InfinituM
Opowiadanie o człowieku, którego życie stopniowo zamienia się w surrealistyczny koszmar.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Moje normalne życie zakończyło się w chwili, w której o mało nie utopiłem się w wannie. Nie byłoby to aż takie niezwykłe, wyczytałem kiedyś, że dużo bezpieczniejsi jesteśmy w samolocie niż we własnej łazience.
Zaskakujące.
Nigdy specjalnie nie chciało mi się w to wierzyć, chyba, że statystyki obejmują ludzi, którzy do kąpieli wchodzą z włączoną suszarką.
Tamtej nocy nie wziąłem ze sobą żadnego sprzętu elektrycznego, który mógłby mi zaoferować natychmiastową śmierć, a całemu blokowi irytującą, choć przejściową, utratę zasilania.
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że w ogóle nie wchodziłem do wanny. Tego dnia wróciłem z pracy tak zmęczony, że nie miałem nawet sił się kochać z moją narzeczoną. A była zjawiskowo piękną kobietą. Nieraz kiedy nie mogłem zasnąć zastanawiałem się co tak właściwie ona ze mną robi. Być może podświadomie wyczuwała moje wątpliwości bo często obejmowała mnie wtedy przez sen. I żadne odpowiedzi nie były mi już potrzebne.
Ale wtedy… Padłem jak kłoda. Zakopałem się w kołdrze, objąłem jej nagie ciało i błyskawicznie znalazłem się po drugiej stronie.
Czułem jak zatapiam się w cieple.
Miękki puch otulał mnie spokojem.
Sny zamknęły nade mną kopułę marzeń i było mi z tym dobrze.
Nie wiem ile to trwało, ale nagle w tej oazie iluzji pojawiła się rysa. Coś zaczęło mnie drapać w gardle. Zakrztusiłem się. Cholera. Głupie przeziębienie. Kaszel nie dawał mi spokoju i musiałem złapać oddech żeby z nim wygrać.
I wciągnąłem do płuc potężną ilość wody. W tym samym momencie otworzyłem oczy o przeraziłem się, że coś stało się ze światem. Mój błąd. Wszystko było zdeformowane bo byłem pod wodą.
Złapałem się krawędzi i podniosłem, kaszląc tak okropnie, że każdy chroniczny gruźlik wpadłby przy mnie w kompleksy. Wytoczyłem się z wanny i padłem na lodowatą posadzkę. Ironicznie, kiczowate kafelki, które zdobiły łazienkę miały deseń fali. Brawo Boże, w niebie mielibyśmy pewnie z tego kupę śmiechu. Ślina, ściekała mi po policzku razem z poczuciem wstydu i lekkiego zażenowania, że o mały włos zginąłbym w tak głupi sposób.
Kiedy po dłuższej chwili doszedłem do siebie zadałem sobie pytanie co tak naprawdę się stało. W jaki sposób się tu znalazłem? Nigdy nie lunatykowałem, nie byłem też pijany.
To była najdziwniejsza noc od czasu kiedy poznałem się ze środkami halucynogennymi i spędziłem dobrych kilka godzin na udowadnianiu Abrahamowi Lincolnowi z uszami Myszki Miki, że John Wilkes Booth miał moralne prawo go zastrzelić.
Wstrząsnął mną kolejny wybuch kaszlu. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że leżę na kafelkach zupełnie nagi w dodatku mokry. Cudownie, albo utopię się w wannie, albo umrę na suchoty. Tak czy inaczej byłbym w czołówce Nagród Darwina. Wytarłem się dokładnie w gruby, żółty ręcznik i po cichu, na palcach wróciłem do sypialni. Uśmiechała się przez sen. Pocałowałem ją w policzek żeby chyłkiem dostać się do jej snów. Jedną rękę wyciągnęła do mnie, drugą podrapała się po brzuchu. Moje uosobienie każdych marzeń. Zakradłem się pod kołdrę i palcami gładziłem ją po idealnych plecach. Oczy znowu same zaczynały mi się zamykać, chociaż jakaś niesforna myśl pukała w nie od środka.
Coś było nie tak. Nie licząc oczywiście mojej próby zostania rasowym topielcem. Kiedy mnie olśniło, sen sam zrezygnował ze spędzenia nocy w moim towarzystwie. Zamiast rozwiązać dołożyłem zaplątałem kolejny węzeł na suple zagadki, z którą przyszło mi się zmierzyć.
