy będzie się zaciągał dymem zapewne usłyszy głos matki. Albo sumienia, jak mawiał ksiądz. Ale co on tam może wiedzieć. To jego matka powie mu, że to co robi jest złe. Że to jak rozbijanie swojej głowy o kant kuchennego stołu. I jak mu się wydaje to właśnie sprawi, że nigdy więcej nie sięgnie po papierosy. Ale teraz jest przecież zwyczajnym dwunastolatkiem który tydzień temu dostrzegł paczkę leżącą pod szafką w garażu. Nie zabrał jej od razu. Czekał.. Podejrzewał że wujek może wie o niej. Lecz dziś już był pewien, że wie tylko on sam. Paczka papierosów wypełniona do połowy schowała się przed światem. Za jakiś czas przypomni sobie tą paczkę papierosów od której wszystko się zaczęło. Będzie żałował swojej spostrzegawczości. Ale jeszcze nie teraz. Teraz istniało tylko podniecenie. I wkradająca się do umysłu myśl. Będzie fajnie.
***
Przeszli obok domu Dyrczów. Jedynego po tej stronie rzeki i jak się zdawało pustego. Okna przysłonięte zasłonami i brak wiecznie szczekającego psa były na to dowodem. Co więcej wszystkie ślady ludzkiej obecności zasypał śnieg. Chudy miał jednak wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Ale tak już chyba jest gdy właśnie zamierza się zrobić coś złego. Idąc nie rozmawiali. Nie chcieli zwracać na siebie uwagi. Czyjej uwagi? Tego nie wiedzieli. Wlokący się na końcu Karol był w dobrym humorze. Palił już wcześniej dwa razy. Choć nie przyznał się chłopakom. No bo niby po co? Za kilka chwil to oni będą się krztusić dymem , blednąć lub zielenieć w rozmaitych kombinacjach. On jakby nigdy nic zaciągnie się i może nawet wypuści dym nosem. Ich pełne szacunku spojrzenia będą dla niego wielką nagrodą. Nigdy nie był w niczym dobry. W szkole raczej należał do średniaków. Nie był też typem sportowca. Przeciętny. To słowo określało go najlepiej. Wszyscy nazywali go Ahmed. A to ze względu na ciemniejszą karnację. Właściwie tylko to było czymś co go wyróżniało. Dziś będzie miał okazje wykazać się czymś nowym. Spojrzał na samotny dom. Zdawało mu się, że dostrzegł jakby zasłona w oknie na górze się poruszyła. Lecz zaraz stwierdził że to nie możliwe. Nikogo nie ma. Powiedział sobie. To przez to okropne zimno. Był pewien prawie tak samo jak tego, że nazywa się Karol Bielicki. Rosnące obok drogi powykręcane sosny gięły się pod ciężarem śniegu. Długie białe ramiona prawie dotykały ziemi. Zaraz droga skręci ostro w prawo i wedrze się w gęsty las. Zazwyczaj służy ona drwalom którzy tamtędy ściągają ścięte pnie drzew. Teraz jedynymi jej użytkownikami są dzikie zwierzęta. No i trzech chłopców którzy wyruszyli zasmakować dorosłości. Ahmed zatrzymał się tuż przed wejściem do lasu. Zsunął szalik z twarzy. - Chłopaki – Wysapał – Może wystarczy? Za chwilę nie będę miał siły, żeby oddychać a co dopiero...- Mówiąc to przyłożył dwa palce do ust naśladując zaciąganie się papierosem. - Mięczak zawsze będzie mięczak – skomentował Chudy uśmiechając się. Ahmed pokazał mu środkowy palec. - W sumie i tak nikogo tu nie ma....- Poparł go Marek. - W sumie. - zgodził się Chudy i zaczął grzebać w kieszeniach kurtki. - Dawać zapałki! Karol wyciągnął zapałki i czekał w gotowości. Marek poprawiał czapkę która była na niego o wiele za duża i co chwila oglądał się do tyłu. Zwyczajnie się bał. Nie minęła nawet minuta gdy każdy miał już po papierosie. Traktowali je jak jakieś małe dzieła sztuki bo zamiast z nich korzystać oglądali je. Ahmed odpalił sobie i zaciągnął się. Nie za mocno ale i tak poczuł w gardle drapanie. A w głowie trochę mu zawirowało. - Zajebiste gówno.