Wróć do katalogu

Jane Joe-Błękitna Krew: Basta!

Jest to czwarta część przygód Alii Ordonow, która zmaga się z przeciwnosciami losu i z ludźmi, którzy robią wszystko, by zgnieść ją jak robaka.Alia jednak nie ma zamiaru tak łatwo się poddać.She's strong.

Lolitka_in_blue, opublikowano , 1 godz. 58 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1.{i}

-Nie poddawaj się skarbie. -Wyjdź z samochodu. -Ty i tak tego nie wiesz. Jesteś zbyt głupia. -Nieuk -To nie prawda! -Nie stać jej na nic więcej. -Patrzcie jak ona się ubiera. Skandal. -Jaka ona ordynarna. -Bezczelna. -Dosyć! -Latawica! -Niedojda! -Kiedy zwiałaś ze szkoły? Mając 9 lat? -Prostaczka! -No zmykaj laska, zmykaj. -Już cię nie potrzebujemy. -Nikt cię tu nie chce, więc co tu jeszcze robisz? -A chociaż umiesz jeździć? -Jesteś strasznie upierdliwą babą. -Pewnie prawo jazdy otrzymała przez łóżko tak jak i inne dokumenty. -Przestańcie!{/i}

Dziewczyna znalazła się nagle w mocno wyjaskrawionym, białym pokoju. Wewnątrz była jakaś kobieta. Nie kojarzyła jej, ale czuła, że bardzo dobrze ją zna. -Obudź się wreszcie. Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. -Guzik mnie to obchodzi. -Zginiesz! -Tym lepiej. Nie będę musiała znosić już tych wszystkich upokorzeń i niesprawiedliwych ocen. -Proszę cię, wróć do świata żywych. To jeszcze nie twój czas. Jest stanowczo za wcześnie na to, byś miała umierać. On nie chce byś tak skończyła. Nie ty. -Ale, po co ja mam żyć? Po co? Nie mam celu, nie mam nawet dla kogo żyć. Nawet pies z kulawą nogą nie zapłacze nad moim grobem. -Mylisz się. Wielu ludzi odczułoby twoją nieobecność. -Ja nie mam dla kogo żyć! -Dla siebie. Masz żyć dla siebie. -Już to widzę jak chce mi się żyć dla samej siebie. Od razu tryskam energią. -Zobaczysz, twoje życie jeszcze się poukłada i znajdziesz osobę, dla której będziesz chciała żyć, a ona dla ciebie. -Chociaż szybko ją znajdę? -Jeśli oboje spojrzycie na siebie z innej perspektywy, to nastąpi to bardzo szybko. -Ja nie chcę żyć. Wszyscy wokół mnie wyrządzają mi straszliwą krzywdę. I tak się dzieje w każdym miejscu, w którym się znajdę. -Nie opowiadaj bzdur. W Paryżu znalazłaś prawdziwych przyjaciół od razu, a w innych miejscach ludzie dość szybko poznali się na tobie i świetnie czułaś się w ich towarzystwie. -Ale oni są tam, a ja tu i mam ten cholerny spadek, i 11 miesięcy do wypełnienia woli Sally. Nie dam rady. Nie tym razem. Jestem Słaba, a oni silni. Ich jest trzech, a ja jedna. Jestem bezbronna. -Mylisz się. Masz najpotężniejszą broń na świecie, której nikt nie jest w stanie ci odebrać. -Oświeć mnie. -Dobre serce. Oni nawet nie wiedzą, co to jest. -I tym mam niby ich pokonać? Dobre sobie. Jak ja mogę mieć dobre serce, skoro wyrządziłam tyle zła, tyle osób przeze mnie cierpiało. Maria zawsze mi powtarzała: „moje serce krwawi, gdy widzę, co ty najlepszego wyprawiasz”. Jestem złodziejką, oszustką i kłamczuchą. Obrażam ludzi, czasem mówię im straszne rzeczy. -Nie usprawiedliwiam cię, ale ty się tylko bronisz przed ich jadem. Jeszcze się nie zdarzyło byś bez wyraźnego powodu naskoczyła na drugą osobę. Masz racje, nie jesteś idealna, masz na swoim koncie parę nieczystych osiągnięć, ale nie są one znowu takie najgorsze. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrymi uczynkami zmazujemy te złe. Słusznie to ujął. -Ja z nimi nie daję sobie rady. To bezlitosne i zimne samcze potwory. -Och...nie wymyślaj. Owszem, mają tupet, ale aż tacy źli to oni nie są. Wiem coś o tym i jeśli tylko na to pozwolisz, to i ty to ujrzysz. Póki co, trzeba ich jednak trochę utemperować. -I to zapewne mam być ja. -Zapomniałaś już o misji, prawda? -Czy jest w ogóle szansa by ich zmienić? Ja nic nie widzę, a jeśli nic nie widzę, to znaczy, że nie ma to najmniejszego sensu. Oni nadal będą się zachowywać jak banda rozkapryszonych piosenkarzy, którzy uważają się za bóstwa, a całą resztę szaraczków za nic nie warte mrówki, które mają im służyć. -W głębi duszy oni naprawdę są dobrymi ludźmi. Nie spotkali tylko jeszcze na swojej drodze odpowiedniego nauczyciela. Pomórz im. -Ja?! -W końcu jesteś nauczycielką. -Nigdy w życiu.

