Jak za kruka, cz.1
Opowiadanie inspirowane konkursem "Czarna kawka", na który niestety się nie załapałam
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jak za kruka
Sobieborowi zdechł kruk. I nie żeby ze starości, bo ptak był młody, poza tym czarownik zawczasu zatroszczył się o pupila, karmiąc go mięsem zaprawionym eliksirem długowieczności.
Ptaszysko po prostu siedziało sobie na dachu, spokojnie obserwując miasto aż trafił się ktoś przesądny i uznał, że taki widok niezawodnie oznacza pecha. Umyślił sobie też, że aby zły los odwrócić należałoby cisnąć kamieniem w ciemną sylwetkę, co też uczynił.
Okazało się, że rzucający miał całkiem dobre oko i trafił kruka prosto w pierzasty łeb. Sobiebor żadną miarą nie mógł przywrócić ulubieńcowi życia, a że przyzwyczaił się do jego obecności tedy strata bardzo go dotknęła i postanowił sprawić sobie nowe zwierzątko.
Udał się zatem na targ, gdzie znalazł handlarza i wśród klatek z małpkami, papugami i różnymi dziwadłami, których nawet nie potrafił rozpoznać, wypatrzył odpowiednio czarne i wielkie ptaszysko, po czym zadowolony z zakupu wrócił do domu.
Jakież było jego zdziwienie, gdy nazajutrz na żerdce przy biurku ujrzał nie dumnego kruka za którego dał tyle pieniędzy, ale najzwyklejszą w świecie kawkę jakich pełno w miastach. Chyba tylko gołębie były liczniejsze.
Oburzony postanowił potraktować nieuczciwego handlarza jakimś wyjątkowo paskudnym zaklęciem.
- Toć sprzedałem szanownemu panu kruka, sam szanowny pan widział. - tłumaczył się sprzedawca, wysoki, chudy, ze śladami różnorakich zadrapań i ugryzień na rękach i twarzy.
- Tylko że ten kruk oszukany był! Rano zamienił się w kawkę! Żądam zwrotu pieniędzy!
- A może szanowny pan sam zmienił kruka w kawkę, żeby pieniądze od ubogiego człowieka wyciągnąć? - zapytał sprzedawca, ostentacyjnie krzyżując ręce na piersi, tak że Sobiebor mógł dokładnie obejrzeć bogato haftowane rękawy koszuli. Zauważył też, że zestaw zwierząt w klatkach zmienił się od wczoraj. - Albo złapał pierwszą lepszą kawkę i próbuje mi wcisnąć? Do czego to doszło, żeby mag musiał się do takich sztuczek uciekać.
- Człowieku, myślisz, że ja mam czas na bieganie za kawkami? - Z wysokiego kapelusza czarownika strzelały iskry, niechybna oznaka ledwie hamowanego gniewu. - I po co miałbym zamieniać kawkę w kruka, skoro chcę prawdziwego kruka?
- Skoro chce pan kruka a ma kawkę, to niech pan kupi kruka u mnie – zaproponował kramarz. - Tylko proszę przyjść jutro, bo akuratnie takiego ptaka nie mam.
- Już kupiłem i tylko straciłem pieniądze – zgrzytnął zębami Sobiebor. - Nie po to tyle wyłożyłem, żeby musieć robić z kawki oszukanego kruka.
Uniósł dłoń, chcąc rzucić zaklęcie, ale jego adwersarz mu przerwał:
- Uważałbym na waszym miejscu, szanowny panie. Choć jesteście czarodziej, to przecie nie stoicie ponad prawem i każdy gwałt z waszej strony będzie ukarany.
Sobiebor powoli opuścił rękę. Jedyne, co mógł zrobić, to rzucenie kilku grubych słów pod adresem sprzedawcy, którego zresztą specjalnie to nie obeszło.
Rozzłoszczony niepowodzeniem wrócił do domu. Kawka siedziała na żerdzi i łypała na niego czarnymi oczkami, przekręcając głowę to w jedną, to w drugą stronę.
Nałożona na nią iluzja kruka była naprawdę udana, tyle że nietrwała. Ktoś miał wielki talent i za grosz wiedzy. Pewnie handlarz zapłacił za usługę jakiemuś ulicznemu czarownikowi, który za kilka miedzianych monet zamienia dachowce w tygrysy a wiązkę słomy w bukiet najcudniejszych kwiatów. A Sobiebor dał się najzwyczajniej w świecie na to nabrać.
Tylko co zrobić z kawką? Wypuścić jej nie chciał – w końcu była jego własnością a tylko głupiec pozbywa się własności. Nałożyć znów iluzję kruka, tym razem trwalszą? I tak miałby świadomość, że to ciągle pospolita kawka. Sprzedać jej nie mógł - na co komu płacić za pospolitego ptaka, którego może złapać sam? Chyba ukuję nowe powiedzenie, pomyślał. Zapłacić za coś jak za kruka.
Sobiebor z westchnieniem usiadł przy biurku i pogrążył się w pracy. Skrupulatnie badał przybity do kawałka drewienka okaz pająka, wielkiego jak dłoń i smoliście czarnego z czerwonymi szczękoczułkami, i zapisywał wszystko: długość odwłoka, rozstaw chelicerów, liczbę maleńkich pazurków na odnóżach. Te ostatnie oglądał przez niezwykle skomplikowane szkło powiększające w ozdobnej ramie. Dał za nie fortunę, ale sprzedawca nie kłamał – dzięki temu przedmiotowi można było zobaczyć każdy, najdrobniejszy szczegół.
Nagle kawka, do tej pory wydająca typowe dla swojego gatunku odgłosy, powiedziała głośno i wyraźnie:
- Piorun!
Sobiebor uniósł głowę. Widać czarujący był na tyle nieudolny, że niechcący dołączył do iluzji to i owo. Pojawił się kolejny problem: na co czarodziejowi taka nietypowa kawka? Zwykłą mógłby jeszcze znieść, ale gadająca w kółko będzie powtarzać to samo i nie da mu się skupić.
- Piorun! Piorun! - Ptaszysko nie przestawało się wydzierać.
- Niech ci będzie, nazywaj się Piorun. A teraz się zamknij, pracuję!
Ale kawka bynajmniej się nie uspokoiła, przeciwnie – usiadła na ramieniu czarodzieja i zaczęła skubać jego krótką, czarną brodę.
- Sio! - Sobiebor machnął ręką, by odpędzić ptaka, ale ten podfrunął z drugiej strony i dziobnął właściciela w ucho.
- A pójdziesz ty! - Czarodziej machał rękami jak szalony, próbując, jeśli nie złapać natręta, to przynajmniej trafić go zaklęciem unieruchamiającym.
Udało się po kwadransie. Sobiebor sznurkiem przymocował nieruchomą kawkę do żerdzi, postanawiając, że odczaruje zwierzę dopiero wtedy, gdy znajdzie dla niego jakieś zastosowanie.
●●●
Następnego ranka Sobiebor szedł sobie spokojnie ulicą, a koszyk zawierający codzienne sprawunki posłusznie frunął za nim. Służby nie zatrudniał, bo nie życzył sobie, by ktoś obcy plątał mu się po domu i zaglądał gdzie tylko się da. Poza tym po co płacić za coś, co za pomocą kilku kiwnięć palcem można zrobić samemu? Poruszać się też wolał pieszo, ewentualnie użyć teleportu – nie lubił koni i w ogóle zwierząt kopytnych.
Dzięki magii ochronnej, bez której nie ruszał się z domu, z wyprzedzeniem zarejestrował nadchodzącą zmianę w rzeczywistości. Czarodziej rzucił się na ziemię w sam czas, by piorun kulisty, który nagle wystrzelił z nieba, przemknął nad nim i trzasnął o ziemię kilkanaście metrów dalej, robiąc w bruku sporą dziurę. Z kosza z zakupami została tylko kupka popiołu.
Sobiebor, żyjesz? - odezwał się w jego głowie zaniepokojony głos. -
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Fraszkka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…