- Uśmiechnął się gdy dostrzegł zdumione twarze kumpli – Tak mówi mój ojciec. Pozostali poszli w jego ślady. Chudy zaczął kaszleć zanim jeszcze dym zdążył znaleźć się w jego płucach. Przez załzawione oczy widział rozmazany krajobraz i rozmyte kształty. Marek ostrożnie wciągnął mały dymek. Usta poruszały mu się jakby starał się coś pogryźć. - Jak wędzone klapki – Zaciągnął się znów - Jak wędzone, stare klapki. Wszyscy trzej roześmiali się. Chudemu zdawało się jakby patrzył na to wszystko z pewnej odległości. Dziwne uczucie. Jakby na moment uleciał z ciała razem z dymem papierosowym. Rozbijanie głowy o kant stołu... Usłyszał cichy głos. Było tak jak się spodziewał. Spojrzał w czyste, błękitne niebo. Musiał zmrużyć oczy bo słońce raziło boleśnie. Widział plamy przed oczami. Albo co bardziej możliwe na swoich oczach. Cienie przemykające po siatkówce oka. Zaciągnął się jeszcze raz. Rozpłakał gdy dym podrażnił wzrok. Nigdy więcej mamo. Powiedział sobie. I palił dalej krztusząc się co jakiś czas. To była jedna z tych chwil kiedy nic nie trzeba mówić. Spoglądali tylko jeden na drugiego i uśmiechali się w ten szczególny sposób. Jakby mówili jednym głosem: tak teraz już nie jestem dzieciak. Choć oni już wcześniej uważali się za bardzo dorosłych. Lecz każde nowe doświadczenie dodawało przecież pewności siebie. Markowi wydało się, że nawet urósł kilka centymetrów choć słyszał o fatalnym działaniu papierosów na wzrost. Gówno prawda. Pomyślał sobie. Choć nie powiedział tego głośno domyślał się, że kumple przyznaliby mu racje. Chudy już prawie dopalał swojego papierosa gdy świat się nagle zatrzymał. Potem rozdarł go krzyk. - Duda!Bielicki!Korcz! - Starsza pani która jakby wyrosła spod ziemi zaczerpnęła powietrza – No po tobie Mareczku się tego nie spodziewałam! Serce waliło chudemu jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Zrobiło mu się nie dobrze. Nigdy więcej mamo. Pomyślał sobie. Tak jakby to mogło cofnąć czas, jak jakieś zaklęcie. Widział Panią Bednarz jakieś dwadzieścia metrów przed sobą. Przyszła z tej samej strony co oni. Jak to się stało że wcześniej jej nie zobaczyli? Może to przez papierosy które jak domyślał się Chudy na chwilę ich otumaniły. Ich stara nauczycielka nie wydawała się teraz dobrą Panią Stasią. Uczyła ich przez pierwsze trzy lata podstawówki. Chłopca nadal zaskakiwała jej doskonała pamięć. Cholernie doskonała. - Nawet dzień dobry nie powiecie chłopcy?! - Wykrzyknęła zbliżając się do nich. - Dzień dobry... - Wyszeptał Mały usiłując odrzucić papierosa jak najdalej. - Zamknij się...- szepnął Karol. Już nie był Ahmedem. Nie przy staruszce. Był chłopcem którego przyłapano na paleniu. Król dymu znokautowany. Pomyślał chłopak. - Nawet nie próbujcie się tłumaczyć. - Teraz stała już naprzeciw nich. Jasne ubranie i biały beret sprawiały, że lśniła jak cały ten śnieg dookoła. Nic dziwnego że jej nie dostrzegli. - Proszę pani... - Zaczął Chudy. - Nie przerywaj mi młody człowieku – spojrzała na niego tym spojrzeniem które tyle razy widywał na jej twarzy. Znów mnie zawiodłeś. Zrobiło się mu trochę przykro. - Wiecie, że muszę powiedzieć waszym rodzicom....- zastanowiła się. - ...lub opiekunom. Chudy skinął głową. Reszta tylko patrzyła. Ale zbyt dobrze znali Panią Bednarz by liczyć na to, że będzie pobłażliwa. Miała swoje zasady. Zresztą jak większość ludzi. Lecz Ona w przeciwieństwie do innych, trzymała się ich. Chudy wiedział, że na nic ich skamlania i błagania. - Oddajcie mi całe to świństwo które macie. - Wyciągnęła rękę. Nie miała rękawiczek. Palce miała nienaturalnie zakrzywione do środka, jak orle szpony na chwilę przed złapaniem gołębia. - Mieliśmy tylko... - No a teraz jeszcze kłamie. - Wysyczała staruszka potrząsając dłonią. Marek był bliski płaczu. Wszystkie centymetry które jeszcze chwilę temu wydawały mu się tak pewne, uleciały. Już czuł uderzenia paska na swoim tyłku. Już teraz postanowił wrócić do domu po lodzie. A nuż wpadnie do wody. Zachoruje i lanie zostanie przełożone na potem. W tym przypadku nie braknie mu cierpliwości. Chudy wyciągnął pomiętą paczkę. Starsza Pani zaraz ją przechwyciła. Obejrzała ją. Jeszcze raz obrzuciła ich spojrzeniem pełnym zawodu. Zacisnęła dłoń na papierosach. A potem ile miała sił, a trzeba powiedzieć miała ich jeszcze sporo, rzuciła za siebie. Chudy obserwował lot paczki w zwolnionym tempie. Klatka po klatce. Szybkie wznoszenie, punkt krytyczny i spadanie do śnieżnej zaspy. Samolot o nazwie Marllboro light rozbił się kilka minut po trzynastej. Wszyscy pasażerowie zginęli. Pomyślał