Wróć do katalogu

Jamie

Wojenna opowiesc.

Hurric, opublikowano , 35 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pomiędzy

Jak tylko wsiadłem do helikoptera, rozpadało się na dobre. Deszcz miał mi towarzyszyć przez wiele kolejnych dni. Resztki dobrego humoru, o ile takowy miałem, spływały wraz z wodą na metalową podłogę. W maszynie oprócz pilotów i strzelca, siedziało jeszcze pięciu poborowych i sierżant. Nikogo z nich wcześniej nie widziałem. Jeden z włosami rudymi jak przerdzewiały chevrolet, niski murzyn z wydętymi ustami, koleś wyglądający na recydywistę i dwóch Włochów. Podobnie jak większość młodzików, ćmiłem wilgotnego papierosa i beznamiętnie gapiłem się za okno. Zawsze myślałem, że dżungla w Wietnamie jest we wszystkich odcieniach zieleni, upstrzona dodatkowo kolorowym ptactwem i orientalnymi roślinami. A pode mną rozciągała się bura plama zgniło zielonej puszczy, której kontury traciły swą ostrość w strugach walącego deszczu. W takiej pogodzie, na obóz zwróciłem uwagę dopiero gdy sierżant ryknął nam nad uchem: -Dobra pieszczochy! Koniec miłej przejażdżki, pod nami pole bitwy!- Gdy spojrzałem w dół na obóz, jakby w odpowiedzi na zawołanie sierżanta eksplodował pocisk moździerzowy. Żołnierze, którzy byli w pobliżu rozbiegli się szukając schronienia, a w oddali usłyszałem terkot karabinów dobiegający gdzieś z dżungli, zagłuszany przez łopot śmigieł. Nagle zapragnąłem nie opuszczać maszyny, która niespodziewanie wydawała mi się przytulnym miejscem. Patrząc na resztę chłopaków odczułem, że myślą podobnie. Niestety, w dole już ktoś sygnalizował flarą możliwość lądowania. Śmigłowiec zaczął powoli obniżać pułap. Gdy płozy dotknęły ziemi, poprawiłem mocowania plecaka i nie czekając na zachętę od sierżanta wyskoczyłem. Za mną pobiegła reszta. Po drodze minąłem uśmiechniętego żołnierza. Pomachał mi ręką, owiniętą w rdzawo-czerwony bandaż i wskoczył do helikoptera. Pomachałem mu również, gdy maszyna odbiła od gruntu. Nie słyszałem, ale widziałem jak się śmieje. Jakiś oficer trzymający w ręku papiery machnął na nas przywołująco. Gdy podeszliśmy tak szybko przeczytał nazwiska zapisane na kartce, że nie mieliśmy nawet czasu odpowiedzieć "Tak sir, zgadza się". -Od jutra zaczynacie pełnić rutynowe obowiązki, dziś zapoznacie się z obozem. - mówił szybko i niewyraźnie - Zadbajcie o broń, amunicja zostanie wam wydana rano. Starszy szeregowy Shark pokaże wam gdzie są wasze koje.- wskazał na osiłka stojącego na baczność tuż obok. Spojrzał na nas jeszcze, jakby chciał powiedzieć coś ważnego, ale odwrócił się i mruknął tylko: -Miłego dnia. Spojrzeliśmy wyczekująco na starszego szeregowego Sharka, który uśmiechnął się szeroko. A raczej wyszczerzał zęby. Rzeczywiście przypomniał teraz rekina. Zastanawiałem się, czy to jego nazwisko, czy tylko trafny pseudonim. -Ruszać się! - szczeknął nagle, nie zmieniając wyrazu twarzy. Podskoczyliśmy nerwowo, ale nikt nie wiedział dokąd mamy ruszać. -Na co czekacie? Na żółtków, żeby was pogonili? - spojrzał na nas zdziwiony. Wystąpiłem pół kroku do przodu i z całych sił starając się, by język nie zaplątał mi się w supeł. Mimo to, jak zawsze podczas nerwowej sytuacji zająknąłem się: -G..g..gdzie mamy ruszyć?- Shark otworzył usta, które po chwili złożyły się do przekleństwa, ale nie powiedział nic, tylko wskazał rząd baraków po naszej prawej. Gdy ruszyliśmy, zwrócił się do mnie: -Na drugi raz Scorsky nie bądź taki pyskaty- Już tak mam, że gdy ma dojść do spięcia, mój strach gdzieś znika. Miałem ochotę stanąć przed nim i syknąć "bo co?". Nie lubię być pomiatany, szczególnie przez takich tępaków jak ten. Może nie posiadam zbyt imponującej postury, ale ojciec był zawodowym bokserem. Odnosił nawet pewne sukcesy, tego i owego zdołał mnie nauczyć. Spojrzałem jednak pod nogi i szybko wróciłem do szeregu. W końcu to był mój pierwszy dzień w obozie i nie chciałem zwracać na siebie uwagi. Przed barakami Shark zostawił nas przypominając, że o siedemnastej mamy pojawić się u sierżanta Armer'a. Weszliśmy do wilgotnej nory. Wewnątrz było już paru chłopaków, część kiwnęła nam głowami na powitanie, część nie zwróciła na nas uwagi. Pięć łóżek polowych na końcu baraku czekało na zajęcie. Każdy za nas wybrał miejsce i zaczęliśmy się rozpakowywać. - Nazywam się Jamie Corey - odezwał się w końcu niski murzyn, z którym przyleciałem. -Cześć. - podałem mu rękę- Josh Scorsky. -To rosyjskie nazwisko? - zapytał. -Polskie. Mój ojciec pochodzi z Polski. - odpowiedziałem, ciesząc się w duchu z rozmowy. W końcu miło mieć się do kogo odezwać, a patrząc na tych, którzy siedzieli w obozie od jakiegoś czasu, nie odnosiło się miłego wrażenia. -Mike Kusher, z Ilinois. - wtrącił się rudzielec - Ten Shark pewnie będzie siedział nam na głowie przez najbliższe dni. - dodał po chwili. -Zapomnij o tym dupku. Po prostu nie ma na kim się wyżyć. - powiedziałem rozkładając koc. Kątem oka podchwyciłem spojrzenie jednego z Włochów. Odwróciłem się w jego stronę. -Lepiej go nie drażnij Scorsky. - powiedział z napięciem - Jeszcze uprze się na nas i będziemy mieli przesrane przez następne miesiące. Wzruszyłem ramionami i powróciłem do ścielenia łóżka. Bądź co bądź, nie miałem zamiaru go drażnić. Ale rzucać po kątach też się nie dam. -Nie wiem jak wy, ale ja idę spać. Do siedemnastej mamy jeszcze trzy godziny.- rzuciłem przez ramię, kładąc się na wyrko. Reszta prędzej czy później również położyła się, jednak jakoś nikomu nie udało się zasnąć. Kusher przekręcił się na plecy i podłożył sobie ręcę pod głowę. -Jak myślicie, kiedy się zetniemy z Vietcong'iem?- zapytał patrząc przed siebie. -W tej bazie nie licz na to. - odezwał się jeden z starszych. - Vietcong nie działa tak daleko. Partyzanci i część regularnej armii. Tak samo groźni, ale nie tak dobrze zaopatrzeni. -Jak długo już tu siedzisz? - zapytałem podnosząc głowę. -Tu trzeci miesiąc, a wcześniej cztery w Tong Shui.- odparł. -To masz już z górki...- powiedział Kusher - Jak było w Tong Shui? -Spokojnie... blisko granicy. Tu jest trochę ostrzej. Ale da się przeżyć. Schowałem głowę w pled. Jeszcze tyle czasu...