Skoro obudziłem się w wannie to skąd wzięły się ślady mokrych stóp prowadzące DO łazienki?
Dzień powitał mnie w kuchni. Póki co trzymałem się z dala od łazienki, nie tylko ze względu na moją mini-traumę, ale i to, że po nieprzespanej nocy wyglądam zazwyczaj jeszcze dużo gorzej niż się czuję. Skończyłem kroić łososia i układać go na kanapkach kiedy z sypialni dobiegł mnie piskliwy krzyk, po którym rozległ się śmiech rodem z horroru o szalonym naukowcu. Ze strachu prawie rozbiłem jej ulubiony kubek, na szczęście refleks miałem w dużo lepszym stanie niż nerwy.
Serce wybijało mi rytm, przy którym świetnie bawiłby się niejeden wyznawca prawdziwie twardego techno. Na szczęście przypomniałem sobie, że zaledwie kilka dni wcześniej kupiliśmy budzik, którego dźwięk, według napisu na opakowaniu „obudziłby umarłego”. Wtedy wydawało mi się to zabawne, teraz uważałem raczej, że jedyne co mógłby zrobić to co najwyżej obudzić biednego nieboszczyka tylko po to żeby na jego dźwięk przyprawić go o kolejny zgon.
Tak zatopiłem się w tych radosnych rozmyśleniach, że nie usłyszałem jak wchodzi. Odwróciła mnie i pocałowała mocno w usta. Odpowiedziałem atakując językiem jej szyję i zanim jeszcze na dobre się obudziliśmy już rozpoczęliśmy dzień najlepszą kawą świata. Podwójnym finałem z odrobiną śmietany, o której jakość dbałem spożywając codziennie ananasy.
Ktoś mógłby pomyśleć, że zapomniałem już o ponurym zdarzeniu sprzed kilku godzin. I w sumie prawie tak było. To naprawdę zadziwiające w jaki sposób nasz umysł dba o kruchą równowagę psychiczną. Pojechałem do pracy przekonany, że moja kąpiel była czymś zupełnie przypadkowym. Chociaż w bardziej racjonalnym i dużo mniejszym rejonie mojego umysłu przebłyskiwała nieśmiała myśl, że to doskonała pora na zamianę wanny na kabinę prysznicową.
Dzień upłynął najzwyczajniej w świecie. Przeglądanie stron w Internecie. Wysyłanie obraźliwych maili, z komputera kogoś kto zapomniał go zablokować. Najświeższe plotki przy „obowiązkowej” przerwie na papierosa. Byłem w naprawdę dobrym humorze kiedy szedłem do auta. Pogwizdywałem, a nawet pozwoliłem sobie na mrugnięcie okiem do blondynki, która minęła mnie w drodze na parking. Udawała, że tego nie widzi ale oboje wiedzieliśmy, że i tak się obejrzy żeby sprawdzić czy i ja to zrobię. Ale ja nie musiałem. Miałem moją najpiękniejszą dziewczynę na świecie. Żeby jednak waga Fortuny była w równowadze to po dojściu na moje miejsce parkingowe o numerze siedemdziesiąt dwa okazało się, że nie mam auta. Dobry nastrój ulotnił się niczym wynudzeni uczniowie ze szkolnej akademii.
Zawsze miałem problem z powstrzymywaniem emocji. Próbowałem policzyć do dziesięciu ale kiedy osiągnąłem zawrotną cyfrę jeden rzuciłem teczką daleko od siebie z precyzją profesjonalnego dyskobola. Byłem równie wściekły co mokry noc wcześniej.
Z rezygnacją walnąłem głową o filar.
Kretyn, który wymyślił jeden z banałów o tym, że zdrowie jest najważniejsze przypuszczalnie nigdy nie musiał spłacać za nic kredytu. A za moje czterokołowe cacko zostało mi jeszcze kilka ładnych rat. Rozejrzałem się jeszcze raz po parkingu z nadzieja, że coś mnie zamroczyło i stanąłem w zupełnie innym miejscu. Nic z tego. Puste miejsce niemal krzyczało do mnie, że auto zostało skradzione i nic na to nie poradzę.
Szedłem do budki parkingowego w nastroju radykalnie odmiennym od tego, który miałem rano. Kiedy w końcu doszedłem i zajrzałem przez brudną szybę zobaczyłem, że jest odwrócony plecami do okienka i pojękuje cicho. W pierwszej chwili przestraszyłem się, że coś mu się stało. Ale zaraz potem dostrzegłem pożółkły ze starości magazyn erotyczny poklejony substancją, której chyba nie muszę opisywać. Przez chwilę zastanawiałem się nad urwaniem mu prawej ręki, potem przyrodzenia, ale potem zrezygnowałem z obu tych opcji. Mimo, że z pewnością takie załagodzenie sytuacji pozwoliłyby mi się wyluzować. Na dobrą sprawę to od kilku miesięcy zakładaliśmy się z kolegami czy parkingowy jest bardziej głuchy czy może ślepy? Nie było sensu pytać się go czy widział złodzieja skoro zapewne nie wiedział nawet do czego tak właściwie się onanizuje. Gdyby ktoś zamienił mu pornosa na gazetę z najnowszymi modelami uszczelek to przypuszczam, że nawet by nie przerwał tych jednoosobowych harców.
I tak szedłem do domu pustoszejącymi ulicami. Powoli się ściemniało a nogi coraz bardziej mnie bolały. Próbowałem myśleć o tym co będziemy robić z moim słońcem kiedy już wrócę, ale moje myśli z uporem maniaka kierowały mnie na moje prawie-utonięcie. Do tego ta kradzież. Może ktoś zrobił mi kawał i jestem w jednym z tych parszywych reality-show? Stanąłem przy skrzyżowaniu i ukradkiem spoglądałem na osoby stojące przy mnie czy aby nie chowają gdzieś jakiś kamer. Starsza babka, która stała koło mnie zobaczyła moje spojrzenie i jakby mocniej złapała torebkę. Gwizdnąłem z irytacją i wsadziłem ręce do kieszeni. Z nerwów zapomniałem o kanapce, którą rano sobie zrobiłem.
Odwinąłem ją z folii akurat kiedy światło zmieniło się na zielone. Rozejrzałem się i dodałem cegiełkę od siebie do zanieczyszczenia środowiska rzucając papierek prawą ręką przez lewe ramię. Na szczęście ma się rozumieć.
Nie zdążyłem nawet przejść na drugą stronę ulicy kiedy coś mnie zastanowiło. Wokół mnie było zupełnie pusto. Kobieta z torebką stylizowaną na jedną z tych drogich, które kosztują kilka tysięcy dolarów i cierpienie kilku zwierząt gdzieś zniknęła. A szła zaraz koło mnie. Były jeszcze auta, ale żadne z nich nie jechało. Za ich kierownicami nie było nic poza mniej lub bardziej zniszczonymi karoseriami.
Za mną rozległ się metaliczny dźwięk. Wtedy jeszcze nie pożałowałem, że nie wyrzuciłem papierka do kosza. Zrobiłem to jakieś kilkanaście sekund później. Folia, w której parę chwil wcześniej znajdowała się moja kanapka podskakiwała przede mną niczym pchła z ADHD.
I nagle zaczęła rosnąć. Gdybym w tamtej chwili trzymał w ręce pistolet to palnąłbym sobie w łeb żeby sprawdzić czy naprawdę nie śpię.
Kiedy srebrna kulka zrobiła się już wyższa ode mnie… Zaczęła zmieniać kształt. Robiła to w bardzo dziwny sposób i czułem się jakby niewidzialni ludzie tworzyli przede mną animację poklatkową. Z pogniecionych kawałków wyłoniła się para rąk z olbrzymimi szczypcami. Pod nimi zaczęły wysuwać się metaliczne odnóża. A jakieś dwa, trzy metry nade mną uformowała się głowa. Zesztywniałem ze strachu. Oto w środku miasta pojawił się przede mną robot. Powstał z folii, którą można kupić w każdym lepszym supermarkecie. Zapewne każdy fan transformersów byłby zachwycony, ja jednak wybrałem uczucie kryjące się za bramką numer jeden: PRZERAŻENIE. Odzyskałem władzę w nogach dopiero kiedy szczypce rozszerzyły się jak u kraba i powoli, powoli zaczęły zbliżać się do mojej głowy.
Nie wiem jaki jest rekord świata na sto metrów, ale przypuszczam, że nie mógł być dużo lepszy od tego, który osiągałem. Żeby utrudnić mojemu przedziwnemu prześladowcy zadanie biegłem zygzakiem, przeskakiwałem przez żywopłoty, w końcu przewracałem śmietniki. Przypuszczam, że równie dobrze mógłbym próbować zdobyć złoto w szermierce walcząc wykałaczką. Cóż, rozsądek był w gorszej formie ode mnie. Zostawiłem go daleko w tyle. Zaryzykowałem obejrzenie się za siebie.
Robot zniknął.
Przynajmniej tak mi się wydawało do momentu, w którym odwróciłem się do przodu i przyrżnąłem prosto w niego. Przewróciłem się na ziemię. Pochłonął mnie jego cień kiedy pochylał się nade mną celując prosto w głowę. Zakryłem twarz rękoma a nogi podkurczyłem pod siebie. Ktoś strasznie krzyczał.
I po chwili zdałem sobie sprawę, że to ja. Poczułem dotknięcie na twarzy. - Proszę pana? Dobrze się pan czuje? Otworzyłem oczy. Zebrała się nade mną grupka osób. Niektórzy chichotali, inni chyba kręcili filmy swoimi komórkami. Co za kretyński wynalazek. Nie mogłem się już doczekać kiedy do telefonów zaczną dorabiać kible. Zapewne jeszcze tego samego wieczoru będę miał na Internecie więcej obejrzeń niż czteroletni perkusista.
Po robocie nie było śladu. Chyba tak jak i po mojej odwadze. Znalazłem jeden plus wracania pieszo. Mogłem z czystym sumieniem pójść do knajpy i zalać się w trupa. Szybko przekułem zamiar w czyn.
Głowa lekko mi się kołysała kiedy dopijałem kolejny gin z tonikiem. Barman dyskretnie zwrócił mi uwagę, że już zamykają. Puściłem mu jedno z tych groźnych spojrzeń, na które stać kogoś kto osiągnął już przyjemną fazę pijanej nieśmiertelności. Wycelowałem w niego palec i zakomunikowałem, że jak najbardziej wyjdę, ale najpierw pójdę się załatwić. Biorąc pod uwagę to co mi się wydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin może najlepszym wyjściem byłoby gdyby dwuznaczność tego powiedzenia oznaczała, że się zabiję. Szybko zrobiłem swoje, nie zapomniałem też o zwymiotowaniu wszędzie tylko nie do klozetu. Mój dzisiejszy obiad tworzył teraz wzory, którymi zachwyciłby się każdy niedorobiony abstrakcjonista. Odkręciłem kran i syknąłem z bólu. Strasznie bolała mnie głowa. Czułem jakby jednak robot z moich halucynacji naprawdę mnie dopadł i ściskał mi czaszkę w imadle nieludzkiego bólu. Uderzyłem w ścianę i osunąłem się na ziemię.
Siedziałem tak przez dłuższą chwilę ze szczelnie zamkniętymi oczami i wargami przygryzionymi do krwi. Umywalka chyba się zapchała bo czułem jak woda zaczyna moczyć mi buty. Zniecierpliwiony barman dobijał się do drzwi. - Zaraz, zaraz- krzyknąłem żeby go uspokoić. Spróbowałem wrócić do rzeczywistości ale…
Cały łazienka nagle wypełniła się wodą. Powietrze uciekło w bąbelkach zdumienia. Przekonany, że tym razem już po mnie podpłynąłem do drzwi i szarpałem klamkę. Nic z tego. Okno też nie dało się otworzyć. Przed oczami zaczęła mi tańczyć ciemność z czerwienią. Wbiłem sobie paznokcie w klatkę piersiową i poddałem się. Moje ciało unosiło się ku górze aż poczułem, że… Wypłynąłem na powierzchnię.
Odwróciłem się.
Resztkami sił i zaczerpnąłem potężny łyk życia. Rozejrzałem się dookoła. Byłem w swojej łazience. - O Chryste, O Chryste, O Chryste, co się ze mną dzieje?- powtarzałem stojąc przed lustrem. Przyjrzałem się sobie uważnie. Na twarzy zobaczyłem cień uczucia jakiego nigdy nie spodziewałbym się ujrzeć. Zwierzęcego zaszczucia.