chłopak. To nawet poprawiło mu humor. Uśmiechnął się mimowolnie a potem jego serce znów zamarło. Rzucił okiem na kolegów. Oni też wpatrywali się w miejsce gdzie spadła paczka. Też musieli to widzieć. Chyba, że to tylko złudzenie. Po minie Małego i Ahmeda domyślał się że jednak nie. Gdy tylko paczka dotknęła ziemi rozległo się jakby siorbnięcie. Dźwięk taki słyszał tylko wtedy gdy ktoś usiłował napić się gorącej kawy lub herbaty. Ale dźwięk nie był wszystkim. Ze śnieżnej zaspy uleciało nieco bardzo gęstego zielonego dymu. Przypominał kształtem nie do końca rozwinięty kielich tulipana. Paczka uniosła się na kilkanaście centymetrów a potem razem z dziwnym dymem zapadła się w śnieg. Chudy już chciał się odezwać lecz nie wiedział co ma powiedzieć. Pani Bednarz stała tyłem do tego zjawiska i nic nie widziała. Nie uwierzy. Zresztą Chudy sam nie mógł uwierzyć. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają. Chyba że w filmach fantastycznych. Musieli mieć coś w rodzaju halucynacji zbiorowej. To ze strachu. Inni robią w gacie a oni najzwyczajniej w świecie mają haluna. Tak musiało być. Ale czy na pewno? Chudy dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że trzyma przed sobą wyciągniętą dłoń i palcem wskazuje miejsce gdzie zniknęła paczka. Spojrzał na swoją byłą nauczycielkę. Niewiele się zmieniła od czasu gdy kilka lat wcześniej przedstawiła się jako ich pierwsza wychowawczyni. Może tylko oczy nie miały już takiego blasku. W tej chwili wyglądała jakby była zamarzniętą rzeźbą z lodu. Na wardze wisiała stróżka gęstej śliny. - Przepraszamy – Prawie wyszeptał Mały. - Hmm... tak chłopcy... Gdzie to ja szłam? - Kobieta wyglądała jakby właśnie ktoś ją odczarował po kilku latach zamiany w kamień. Mówiła bardziej do siebie niż do nich. - Tak właśnie tak. Dyrczów nie ma... Trzej chłopcy patrzyli na siebie osłupiali. Coś było nie tak. Chudy zastanawiał się czy czasem ich Pani nie jest chora. Albo stara. Jego wuj mówił że starość to nie radość. No i może właśnie to były objawy tej "nie radości"? Jakaś skleroza albo inna amnezja. - Nic pani nie jest? - Tylko to przyszło mu do głowy. - Ależ czuję się znakomicie. - Uśmiechnęła się pokazując, o dziwo prawdziwe, zęby. - A co wy tu robicie? Mam nadzieję, że nic złego? - My prze... - My przechadzamy się proszę Pani – Zagłuszył Małego Chudy. - Rozumiem. Tylko uważajcie żeby nie przemarznąć. - Pokiwała na nich palcem. - I nie chodźcie po zamarzniętej rzece. - Popatrzyła na Marka który spuścił wzrok. - Będziemy uważać. - Obiecał. - Jak zawsze - Ahmed zdobył się nawet na uśmiech. - Wiem, wiem chłopcy – Pogłaskała go po głowie. Nawet na chwilę nie dał po sobie poznać że coś jest nie tak. - Dobre z was dzieciaki. A nie wiecie czasem kiedy Dyrczowie wracają? - Niestety nie wiemy. - stwierdził zgodnie z prawdą Chudy. - Nie ma nawet tego uroczego pieska. Staruszka roześmiała się dobrodusznie. - Uroczy piesek... - Powtórzyła – Aż tak dobrymi chłopcami nie jesteście. Uroczy piesek... - Mogę zapytać w domu. - Zaproponował Ahmed – Moja mama powinna wiedzieć. - Tak, tak...Twoja mama dużo wie. - Znów rzekła odrobinę bardziej do siebie – Nie trzeba. To nic pilnego. Wrócę tu kiedy indziej. - Rozumiem. - A wy bawcie się dobrze. - Mówiąc to odwróciła się powoli odchodząc. - Korzystajcie z uroków zimy. Nigdy nie wiadomo ile jeszcze dni zostało... Nie odwróciła się już żeby odpowiedzieć na ich jednoczesne "do-wi-dze-nia". Chudy patrzył jak się oddala. Na tle śniegu szybko zniknęła mu z oczu. A raczej rozmyła się. Bo chłopak choć patrzył to myślami był gdzie indziej. W myślach nadal odtwarzał sytuacje z zielonym dymem który jak się zdawało porwał paczkę. Tam w śniegu coś musiało być. A może pod nim? Tego nie wiedział jeszcze. Zresztą czy miał chęć się dowiedzieć? Może to coś niebezpiecznego, złego? Z zamyślenia wyrwał do dopiero głos Ahmeda. - Chłopaki coś tam jest....coś... Byli dwunastoletnimi chłopcami których właśnie przyłapano na paleniu papierosów. Lecz to w tej chwili nie miało najmniejszego znaczenia. Tam było coś.