Biały pokój zniknął i pojawiła się rzeczywistość. -Proszę pani, proszę pani... Dziewczyna powoli i z wielką niechęcią otworzyła oczy. Boże gdzie ja jestem? Co się stało? Dlaczego to drzewo jest mocno zamazane? Co moja głowa robi na kierownicy? -Nic pani nie jest? Poszkodowana z lekkim bólem w karku podniosła głowę i spojrzała na nieznajomego. O co mu chodzi? -Dobrze się pani czuje? -Nie wiem. -Karetka już jedzie. Pomogę pani się stąd wydostać. Mężczyzna, który był w średnim wieku, nachylił się i odpiął jej pasy. Poprosił by oplotła swoje ręce wokół jego szyi i trzymała się mocno, a następnie podniósł ją z lekkim wyrazem bólu na twarzy i przeniósł ją w bezpieczne miejsce, czyli jak najdalej od samochodu. Gdy byli już wystarczająco oddaleni od miejsca wypadku, gdzie nic już jej nie groziło, postawił ją na ziemi i zaproponował by usiadła. Z braku sił nie protestowała. -Co się stało? – spytała po chwili. -Miała pani wypadek. Jakiś idiota uderzył w panią. Jechał bardzo szybko i w chwili zetknięcia się z pani samochodem wyleciał przez przednią szybę na asfalt. -Nie miał zapiętych pasów... -Dokładnie -Trzeba go ratować, on może jeszcze żyć, gdzie on jest? Co z nim? Tak ni zowąd dostała ataku szału. Nie mogła pozwolić by ktoś umarł, nie mogła nawet przyjąć tego do wiadomości. Czuła, że musi coś zrobić. Cokolwiek. Ale nic od niej już nie zależało. -Za późno. Siła z jaką wyleciał z samochodu była zbyt duża by mógł przeżyć. -On musi żyć, on musi żyć – wyszeptała. Mężczyzna przyjrzał się jej dokładniej. Wyglądała strasznie. Miała potargane włosy, lekko rozwaloną dolną wargę, nieprzyjaźnie wyglądającą ranę na czole, z której wydobywała się krew, z oczu spływały jej łzy, a całe ciało trzęsło się jak galareta. Gdy tylko to zauważył, ofiarował jej swoją skórzaną kurtkę by się ogrzała, a następnie delikatnie ją objął. -Skąd się pan tu wziął? -Ja?...hehehe...dobre pytanie. Mieszkam niedaleko. Czułem pewien niepokój i wyszedłem z domu by się rozejrzeć. Zobaczyłem co się stało i podbiegłem. Długo nie chciała pani powrócić do żywych, ale na szczęście odzyskała pani rozum i wróciła. -Doprawdy nie wiem czy pańska pomoc jest błogosławieństwem. -Drobiazg. My, anioły sprawcy dobra musimy sobie pomagać - powiedział dość żartobliwym tonem. Dziewczyna nie zdarzyła już zinterpretować jego wypowiedzi. Niewiadomo skąd, na drodze pojawiła się ciężarówka jadąca z nadmierną prędkością. W dodatku kierowca nie jechał zbyt prosto. Musiał być albo zmęczony, albo pod wpływem alkoholu.

{b}Prędzej to drugie{/b}

Nie wyrobił na zakręcie, wpadł w poślizg i uderzył w oba samochody, które momentalnie stanęły w ogniu. Mężczyzna od razu osłonił Jane swoim ciałem . Nie chciał, by jakiś odłamek samochodu w nią uderzył. -W porządku? – spytał po chwili. -Jeśli jest to możliwe, to chcę do taty – odpowiedziała oszołomiona całym tym wydarzeniem.

Chwilę później nadjechała policja, a tuż po niej straż pożarna i tłum gapiów. Na samym końcu pojawiła się karetka, która powinna być pierwsza. Od razu zajęto się poszkodowanymi oraz całą procedurą powypadkową. -Jak się pani czuje? – spytał lekarz badając ją. -Mówi pan może po angielsku? – spytała nieśmiało. Pod wpływem wypadku, trudno jej było się przestawić na język francuski. Było jej znacznie łatwiej rozmawiać po angielsku, zwłaszcza, że zdążyła się już odzwyczaić od codziennego posługiwania się językiem francuskim, a języka angielskiego używała niespełna chwilę temu w rozmowie z jej wybawicielem...Czy to nie jest czasem dziwne? -Ona jest z kraju anglojęzycznego? – spytał się swojego kolegi po fachu. -Dogadam się po francusku, ale byłoby mi łatwiej po angielsku, albo po włosku. Jeśli nie, to tragedii nie będzie. Tylko proszę mówić dużymi literami, powoli i tak prosto jakby pan rozmawiał z dzieckiem. -Szczerze mówiąc nie bardzo znam angielski, a włoski to już tym bardziej. Coś tam wiem, ale nie nadaje się to do tego typu spotkania. Coś panią boli? -Wszystko, włącznie z językiem. Nie tak jednak jakby stało mi się coś poważnego. -A konkretnie co panią boli? -Nos, bo przywaliłam w kierownicę, mam siniaki na udach i rękach – czuje je bardzo wyraźnie. -No i rozwaloną wargę i czoło. Zabieram panią do szpitala by przeprowadzić dokładniejsze badania. Jane spojrzała na niego jak na jakiegoś idiotę. -Nie. -Co?! -Nigdzie nie jadę, chyba, że do domu. -Pani oszalała -Nic mi nie jest, chce do domu. -Pani nic nie rozumie. -Rozumiem wszystko. Mężczyzna nie miał już siły jej przekonywać. -Mogłaby pani chwilkę tu poczekać? -Ewentualnie.

Lekarz zniknął. Pozostawiona w karetce przyjrzała się miejscu, gdzie miał miejsce ten tragiczny w skutkach wypadek. Przeżyłam...

-Co to za dziewczyna, która siedzi tam w karetce? – spytał jeden policjant drugiego. -Która? A tamta. To ten trzeci kierowca. Póki co ma niewielkie obrażenia. Chcą ją zabrać na dokładniejsze badania do szpitala, ale się opiera.

Chwilę później do karetki zbliżył się jeden z funkcjonariuszy policji. -Dzień dobry, albo raczej dobry wieczór, nazywam się Jacques Norris. Pani jest tym trzecim kierowcą? -Tak. -Mogę z panią przez chwilkę porozmawiać? Nie odpowiedziała. Okryła się lepiej kocem, który jej dano, i spuściła wzrok w ziemię. Policjant natomiast usiadł obok niej. -Potrzebuje pani opieki psychologa? Dziewczyna spojrzała na niego przerażona. Z wielkim trudem hamowała łzy. -Nie – odpowiedziała cicho. -Jest pani pewna? – spytał bardzo łagodnym tonem -Odpocznę to mi przejdzie. -Słyszałem, że są z panią pewne kłopoty. -Ze mną? -Dlaczego nie zgadza się pani by lekarze zrobili pani dokładniejsze badania w szpitalu? -Nic mi nie jest. -Ma pani stuprocentową pewność, że wszystko, co znajduje się wewnątrz pani ciała, nie uległo jakiemuś uszkodzeniu? Tego nawet najlepszy lekarz nie oceni po tak powierzchownym badaniu, jakie przeprowadził lekarz z karetki. Z doświadczenia wiem, że po takim wypadku, ludzie miewają obrażenia wewnętrzne, choć na zewnątrz tego nie widać. Proszę zrobić te badania, choćby tylko po to, by upewnić siebie i ludzi, którzy muszą zatroszczyć się o panią z racji tego strasznego zdarzenia. -Ja jestem w pracy...oni z pewnością będą chcieli mnie tam zostawić, a ja nie mogę. -Jeśli to nie będzie konieczne to na pewno tego nie zrobią. -Tylko pan tak mówi. Oni wynajdą jakikolwiek powód bym tam została. -Ta praca jest aż tak ważna? -Tak. -Gdzie pani pracuje? -Jestem osobistym fotografem i za żadne skarby nie mogę zostać w szpitalu. -Och...nikt pani nawet nie zaoferuje skarbu za pozostanie w szpitalu. Hmm...jeśli się pani zgodzi to pojadę z panią i dopilnuję by nie wynaleźli byle powodu by panią tam zostawić Badania potrwają tylko chwilkę i będzie pani mogła wrócić do domu, czy tam do pracy. To co? Idę teraz powiedzieć mojemu partnerowi, że jadę z panią do szpitala i zaraz wracam.