Kolejna niespodzianka czekała na mnie w ciemnym spokoju naszego łóżka. Nie było jej. Zostawiła mnie? Może ja coś zrobiłem? Oszalałem? Odpowiedź jak zwykle była dużo mniej wydumana i uświadomiłem ją sobie kiedy spojrzałem na kalendarz. Zawsze w trzeci tydzień każdego miesiąca wyjeżdżała na kilka dni do rodziców. Byłem o to czasem dziecinnie zazdrosny, ale tym nie miałem nic przeciwko temu. Doprowadzenie się do porządku, głównie psychicznego, mogło mi trochę zająć. Chociaż tak naprawdę nie miałem zielonego pojęcia co też mogło mi się dziać.
Przez dwa kolejne dni wszystko było mniej lub bardziej w porządku. Zadzwoniliśmy do siebie nawzajem parę razy, powiedzieliśmy jak bardzo za sobą tęsknimy. Opowiedziała mi co ma sobie i że wieczorem kiedy poszła się kąpać byłem jej ręką. Zamiast się ucieszyć przeszły mnie dreszcze. Unikałem wanny jak mogłem, wskakiwałem tylko na parę chwil pod prysznic. Wyczuła niepokój w moim głosie i spytała się co się stało. Małe kłamstwo przyszło mi wyjątkowo łatwo chociaż i tak wiem, że jej nie oszukałem. Na szczęście wiedziała, że co pewien czas mam swoje humory i jestem wtedy bardziej nieznośny niż gwiazda parkietów po menopauzie.
Słuchawka powędrowała na widełki a mój wzrok na biurko.
Przeglądałem nasze zdjęcia, kronikę tego w jaki sposób nasze korzenie zaplątały się w jedno by przekształcić się w mocne drzewo. Przeżyliśmy już razem kawał naszego młodego życia. Być może straciliśmy przez to parę imprez, wyjść ze znajomymi albo dumnego kaca po imprezie, na której było się królem życia. Jakoś tego nie żałowałem. Patrząc na radość, która biła ze zdjęć wiedziałem, że było warto.
Plaża, góry, łóżko, uczucia, zdarzenia.
Dużo bardziej wolałem je trzymać w rękach niż przeglądać na pulsującym ekranie monitora. Kiedy doszedłem do fotek z ostatniego tygodnia… Nie wiedziałem jeszcze co, ale coś mi w nich nie pasowało. Zbliżyłem lampę i patrzyłem na nas stojących przed jakimś klubem. Otoczenie wydawało się być w porządku. Parę krzewów, neon nad wejściem. To z nami było coś nie tak. Byłem strasznie blady i miałem podkrążone oczy a ona wydawała się większa niż zwykle. W zdumieniu przecierałem kilka razy oczy.
Była drobną kobietą ale tutaj była tylko nieco niższa ode mnie. Normalnie różnica jest dużo większa. W chaosie szuflady wygrzebałem lupę. Dramat, gdybym tak wyglądał na randki chodzilibyśmy chyba tylko do kostnicy.
Myśl przeleciała a światło w lampie zamigotało.
I zgasło.
Cudownie. Nie miałem pojęcia gdzie jest latarka. Było zresztą całkiem prawdopodobne, że w ogóle jej nie mieliśmy. Coś miękkiego i ciepłego dotknęło mojej stopy.
Wzdrygnąłem się.
Ciemną zagadkę pokoju przeszył szept. - Liiii… Innnnn- cienki głos wbijał się w ucho nieprzyjemnym sopranem. Słyszałem czyjeś miękkie kroki na futrzanym dywanie. Strach przytulił się do mnie szczelnie. Uderzyłem się w twarz, ale to nie był koszmar. Festiwal moich halucynacji chciał mi zafundować gwóźdź programu. - Choooooooodź dooododoooo naaaasss. Liiiimmmmm- rozległ się znów obślizgły szept.
I kolejny, i kolejny. Dochodziły z różnych kątów pokoju. Czułem się jak w dziecko, które bezmyślny rodzic wysłał samo do Domu Strachów. Stukanie dochodziło zza mnie, coś prześlizgiwało się po suficie. Skapnęła z niego kropla kleistej mazi. Odruchowo oblizałem wargi. Było słone. - Liiiiiiii……
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil reaktywacja_pstraga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…