Jamie szturchnął mnie w ramię. -Wstawaj, musimy już iść do Armer'a. Podniosłem się szybko, mrużąc oczy. Jednak musiałem przysnąć. Zarzuciliśmy płaszcze przeciw deszczowe. Zaciągnąłem kaptur. Jamie założył kapelusz z nietypowym rondem. -Pamiątka. - powiedział, widząc moje pytające spojrzenie.- Przynosi mi szczęście. No i jest nieprzemakalna. - zalśnił białymi zębami uśmiechając się. Wyszliśmy prosto w objęcia deszczu, Jamie kierował naszą mała grupkę. Potem dowiedzieliśmy się, że był szkolony na zwiadowcę. Plan obozu poznał na parę dni przed przylotem. Armer spojrzał na nas, podnosząc wzrok znad biurka, na którym leżał stos map. -Jesteście już. To dobrze. Czeka was niemiłą wiadomość. Wiem, że dopiero co przylecieliście, ale najprawdopodobniej pojutrze wyruszycie z czwartym oddziałem Marines w stronę Tsuang Phi. To jakieś trzy dni trudnego marszu na północ. Droga wiedzie przez dżunglę, więc nie będzie miło. -Co jest w Tsuang Phi?- zapytał rudzielec. -W Tsuang Phi jest pułkownik Luvich, który próbuje utrzymać miasto. Kawaleria powietrzna nie może zdziałać za dużo samym mieście, a żółtki w dodatku kryją się po lasach. Zmienimy cześć ludzi Luvich'a i wytropimy żółtków w dżungli. Proste... - przeciągnął się. - Jakieś pytania?

