I że cię nie opuszczę...
Krótkie, głównie emocjonalne, ćwiczenie narracji i ponowna próba gry na emocjach. Nie najwyższej klasy, ale niejako jestem z niego zadowolona. Jedno z wielu opowiadań, zapraszam do lektury ~
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wciskam zmarznięte ręce głębiej w kieszenie, a prawą dłonią dodatkowo gładzę aluminiową strukturę mojego odtwarzacza. W słuchawkach rozbrzmiewa po raz kolejny uwodzicielski głos wokalisty, ciągnąc mnie ku otchłani rozpaczy. Tym razem jednak nie daję się prowadzić, patrząc na olbrzymie kałuże zalegające na ulicy. Krople deszczu spadają z szarego nieboskłonu, dotykają mojej skóry i delikatnie spływają po policzkach, pieszcząc ją niczym palce kochanka. Ludzie nie chowają się za parasolami i nie kryją twarzy. Ja, od czasu do czasu, przystaję i zadzieram głowę raźnie do góry. Mimowolnie uśmiecham się, nie żałując tego, że zapomniałam parasolki. Jak smutne byłoby spacerowanie po ulicy bez możliwości wystawiania się na pieszczotę matki natury? Jak smutne mogło być chowanie się za czarnym materiałem i nie dostrzeganiem piękna starych, przedwojennych kamienic? Zimowa nostalgia dotyka nielicznych, widzę to w pojedynczej twarzy odbijającej się w oknach pubów. Kim jest ta osoba? Wzdycham, a jest to westchnienie ciężkie, po czym ponownie ruszam przed siebie. Mokre od deszczu budynki przybierają przykrą, szaroburą barwę, a promienie słońca odbijają się w szklanej strukturze szyby. W rynnach rozbrzmiewa muzyka, a za ponurymi firankami dostrzegam uśmiechnięte oblicza ludzkie. Słyszę gwar rozmów osób siedzących pod olbrzymimi parasolami i pijących spokojnie piwo. Dzieci biegają, krzyczą, dociera do mnie ryk silników samochodowych i trąbienia nerwowych kierowców. Nie słyszę deszczu, ale czuję jego krople, czuję wilgoć na policzkach i dostrzegam pojedyncze plamy na płaszczu. Lawiruję pomiędzy uśmiechniętymi tłumami, ignorując ich zdziwione, natrętne wręcz spojrzenia i wciskam dłonie jeszcze głębiej w kieszenie. Dotyk zimnego aluminium, ostre krawędzie na opuszkach palców i znów się uśmiecham. Wszędzie otacza mnie radość, zewsząd dobiegają śmiechy. Kolorowe wystawy za witrynami sklepów, smakowite wypieki za ladami, ludzie wciskający ulotki z uśmiechem na ustach. Wszystko nagle przestaje mieć znaczenie. Telefon dzwoni. Zatrzymuję się natychmiast, sięgając do czarnej torby i grzebię za małym, uciążliwym sprzętem. Ludzie na mnie patrzą, ja klnę pod nosem i szukam. Damska torebka to czarna dziura. Ktoś mnie trąca, najpewniej mnie nie zauważył. Choć... Sięgam do kieszeni i upewniam się, że odtwarzacz jest na swoim miejscu. Więc nie złodziej, to tylko przechodzeń. W końcu trzymam telefon w dłoniach, ale rozmówca zrezygnował z połączenia. Rozgoryczona odblokowuję ekran, męcząc się z niesfornym mechanizmem przez kolejną chwilę. Zmarznięte palce i dotykowy panel nie chcą współpracować. Udaje się, komórka w końcu zrozumiała, że chcę ją odblokować i ustąpiła. Na jej cholerne szczęście. Wierzchem dłoni ocieram policzki i oczy, by lepiej widzieć ekran. W tej samej chwili otrzymałam wiadomość, a na małym wyświetlaczu zamajaczyła koperta. Otwieram ją, unosząc głowę i rozglądając się. Chcę się upewnić, że nikt na mnie nie patrzy, że wszystko dalej trwa w swoim rytmie, choć ja stoję w miejscu i już do niego nie należę. Kawa? Teraz? Brzmi treść, a ja uśmiecham się po raz pierwszy. Zmarzniętymi palcami próbuję odpisać, choć nie idzie to tak gładko, jak chcę. Bezustannie korekta, bezustannie telefon wmawia mi swoje wersje. Piwo. Teraz. Tam gdzie zwykle. Nie musiałam pisać gdzie, bo zawsze tam chodzimy. To samo miejsce od dawien dawna, ciepłe, pełne ludzi o podobnych zainteresowaniach. Nigdy nie spotkaliśmy się z nieprzyjemnościami, raczej z serdecznością niespotykaną w Polakach. Chowam