Inna strona
To zaledwie Epilog większej formy, ale bardzo będę wdzięczny za Państwa opinie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Unionville – małe wymarłe miasto w hrabstwie Pershing na północnym zachodzie Nevady. Jak na miasto, które miało przeżyło zaledwie dziesięć dobrych lat, radziło sobie całkiem dobrze. Populacja miasta sięgała trzech tysięcy ludzi, i przez większość czasu utrzymywała się. W latach 1870-1880 w Unionville wydobywano srebro o wartości trzech milionów dolarów. Pierwsza wzmianka o wyludnieniu się miasteczka zanotowana została w roku 1910. Po miasteczku pozostał budynek kościoła, miejscowa szkoła nosząca nazwę Buena Vista, oraz kilka domów.
John Samson biegł tak szybko, jak tylko pozwalały mu na to jego krótkie, otłuszczone nogi. Wielka, skórzana torba na listy odbijała się od jego wielgachnej dupy. Pot strugami wpadał mu do oczu, tak, że mrugał znacznie częściej próbując pozbyć się piekącego uczucia, a strumieniem spływał po kręgosłupie, prosto pomiędzy pokryte krostami półdupki, drgające jak galareta przy każdym uderzeniu stopy o ziemię. Samson nóżki miał małe, ale jak już się rozpędził sam diabeł nie byłby go w stanie zatrzymać. Tym bardziej, że tym razem chodziło o samego diabła – a przynajmniej tak mu się wydawało. Wiatr świszczał w uszach, rzucając mu w twarz ziarenka piasku. Przez chwilę próbował osłonić twarz ręką, ale w takiej pozycji gorzej mu się biegło, a za nic na całym Bożym świecie nie pozwoliłby sobie zwolnić. Korciło go żeby obejrzeć się przez ramię, Boże jak go korciło, ale strach był silniejszy. Kij z piachem sypiącym mu w oczy, pieprzyć pot zalewający bawełniane gatki. Chrzanić torbę na listy – gdyby tylko był pewien, że się nie zaplącze w skórzany pasek próbując ją ściągnąć – a zdarzało mu się to nawet gdy przebierał się w pełnym spokoju gabinecie na urzędzie pocztowym – już dawno wylądowała by na gorącym piasku. Pierdolić białe koperty, które miał dostarczyć Heather Ross, pierdolić listy przewozowe dla Smitha, pierdolić te dwie kwadratowe przesyłki, owinięte szarym papierem, od których zalatywało dziwnie już od wczoraj, pierdolić czeki, z którymi szedł do banku Cromwaya – pierdolić listy całego Unionville. Zresztą jakie to teraz ma znaczenie? Po tym co widział? Obrócił się przez ramię, nie potrafił się powstrzymać. Jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów za nim biegło kilkanaście osób, no, może kilkadziesiąt – nie zamierzał robić sobie postoju, żeby ich policzyć. W niewielkim tłumie błysnęła mu ruda czupryna piętnastoletnich bliźniaków Tracy. Białe koszule mieli porozrywane na piersi. Obok nich biegła kobieta – Johnowi wydawało się, że to Nancy Voss, ale nie był pewien, bo połowę twarzy miała zdarte do żywego mięsa, a lewa gałka oczna zwisała smętnie z oczodołu na pozostałych nerwach i odbijała się o policzek, jak piłeczka uwiązana na gumce do drewnianej deski. Na kremowej, falbaniastej sukience, z której zostały strzępki, wyraźnie widać było ślady krwi. Zauważył też rudą czuprynę, której nie poznał od razu, bo tliła się jeszcze od najwyraźniej ledwie ugaszonego ognia, powykręcane od gorąca końcówki sterczały na wszystkie strony jednak Samson poznał Heather Ross i odetchnął z ulgą – tak jakby skarga za niedoręczoną pocztę mogła go w ogóle obchodzić. Kiedy ubierał się rano do pracy, nigdy by nie pomyślał, że ten dzień skończy się w ten sposób. Boże, skończy! Nie po to przebiegł pół pierdolonego miasteczka, żeby skończyć rozerwanym przez swoich sąsiadów. Czuł rosnący w nogach ból, wiedział, że daleko nie pobiegnie. Cholera, nigdy nie był żadnym sportowcem, nawet czymś w rodzaju sportowca, nawet nie był silny – jego ojciec nie miał farmy, tylko był listonoszem, to i John nie bardzo miał gdzie wyrobić kondycję, przynajmniej tak to sobie tłumaczył. Wydawało mu się, że jego uda płoną żywym ogniem. Nie lepiej było ze stopami. W lewym bucie zrobiło się nieprzyjemnie mokro, zupełnie tak jakby obtarł sobie nogę do krwi, która właśnie wypełnia jego obuwie.
***
Kiedy piętnaście po dziewiątej opuścił budynek poczty przy Price Street z torbą załadowaną listami, i kilkoma gazetami, skierował się prosto do banku Cromwaya. Zastanawiał się co prawda, czy nie iść najpierw do ojca Gregory'ego, ale przypomniał sobie, że stary duchowny ostatnio nie lubił niezapowiedzianych wizyt – chyba od zeszłego piątku, kiedy odwiedził go jakiś krewny, może nie daj Bóg coś się stało – zresztą stary Ronald tłukł mu od dwóch dni, kiedy tylko miał okazję, że czeka na jakieś cholernie-ważne czeki, a John nie przepadał za starcem. Śmierdziało od niego jakby nie mył się co najmniej od wigilii, i to Bóg wie, którego roku, a w dodatku z jego uszu sterczały kępki siwych włosów, co wydawało się Johnowi zwyczajnie obleśne. Ułożył czeki w przedniej kieszeni torby, tak żeby nie musieć ich szukać gdy już wejdzie do zadymionego biura Cromwaya – chciał się ulotnić stamtąd jak najszybciej. Poranne słońce odbijało się od szarego budynku banku, i John wpadł na świetny pomysł. Zatrzymał się żeby wyciągnąć z torby zawinięte wstążką czeki – w końcu to kolejne kilka sekund mniej z tym wstrętnym żydkiem, pomyślał. Otworzył sprzączki torby i zajrzał do środka. W tym samym momencie usłyszał głośny krzyk i zamarł z ręką wsadzoną do wielkiej kieszeni czarnej torby listonosza. Po chwili krzyk się powtórzył, i natychmiast odwrócił się w tamtą stronę. Odruchowo zapiął torbę i poprawił czapkę na głowie. Ktoś krzyczał u Cromwaya. Rozejrzał się szukając koni, ale niczego nie dostrzegł, ulice miasteczka były zupełnie puste. Ale zaraz, pomyślał, zupełnie puste, o dziewiątej rano? Coś było nie tak. Poczuł jak w żołądku wywraca się poranna jajecznica, próbując powoli podejść mu do gardła – zawsze reagował tak na stresogenne sytuacje. Zatkał usta ręką i zmusił śniadanie by pozostało na miejscu. Poprawił torbę na ramieniu i ruszył w kierunku banku.
***
Poczuł ból w gardle. Palące mięśnie jeszcze jakoś ignorował, ale to, cholera, najgorsze uczucie świata. Łzy zaczęły płynąć mu po policzkach. Zgaga była tylko początkiem i doskonale o tym wiedział. Zaraz… Żołądek podszedł mu do gardła, i nie zatrzymując się, a jedynie trochę zwalniając zwymiotował na swoją białą koszulę, i na ziemię. Bardziej jednak na koszulę. Zakręciło mu się w głowie, ale tylko przetarł usta ręką, i nie odwracając się, znów przyspieszył. Za nim rozległo się głośne charczenie – a może warczenie – a potem usłyszał dziwny krzyk i odgłos upadających ludzi. Gdyby tylko nie bał się tak bardzo, pewnie by się roześmiał. Nie mógł wprost uwierzyć w to, że któryś z tych potworów wywrócił się na nieprzetrawionych jajkach z rana.
***
Wszystkie mięśnie miał napięte, czuł się jak złodziej skradający się do obstawionego strażnikami banku. Torbę przytrzymywał jedną ręką, tak by nie waliła mu o nogi. Krzyk dobiegający z banku powtórzył się jeszcze dwukrotnie, ale odkąd John zbliżył się do budynku, nic więcej nieb było słuchać. Zupełnie nic, i to najbardziej go zmartwiło. Co prawda Nevada nie należy do oaz rozwoju życia, ale wymęczonym przez słońce ptakom czasem zdarzało się wydać odgłos. I robale, robale też powinny bzyczeć, czy coś. Do najbliższego posterunku miał dobre dwadzieścia mil, a to i tak pod warunkiem, że jego służbowy ford zapali. Był to jedyny samochód w całym miasteczku, w dodatku, mimo, że względnie nowy, nie całkiem na chodzie. Ktoś krzyknął z jego prawej strony, tak, że Samson aż podskoczył. Serce zaczęło walić mu w piersi jak oszalałe. Zaczął coraz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil TaS
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…