Drugi dzień, ja i Jamie idziemy na patrol. Sierżant Stocker, ten sam, który przyjął nas po przylocie mówi, że będzie spokojnie. Wczoraj nasi wysadzili gniazdo oporu, z którego żółtki raziły nas moździerzem. Ciągle pada deszcz, nie znam terenu. Nie znam się na dżungli. Jamie tłumaczy mi co nieco, na temat odnajdywania się w takim terenie, ale ja niezbyt uważnie go słucham. Staram się wypatrzyć cokolwiek za szarą zasłoną deszczu. Zastanawiam się, jak w takich warunkach rozpoznam Marines od Vietcong'u. Broń trzymam skierowaną nisko ku ziemi, mam nadzieję, że nie będę jej musiał użyć. Jeszcze nie. Wracamy o zmroku. Zastanawiam się, w jaki sposób ktokolwiek orientował się w którym kierunku się udajemy i jak wrócić, ale Jamie mówi, że to nic trudnego. Jest miły, więc nie przerywam mu kolejnego wywodu na temat azymutów i stopni. W obozie podają kolację, odnajdujemy Rudego i resztę. -Jak było? Strzelaliście się?- pyta zaciekawiony Kusher. - Nie było tak strasznie.- odpowiada mu Jamie. -Armer mówi, że jutro nigdzie nie ruszamy. Luvich dobrze się trzyma, więć być może wcale nie będziemy tam potrzebni...- Kusher relacjonował nam dzień, z buzią pełną jedzenia. -Dobrze było by w ogóle nie wyściubiać nosa z tego miejsca. - rozmarzyłem się. -Na to raczej nie licz. - murzyn podsunął mi miskę z ziemniakami - Prędzej czy później gdzieś na pogonią. Wróciliśmy do baraku w dobrych nastrojach. Włosi zawinęli skądś parę puszek z piwem. Było już po inspekcji, więc rozsiedliśmy się wygodnie i paląc fajki kontynuowaliśmy rozmowę. -Starszy szeregowy pajac czepiał się dziś was ? - zapytałem po paru głębszych łykach. -Tony musiał szorować latryny - zaśmiał się rudy. -Pieprzę tego dupka...- uśmiechnąłem się pod nosem. Chłopaki zrobili dziwne miny i wbili spojrzenie w ziemię. -Co jest z wami? - zapytałem się zdziwiony. Nagle chwyciłem. Odwróciłem się na kuckach. -Kogo pieprzysz jąkało?- Za mną stał Shark. Nogi szeroko rozstawione, zaciśnięte pięści zwisały mu wzdłuż ramion. Wstałem ostrożnie i wbiłem w niego spojrzenie. Zdawałem sobie sprawę, że do konfrontacji w końcu dojdzie. Ale nie spodziewałem się, że tak szybko. -Powtórz to jąkało.- szczeknął Shark. -Pieprz się. - syknąłem. Jak na dźwięk gwizdka Shark ruszył próbując trafić mnie szerokim sierpem. Ugiąłem się miękko na nogach i uderzyłem go w brzuch, a potem szybko w żebra. Mocne strzały, powinny przystopować niejednego, ale nie doceniłem przeciwnika. Wyrzucił wysoko kolano, trafiając mnie prosto w twarz. Przez chwilę zrobiło mi się biało przed oczami, ale udało mi się cofnąć i utrzymać gardę. Shark jeszcze raz doskoczył, ale tym razem nisko. Złapał mnie za nogi i całym ciężarem przygniótł do ziemi. Tarzaliśmy się na sobie, dopóki reszta chłopaków nie rozdzieliła nas. -Rób tak dalej Scorsky, a się doigrasz. - zagroził mi Shark, dysząc ciężko. Ledwo co stałem, trzymając dłoń na rozbitych wargach. Przez chwilę jeszcze mierzyliśmy się wzrokiem, po czym Shark wyszedł. -Dobra robota Josh. - warknął Tony - teraz dopiero będziemy mieć przesrane. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę łóżka. Nie miałem ochoty na kolejną kłótnię, a tym bardziej bijatykę. Głowa pękała mi z bólu, na szczęście wszystkie zęby były na swoim miejscu. Ciężko zwaliłem się na koję.