ręce do kieszeni, wciskam nos w szalik i ruszam tłoczną ulicą, lawirując między ludźmi. Powtórnie patrzę na ich twarze, błyszczące oczy i paczki prezentów, które niosą. Kolorowe papiery, drogie opakowania i jeszcze droższe wnętrza otaczają mnie z każdej strony. Idą święta, widzę to i czuję, ale czy się cieszę? Nie czuję chłodu takiego, jaki powinien być w Grudniu - żadnego śniegu, jedynie chłodny wiatr i ten uporczywy deszcz. Ocieram policzek, przeklinając pogodę po raz pierwszy i dostrzegam kolejne natarczywe spojrzenia. Patrzą się? Gdy tylko się odwracam, uciekając spojrzeniami, speszeni tym, że ich złapałam. Obserwuję mijające mnie samochody o przeróżnych barwach, widzę twarze kierowców wykrzywione w przeróżnych grymasach. Od złości po euforię. Myślę o tym, co mogło ich tak zirytować albo rozbawić. Audycja radiowa? Przeceny w supermarkecie? Niezbyt ogarnięty kierowca na skrzyżowaniu? Mijam kolejne osoby, kolejne pary oczu i twarze z emocjami ukrytymi gdzieś głęboko. Nie chcę się wpatrywać, nie chcę dotykać ich duszy, lecz usilnie próbuję znaleźć w nich odbicie siebie samej. Nie czują tego deszczu, który leje się z nieba coraz bardziej? Dlaczego unikają mojego spojrzenia? Dlaczego opuszczają wzrok, jakbym czegoś od nich chciała? Nie wiem, nie rozumiem. Przecież tylko idę, a deszcz spływa po moich policzkach. Co w tym dziwnego? Docieram na miejsce przed czasem i z uśmiechem witam tabliczkę mojej ulubionej knajpki. Ile to już razy byłam w tym miejscu? Kilka? Kilkanaście? Nie liczę spotkań ze znajomymi, urodzin spędzonych w przyjemnym towarzystwie. Minęło tyle czasu, gdzie on tak ucieka? Nic się nie zmienia, nieważne jak szybko będziemy pędzić. Wspomnienia zostają, choć nie, zacierają się, zmieniają, obumierają. Lecz są. Schodzę po śliskich schodach, patrząc pod nogi. Przechodzę przez taras; czy mogę go tak nazwać? Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego wejście wykuto w ziemi, tworząc parter poniżej poziomu ulicy. Przecież gdyby naprawdę lało się z nieba, to miejsce mogłoby z łatwością znaleźć się pod wodą! Potem zauważam odpływ pod samymi drzwiami, schowany pod gumową wycieraczką z dziurami. Uśmiecham się i kręcę głową na własną spostrzegawczość, a raczej jej brak. Tyle razy przestępowałam nad nią, a jednak, nie zauważyłam. Przekraczam próg, otwierając wielkie, szklane drzwi. Klamka jest tak zimna, że decyduję wspomóc się barkiem. Naprzeciwko wejścia spogląda na mnie drewniana figura Wiedźmy trzymającej kufel z zielonym wywarem. Gdy byłam tu pierwszy raz, byłam pewna, że to jakiś człowiek i robi sobie żarty. Bawi mnie jej spiczasty, porośnięty brodawkami nos i jedno oko większe od drugiego. Jej złośliwy uśmiech przypomina mi mój, który dostrzegam w lustrze, ale tylko i wyłącznie w te dobre dni, kiedy wstaję prawą nogą. Czarna szata wygląda jak znoszona, stara suknia wdowy i jest tak realistyczna, że aż chcę jej dotknąć by przekonać się z jakiego jest materiału. To jednak tylko drewniany posąg. Mijam Wiedźmę, dusząc w sobie ochotę przywitania się z nią. Blisko wejścia jest olbrzymi bar, na którym wiszą ogłoszenia wszelakiego typu. "Zbieram na podróż do Mordoru", albo "Fundacja wsparcia dla zniszczonej reputacji wampirów". Ilekroć wchodzę, tym zauważam oryginalniejsze. Może dołączyłabym do jakiejś? Albo wywiesiła własną? Napoje w tym miejscu również nie są typowe, bo "Atak Chmielu" nie kupię raczej w Biedronce. Czytam nowe kartki, zdejmując jednocześnie płaszcz. Czuję zapach pierników i aż mam ochotę sobie zamówić miseczkę. Uwielbiam ten czas właśnie przez te typowe ciasteczka. Wieszam płaszcz na prześlicznym, stalowym wieszaku i podchodzę do lady z uśmiechem, a barman patrzy na mnie z taką dziwną miną, jakby chciał mnie przytulić. Opieram ręce o ladę, przyglądając się butelkom i wybieram dla