***
Wszystkich ludzi łączy jedno. Ciekawość. Jakże często dzięki niej, albo też przez nią, uruchamia się machina zdarzeń. Być może wcześniej poprzedza ją zastanowienie. Ostrzeżenie przed konsekwencjami bycia ciekawym. Ale czy to może powstrzymać kogokolwiek?
Trzech dzieciaków na pewno nie.
Bardzo wolno zbliżyli się do tego dziwnego miejsca. Śnieg sięgał im ponad kolana a Markowi jeszcze wyżej. Stanęli kołem. Między nimi w śniegu wytworzył się lej. Jego średnica nie była wielka może piętnaście centymetrów. Brzegi choć zrobione w sypkim śniegu miały prawie idealnie gładkie krawędzie, zabarwione zielenią. Chudy przypomniał sobie dym w tym kolorze. Zastanowił się czy to może nie jakiś gaz ukryty gdzieś w głębi ziemi który właśnie zdołał się wydostać. Ale czy to tłumaczyło dlaczego właśnie teraz i czemu porwał paczkę? Raczej nie.
Dół nie był tylko w śniegu. Biegł niżej. W ziemi widzieli dalszą jego część. Lecz tam, bardziej przypominał rurę, o równych brzegach, niż lej.
- Jakieś teorie? - Spytał Chudy.
Wzruszyli tylko ramionami. Mały nadal miał łzy na policzkach.
- Ciekawe jak daleko sięga? - Ahmed starał się zajrzeć do otworu. Widział tylko czerń.
- Mam przeczucie że jest głęboka, lub głębokie... Bo nawet nie wiem jak to nazwać.
- To jest dziura...- Szepnął Marek – Zła dziura.
- Piękna nazwa panie odkrywco. - Ahmed uśmiechnął się i poklepał Małego po ramieniu.
Chudy przeraził się. Ta nazwa doskonale oddawała to co czuł. Zła dziura. Dokładnie to samo pomyślał. Nie dziura która pożarła paczkę fajek. To coś nie było dobre. Nie mogło być. Czuł to. Samo patrzenie na nią budziło w nim lęk. Cieszył się że nie jest tu sam. Nie sądził by coś im groziło ale w grupie strach dzieli się na więcej osób. Teraz to był strach nieuzasadniony. Bo nie ma czegoś takiego jak dziury o średnicy kilkunastu centymetrów które porywają ludzi.
- Tak to nazwiemy. - Stwierdził Chudy – Zła dziura.
- Na odwrót – powiedział Mały.
- Że jak? - Ahmed popatrzył na niego krzywiąc twarz.
- Nie zła dziura, a dziura Zła. - Podkreślił słowo "zła".
- No mi pasuje. - Chudy zastanowił się. - Wrzućmy tam coś. - Sam nie wierzył że to powiedział. Nie zdziwiłby się gdyby to wymyślił Ahmed ale nie on sam.
- O i takie myślenie mi się podoba.
- Nie lepiej nie... może to coś... tam... się obudzi. - Młody zadrżał.
- A niby co się ma obudzić? Kret jakiś? - Ahmed uśmiechał się szelmowsko ale widać było że też naszły go wątpliwości.
- Daj zapałki.
- Sam je
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil meksico
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…