Znów pada. Nie idę na patrol, sprzedaję tanią bajkę lekarzowi, jak to wyrżnąłem w niski strop baraku. Pewnie i tak mi nie wierzy, takie bójki zdarzają się od czasu do czasu. Każe mi leżeć przez resztę dnia. Staram się posłuchać rady lekarza, ale późnym popołudniem czuję, że mam dość gapienia się w sufit i słuchania jak bębni weń deszcz. Wychodzę na zewnątrz, szczelnie opatulony w płaszcz. Rudy i reszta chłopaków nie wróciła jeszcze z patrolu. Spaceruję chwilę bezcelowo po obozie. Nie zazdroszczę wartownikom na wieżach. Muszą sterczeć tam smagani przez deszcz i wystawieni na przeszywający wiatr. W końcu decyduję się na wstąpienie do kantyny. Mam co nieco pieniędzy z wyprawki, więc mogę pozwolić sobie na piwko lub coś ekstra do żarcia. W środku panuję miły półmrok, w radiu, albo raczej w magnetofonie leci dixie. Dopiero po chwili spostrzegam, że przy ladzie siedzi Shark. Lepiej nie mogłem wybrać. Już prawię postanowiłem, że wracam do baraku, gdy Shark kiwa mi lekko głową. Mam nadzieje, że to coś w stylu powitania. Macham ręką i powoli podchodzę. Shark pokazuję mi wolne obok krzesło. Siadam, nieco podejrzliwie patrząc na starszego szeregowego. -Masz mocny strzał, chłopcze.- mówi wpatrując się przed siebie. -Stary mnie tego nauczył. Był bokserem.- odpowiadam dyplomatycznie. Shark bierze nową puszkę, otwiera i stawia ją przed mną. -Napij się. Jak głowa?- pyta. Ciągle nie wiem o co mu naprawdę chodzi. -Lepiej. -Mój stary to kawał skurwysyna... - pociągnął sporego łyka. - Nigdy nie nauczył mnie niczego, co przydało by mi się w życiu. Dlatego wstąpiłem do Marines. Miałem dość jego cholernego towarzystwa. A ty? Co tu robisz? Wzruszyłem ramionami. -Normalnie. Skończyłem szkołę, rodziców nie stać na studia. Nie miałem pracy.- powiedziałem. -Lepiej żeś nie mógł trafić. Wietnam...- westchnął - Chce mi się wyć, kiedy pomyślę, że muszę tu spędzić jeszcze cztery miesiące. -Wszystko przede mną. - powiedziałem popijając tanim piwem. Spojrzał na mnie i roześmiał się. -No tak... Wszystko przed tobą. - powtórzył, a potem podał mi rękę. -Powodzenia. - powiedział poważnie. Uścisnąłem jego dłoń. -Dzięki...I dzięki za piwko. - powiedziałem nieco zmieszany. -Jutro ruszacie do Tsuang Phi. Nie daj się zabić. - krzyknął, gdy byłem już w drzwiach.

Rankiem cała kompania stała w szyku marszowym przy północnej bramie. Stałem koło Jamie'go i Kusher'a. Wszyscy żołnierze mieli naciągnięte płaszcze przeciwdeszczowe. Jamie wyróżniał się nieco ze swym śmiesznym kapeluszem. Nie moglibyśmy wymarzyć sobie lepszego poranka na marsz - deszcz walił nam na głowy, a wiatr zacinał prosto w twarz. - W dżungli, wiatr nie będzie nam tak dokuczał. - powiedział Jamie, gdy poskarżyłem mu się na matkę naturę. Długa kolumna maszerowała parę kilometrów za oddziałem zwiadowczym. My byliśmy gdzieś pośrodku. Po dwóch godzinach przestałem odczuwać chlupotanie w bucie i zacząłem ignorować co rusz pojawiające się kałuże. Towarzystwo mieliśmy dość przyjazne, więc po chwili wszyscy o czymś rozmawiali. -Wiecie czego najbardziej się boję?- powiedział Kusher - Że wdepnę w jakąś pieprzoną minę i urwie mi jaja. -Ty i tak nie masz jaj Rudy, więc co się trzęsiesz. - zaśmiał się Tony. -Pieprz się makaroniarzu. - fuknął Kusher -Słyszałem kiedyś o takim jednym z Alabamy. -wtrącił się jeden z idących obok żołnierzy- marzył o tym, aby zostać sportowcem. Zanim wcielono go do wojska, wygrywał nawet jakieś zawody. Był szybki jak strzała. -Co z nim? - zapytał zniecierpliwiony rudzielec. -Podczas patrolu jedną nogą wpadł pułapki, zastawionej przez partyzantów. Paskudna jama, wypełniona zaostrzonymi bambusami. Noga tak niefortunnie zaklinowała się w dziurze, że nie był w stanie jej wyciągnąć. Gdy kumple z jego oddziału rozkopywali pułapkę, zaskoczyła mina zakopana tuż pod bambusami. Dwóch zginęło od razu, a sportowcowi urwało obie nogi pod kolanami. -Jezu.. Chyba wolałbym bym skończyć jak tamta dwójka - szepnął Kusher, spoglądając czujnie pod stopy. -Nie pękaj Rudy - odezwał się Tony - I tak nikomu nie chciało by się ciebie wyciągać, w razie gdybyś w coś wdepnął. -Pieprz się Tony! - wrzasnął Kusher na chwilę odrywając wzrok od podłoża, ale po chwili znów zaczął sondować teren pod nogami. -Jeszcze nic nie przeżyłem, ale już zaczynam nienawidzić tej wojny. I tego cholernego deszczu. - mruknąłem.