siebie właśnie Atak Chmielu. - Dowodzik jest? - pyta mężczyzna, a ja kiwam głową i zaczynam grzebać w torbie za dowodem. Nie dziwię się, że mnie sprawdza, w końcu alkohol poniżej pewnego wieku szkodzi zdrowiu, a że wyglądam młodo, to nie moja wina. Pokazuję mu kawałek plastiku, który sprawdza, zerkając na mnie co chwilę, po czym bierze położone pieniądze i wydaje resztę. - Skoczę tylko do łazienki - mówię, a gdy otrzymuję odpowiedź twierdzącą, odchodzę od lady. Łazienka jest malutka, nawet nie potrafię się odwrócić by nie uderzyć łokciem ściany, ale to nie szkodzi. Lubię ten lokal, a w toalecie rzadko bywam. Patrzę na ścianę i bawi mnie ten rozebrany satyr. W męskiej łazience podobno jest krasnoludzica, choć nie wchodziłam by się upewnić. Nie korzystam jednak z ubikacji, tylko staję przy umywalce. Przemywam twarz zimną wodą i spoglądam w swoje oblicze. Widzę swoje przekrwione oczy, obserwuję krople spływające po skórze i wzdycham. Ziemista cera i naelektryzowane włosy sprawiają, że wyglądam jak trup, którego wcześniej szlag jasny trafił. Próbuję się uśmiechnąć do swojego odbicia, grzebiąc jednocześnie w torbie za kredką do oczu. Nie spałam za dobrze tej nocy, jestem zmęczona. Koszmary, nienawidzę ich. Śniły mi się dzisiaj w ogóle? Trzymam kredkę w dłoni i waham się nad tym, czy maskować swój stan, po czym chowam ją z powrotem. Nie będę przecież okłamywać przyjaciela. Wracam na główną salę, biorę czekający na mnie złocisty napój i ruszam w poszukiwaniu wolnego miejsca. Na szczęście, moja ulubiona ława i stolik opodal kominka są wolne, więc siadam plecami do płomieni. Kocham to miejsce. Uśmiecham się, kładąc głowę na blacie i grzeję się. Czuję ciepło tańczące po moich plecach, delektuję się napojem i czekam. Kładę telefon na stół, by co chwilę zerkać na wyświetlacz i odliczać upływający czas. Minuta; widzę jak barman przechodzi obok mojego stolika, a ja mimowolnie się do niego uśmiecham. Niby w moim typie, ale nie do końca. Wysoki, ale zbyt puszysty. Choć... Broda rekompensuje wszystko. Mężczyzna znika z zasięgu wzroku, więc zerkam na zegarek. Dwie minuty; za oknem dostrzegam idącego chłopaka przebranego za mikołaja. Mijałam go dzisiaj trzy razy i trzy razy wepchnął mi ulotki do ręki. Powinnam się oburzyć, ale on chce się ich jak najszybciej pozbyć, a mnie to nic nie kosztuje. Trzy; barman wraca i zauważam koszulkę z Sabatonem. Też lubię ten zespół, chyba rozpadł się jakiś czas temu. Choć może to nie ten zespół? Cztery; ktoś na uczelni o coś się pytał. O, wiem. Chodziło o to, gdzie kupiłam torbę. Odpowiedziałam? Nie pamiętam. Pięć; muszę przygotować ten referat na Kulturę Antyczną. O, jutro mam kolosa, tylko z czego? Na pewno nie z antycznej, Gosia ma przecież referat. Zerkam w kufel i z przykrością stwierdzam, że jest w połowie pusty. Zerkam na zegarek w telefonie i wzdycham ciężko. Minuta; ostatnio w ogóle nie przyszedł. Ciekawe czy dzisiaj się pojawi. Będę się złościć? Albo udam, że mnie to obeszło bokiem? Dwie; wcale się nie denerwuję, przecież mnie to nie obchodzi? O, ktoś wchodzi. Nie, tylko jakiś przeciętny student. Trzy; no, może nie taki przeciętny. Ma ładne oczy, ale nawet na mnie nie patrzy. Łops, popatrzył się, ale chyba zdążyłam uciec. Nie patrzę się, nie patrzę... Cztery; poszedł sobie. Szkoda, że nie zagadał, choć może to i lepiej. Nie mam nastroju na rozmowy z mężczyznami. Pięć; barman znów przechodzi obok mnie. Przez tę brodę wygląda jak wiking. Lubię wikingów. Jak wrócę do domu, to pogram w Skyrim. No i skończył mi się napój. Cholercia. Wstaję, by zamówić kolejny Atak Chmielu, kiedy widzę przechodzącego barmana. - Przepraszam! - wołam za nim, a gdy odwraca się z ciepłym uśmiechem,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Nuadell
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…