Ja, ja i jeszcze raz ja
"O ile pamiętam, Ania nie miała też nigdy zbyt mocarnych barków, ani tym bardziej umięśnionej, włochatej klaty. Ku swojemu przerażeniu, najwyraźniej spałem z facetem i właśnie ochoczo się do niego przytuliłem."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obudziłem się w środku nocy. Czułem, jak pośród zbłąkanych, niezupełnie normalnych myśli - roiło mi się coś o gigantycznych truskawkach - przeciska się świadomość. Nie otwierałem jednak oczu. Nie chciałem się budzić. Przewróciłem się na drugi bok. Oparłem policzek o jej ramię - odsłonięte, nagie i tak gorące, że niemal parzyło. Instynktownie przycisnąłem się mocniej do tego najcudowniejszego źródła ciepła, jakim jest bliskość drugiej osoby. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem do siebie. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że Ania wcale nie nocowała dzisiaj u mnie, ani ja u niej. Zatem z całą pewnością nie spaliśmy w jednym i tym samym łóżku. O ile pamiętam, Ania nie miała też nigdy zbyt mocarnych barków, ani tym bardziej umięśnionej, włochatej klaty. Ku swojemu przerażeniu, najwyraźniej spałem z facetem i właśnie ochoczo się do niego przytuliłem. - Jezus Maria! - krzyknąłem. Zacząłem tłuc pięściami i kopać na oślep. Też się obudził - bo kto by się nie obudził po kopniaku w nerkę - i chyba próbował się bronić, albo przynajmniej zorientować się, co się w ogóle dzieje, bo kolejne moje kopniaki trafiały na skrzyżowane w obronnym geście ręce. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że należy bić jeszcze mocniej. W końcu zsunął się z łóżka i runął na podłogę. - Au... - jęknął. Zeskoczyłem nad nim - a raczej po nim - na dywan i podbiegłem do drzwi, by zapalić światło. Nie tyle po to, żeby mu się przyjrzeć, co żeby znaleźć coś ciężkiego i metodycznie go tym stłuc. Chwyciłem stare, nieco już rozklekotane krzesło i odwróciłem się, by solidnie obić tego gnoja, który nie dość, że włamał się do mojego domu, to jeszcze wlazł mi do łóżka. Zamarłem z krzesłem uniesionym nad głową. Krew odpłynęła mi z twarzy i chyba poszła się schować, a mnie zrobiło się nagle zimno i zarazem potwornie gorąco. Opuściłem krzesło, gdy ręce mi zwiotczały, ale nie odstawiłem go na bok. Nadal kurczowo zaciskałem palce na oparciu, jakbym miał je zamiar połamać, i trzymałem w uwiędłych rękach jak tarczę, nie oręż. Mogłem go tym krzesłem - lichym bo lichym, ale drewo to drewno - stłuc na kwaśne jabłko, gdybym chciał. Po to zasadniczo je wziąłem. Ale... ale już nie chciałem. Nie, żeby w ciągu tych pięciu sekund dokonała się we mnie duchowa przemiana i żebym odżegnywał się od krzesłoczynów w sytuacjach awaryjnych. Nie, nie, kolesiom włamującym się do mojego mieszkania i włażącym mi do łóżka zdecydowanie należały się wtłuki. Ale... nie mogłem. Nie mogłem go tak po prostu sprać. Nie jego. - Kim... kim ty jesteś? - wydusiłem z siebie słabo. - Marcin... Marcin Kowalski... - Nie... Nie... To niemożliwe... Zacisnąłem ręce mocniej na krześle i lekko je uniosłem, jakbym chciał się bronić przed tym, co do mnie mówił. - Kłamiesz! - stęknąłem, kręcąc głową. - Jak Boga kocham...! - jęknął. Skulił się na podłodze, zupełnie nagi. - Przecież to jest, kurwa, niemożliwe... - To tylko sen... To tylko zły sen... - mamrotał, patrząc to na mnie, to na krzesło wielkimi oczyma Moimi oczyma. Obiłbym go - bo wlazł mi do domu i przytulił się do mnie w moim własnym łóżku. Obiłbym go i opluł - gdyby nie mały szczegół, który nie dawał mi spokoju. Właściwie to dwie rzeczy. To ja nazywałem się Marcin Kowalski. A facet leżący na dywanie w mojej sypialni - skulony i nagusieńki - miał moją twarz. Moją twarz, moje oczy, moje uszy - jedno odstające, a drugie nie. Moją bliznę pooperacyjną i moją kozią bródkę. I mój tatuaż na lewym ramieniu, który jemu ten sam tatuażysta jakimś cudem skopał w idealnie ten sam sposób. - Gadaj, kim ty, kurwa, jesteś! - syknąłem, próbując go nastraszyć, ale sam bałem się chyba tak samo. - No... Marcin Kowalski... - upierał się. Skrzywił się, jakby wcale nie był z tego dumny. - Data urodzenia! - Dwunasty marca, rocznik siedemdziesiąty szósty... - Imię matki i ojca! - Henryk i Eleonora... Jezu, co to? Przesłuchanie na policji czy co? Rzeczywiście tak to mogło wyglądać. Ale to ja miałem krzesło, a on leżał na podłodze, więc to ja ustalałem zasady. Chociaż miał rację, pytania były głupie, i pewnie przy peselu musiałbym go sprać, bo sam nie pamiętałem swojego, a więc jeśli był mną, też nie pamiętał. A jeśli by pamiętał, tym bardziej bym mu wtłukł. Musiałem go wziąć na sposób i spytać o coś, co nie stało czarno na białym w moim dowodzie osobistym. Coś, o czym nie wiedział nikt. - Ulubiona kreskówka! - krzyknąłem, mierząc w niego oskarżycielsko palcem. Spłonił się i zacisnął usta. - Ha! Tu cię mam! - Uniosłem krzesło. - Czarodziejka z księżyca... - stęknął, zakrywając głowę. Zamrugałem oczyma. Puściłem rozklekotany mebel. Kręciłem głową z niedowierzaniem. - Skubany... - szepnąłem do siebie. Nikt, absolutnie nikt nie wiedział, że lubiłem - ba, uwielbiałem! - Sailor Moon. Ani mama, ani tata. Chyba by mnie wydziedziczyli. Nikt z kolegów. Nie daliby mi żyć. Nawet Ania - a jej powiedziałem o różnych dziwnych rzeczach. Ona zresztą nie lubiła nawet Laboratorium Dextera i uważała, że poważny facet, którym niby miałem być, nie powinien oglądać - jak to zawsze zawsze podkreślała z ironicznym uśmiechem - bajeczek dla maluszków. I pewnie miała rację. Co prawda byłbym najgorszym ojcem na świecie, gdybym pozwolił czterolatkowi oglądać Cartoon Network, ale facet prawie z trzydziestką na karku i tatuażem na ramieniu nie powinien oglądać, ani tym bardziej fascynować się Czarodziejką z Księżyca i jej koleżankami z dużymi oczami, wielkimi mocami i przepotężnymi piersiami. Ale co ja poradzę? Sam się nad tym zastanawiałem, a i miewałem okresy zwątpienia, ale choć nie do końca sam siebie rozumiałem, kochałem Sailor Moon. W tych dwudziestominutowych odcinkach kumulowało się wszystko, co lubi każdy facet, niezależnie od wieku, od najmłodszych lat: długonogie panienki, spódniczki długie na pięć centymetrów, przemoc i jaskrawe kolory. Głęboko w najniższej półce, za starymi książkami, miałem chyba z dziesięć kaset video, od końca do końca wypełnionych rozpustnymi kreskówkami. Taśmy były niemal zdarte od oglądania, i po każdym wieczorze przed telewizorem musiałem czyścić głowicę w odtwarzaczu, żeby nie poniszczyć innych kaset. Zastanawiałem się, czy nie rzucić Ani i nie kupić sobie wszystkich serii - i filmu pełnometrażowego - na DVD, by móc je dumnie postawić na półce. Tak, teraz wszystko było na DVD. Ktoś nawet wydał Żwirka i Muchomorka na DVD, w Dolby Digital 2.0. A goły facet na dywanie, który wlazł do mojego domu, do mojego łóżka, był najwyraźniej mną. Usiadłem na łóżku i schowałem twarz w dłoniach. Oddychałem ciężko. - Mogę już wstać? - zapytał, znudzony leżeniem na podłodze w dość niewygodnej błagalnej pozie. - Jasne, jasne... - odparłem mu, zmieszany. - Załóż coś na siebie. Wstał z podłogi i spojrzał po sobie. - Majtki są tam, w drugiej szufladzie od góry - wskazałem. Spojrzał krzywo na mnie, siedzącego na skraju łóżka. - Wiem. - No tak... - Plasnąłem się w czoło. Otworzył szufladę. Gdy wyciągnął z niej jakieś gatki, spytałem o coś, co dopiero po dłuższej chwili namysłu krystalizowało się w mojej