Wieczorem rozbiliśmy obóz niedaleko strumienia, który wartko przecinał dżunglę. Ja, Jamie i Kusher mieliśmy prowadzić drugą wartę, na wschodnim posterunku, oddalonym o kilometr od postoju głównych sił. W nocy po krótkim śnie ruszyliśmy by zmienić wartowników. Jamie prowadził naszą trojkę. Po parunastu minutach dotarliśmy do naprędce wykopanej dziury, otoczonej paroma workami z piachem. Marines którzy tam siedzieli zadowoleni ruszyli na zasłużony odpoczynek do obozu. Rozsiedliśmy się w okopie, nerwowo ściskając karabiny. -Cztery pieprzone godziny w tej dziurze - szepnął do siebie Rudy. -Po prostu bądźcie czujni, jakoś nam minie czas. - odpowiedziałem po cichu. Wystawiliśmy głowy niewiele ponad worki, i staraliśmy się obserwować las skryty za zasłoną deszczu. Minęła leniwa godzina, gdy Jamie zaklął cicho i szepnął. -Spójrzcie - wskazał nam krzaki, parenaścię metrów od naszej pozycji. Wychyliliśmy się nieco. -Co jest Jamie? Żółtki? - zapytałem nerwowo. Kusher odbezpieczył karabin. -Co najmniej trzech.- szepnął. Wytężyłem wzrok i po chwili zauważyłem ciemne sylwetki skradające się pomiędzy drzewami. -Kusher flara.- syknąłem. Tym sposobem oświetlimy nasz cel, oraz zaalarmujemy obóz. Chociaż z trójką zaskoczonych żółtków powinniśmy dać sobie radę sami. Rudy nerwowo załadował flarę i spojrzał na mnie. -Wszyscy gotowi? - zapytałem mierząc z karabinu do nieprzyjaciela. Jamie kiwnął głową i Kusher wystrzelił. Flara poszybowała w górę rozświetlając mrok nocy zielonym blaskiem. Natychmiast rozpoczęliśmy ostrzał. Dwóch dostało, trzeci zdążył paść na ziemi i zaczął strzelać chaotycznie w naszym kierunku. Parę pocisków zaryło w osłaniają nas worki z piaskiem. Odruchowo schowaliśmy głowy. W zielonej poświacie widziałem przerażone twarze kompanów. Terkot kałasznikowa ustał na moment. -Przeładowuję. - szepnąłem i wyjrzałem za osłonę w samą porę, by zobaczyć uciekającego żółtka. Przyłożyłem m16-tkę do ramienia zacząłem strzelać. Trzeci pocisk dosiągł celu. -Trafiłeś go? - zapytał Rudy podnosząc się nieco. -Tak.- odpowiedziałem - Wygląda na to, że dostaliśmy ich wszystkich. Flara rozpoczęła powolny lot ku ziemi. Cienie drzew przesuwały się powoli, sprawiając wrażenie, że cała dżungla porusza się. -Jak myślicie, należy nam się za to order? - zachichotał Kusher. -Ciesz się, że przeżyłeś dupku.- fuknął Jamie. -To nie było takie trudne. Albo my jesteśmy tacy ...- Kusher nie zdążył skończyć zdania, gdyż koło naszych uszu z głośnym świstem przemknęły pociski. Zaryliśmy głowami na dno okopu.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych