ISTOTY CIEMNOŚCI † †
"Nic już do niej nie docierało, żadna myśl nie przemknęłam przez głowę. Cała cela zawirowała, a świat stał się nagle czarny i zimny. I nie, dlatego, że to ona miała zamknięte oczy..."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}Rozdział III – Intryga{/b}
Maneden siedział nad ciężkim, pożółkłym zwojem. Jego prawa ręka przesuwała się schematycznie po papierze kreśląc duże, zamaszyste litery. Wzrok mistrza był zamglony, zdawało się, że nawet nie widzi znaków. Mimo to dokładnie wiedział, co chce napisać. Ani razu nie oderwał dłoni od pióra i nie zastanowił się nad treścią. Był jakby w transie. Gdy skończył wstał, zapieczętował list i zawołał posłańca. Ten przyszedł natychmiast. Gdy spojrzał w oczy mistrzowi zaniepokoił się, a w jego własnych pojawił się strach. Blada twarz Manedena nie wyrażała żadnych uczuć. Oczy były puste i bez wyrazu. - Pośpiesz się - wycharczał do młodego wampira wyciągając rękę ze zwojem. Jego cichy szept odbił się echem od prawie pustych ścian komnaty. To jeszcze bardziej przeraziło posłańca. Nigdy nie słyszał takiego głosu. Wydawało się, że nie dochodzi on z ust Manedena, ale raczej z jakiejś głębokiej krypty. Gorączkowo odebrał przesyłkę i nie oglądając się za siebie wybiegł z sali. Na jednym z korytarzy wpadł na Dakhanavara. „O nie - pomyślał - tylko nie to”. Wiedział, że wampir jest bardzo okrutny wobec sług i jeśli nie będzie odpowiadał na pytania może tego gorzko pożałować. - Co to jest? – syknął do posłańca. - Nie wiem czy mogę... – mruknął ten niewyraźnie. - Kto to napisał? Młody nieśmiertelnik nie śmiał nawet spojrzeć mu w oczy. Czuł jak po karku przechodzą go nieprzyjemne ciarki. Zastanawiał się komu gorzej podpaść. Mina Dakhanavara wyrażała zniecierpliwienie. W końcu strach zwyciężył. - Mistrz Maneden kazał mi to zanieść. - Aha – błysnęły śnieżnobiałe zęby - A do kogo jeśli można wiedzieć? – zapytał łagodnie. Wampir spojrzał na adres pod pieczęcią. - Do rodu Tremere – oświadczył wyraźnie zdziwiony. - Słucham? Pokaż to! – obłudny ton zaraz zniknął. Dakhanavar wyrwał mu zwój i z niedowierzaniem patrzył na wykaligrafowane litery. Posłaniec cofnął się o kilka kroków. Rozwścieczony wampir, ściskając w pięściach list ruszył zamaszystym krokiem do siedziby mistrza. Młodzieniec przylgnął do ściany, by usunąć się z jego drogi. Wiedział, że teraz będzie miał poważne kłopoty. Wampir zmierzał prosto do komnaty Manedena zapewne z zapytaniem co to wszystko ma znaczyć. Chcąc nie chcąc podążył za nim. Drzwi otworzyły się z impetem, gdy Dakhanavar je pchnął. Bezceremonialnie wszedł do środka i rzucając zwój na stół tuż obok kałamarza posłał pytające spojrzenie. W drzwiach, niepewnie pojawiła się także drobna sylwetka posłańca, który jednak nie wszedł do środka. Maneden odwrócił głowę do wampira i spojrzał na niego swoimi pustymi oczami. Dakhanavar otwarł usta ze zdumienia. Nagle poczuł się zupełnie nieswojo. - Co ci się stało? – wykrztusił. Maneden nie odpowiadał. Powoli obrócił twarz do posłańca, który aż skulił się w sobie. - Zanieś – sztywnym ruchem ręki wskazał na leżący zwój. - O nie – sprzeciwił się Dakhanavar, mimo iż na dźwięk głosu przeszły go dreszcze – Najpierw mi wytłumaczysz, po co to. - Nie ważne. Zanieś. Posłaniec zbliżył się niezdecydowanie. Nie wiedział, co ma zrobić. Dakhanavar posłał mu mordercze spojrzenie, co sprawiło, że zatrzymał się wpół kroku. Już nie był pewny, co gorsze. To nakazujące spojrzenie pustych oczu, czy surowy zakaz wściekłych źrenic drugiego wampira. Na razie postanowił nie ruszać się z miejsca. Niech to rozstrzygną między sobą. - Wyślemy ten list. Tylko najpierw powiedz mi, co zamierzasz? - spytał przymilnym tonem Dakhanavar. - Kłamiesz – padła odpowiedź. Wampir był już wyraźnie poirytowany. - Jeśli nie zamierzasz ze mną rozmawiać, pójdę natychmiast do Lamara – zagroził. - To idź – Maneden wstał i podszedł do posłańca, który spojrzał na niego pełnymi strachu oczami. - Imię. Młody wampir był tak przerażony, że nie od razu zorientował się, czego Maneden od niego chce. W gardle czuł wielką, nie pozwalającą mówić gulę. - Ito – wydusił. - Niezwłocznie zaniesiesz ten zwój inaczej pożegnasz się z życiem swojej matki. Nieśmiertelnik natychmiast podbiegł do stołu, chwycił obiekt sporu i błyskawicznie opuścił komnatę. - Co to ma znaczyć? – zreflektował się Dakhanavar, którego cała sytuacja wprawiła w osłupienie – Czekaj! – rzucił za posłańcem, który jednak nie zamierzał wracać. Życie ukochanej rodzicielki było mu droższe niż cokolwiek. „Później się nim zajmę” – postanowił wampir. Podszedł do Manedena i potrząsną nim mocno. - Co się z tobą dzieje?! Mistrz odepchnął go tak, że Dakhanavar znalazł się na ziemi. - Pożałujesz tego – wysyczał. - Znam wszystkie twoje sekrety. Nie próbuj mi wchodzić w drogę. Zależy ci na rzeczach, które nie są ci przeznaczone, a ty i tak zrobisz wszystko, żeby osiągnąć upragnione cele. Jeśli naprawdę chcesz władzy to będziesz ją miał, o ile tylko mi pomożesz. Wtedy resztę pozostawię twojej inicjatywie. Nie będę ci w żaden sposób przeszkadzał. Ten list jest skierowany do wampirów z rodu Tremere, gdyż chcę by kilkoro z nich odwiedziło nasz pałac. Lamar nie może się dowiedzieć, a ty mu nic o tym nie wspomnisz! – rozkazał. Podczas tego monologu Dakhanavar czuł się bardzo dziwnie. W jego głowie pojawiały się obrazu różnych zdarzeń i miejsc, które tylko on znał. Miał wrażenie, że Maneden pokazuje mu to wszystko, żeby uprzytomnić ile o nim wie. Teraz nie mógł odmówić. Gdyby te wszystkie rzeczy się wydały, już nigdy nie miałby szansy na zdobycie panowanie w królestwie. Marzyły mu się wielkie rzeczy, ale był pewien, że kiedyś je osiągnie. Jego ambicja nie miała granic. Zlany potem wstał z podłogi. Odetchnąwszy głęboko oznajmił: - Niech będzie jak chcesz. Nie wiedział czy tylko mu się zdaje, ale chyba dostrzegł na tym niewzruszonym obliczu nieznaczny uśmiech. Otrzepawszy szatę z kurzu wyszedł chwiejnie z komnaty. Mimo iż nie oglądał się za siebie czuł na karku lodowate, dosłownie mrożące krew w żyłach spojrzenie.
* * *
Sahirah szła, a właściwie przechadzała się pustym korytarzem. Była niezwykle czujna, a jej ruchy przypominały kocie. Od kiedy ostatni raz widziała Kathrinę często chodziła tak po pałacu, gdy wszyscy inni bawili się w wielkiej sali. Dobrze wiedziała, że o tej porze już dawno miała być w swojej komnacie. Teraz niewiele ją to obchodziło. Przecież przechadzek po własnym zamku nie mogą jej zabronić. Tak przynajmniej myślała. Rzeczywiście niczego już nie była pewna. To jedno wydarzenie pozbawiło ją zarówno sił jak i resztek uśmiechu. Starała się tego nie okazywać, nawet wręcz przeciwnie. Przynajmniej w obecności Manedena musiała się cieszyć, że „zdrajczyni” została skazana. Przychodziło jej to z trudem, ale przez te wszystkie lata zdążyła się nauczyć by maskować uczucia. Znając kogoś słabości można go bardzo łatwo zranić. A tego naprawdę nie chciała... Mijając portrety ważnych osobistości klanu Ventrue nagle usłyszała cichy, przepełniony lękiem głos. Ten sam, który tak często wzywał ją po imieniu. Nie wahając się zaczęła biec ku miejscu, z którego dochodził. Bała się, że i tym razem jak zwykle rozpłynie się w powietrzu. Głos ucichł. Weszła, po schodach na jedno z pięter pałacu. Nie było tu okien z pięknie zdobionymi szybami. Tylko otwory, przez które wlatywał wiatr. Niósł on ze sobą zapachy lasu i wolności. Wychyliła się przez nie, chłonąc aromat nocy. Jakże pragnęła być wolna. Opamiętała się jednak i odwróciła od okna. Nie przyszła tu bez powodu. Zaczęła wpatrywać się w ciemność. Podeszła do przeciwległej ściany i dotknęła jej rękami. Była gładka i w niczym nie różniła się od pozostałych. Jednakże za nią coś pulsowało, Sahirah czuła to bardzo wyraźnie. To nie była ściana, to ukryte drzwi. Zaczęła szukać jakiejś szczeliny, by je otworzyć. Nic jednak takiego nie znalazła. Już miała się poddać i zrezygnowana wrócić do swojej komnaty, gdy tajemniczy głos znów się odezwał. Teraz już była zupełnie pewna, że wydobywa się zza tej ściany. Wyraźnie słyszała swoje imię rozproszone w powietrzu: „Sahirah!, Sahirah!”. Musiała tam wejść, musiała przekonać się, kto ją wzywa. Z całej siły pchnęłam ścianę. Wiadomo, że wampiry mają ogromną siłę. Mimo to nie poruszyła się ani troszeczkę. Tak jej się przynajmniej wydawało. Dostrzegła jednak małe szczeliny, przez które wydobywało się na korytarz światło. Teraz uświadomiła sobie, że drzwi były doskonale dopasowane do ściany i dlatego nie mogła zobaczyć żadnych rys w miejscach gdzie się kończyły. Sahirah spróbowała jeszcze raz. Lekko drgnęły, ale nic poza tym. Zmobilizowała całą swoją moc i popchnęła ścianę. Ku jej uldze, drzwi z głośnym skrzypieniem puściły. Musiały być bardzo stare i dlatego nie chciały się otworzyć. Coś na kształt tajemnych przejść w bibliotekach, gdzie regały książek służą za takie drzwi. Wystarczy wyjąć odpowiednią książkę i przejście otwiera się. Ją to niestety kosztowało znacznie więcej wysiłku. Drzwi obróciły się i z powrotem zamknęły. Ale Sahirah była już wewnątrz. Pośrodku, na małej marmurowej kolumnie znajdowała się tylko jasna kryształowa kula. O tak kryształowa, składała się z tysięcy drobnych kryształów. Jej mglisty blask oświetlał niewyraźnie resztę komnaty. Jednak nie było tu nic więcej do zobaczenia. Tylko gołe, kamienne ściany. Podeszła ostrożnie do kuli. W jej głębi majaczyły jakieś kształty. Przybliżyła się, musiała uklęknąć by dostatecznie zbliżyć oczy do jej wnętrza. Za srebrnej mgiełki powoli zaczął wyłaniać się kształt monumentalnych wrót. Były zamknięte, a koło nich rosły kwiaty, zioła i inne rośliny. Sahirah wywnioskował, że w takim razie wrota musiały być gdzieś na zewnątrz, poza pałacem. Dostrzegła także dziurkę, musiał być, więc i klucz. Nagle w kuli pojawiły się mgliste, dosłownie płynące w powietrzu srebrzyste kształty. Przelatywały one, co i raz przed wrotami. Znowu usłyszała głos, tym razem połączony z innymi. Nie miała wątpliwości, ze te sunące kształty to głosy. Wpatrywała się jeszcze chwilę w dziwny obraz, ale przypomniała sobie, że przecież musi wracać. Nie chciała wiedzieć, co zrobiłby jej Maneden gdyby ją zobaczył w tym miejscu. Czuła, że nie powinna tu być. Pośpiesznie wróciła do swojej komnaty. Mimo, że była w tej części pałacu pierwszy raz, bez problemu znalazła drogę powrotną. No cóż, lata praktyk i ćwiczeń z mistrzem dały jej pożądany rezultat. Poza tym wampiry mają doskonale wyostrzone zmysły. Dzięki nim Sahirah bez problemu wyczuła zapach otoczenia, w którym spędziła całe życie. Leżąc jeszcze w uniformie, w swoim łożu długo rozmyślała o tym, co zobaczyłam. Służące nie niepokoiły jej. Skądinąd bardzo ją to zdziwiło. Nigdy po treningu z Manedenem nie gościły w jej pokoju. Mimo, że była bardzo ważną osobą, mistrz nie uważał, że należy jej się taki luksus. Musiała nauczyć się samodzielnie goić rany i znosić ból. Ale teraz? Widocznie było już bardzo późno. Zasnęła zmęczona i głodna w uniformie, nawet nie rozpuszczając włosów. Pytania gdzie są te wrota i dokąd prowadzą pozostały bez odpowiedzi.
* * *
Wampirzyca odetchnęła głęboko. Pochylała się na zakrwawioną podłogą. Ściana, o którą się opierała była przyjemnie chłodna. Obok niej leżało na podłodze dwóch martwych astuatów. Zaledwie kilka minut wystarczyło jej by rozszarpać na kawałki nieśmiertelnych pobratymców. Tak dawno nie używała mocy, że ta wymknęła się „trochę” spod kontroli. Jako że na ćwiczeniach z Sahirą trenowały tylko obronę przed drobnymi zaklęciami. Nagle przechyliła głowę w bok i ujrzała jakąś postać w głębi korytarza. Dokładniej tylko jej świecące na żółto oczy, gdyż jak zdążyła zauważyć w tej części zamku nie było żadnych świec. Kathrina nie była do tego przyzwyczajona. Zawsze towarzyszyło jej albo światło Księżyca, albo świec. Trochę potrwa zanim się przyzwyczai do wszechogarniającej ciemności. Podniosła głowę i w tej chwili osoba zaczęła uciekać. Nie zastanawiając się długo, podążyła za nią. Bez problemu ją dogoniła, widać tamta nie biegała szybko. Chwyciła ją mocno za ręce i przyparła do ściany. - Kim jesteś? Zostaw mnie! Kathrina przybliżyła się na tyle blisko by pomimo braku światła ujrzeć właścicielkę głosu. Była to młoda wampirzyca. Miała bardzo bladą cerę, a nadgarstki, za które ją trzymała były niezwykle kościste. Właściwie, jak oceniła Kathrina, musiała być jeszcze młodsza od Sahiry. Wampirze dziecko. - Co tu robisz? Nie powinnaś być w swoim pokoju, w głównej części zamku? - zapytała - Ja.. ja tu mieszkam... - To niemożliwe. - Jednak możliwe. Ty nie jesteś z naszego klanu, prawda? Kathrina odwróciła się. Za nią, z małą pochodnią w rękach, stał jeszcze jeden wampir. - To ty zabiłaś astuatów? Odgarnęła włosy z czoła. - Owszem - przytaknęła niechętnie. - To dobrze. - Nie to źle. Będą ich szukać! - Nie, nie będą. Myślisz, że szlachta Ventrue przejmuje się zwykłymi żołdakami? - A ty, kim jesteś? - Wszystko ci wyjaśnię. Choć z nami – powiedział biorąc za rękę wampirzą dziewczynkę. Tym razem Kathrina się nie wahała.
* * *
Sahirah obudziła się późnym wieczorem. Gdy otworzyła oczy zobaczyła krzątające się po komnacie służące. Pomyślała, że musiało je bardzo zdziwić, iż spała w uniformie. Nigdy wcześniej, nawet po najcięższym treningu jej się to nie zdarzyło, a wczoraj przecież nie ćwiczyła. Włosy też miała nie rozpuszczone. Usiadła znienacka na łożu. Niektóre służące wzdrygnęły się zaskoczone, nie zauważywszy wcześniej tego, że Sahirah się obudziła. {i}Asemri{/i} położyła palec na przybladłych wargach. W ten sposób rozkazała im nic nie mówić. Musiały jej słuchać, miała tylko nadzieję, że Maneden niczego się nie domyśli. Służące natychmiast rzuciły się by jej pomóc. Jedne zaczęły rozplatać warkoczyki, inne w tym czasie przyniosły świeżą, jeszcze ciepłą krew. Sahirah o tym nie wiedziała, ale to była krew którejś z nich. W tym czasie jeszcze inne służące przygotowywały Sahirze strój, ona natomiast nabierała sił. Skóra znów stała się rumiana. Z ulgą przyglądała się swojej twarzy w zwierciadle - nie było już na niej widać żadnego zmęczenia. To nie prawda, że Dzieci Ciemności nie mogą oglądać swoich odbić w lustrze, te najpotężniejsze potrafią to robić, jeśli tylko chcą. Lustro zdradza tylko słabe wampiry. Nagle drzwi otwarły się z hukiem. Do komnaty wkroczył Dakhanavar. Służące skuliły się, chowając po kątach. Wampir był wyraźnie zły. Sahirah zastanawiała się, co mogło go tak rozwścieczyć. - Dobrze się czujesz {i}Asemri{/i}? - zapytał podejrzliwie. Zaskoczyło ją to pytanie. Nie wiedziała, o co mu może chodzić. - Tak, czuję się doskonale – odpowiedziała w końcu. - Wczorajsza noc była bardzo męcząca - kontynuował patrząc na nią wyczekująco. Nadal nie mogła pojąć, czego od niej chce. Czyżby..? - Czy cały czas przebywałaś w swojej komnacie? – przeszedł do rzeczy. Sahirze zaschło w gardle. A jednak... - Tak - odparła unosząc głowę i patrząc na niego z wyższością - Dziękuję za troskę. Zdziwiło go to trochę. Chciał chyba jeszcze coś powiedzieć, ale ostatecznie zmienił zdanie. - A więc dobrze. Życzę miłego wieczoru - Dakhanavar popatrzył na nią z podstępnym uśmieszkiem, który znaczył, że nie zrezygnuje i wyszedł. Sahirah opadła z ulgą na łoże. Na nieszczęście tylko chwilową ulgą. Gdy tylko weszła do pomieszczenia, w który jadała posiłki, wiedziała, że coś jest nie tak. Łagodnie mówiąc... Cały czas przebywając w swojej komnacie nawiedzały ją złe przeczucia. Zawsze postępowała pod wpływem impulsu, a potem tego żałowała. Teraz była już pewna, że nie może wchodzić do tej komnaty, a nawet do tamtej części pałacu. Maneden nawet kiedyś o tym wspominał. "Pamiętaj nigdy nie wchodź na górne piętra zamku. Tamte komnaty nie są dla ciebie przeznaczone. My przebywamy tylko tutaj"- to jego słowa. Bardzo żałowała, że go nie posłuchała. Wprawdzie nie sądziła, by widok wrót miał ją zgubić, ale jednak Dakhanavar był bardzo wściekły. Wiele razy łamała rozkazy i polecenia, ale zawsze karał ją Maneden. Z wielkim niepokojem weszła do sali. Mistrz i Dakhanavar szeptali między sobą gorączkowo. Gdy ujrzeli Sahirę spojrzeli na siebie znacząco. Specjalnie szła z wysoko podniesioną głową w nadziei, że chociaż to na coś się zda. Niestety. Maneden spojrzał na nią surowo. - Wiemy, co uczyniłaś - zwrócił się do niej - to naprawdę w niczym ci nie pomoże. Wiele razy powtarzałem, by tego nie robić. Nie wchodzić na wyższe piętra pałacu. Myślę, że należy ci się nauczka. To niemożliwe już tak dawno nie była karana! - Pozwól, że ja wymierzę jej karę Manedenie - powiedział przymilnie Dakhanavar. Od czasu tego incydentu z listem obawiał się z nim rozmawiać. Spodziewał się, że znowu ujrzy puste oczodoły i usłyszy beznamiętny głos. Jednak Maneden wydawał się zupełnie normalny gdy, z pewnym wahaniem, powiedział mu o występku Sahiry. Co więcej nawet nie wspomniał o ich rozmowie, zdawał się kompletnie nie pamiętać tego co zaszło. Dakhanavar postanowił być jednak ostrożny. Przez chwilę widział wahanie na jego twarzy, ale potem mistrz oświadczył zdecydowanie: - Dobrze, jak chcesz - i wyszedł. - No cóż Sahiro, przykro mi. Może to nauczy cię posłuszeństwa. No i tego, by nie zadawać się z nieodpowiednimi osobami. – zaśmiał się złowieszczo. Skinął głową i strażnicy stojący przy drzwiach chwycili ją pod ręce zupełnie jak wcześniej Kathrinę, tylko mniej brutalnie. - Zaprowadzić ją do ognistej celi - rozkazał Dakhanavar patrząc na nią z satysfakcją. Sahirah zaczynałam go nienawidzić. Tak naprawdę nigdy go nie lubiła, ale a teraz przekonała się, jaki jest naprawdę. Wampirzyca zostałam zaprowadzona do najgłębszych lochów. Nie wydawało jej się żeby takie miejsce lubiły wampiry. Powietrze było gęste i okropnie gorące. Z czoła Sahiry zaczęły spływać kropelki krwawego potu. Żołnierze spojrzeli na nią z niepokojem. Ściany lochów były rozpalone do czerwoności. Zobaczyła buchający z rzeźb ogień. Światło płomienia było oślepiające, języczki ognia parzyły jej ciało zostawiając palące blizny. Krzyknęła przeraźliwie. Żołnierze także cierpieli katusze. Zaprowadzili ją do niewielkiej celi. Przykuli kajdanami do łańcuchów zwisających ze ściany. Posłali jej ostatnie bolesne i jakże nieprzytomne spojrzenia. Wyszli. Sahirah nie miała im tego za złe, to był ich obowiązek. Najgorsze było to, że oni już nie mieli szans na przeżycie. Ogień wypalił im oczy, żegnając się już jej nie widzieli. Rany wywołane przez ogień były zbyt poważne, żeby się szybko zagoić. A żołnierzami nikt się nie opiekuje, na ich miejsce wejdą następni, jakże chętni ochotnicy. Każdy po coś się rodzi, oni akurat po to by zostać wojownikami. Sahirah z niechęcią zauważyła, że wszyscy wokół niej spełniają tylko obowiązki nie zastanawiając się, ile to ich kosztuje. Najgorsze było to ze wobec niej mieli takie same oczekiwania. Ogień palił niemiłosiernie jej skórę. Zacisnęła powieki gdyż nie mogła dłużej znieść oślepiającego blasku. Po jej twarzy płynęły szkarłatne łzy. Rozpaczała nad losem swoim i tych dwóch wampirów. Przecież ci żołnierze nie musieli tak cierpieć... Nie miała pojęcia ile czasu spędziła wśród śmiertelnych promieni, po kilku chwilach nic już nie czuła, nawet nie myślała. Krwawe, bolące łzy znikły wysuszone przez prażące płomienie. Jej ciała nie przepełniał już ból, było martwe. Nie mogła poruszać żadną kończyną. Wysunęła swe kły w pragnieniu świeżej życiodajnej krwi. Zamiast tego czuła na języku tylko suche, palące powietrze. Zatraciła się w tym ogniu. Nic już do niej nie docierało, żadna myśl nie przemknęłam przez głowę. Cała cela zawirowała, a świat stał się nagle czarny i zimny. I nie, dlatego, że to ona miała zamknięte oczy...
* * *
Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Ród Tremere oznajmiał, że kilkoro młodych wampirów przybędzie za parę dni. Wyrażał jednocześnie swoje zdumienie i obawy, iż może to skończyć się nieprzyjemnie dla obydwu stron. W ten sposób nie można przecież pogodzić sprzecznych interesów i uprzedzeń. Szlachetny członek Camarilli dopytuje się także, czy to ma coś wspólnego z {i}asmeri{/i}. Jeśli tak to delegacja przybędzie niezwłocznie, nie chcąc narażać się bóstwu... Maneden czytał dalej. Był pewnie, że się zgodzą. Gdy w grę wchodziło wieczne potępienie nikt nie chciał się narażać. Zwinął list i spalił go w płomyku świecy. Chwilę później mrugał zdezorientowany nie mogąc sobie przypomnieć skąd na podłodze wziął się popiół.
* * *
Chwilę później Sahirah poczuła jak ktoś ściąga jej bezwładne ciało z łańcuchów. Dłonie zostały uwolnione z wpijających się kajdan. Ta sama osoba delikatnie wzięła ją na ręce i wyprowadziła z celi. Przez głowę przemknęła jej myśl „Koniec kary” a za nią następna już mniej optymistyczna „Albo jej druga część”. Cały czas dręczyło ją to okropne przeczucie, aż cichy głos powiedział: -Już dobrze moja droga. Jesteś bezpieczna, nic ci nie będzie Sahirah próbowała otworzyć oczy, ale nie mogła. Chciała się odezwać, ale usta były zbyt suche. Nie miała nawet siły pokiwać głową. Buty stukały o kamienną posadzkę. Dla uszów Sahiry był to okropny hałas. Skrzywiła się, co sprawiło jej dodatkowy ból. Kathrina domyśliła się, o co chodzi, bo zaczęła stąpać cicho i delikatnie. Nic nie mówiła. Jej podopieczna znowu zaczęła tracić przytomność. „Ale dlaczego jej to zrobili...”– zastanawiała się Kathrina. Wiedziała, że to nie jest bezpieczne miejsca. Z drugiej strony takie zdarzenie nie przeszło jej nawet przez myśl. Gdy Sahirah się przebudziła, poczuła, że jest w zimnej komnacie. A może wcale nie była chłodna, tylko jej, po spędzeniu nie wiadomo ile czasu wśród syczących płomieni tak się wydawało? Czuła się bardzo źle i była słaba. Próbowała wstać, ale każdy ruch sprawiał jej ogromny ból. Delikatnie uniosła powieki. W pokoju panował półmrok. Nie byłam jednak sama. Ktoś siedział nad nią pochylony. Wyraźnie czuła jego ciepło. Wyczuwała też zapach świeżej krwi. Spojrzała wygłodniałym wzrokiem na puchar, który ta osoba trzymała w rękach. Postać przybliżyła się i wlała Sahirze kilka kropel do ust. Ta od razu poczuła się lepiej. Westchnęła z ulgą. Nie mogła jednak nadal mówić, a on nie odzywał się. On, gdyż był
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil amitri
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…