głowie. - Ale... właściwie... to skąd ty się tu...? Zamarł w pokracznej pozie, na jednej nodze, wciągając majtki na siebie. Spojrzał na mnie krzywo. - No jak to: skąd? To przecież mój dom! - burknął. - To takie dziwne, że ktoś kładzie się spać we własnym łóżku? Nie, to było normalne. Całkiem normalne. Dziwnie robiło się, gdy człowiek budził się o czwartej nad ranem obok siebie. - I... i co teraz? - spytałem. - A co ma być? - No... Ty tu tak zamierzasz zostać? - A niby gdzie mam iść w środku nocy? - No, nie wiem... - To przecież mój dom. - No tak... Nie wiem, czy to dlatego, że była czwarta nad ranem, a ja byłem nieprzytomny ze zmęczenia, czy cały czas myślałem, że to sen, ale ciągle traktowałem go, jakby był po prostu obcym facetem w moich gaciach, który jakimś dziwnym trafem znalazł się w moim domu. Tymczasem to po prostu byłem ja. Ja razy dwa. - No i co teraz? - spytałem, chyba tym wszystkim po prostu zażenowany. - Nie wiem, jak ty, ale ja bym się położył... Jest czwarta rano... - Ja się pójdę czegoś napić i też zaraz idę spać. Ziewnąłem przeciągle i, mrużąc obolałe, przekrwione oczy, poczłapałem do kuchni. Wziąłem szklankę po soku z kredensu i nalałem sobie wody z kranu. O czwartej nad ranem nie chciałem się bawić w trawienie. Przechyliłem szklankę jednym haustem, otarłem usta wierzchem dłoni i poszedłem do sypialni, położyć się, zasnąć i za kilka godzin obudzić się w normalnym świecie. - A ty co robisz w moim wyrku? - Leżę - stwierdził. - No to spieprzaj, to moje łóżko. - Na wszelki wypadek, gdybyś w drodze do kuchni albo z kuchni zapomniał, że ty to ja a ja to ty... To moje łóżko. - Dobra, dobra... - westchnąłem ciężko. - Idę spać do drugiego pokoju. - Wiesz, gdzie jest koc? - upewnił się. - Wiem - burknąłem. Zwaliłem się na kanapę jak kłoda. Nasunąłem na siebie koc. Zasypiając, pomyślałem, że to najgłupszy sen, jaki w życiu miałem. Włącznie z tym, w którym mieszkałem w wielkim, wydrążonym jabłku.
***
Budząc się, nie od razu przypomniałem sobie o dziwnym śnie. Jak to sen, umykał z głowy z chwilą, gdy się otworzyło oczy, rozwiany trzepotem rzęs i gwałtownymi ruchami na jawie. Ale już samo to, że obudziłem się w salonie, na kanapie, pod kocem, wydało mi się dziwne. Przez chwilę myślałem, że może zasnąłem przed telewizorem. Gdy jednak wstałem, coś podpowiadało mi, by sprawdzić sypialnię. Przypomniałem sobie, że - o ile to wszystko mi się po prostu nie przyśniło - to powinien tam spać jakiś facet. Powinienem w swoim łóżku zastać siebie. Drugiego siebie. Skradając się na palcach, podszedłem powoli do drzwi i niepewnie zajrzałem przez szparę w niedomkniętych drzwiach. Wsunąłem do sypialni samą głowę. Niemal roześmiałem się, gdy pod rozchełstaną pościelą nie zobaczyłem nikogo. Łóżko stało niepościelone - jak to zwykle u mnie - i puste. Ulżyło mi. Odetchnąłem. Co za głupi sen. Tak mi napędzić stracha! Z tych nerwów zrobiłem się strasznie głodny. Miałem apetyt na tosty z roztopionym serem. - O, dobrze, że już jesteś - stwierdził. - Właśnie cię miałem wołać. Siedział przy stole, w mojej białej koszulce (lubiłem białe koszulki, miałem ich chyba z dziesięć), w moich jeansach, moich skarpetkach, moich kapciach - i z moją twarzą. Zajadał się moimi tostami z roztopionym serem. I miał do tego prawo, takie samo jak ja. - Zrobiłem też dla ciebie - wskazał na talerz po drugiej stronie stołu, przy którym siedział. - Dzięki... - wydukałem tylko. - Zrobisz herbaty? - spytał. - Dobrze... - zgodziłem się. - Sypaną czy z torebki? - Pomyśl. No tak. Tylko sypaną. Przecież był mną, a ja piłem tylko yunnan, z jedną łyżeczką cukru. Ja byłem nim, a on mną - i wyraźnie to on się szybciej z tym oswajał. A ja byłem ten głupszy.
***
Siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy wiadomości. Była niedziela rano, a ja i ja w ramach weekendowego lenistwa i nic-nie-robienia urządziliśmy sobie poranny seans przed telewizorem. Dopijałem swoją herbatę a on bawił się pilotem. Mogłem mu go oddać - przynajmniej na jakiś czas - bo miałem pewność, że skoro był mną - a był - to zamierzał oglądać to samo co ja. Nie było ryzyka, że zbłądzi i zainteresuje go jakiś głupi serial, gdy na Cartoon Network leci "Krowa i Kurczak". Zmieniał kanał w chwili, gdy ja sam bym to zrobił - a nawet jakby ciut szybciej. Miałem na sobie - tak jak on - białą koszulkę, przetarte jeansy i takie same granatowe skarpetki. Nie miałem tylko dwóch par identycznych klapków, więc musieliśmy się podzielić tym, co było. Teraz on miał na nodze lewy, a ja prawy. Oboje zgodnie uznaliśmy, że to zabawne - choć mało wygodne. Siedzieliśmy na kanapie - ja na jednym końcu, on na drugim - jak odbicia lustrzane. Byliśmy identyczni - jak bracia Kaczyńscy. A nawet bardziej. Wyglądaliśmy tak samo. Ta sama gęba, z małą blizną pod dolną wargą. Ten sam spaprany tatuaż na ręce. Nawet paznokcie tej samej długości. Tego nie miał żaden bliźniak na świecie. Z pozoru wydawali się identyczni, ale gdy przyjrzeć się bliżej, dokładniej - wychodziły różnice. Bo ten miał bliznę po wyrostku robaczkowych, a drugi nie. Bo jeden lubił taki a taki typ dziewczyn, a drugi zupełnie inny. Ja tymczasem miałem u siebie wierną kopię siebie samego, która nie dość, że uwielbiała Usagi Tsukino tak samo, jak ja - ani mniej, ani bardziej - to nawet linie papilarne miała identyczne. I oboje zwracaliśmy się do siebie per "ej!" - bo mnie było głupio do niego mówić Marcin, i jemu do mnie - skoro był mną - pewnie też. - Ej, Atomówki! - Ej, przecież wiem... - odparł z emfazą. Pokręcił głową i przełączył na najlepszy kanał na kablówce. Spoglądałem kątem oka na faceta siedzącego tuż obok mnie i nie mogłem się nadziwić. Był jak brat, którego nigdy nie miałem, jak najlepszy kumpel. Ciągle nie mogłem się przyzwyczaić, że wyglądał tak, jak ja na zdjęciach, nie jak w lustrze, i brzmiał tak, jak ja, gdy słyszałem swój głos nagrany na kasecie. Ale to byłem ja. Miałem rzadką okazję obserwować siebie z zewnątrz - i polubiłem się. I tylko kiedy pięć razy z rzędu pokonał mnie w Tekkena, zrobiło mi się nieswojo. Bo przecież nie był dużo lepszy ode mnie. Był taki sam.
***
Było dopiero po jedenastej, ale oczy już mi się kleiły. Siedziałem na kanapie i próbowałem oglądać film, ale średnio mi to wychodziło, bo co i rusz przysypiałem, tracąc połowę wątków. - Ej, idę spać - rzekłem niewyraźnie do siebie, siedzącego tuż obok, skupionego na filmie. - W porządku, ja jeszcze posiedzę. Potem ci opowiem, co było. - Nie trzeba, obejrzę powtórkę. HBO miało tę szczególną cechę - czasem zaletę, czasem wadę - że wszystko puszczało przynajmniej pięćset razy, nim ostatecznie zdjęło to z anteny w szumnym Poniedziałku Ostatniej Szansy. Musiałem tylko zaczaić się na powtórkę "Bez Twarzy" o jakiejś dogodniejszej porze. - Ej, obudzić cię o szóstej? - spytał. - Jasne! A ty się wyśpisz? - Jedna kawka więcej w robocie krzywdy mi nie zrobi - wzruszył ramionami. Poczłapałem do pokoju. Zasypiałem na stojąco. Wtem, doznałem olśnienia. Przystanąłem w drzwiach i popatrzyłem na siebie, siedzącego wciąż na kanapie, wpatrzonego w ekran. - Słuchaj... - zagaiłem. Spojrzał na mnie wyczekująco, gdy przez dłuższą chwilę zbierałem myśli. - No? - No więc - ciągnąłem - jutro rano idziemy do roboty, nie? - No tak... - Ale numer polega na tym, że przecież nie każdy z nas ma pracę. - Jak to? - skrzywił się. - Ja mam pracę. - No właśnie... Jesteś grafikiem komputerowym... Pokiwał głową niepewnie. - Ale... - tłumaczyłem dalej - ja też jestem grafikiem komputerowym, w tej samej małej, rozwijającej się firemce... Przez chwilę przetwarzał to, co właśnie mu wyłuszczyłem. Widocznie jemu też myślenie ciężko przychodziło o tej porze. - No tak... - zgodził się w końcu. - Szkopuł w tym, że ty jesteś mną a ja tobą, i fotel w firmie należy tak samo do mnie, jak do ciebie. Ja sobie myślę, że szef by się co najmniej zdziwił, gdybyśmy jutro poszli tam razem. Zaśmiał się. - No, byłoby zabawnie. - Ale to nie przejdzie - pokręciłem głową. - Niby więcej rąk do pracy, ale w firmie komputerów jest na styk, na mnie wypada jeden, i nie ma żadnego wolnego, więc jeden i tak by siedział zupełnie bezużytecznie. A zresztą wątpię, żeby szef chciał bulić podwójny ZUS za tego samego człowieka w dwóch egzemplarzach. Po co mu nas dwóch, jak każdy potrafi to samo, umie tylko tyle, co drugi, a jak się będzie opierdaczał, to wyleci na zbity pysk, tak czy tak. - Więc nie możemy iść do roboty razem - zgodził się ze mną. - I sobie tak myślałem, że może ty byś poszedł jutro za mnie... - Wiesz, o tym samym myślałem! - Czyli co? Idziesz jutro? - Nie, myślałem, że może ty byś poszedł za mnie. Zawsze lubiłem u siebie to, że zawsze potrafiłem się jakoś ustawić. Teraz nagle zaczynałem tego żałować. Gdybym był ciut głupszy, na pewno udałoby mi się jakoś siebie samego przekabacić do zrobienia czegoś, na co zupełnie nie miałem ochoty. Chciałem chrapać do południa. - A czemu ja? - A czemu nie? A czemu niby ja? - targował się. - Bo... yyy... - myślałem, szukając argumentu. - Bo jak nie pójdziesz jutro, polecisz z roboty. Nie możesz sobie darować dnia pracy. Nie teraz! Gra ma być gotowa za dwa tygodnie, inaczej wydawca ukatrupi szefa, a szef wyleje cię na zbity pysk, a na twoje miejsce znajdzie kogoś innego. I wtedy do roboty będę musiał iść ja. - A nie przyszło ci do głowy, że wylewając na zbity pysk mnie, zwalnia tym samym ciebie. Przecież jesteś mną. Pójdziesz mu wytłumaczyć, że ty to nie ty? Jak cię przyjdą zakutać w kaftanik z przydługimi rękawami, doktorowi też możesz tłumaczyć. Za dużo zachodu, stary... - No to co robimy? - No nie wiem... Mnie się nie chce do roboty iść, skoro możesz iść ty... - I nawzajem! - Losowanie? - Dobra... Czekaj, zobaczę, czy mam monetę. Pogmerałem w kieszeni, ale znalazłem w niej tylko jakieś paprochy. Chyba rachunki z zakupów. - Ja mam - rzekł. Wyjął z kieszeni pięciozłotówkę. - Orzeł. - Reszka. Podrzucił monetę do góry, złapał ją nachwytem i plasnął nią o grzbiet drugiej dłoni. Wypadł orzeł. Popatrzyłem krzywo na ten tryumfalny uśmiech. Mój uśmiech zwycięzcy. Wydał mi się bardziej sarkastyczny niż zwykle, gdy widziałem go w lustrze. I, szczerze mówiąc, denerwował mnie. - Hej, spójrz na to lepszej strony: dziś ty śpisz w łóżku, bo musisz się porządnie wyspać - rzekł z uśmiechem.
***
Mój stosunek do pracy był umiarkowanie entuzjastyczny. Gdy wspominałem w towarzystwie, że jestem grafikiem komputerowym, wszystkie głowy kiwały z uznaniem, a gdy napomknąłem, że pracuję przy grach, ludzie z którymi się zadawałem, skłonni byli uważać, że jestem fajny gość. Wielka gula stawała mi w gardle, gdy ktoś był zbyt dociekliwy i spytał, nad czym konkretnie teraz pracuję. Wtedy przyciszonym głosem odpowiadałem, że nad platformówką. I w tym momencie pytania cichły, a ja bezpowrotnie traciłem szacunek u wszystkich w promieniu dziesięciu metrów. Dobrze, że nie musiałem opowiadać nic więcej o Pigwinie Pongu. Takie rzeczy nie interesowały nikogo, poza sześciolatkami i zdesperowanymi rodzicami, którzy próbowali zająć jakoś dzieciaki, na które sami nie mieli czasu, bo mieli prawdziwą, poważną pracę. Nikt poważny się nami nie interesował. Prasa branżowa omijała gry naszej produkcji szerokim łukiem. Żadnemu recenzentowi - ludziom z reguły powyżej pietnastego roku życia - nie chciało się nawet spojrzeć na to, co robimy, nie mówiąc już o graniu w nasze gry. "Wprost" zrobił z nami króciutki wywiadzik przy okazji artykułu o polskich grach, a pan redaktor wydawał się bardzo przejęty faktem powstawania w Polsce gry. Jeśli będziemy mieć szczęście i zwiedzą parę innych pomniejszych studiów, może nie czeka nas totalna, ogólnokrajowa kompromitacja na tle konkurencji. Jeśli, nie daj Boże, dotrą do krajowej czołówki - do której nam daleko jak stąd na Marsa - i napiszą coś o tej trójwymiarowej strzelance Chmielarza, albo jeszcze o tej wyścigówce, to wzmianka o naszej firmie będzie tylko humorystycznym przerywnikiem w poważnym artykule, mniej więcej tak stosownym jak pierdnięcie w towarzystwie i potrzebnym jak piąte koło u wozu. Pozostawała nadzieja, że w ogóle o nas nie napiszą. Tak ogólnie to nie miałem się czego wstydzić, przecież nie robiłem nic złego. A i tak robienie gry o pingwinku, który zbiera płatki śniegu, serduszka i rybki, i rzuca w arcygroźnych przeciwników śnieżkami to nic w porównaniu ze zbieraniem butelek po śmietnikach - a i taką opcję przecież zawsze miałem. Tymczasem, codziennie karnie szedłem do pracy. Dzisiaj kończyłem animację trójwymiarowego modelu foczki, a konkretnie perfidny plask zadnią płetwą w pingwini dziób z obrotu. Może uda mi się zrobić też misia, jak ryczy. Bo misio, wyobraźcie sobie, nawet pingwina nie musi dotknąć - a zasadniczo to nie może, bo w normalnych warunkach pociąłby biedaka na strzępy. A to była gra dla sześciolatków. A orka na końcu gry oczywiście nie zżera pingwinka. Nawet go nie draśnie. Ot, trąca go nosem i podrzuca - małego, kluskowatego pingwina w kolorze blue, z oczami prawie tak wielkimi, jak on sam. Marzyłem, żeby kiedyś zrobić strzelankę. Żeby zanimować prawdziwy karabin i łuski wyrzucane z magazynka na wszystkie strony, jak deszcz. I chociaż to ponoć gry najniższych lotów, i w dodatku szkodliwe, to marzyłem o czymś, co nie jest ostentacyjnie błękitne i różowe, a przeciwniczy padając nie robią "plum" tylko charczą, wiją się i plują krwią w rytm motion-capture. Krzysiek, od tekstur, ślęczał właśnie nad wizerunkiem mordy miśka, która - mimo domyślnie krwiożerczych zamiarów - była uśmiechnięta. Cóż, tego wymagał specyficzny odbiorca. Na desktopie miał natomiast malowniczą plamę krwi, którą sam wydziergał na Photoshopie w wolnej chwili.
***
Schodząc po schodkach małego budynku firmy - opłacanego z pieniędzy bogatego sponsora, który wymagał od nas tandetnych gier, robionych w rekordowym czasie - sięgnąłem do kieszeni, sprawdzając, czy wszystko zabrałem. Komówkę trzymałem w lewej kieszeni, portfel w tylnej, klucze w lewej. Odetchnąłem, gdy stwierdziłem, że niczego nie brakuje. Alarm samochodu czknął a odblokowane wewnętrzne klamki zgrzytnęły. Zamarłem z ręką na drzwiach. Uświadomiłem sobie, że nie powinienem mieć kluczy. Powinienem był je zostawić jemu, żeby mógł wyjść z domu. Problem nie polegał na tym, że nie miał jak zamknąć drzwi na klucz, gdyby wyszedł. Szkopuł w tym, że po wewnętrznej stronie także miałem zamki, nie kłódki. Tak więc zasadniczo był uziemiony. Nie mógł się ruszyć z domu, i mogłem się tylko domyślać, co zrobił przez te dziesięć godzin, gdy ja siedziałem w pracy. Mógł się wkurzyć, coś rozbić, wyłamać drzwi albo wezwać policję, by zrobiła to za niego. Bałem się nawet myśleć, do czego był zdolny - w końcu był mną - nie mówiąc już o konsekwencjach. Zaparkowałem z piskiem przed domem, omal nie rozjeżdżając pałętających się po parkingu kolesi w kapturach. Wyskoczyłem z auta i pobiegłem do domu. Aktywowany alarm ćwierknął tylko gdzieś za moimi plecami, gdy wbiegałem na klatkę schodową. Pognałem na górę. Ręce mi się trzęsły z nerwów, i zabawa z kluczem potrwała dłużej niż zwykle. Powinno mnie uspokoić to, że drzwi były w całości i nie nosiły śladów forsowania. Ale nie uspokajało. Zdyszany, wpadłem do mieszkania i rozbieganymi oczyma szukałem siebie po pokojach. - Tu jestem - dobiegł mnie mój własny głos z kuchni. - Jezu, stary, przepraszam cię... - wydyszałem. - Odruchowo wziąłem klucz ze sobą. Spojrzał na mnie spokojnie. - Nie ma sprawy - odparł, wzruszając ramionami. - I tak nie zamierzałem wychodzić. Siedzę sobie, łoję Tekkena, popijam piwko... Czego więcej do szczęścia trzeba? - Niczego ci nie zabrakło? - upewniłem się. Wiodło mną przeświadczenie, że przecież muszę się o siebie troszczyć. - Chleba nie było, ale zrobiłem sobie płatki z mlekiem - uspokoił mnie. - I piwo się już skończyło. - Trzeba było zostawić dla mnie! - jęknąłem. Suszyło mnie jak diabli. O niczym tak nie marzyłem, jak o zimnym piwku prosto z lodówki. - Było jedno! - bronił się. - No to tym bardziej! To w końcu moje piwo, kupione za moje ciężko zarobione pieniądze! Przekrzywił głowę. - To również moje piwo, kupione za moje ciężko zarobione pieniądze - odparł chłodno. - Bo ty to ja, a ja to ty. Zakryłem dłonią twarz. Westchnąłem ciężko. Pilnie potrzebowałem piwa. Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. - Zaraz wracam... - mruknąłem.
***
Gdy chmiel spłukał mi gardło, poczułem się dużo lepiej. Z butelką w dłoni usadowiłem się na kanapie. Wolną ręką wdusiłem na telefonie guzik odtwarzania wiadomości. "Cześć, Marcin" - zaczęła Ania niepewnym głosem. Tak samo brzmiałem, gdy czasem zostawiłem jej wiadomość. Niepewnie. Bo z Anią to było dziwnie. Spotykaliśmy się od dawna ale nie wiedziałem w ogóle, na czym stoimy. Spotykaliśmy się rzadko, coraz rzadziej, i zaciąganie się na wspóne spotkania przypominało podchody. Jakby jedno drugiemu robiło łaskę. Jakbyśmy spotykali się od niechcenia, na umowę-zlecenie, z braku lepszej okazji - takiej na pełny etat. A i owszem, było miło, a jak przyszło co do czego, parę razy wylądowaliśmy w łóżku, i też było całkiem do rzeczy. Ale robiliśmy to jakby z nudów, akurat ze sobą, z braku laku. Bywało gorąco, ale uczucia nie było. Byliśmy jak Myszka Miki i Minnie - kojarzeni ze sobą, ale co najwyżej się lubiliśmy. Założę się, że Donald z Daisy miał dużo ciekawsze pożycie seksualne. No więc, moja Myszka Minnie zadzwoniła do mnie, chyba się stęskniła. "Chciałam..." Nagle wiadomość się urwała. - Czemu wiadomość nie nagrała się do końca? - krzyknąłem w stronę kuchni, w której był on i pewnie coś wiedział. Wyszedł i stanął na progu pokoju. - Bo odebrałem. - Powiedziałeś, że mnie nie ma? - A ja to co? - parsknął. Wytrzeszczyłem na niego oczy. Poczułem, że żółć podchodzi mi do gardła. Gadał z nią. Drań z nią gadał, co gorsza, w moim imieniu. Flirtował pewnie, szeptał czułe słówka, mamił. Anię. Moją Anię! - I co? Umówiłeś się z nią? - spytałem podejrzliwie. Zatłukłbym, gdyby to zrobił. Nie wyobrażałem sobie, żeby wyszedł na randkę z Anią, a co gorsza, żeby skończyło się to u niej w domu, pod kołdrą. Sam nie wiem, na czym stałem z Anią, miłości tu nie było, ale sama myśl, że może na boku kręcić i dać się posuwać innemu, przyprawiała mnie o mdłości. Nawet, jeśli tym kimś miałem być ja sam. - Nie - odparł krótko, co mnie wielce uspokoiło. - Rzuciłem ją. - Że co?! - wrzasnąłem. Piwo poszło mi nosem - co, mimo mojej wielkiej sympatii dla tego napoju, nie jest miłym uczuciem. - Głuchy jesteś? - wzruszył ramionami. - Rzuciłem ją. - Ty idioto! Kretynie! - grzmiałem. - I po co? - Bo mnie wnerwiła, głupia pinda... - mruknął. - Czym? - Tym telefonem. Gram w Tekkena, już prawie dziadka załatwiłem na najcięższym stopniu trudności, a tu nagle ni stąd, ni zowąd telefon, joypad mi poleciał z ręki, dziadek mnie dwoma ciosami posłał na dechy, no to się zdenerwowałem. Przez chwilę sam się nad tym zastanawiałem, i doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie też bym się wkurzył. - Ale trzeba ją było od razu rzucać? To nie można po prostu wiązanki puścić albo na joypadzie się wyżyć? - tłumaczyłem mu. - Co się będę nad joypadem pastwić, jak to ona mnie wkurzyła. Małpa! Zero wyczucia. W ogóle nie wie, kiedy dzwonić. Albo złośliwie to zrobiła! Sam wiesz, jak nie znosi Tekkena... Wiedziałem. W końcu byłem nim, a on był mną. - Kurwa... - westchnąłem. - Dzwoń, odkręcaj to teraz! Przepraszaj, błagaj na kolanach... - Ani mi się śni - prychnął. - Nie chcę jej już oglądać, znudziła mi się, wolę pobyć sam. - No to twój problem, ale jest jeszcze drugi ja, który jednak chce z nią chodzić, więc…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MFitzner
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…