Mężczyzna załatwił tą sprawę w kilka sekund i zaraz wrócił do dziewczyny i do lekarza, który również do niej powrócił. Chwilę później wsiedli do karetki i na sygnale pojechali do najbliższego szpitala. -Jest pani w stanie porozmawiać ze mną? -Jeśli zrezygnuje pan z określenia „pani”. -Więc musze poznać... -Joe, Jane Joe. -To nie jest francuskie nazwisko, prawda? -Angielskie. -Czyli pochodzisz z Anglii. -Nie. Urodziłam się w Rzymie. -To jesteś Brytyjką czy Włoszką? -Włoszką. -Świetnie znasz francuski, a angielski też znasz? -I parę innych języków. -Alem się rozgadał. Powinienem rozmawiać z tobą o wypadku, a nie o twoim nazwisku, czy pochodzeniu, ale tak mi się ta nasza rozmowa podoba, że aż żal ją przerywać. Alia słuchając go, po raz pierwszy od dłuższego już czasu, poczuła się taka wyluzowana i spokojna. W głębi duszy dziękowała mu, że z nią pojechał. W przeciwnym razie nie można by było zagwarantować, że dałoby się ją namówić na te badania. -To był twój samochód, którym jechałaś? -Wypożyczony z paryskiego lotniska. -Zadzwonimy tam. Gwarantuje, że nie będziesz miała z nimi kłopotów. -A rejestracja samochodu przetrwała? -No nie, ale mamy twoje nazwisko. Nie martw się. Wszystko z nimi załatwimy. W końcu to nie była twoja wina. Pamiętasz może coś z wypadku? -Tak.

Josh, Dutter i Chese, mimo iż było już późno w nocy, siedzieli w saloniku i bezmyślnie oglądali jakiś film w telewizji. Film był francuski i po francusku i gdyby nie to, że w szkole średniej uczyli się tego języka, nie rozumieliby z tego nic a nic. Choć i tak ich znajomość tego języka nie jest aż tak imponująca. Pozwala im jednak na częściowe zrozumienie tego przekazu. W pewnym jednak momencie przerwano program i na ekranie pojawił się prezenter telewizyjny, a tuż za nim urywki z jakiegoś zdarzenia. {i}

„Dwa doszczętnie zniszczone samochody, trzeci mocno uszkodzony. Kierowca Lancii Delty nie żyje, drugi jest mocno poparzony, ale jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Trzeciemu kierowcy – kobiecie, która prowadziła srebrnego Citroena C5, nic się nie stało. Ma jedynie niegroźną ranę na czole. Oto bilans wypadku jaki zdarzył się niespełna godzinę temu niedaleko Paryża. Ze wstępnego śledztwa policji wynika, że przyczyną wypadku była szaleńcza jazda kierowcy Lancii Delty, która sprawiła, że właściciel tego samochodu przy zetknięciu się z Citroenem C5, wypadł z samochodu przez przednią szybę i zmarł na miejscu. Mężczyzna nie miał zapiętych pasów...

-Teraz już rozumiem dlaczego Alia tak się upierała bym zapinał pasy – zauważył przejęty Dutter. {i} . ...Natomiast kierowca Citroena C5 uniknął czołowego zderzenia po przez brawurowy, niemalże kaskaderki nagły obrót samochodu, co sprawiło ,że uszkodzony został tylko tył pojazdu, a kierowca wyszedł z tego zadziwiająco cało. W kilka minut po wypadku w oba samochody uderzyła ciężarówka, powodując ogromny wybuch ognia. Kierowca ciężarówki był pod wpływem alkoholu... {/i}

Przyjaciele nie patrzeli w telewizor już tak bezmyślnie. Wiadomość o tym wypadku mocno nimi wstrząsnęła, choć ludzie biorący w nim udział byli im zupełni obcy. {i}

...Po takiej tragedii pozostaje masa nie wyjaśnionych pytań. Po pierwsze: kto tak naprawdę zawinił...{/i}

-To jasne, że ten szarżujący idiota. {i}

...a po drugie: czy można było uniknąć tej tragedii?{/i}

-Jasne, że można było. Gdyby chociaż zdjął nogę z gazu to nic by się nie stało. -Czasami bardzo się cieszę, że Alia tak o nas dba, nie jeździ jak ten wariat z tego wypadku, każe zapinać pasy oraz nie pozwala nam słuchać głośno muzyki i wariować w samochodzie – przyznał Chese – Plus wielkości wszechświata dla niej, że ma łeb na karku i jest taka ostrożna i nie chodzi na kompromisy jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Kto wie jaki byłby nasz kierowca, gdybyśmy nie mieli jej. Zapewne by nie przeforsował swoich racji tak jak to jej się udaje. Ta jej bezczelność czasami ma swoje dobre strony. -Gdybyśmy nie mieli jej to na pewno mielibyśmy faceta, który nie wtrąca się w nasze życie. -A właściwie to gdzie ona jest? Mówiła dokąd idzie? – spytał zaciekawiony Chese.

Josh i Dutter spojrzeli po sobie. Dopiero teraz uświadomili sobie, że powinna już dawno wrócić, a nie zrobiła tego. Pewnie coś ją zatrzymało. Tylko tak długo? -Pewnie bawi się ze swoimi znajomymi. Krążą opowieści, że ma wielu przyjaciół, zwłaszcza w Paryżu. Ile z tego jest prawdy to nie mam pojęcia.

Dziewczyna spędziła w szpitalu parę ładnych godzin na nudnych i ciągnących się bezlitośnie długo badaniach, z których ostatecznie wywnioskowano, że ma słaby wzrok. W tej chwili można było naprawdę się załamać. Jednak otuchy dodawał jej Jacques. Był w pobliżu, ale nie rozmawiała z nim między badaniami. Zaufała mu tak naiwnie jak dziecko tylko potrafi. Tylko, że ona już dawno nie jest dzieckiem. Ma 27 lat, a doświadczenie życiowe 80 latki. -I co? Czujesz się już lepiej wiedząc, że nic ci nie jest? – spytał Jacques, gdy tylko badania dobiegły końca. -Jest mi to w tej chwili naprawdę obojętne. Wykryli coś fantastycznego? -Wadę wzroku. -Fajnie – powiedziała ot tak sobie, bez większej niespodzianki. -Wiedziałaś o tym? -Od 11 lat nosze okulary. -Miałaś je na sobie w trakcie wypadku? -Nie jeżdżę bez nich, bo niewiele bym widziała, co się dzieje na drodze. -Miałaś je? -Tak, ale gdy ten dupek we mnie uderzył, a chwilę później ja głową w kierownicę, musiały mi się zsunąć z nosa, bo jak wychodziłam z samochodu, to już ich nie miałam. -Wyszłaś o własnych siłach? -Nie do końca. Zaraz po zderzeniu pojawił się jakiś mężczyzna gadający po angielsku. Docucił mnie, wyciągnął z samochodu i przeniósł w bezpieczne miejsce. Chwilę później pojawiła się ciężarówka i uderzyła w te dwa samochody. Wybuch nastąpił od razu. -To musiało być straszne. -I było, chociaż nie wiem czy mam być wdzięczna temu człowiekowi za uratowanie mi życia, czy też go za to nienawidzić... -Dlaczego tak mówisz? Jesteś młoda, piękna...życie jest dopiero przed tobą. -Ale czuje jakby już było za mną... Nastała niezręczna cisza. Jacques dokładnie czuł ból istnienia dziewczyny, a nie potrafił powiedzieć jej takiego magicznego słowa, by móc sprawić, że poczułaby się lepiej. -Tam była jeszcze jedna osoba! –nagle sobie przypomniała. -Gdzie?! -Ten trzeci kierowca! -Wiesz coś na jego temat? -Ten człowiek, co mnie uratował powiedział, że ten chłopak nie miał zapiętych pasów i w chwili, gdy we mnie uderzył, wyleciał przez przednią szybę i zginął na miejscu. Miał złamany kark czy pękniętą czaszkę. Już nie pamiętam co mi dokładnie mówił. -Widziałaś to wszystko? -Przynajmniej tego nie pamiętam. Nie, na pewno tego nie widziałam. Pamiętam tylko, że ten idiota jechał nie po tym pasie, co trzeba i z dużą prędkością. Zrobiłam obrót, on we mnie uderzył, a ja w kierownicę i to tyle. Później obudził mnie ten człowiek. -Jak ci się udało zrobić taki...niemalże kaskaderki półobrót samochodem? -Jakiś czas temu brałam udział w takich poważnych kursach a la kaskader. Tylko określona grupa ludzi może odbywać takie kursy. -Przy 60 km/h dałoby się dokonać takiego wyczynu jaki ty dokonałaś? -To jest... Już chciała mu odpowiedzieć, że to stanowczo za mała prędkość, gdy w ostatniej chwili zrozumiała, o co mu chodziło z tym pytaniem. Lekko uśmiechnęła się do niego, po czym lekko podniosła prawą rękę. -Przyznaje, nie jechałam zgodnie z przepisami, ale gdybym jechała, to nie zrobiłabym tego, co zrobiłam, a jedynym świadkiem był by ten kierowca ciężarówki. Mnie by już tu dawno nie było. -Myślę, że wystarczy ci wrażeń jak na dziś. O cholerka, miałem to zrobić na początku, ale ze mnie ciapa. Czy jest ktoś kto powinien wiedzieć, że miałaś wypadek? -Nie. -Pani Joe. Na dźwięk tego nazwiska dziewczyna momentalnie zwróciła się w stronę drzwi, w których stał lekarz. -Tak? -Po zrobieniu pani wszystkich podstawowych badań nie wykryliśmy nic niepokojącego. -Już przekazałem pani Joe tą wiadomość – odezwał się Jacques -Dziękuje. Jednakże chcielibyśmy zostawić panią na parę dni na obserwacji. Przerażona dziewczyna spojrzała kolejno na Jacquesa, to na lekarza, to znów na Jacquesa. -Obiecałeś, wiesz, że nie mogę. -To bardzo ważne byś tu została. -Ale ja nie mogę! Ja muszę wracać do Paryża! Ja mam pracę. -Proszę się nie martwic. Jeśli trzeba to zadzwonimy do kogo trzeba i powiadomimy, gdzie pani jest i dlaczego – wtrącił się lekarz -Ale ja tu jestem sama, ja nie chce tu zostawać, nie mogę, nie chcę, nie zgadzam się... -Jane, uspokój się – powiedział łagodnie Jacques – To dla twojego zdrowia. Przeżyłaś straszliwy wypadek, po którym ludzie rzadko oglądają światło dzienne. Lepiej jest przeleżeć w szpitalu te parę dni i się upewnić, że wszystko jest w porządku, niż później np. dostać jakiegoś ataku w czasie pracy, albo zemdleć za kierownicą. Obiecuję ci, ze nie zatrzymają cię tu dłużej niż będą musieli. -Wiesz co? Nie mam zielonego pojęcia jakim jesteś policjantem, ale jako facet, który musi przekonać kobietę do czegoś, jesteś świetny. -Nie to że nie jestem skromny, ale...wiem o tym.

Tymczasem goście z apartamentu 2010 nie mieli dobrej nocy. Nie dość, że położyli się spać bardzo późno, to w dodatku długo nie mogli zasnąć. Każdy z nich myślał o swoim kierowcy, który nie tyle co nie wrócił na noc, ale i nawet nie raczył ich poinformować, że tę noc spędzi gdzieś indziej, a nie w hotelu. Z tego tez względu Chese już od 6 rano zerwał się z łóżka i samotnie siedział we wspólnym pokoju analizując wszystkie możliwe wyjścia z tej sytuacji. Jednak nie tylko on nie mógł spać przez Alię. Tuż przed 7 ze swojego pokoju wynurzył się Josh z podkrążonymi oczami. -Nie ma jej jeszcze? – spytał Chese’a -Nie. Dutter śpi? -Chyba tak. -Już nie. Josh momentalnie spojrzał na drzwi od sypialni Duttera, myśląc, że i on nie może spać, jednak nie zobaczył go. Jedyną osobą, którą widział był Chese, który zmierzał ku jego Duttera. -Co robisz? -Idę go obudzić. Nie podoba mi się to zniknięcie Alii. Ona nie znika bez słowa na tak długo. Otworzywszy drzwi od jego sypialni spostrzegł, że jego przyjaciel śpi w najlepsze. -Dutter wstawaj. -Co jest? – spytał zaspany. -Martwię się o nią. -O kogo? -O Alię, a o kim ty myślisz? -Sęk w tym, że w tym momencie ja w ogóle nie myślę. Śpię jakbyś nie widział. -Ja mówię poważnie. Naprawdę się o nią martwię. -To nasza Alia. Ona zawsze znajdzie rozwiązanie z sytuacji. -Boję się, że coś się jej stało. -Mówiłem ci już. Zachlała ze znajomymi i gdzieś tam nocuje. -Nie kupuję tej bajki. Ona jest za bardzo odpowiedzialna, by tak się zachować. -To zadzwoń do niej. -No tak. Jak mogłem o tym zapomnieć. Przecież to podstawa. Masz telefon na wierzchu? -Na stoliku. -Dzięki stary, a jednak myślisz. Chese od razu wziął telefon Duttera i wybrał numer do Alii. Głęboko w duszy miał nadzieje, że Alia odbierze ten telefon i powie mu, że jest gdzieś ze znajomymi i wszystko jest w porządku. Jeden sygnał-nic, drugi-też nic, trzeci... -Chese telefon gdzieś tu dzwoni – poinformował go Josh. -Co? -Chyba u Alii. -Ona jest tutaj?! Josh i Chese po cichu weszli do jej sypialni. Nie chciało mi się wierzyć, że przez ten czas Alia była w swojej sypialni. Tylko dlaczego nie odbiera telefonu? -Nie ma jej – stwierdził Josh, który jako pierwszy wszedł do jej sypialni i ujrzał pusty pokój. Telefon, jak i jej portfel i dokumenty, leżał na stoliku nocnym. -No to pięknie. -Pogadamy z nią jak wróci? -Będę pierwszy.

Alia nie wróciła tak prędko jakby tego chcieli. Biorąc jako główną tezę, że poszła się zabawić z przyjaciółmi, szacowali, że powinna wrócić miedzy godziną 8 a 11. Jednak, gdy wybiło południe, ich teza zaczynała szwankować. -To już za późno by po imprezie wracała o 12 – powiedział Josh – Nawet ja tak nie robię. -Ale to jest Alia. Ona zawsze jest inna – wtrącił Dutter. -Ale ja jestem durny! Głupi jak buc! -No Chese, skoro tak twierdzisz. -Ona nie poszła na żadna imprezę. -Skąd ten wniosek? -Jej portfel i dokumenty leżą na stoliku nocnym. Bez pieniędzy nie wejdzie do żadnego klubu, bez dowodu tożsamości nigdzie jej nie wpuszczą. -A może poszła na prywatną imprezę? -Jak wychodziliśmy czytała książkę i nigdzie się nie szykowała i... nie rusza was to? Chese nie oczekiwał odpowiedzi na zadane pytanie. Właśnie zauważył bardzo nietypowy wyraz twarzy Duttera i Josha, którzy dziwnie na siebie spoglądali. Czuł, że wieczorem coś się stało miedzy Alią a nimi. Był tego prawie pewien. Możliwe, że Josh nie był w to mocno zaangażowany, ale co do Duttera nie miał żadnych wątpliwości. Dobrze wiedział, że połączenie Alii z Dutterem to gorzej niż wybuch bomby atomowej, a jego postawa wobec zniknięcia Alii była wręcz obojętna. -Czy jest coś o czym powinienem wiedzieć? – spytał najspokojniej jak tylko potrafił. -W sumie to widzieliśmy Alię około godziny 23 – wyznał Josh -Gdzie? -Tuż przed klubem. -Co ona tam robiła? -Zadzwoniłem po nią, by po nas przyjechała- odezwał się w końcu Dutter bardzo nieśmiałym głosem. -A propos: co ci się stało w nos? -Wkurzyłem kogoś. -A dokładnie to kogo? Chcąc nie chcąc Dutter opowiedział Chese’owi co się wówczas stało. Wiedział już dokładnie, że nie ma innego wyboru i musi powiedzieć przyjacielowi, co właściwie zrobił. I jak się tego spodziewał Chese nie przyjął tego łagodnie. -Wiedziałem! – Chese nie wytrzymał i wstał z sofy – Wiedziałem, że maczałeś w tym palce! Po prostu czułem to w powietrzu. To było wręcz niemożliwe by ona zniknęła tak bez słowa. To nie ona. Jak mogłeś! Przepraszam Josh, jak mogliście? Czyście już zdurnieli do reszty i pozbyliście się ostatniej okruszyny dobrego wychowania?...Jak jej się coś przez was stanie...ja nie ręczę za siebie. Nie daruje wam tego! Nie wiem jak to zrobicie, ale ona ma się odnaleźć. Cała i żywa. -Jak my mamy ją niby znaleźć? Nie znamy przecież Paryża! Zdenerwowany Chese spojrzał to na Duttera, to na Josha, po czym rozejrzał się po pokoju i dostrzegł książkę telefoniczną. -Ty Dutter znasz dobrze francuski to obdzwonisz wszystkie szpitale, komisariaty i wszystko co możliwe. Ja zobaczę do jej notesu. Pewnie ma tam jakieś adresy. Pracowała w Paryżu, to z pewnością kogoś tu zna. Jednak ani obdzwanianie szpitali i komisariatów, ani też dzwonienie po znajomych Alii nic nie dało. Nikt nic nie wiedział, nikt jej nie widział. -I co? – spytał Josh Chese’a, gdy ten pojawił się we wspólnym pokoju. -Nic. Nikt nic nie wie na jej temat. Każdy do kogo zadzwoniłem mówił, że ostatnio widział się z nią pod koniec stycznia. -To nic nam nie daje. -Ale jeden facet powiedział, że kontaktował się z nią przez te pół roku przez Internet, i że są dobrymi przyjaciółmi. -I co ci powiedział? -Przedstawiłem mu całą sytuację i wyznał mi, że i on się o nią niepokoi. Będzie tu za jakieś pół godziny i nam pomoże. -Choć o tyle dobrze. -Masz jakieś wiadomości Dutter? -Zniknęła jak igła w stogu siana. I co robimy? -Czekamy na jej przyjaciela, którego w jakiś sposób znalazłem. Zaraz tu będzie. Chwilę później w apartamencie nr 2010 pojawił się Jean, z którym mężczyźni wiązali wielkie nadzieje. -Jak doszło do jej zniknięcia? Co się stało? Chese, który był najmniej winny z całej ich trójki, opowiedział Jeanowi kiedy ostatnio widzieli Alię i w jakich okolicznościach zniknęła. Jednakże ze względów bezpieczeństwa nikt nie przedstawił Jeanowi szczegółów z ostatniej rozmowy z Alią. Bali się jego reakcji. Chese opowiedział mu również jakie środki poczynili do tej pory by ją odnaleźć i jakie przypuszczenia, co do jej zniknięcia, zagnieździły się w ich głowach. Również i Jean odrzucił tezę o jej wyprawie z przyjaciółmi. -To nie w stylu Alii. Ona by nie poszła na jakąkolwiek imprezę będąc waszym kierowcą. Jest zbyt obowiązkowa. A gdyby nawet poszła to dałaby wam znać. To musi być coś innego. Tylko jak ją znaleźć? -Może zgłosimy zaginięcie? – zaproponował Dutter. -O której ją ostatnio widzieliście? -O 23. -To dopiero o 23 radzę iść zgłosić jej zaginięcie. Do tego czasu nie warto iść na komisariat. Muszą minąć 24 godziny by w ogóle kiwnęli palcem. -To co teraz zrobimy? -A może jej rodzina wie coś na ten temat? -Wykluczone – odpowiedział zdecydowanie Jean -Dlaczego? -Gdyby coś się stało, Alia prędzej powiadomiłaby o tym papieża niż kogoś z rodziny. -Tak blisko stoi z papieżem? – spytał Josh -Tak często kontaktuje się z rodziną. Do ilu osób dzwoniliście? -W jej notesie znalazłem 11 osób z Paryża. -Zrobimy tak: wymienimy się telefonami i będziemy w kontakcie. Ja zrobię wszystko co w mojej mocy by ją odnaleźć. Spróbuję wykorzystać moje kontakty. -A my co mamy robić? -Czekajcie na telefon od niej. -A zadzwoni? -Na pewno nie, ale może cud się stanie. -Ta bezczynność nas zabije – powiedział Chese -Naprawdę nie możemy nic więcej zrobić? -Wy? Nic. Jeśli do 23 nie skontaktuje się z wami jedźcie na komisariat.

Niestety. Żadne działania nie przyniosły rezultatu. Jean zrobił co mógł, ale nic nie zdziałał, i do 23 nie było ani jednej wiadomości o Alii. Ona sama nie dała żadnego znaku życia. -Jest już 23 – zauważył Josh, który wraz z przyjaciółmi siedział w hotelowym apartamencie. -Jedziemy na komisariat – oznajmił Chese, po czym zamówił taksówkę.

Jane Joe spędziła w szpitalu całe trzy dni nudząc się przy tym co nie miara. Jedynymi jej rozrywkami były odwiedziny lekarza, pielęgniarek i Jacquesa, który jak obiecał, codziennie ją odwiedzał i przynajmniej przez godzinkę dotrzymywał jej towarzystwa, a przy okazji swoją obecnością poprawiał jej nastrój. Opowiadał jej różne ciekawe historie, które poznał dzięki pracy w policji, przy czym rozśmieszał ją niekiedy do łez. Jane w duszy dziękowała Bogu, że zesłał jej Jacquesa w tak dramatycznym dla niej czasie. Jednak trzeciego dnia, Jacques nie przyszedł do niej w pogodnym nastroju. Był czymś mocno zdenerwowany i Jane widziała to dokładnie. Tylko bała się zapytać co się stało. -Nie nazywasz się Jane Joe, prawda? – spytał gdy tylko pojawił się w drzwiach od jej sali – Tylko powiedz prawdę. -Skąd wiesz? -Sprawdziłem. Żadna Jane Joe nie istnieje jako osoba z krwi i kości. Dokopałem się jednak do zaskakujących informacji. Jane Joe to tytułowa postać z książek dwóch polskich pisarek. Sprawdziłem je. Jedna już nie żyje. Miała 55 lat. Druga niedawno skończyła 27. Dlaczego akurat posłużyłaś się tym przydomkiem? -Bo to ja się nim posłużyłam mając 19 lat. -Ta nieżyjąca już kobieta była szybsza od ciebie i to ona stworzyła cykl książek o Jane Joe. -Nie wiedziałam. -Mniejsza z tym. Mechanikom udało się ocalić rejestrację z twojego samochodu. Nie był zarejestrowany na Jane Joe. Tylko na...powiesz na kogo czy może go ukradłaś? -Był wypożyczony z paryskiego lotniska na nazwisko Vallée, ale do mojego użytku. -Dlaczego mnie okłamałaś w tylu kwestiach? Dlaczego posłużyłaś się wymyślonym nazwiskiem? Dlaczego nie powiedziałaś, że jest ktoś kto może cię szukać? -A ktoś szuka? -Tak, trójka facetów z Paryża. Zgłoszenie o twoim zaginięciu złożył niejaki Chese Rasmus. -Chese… -Nie ruszę się stąd póki nie wyjaśnisz mi wszystkiego. -A od czego mam zacząć? -Dlaczego nie podałaś swojego prawdziwego nazwiska? Przecież gdybyś podała swoje prawdziwe dane, to raz dwa by cię twoi znajomi odnaleźli. -I o to mi chodziło. -Co? Oni się martwią. -To tylko pokazówka. Martwią się, bo zginęłam bez śladu. A gdy byłam z nimi...obchodziłam ich tyle co upał na Saharze. -Znaczy się nic, tak? -Choć przez parę dni chciałam od nich odpocząć i być kimś kim nie jestem i nie będę. Rozumiesz? -Staram się. -Choć na chwilę chciałam przestać być sobą, a stać się kimś kogo nikt nie zna. -Kim oni są dla ciebie? -Pracuje dla nich. -Jesteś ich fotografem, tak? -Ale głównie ich osobistym kierowcą. -A więc to dlatego brałaś udział w tych kursach. Dlaczego tak bardzo bronisz się przed kontaktem z nimi? Zrobili ci coś? A może...zmusili? -Nie! Nikt. -Jesteś pewna? Jeżeli kobieta ucieka przed facetami, to tylko jedno nasuwa się na myśl. -Oni nie są tacy. Oni tak bardzo mnie lubią, że są ostatnimi w kolejce, by mnie tknąć. Mówię szczerze i poważnie. -Nie układa się między wami tak? -Delikatnie mówiąc. -Powróćmy jednak do twojego nieszczęsnego nazwiska. Jak ono dokładnie brzmi? -Alia Ordonow -Możesz przeliterować, bo albo nie było mnie na tych zajęciach w szkole, albo się na nich zdrzemnąłem, co często mi się zdarzało. -A-l-i-a O-r-d-o-n-o-w. -Jakiej jesteś narodowości? -Mieszanej. Mój ojciec pochodzi z Rosji, matka jest Włoszką, a ja przez większość swojego życia mieszkałam w Polsce. -A obecnie? -Mieszkam w Londynie, a we Francji jestem służbowo. -Lekarz zezwolił już na opuszczenie szpitala. Twoi znajomi będą w stanie cię stąd odebrać? -Wykluczone. Oni nie znają okolic Paryża, nie mają samochodu i nie mogą mi pomóc, nawet gdyby wyjątkowo się mną zainteresowali i chcieliby pomóc. W zasadzie to oni nawet nie znają Paryża i raz dwa by się zgubili. Z resztą nie chcę ich prosić o żadną pomoc. Bez łaski. -A ty w ogóle chcesz wrócić do Paryża. -Nie mam innego wyjścia. -Zaraz wracam, dobrze?

Policjant dosłownie na chwilę wyszedł z sali gdzie leżała Alia. Od razu poszedł do recepcji i poprosiwszy o telefon wykręcił numer do swojego komendanta. -No, Jacques, gdzie się podziewasz? Wiesz, że brakuje nam ciebie? -Tak, wiem. Jestem w szpitalu z tą kobietą z wypadku. Udało mi się ustalić jej prawdziwe nazwisko. -I? -Moje podejrzenia się sprawdziły. -A co z nią? -Jest w lekkim szoku, ale wyjdzie z tego. -Mówiła coś? -Tak. Potwierdziła nasze podejrzenia. Mam panie komendancie mały dylemat. -Byle szybko. -Policja jest po to by służyć obywatelom. -Ty Jacques, o co ci biega? Piłeś coś? -Nie pani komendancie, proszę tylko odpowiedzieć. -Tak, policja jest po to ,by służyć obywatelom -By pomagać potrzebującym naszej pomocy? -Tak. -Mamy bronić niewinnych i bezbronnych? -Co cię wzięło na takie rozważania o takiej porze? -Taka wena twórcza tuż przed nocą panie komendancie. -Jacques, ty mi nie rżnij tutaj głupa, tylko gadaj od rzeczy. -Właściwie to już skończyłem. Dziękuje za pomoc panie komendancie. Pan wybaczy, ale wracam na służbę. -Jacques!!! Policjant odłożył słuchawkę, po czym wrócił do Alii, która już się trochę uspokoiła. -Chodź. -Dokąd? -Do Paryża. Chyba nie myślałaś, że cię tu zostawię. Jeszcze ktoś by się dowiedział jakim jesteś świetnym kierowcą i chłopaki by cię już nie zobaczyli. Z pewnością byłaby to dla nich wielka strata. Tylko powiesz mi gdzie się zatrzymaliście, prawda? Jasnowidzem jeszcze nie jestem, a może? – dodał żartobliwie. -Dziękuje. -A nie chciałabyś czasem kogoś powiadomić, że wracasz? -Ani mi się śni. Trochę zmartwień im nie zaszkodzi. -Ja wolisz. Alia ochoczo poszła za nim do samochodu. Była mu bardzo wdzięczna za taką pomoc.

-Byłaś już wcześniej we Francji? -Pracowałam w Paryżu przez 3 miesiące. -Też jako kierowca? -Jako fotograf w dużej firmie. Nawet fajnie mi się tam pracowało. -To dlaczego zmieniłaś zawód? -Nie zmieniłam go. Tylko dodano mi jedno zadanie więcej. -Narzucono ci byciem kierowcą? -Tak jakby. -I się na to zgodziłaś?! -Co robisz jak twój szef każe ci coś zrobić? -Hehehe...zazwyczaj wykonuje jego polecenie. -No ja też. -A tak w ogóle, to dlaczego nie możesz się jakoś dogadać z tymi facetami? – spytał, ale nie uzyskawszy odpowiedzi powiedział -Milczysz. Wnioskuję, że mają trudne charaktery. -Tak jak i ja. -Oj zauważyłem. Jeszcze żadna osoba w mojej pięcioletniej karierze policjanta nie opierała się przed pójściem na badania. -Zawsze byłam wyjątkowa. -W pewnym stopniu podziwiam cię za to. -Za to, że jestem uparta jak osioł? To nic szczególnego. -Zauważyłem , że z jednej strony jesteś bardzo odpowiedzialną osobą, jeśli chodzi o dobro innych, a z drugiej jesteś jak natrętna nauczycielka, która nie daruje uczniowi, który nie napisał eseju na zadanie domowe i zrobisz wszystko by to zrobił. Rozumiesz w ogóle o czym ja mówię? Tak mówię i mówię, a ty przecież nie pochodzisz z Francji i możesz wszystkiego nie rozumieć, chociaż odczuwam, że w miarę dobrze znasz francuski. -Rozumiem co do mnie mówisz. Pięć lat nauki francuskiego i trzy miesiące w Paryżu zrobiły swoje. -I jak to jest z tobą? Nie odpowiedziałaś mi jeszcze na moją wątpliwość. -Wiesz ja jestem takim wybrykiem natury. Jeśli chodzi o dobro innych to w chwili zagrożenia nic nie jest w stanie mnie złamać, a gdy chodzi o mnie, to strasznie się boję – Alia wzruszyła ramionami – Kolejne moje dziwactwo, którego nie potrafię uzasadnić. -Jesteśmy na miejscu. Alia niepewnym wzrokiem spojrzała na wielki gmach hotelu. Nie miała najmniejszej ochoty tam wchodzić, ale musiała. -Odprowadzić cię? -O nie. To byłby skandal, tzn. pracownicy hotelu z pewnością mieliby o czym gadać oraz plotkować i z pewnością rano ukazałby się pikantny w domysły artykulik, a ja wolę uniknąć takiego rozgłosu. Ale bardzo dziękuję za propozycję. -Skoro tak sprawiasz sprawę. A dojdziesz sama do pokoju? Wychodząc ze szpitala byłaś jeszcze trochę osłabiona. -Tak, tak, dam radę. Dzięki za troskę. -Nie ma sprawy. -Zdaje sobie sprawę, że nie miałeś ze mną lekko. -Musze przyznać, że masz charakterek. -Nie zdążyłam ci jeszcze podziękować za to, co dla mnie zrobiłeś. -Pomaganie potrzebującym to główne zadanie policji. -Ale ty zrobiłeś dla mnie o wiele więcej niż musiałeś. Mogłeś nie przychodzić do mnie do szpitala, mogłeś zostawić mnie na pastwę losu i nie zawozić mnie tutaj. -Jeśli chodzi o to podwiezienie, to miałem w tym swój cel. -Tak? -Na komisariacie czeka mnie papierkowa robota, a nie pali mi się do tego. -W nocy? -Mam dyżur i już. -Ale i tak bardzo jestem ci wdzięczna. Zrobiłeś dla mnie o wiele, wiele więcej niż ktokolwiek do tej pory. Nikt wcześniej nawet zamiaru mi pomagać w jakiś sposób. -Na pewno ktoś był. Musiał być. Wiesz co. Zastanawia mnie jedna rzecz: dlaczego ja nie zidentyfikowałem cię tuż po wypadku? Twoje dokumenty nie zostały w samochodzie. Twoi znajomi podali je policji jak zgłosili twoje znikniecie. -O cholera! Ups – Alia dopiero teraz zorientowała się, że nie zabrała dokumentów wychodząc z apartamentu – Zapomniałam. -No pięknie. Znaczne przekroczenie prędkości, jazda bez dokumentów...pięknie. -Ale chyba nie chcesz mi wypisać mandatu. -Jasne, że chcę. W pierwszym momencie Alia myślała, że on żartuje, ale on naprawdę wyciągnął pliczek do wypisywania mandatów i długopis. -Co ty robisz? -Wypisuję ci mandacik. -Chyba żartujesz. -Nie. Trzymaj – Jacques podał jej mandat, a ona na jego widok aż się zaśmiała. -Dzięki. Jeszcze nigdy nie dostałam takiego mandatu. -Widzisz. Nie tylko ty jesteś nietypowa. W rzeczywistości Jacques napisał na mandacie

{b}„Głowa do góry. Nawet Bestia z czasem złagodniała” {/b}

-Jeszcze raz dziękuje za wszystko. -Nie daj się im. -Ani myślę. -Zuch dziewczyna Alia ostatni raz spojrzała na niego, po czym wyszła z samochodu i weszła do wnętrza hotelu. Idąc przez holl czuła na sobie masę wścibskich spojrzeń, które bardzo jej przeszkadzały. Wolała przejść niezauważona, pominięta. Ale w życiu nigdy nie jest tak, że dostajemy to, czego chcemy, więc musiała znieść te złowrogie spojrzenia. Przez chwilę zastanawiała się nawet, który z tych ludzi sprzeda informację do gazety. Może ten okropnie brzydki brunet, albo ta rudowłosa starsza kobieta? A któż to wie. Boże przestańcie się na mnie tak dziwnie gapić!

Nie myśląc o swoim lęku przed wchodzeniem do windy weszła do środka, nacisnęła odpowiedni przycisk, po czym wyczerpana, po nocnej przygodzie, powoli osunęła się na podłogę. Nic ja już nie obchodziło. Dla niej mogła drżeć ziemia, komety mogły spadać na z nieba, a ogromna szarańcza mogłaby nawet pozbawić ludzkości wszystkich dzieł sztuki. Miała wypadek, była wyczerpana i to było dla niej szczytem ze wszystkich możliwych szczytów jakie tylko mogły ją spotkać. Chciała odpocząć. Do apartamentu weszła bardzo cicho i ostrożnie. Zdawała sobie sprawę z tego, że północ to dla nich zdecydowanie za wcześnie i nie chciała w żaden sposób przeszkadzać im we śnie, robić większego hałasu bądź zbędnych dźwięków, które mogłyby ich obudzić. Postanowiła pójść prosto do swojego pokoju i nic poza tym. Kierując się powoli do swojego pokoju rzuciła okiem na salonik. Na stoliku leżały brudne naczynia, skromny wazonik z kwiatami był przewrócony, gdzieś tam na sofie znajdowały się dwie zgniecione puszki po coli, na fotelu leżał niechlujnie rzucony męski sweter oraz marynarka. -Boże, jak ja im powiem o tym wypadku, o stracie samochodu, o mojej trzydniowej nieobecności. Jak ja im wytłumaczę, że dopóki nie znajdziemy się w Londynie nie zasiądę za kierownicą. Oni nie dadzą mi wszystkiego wytłumaczyć tak jak należy, a w szczególności nie zrozumieją mnie. Znowu powiedzą, że nawaliłam, że nie nadaje się do tej roboty, że jestem za słaba. Niedojda. Aaaa.... Alia zrobiwszy zaledwie krok do przodu potknęła się o coś dużego i twardego. Od razu upadła na podłogę z wielkim hukiem, rozbijając przy okazji dwie szklanki stojące na stoliczku, o które zahaczyła upadając. -To bolało – jęknęła Dosłownie sekundę później drzwi od trzech pokoi się otworzyły i stanęli u ich progu Josh, Chese i ziewający Dutter. -Co się dzieje? -Słyszałem jakiś hałas. -Coś jakby ktoś upadł, jakby dźwięk rozbijających się szklanek. -To ja – Alia nieśmiało się odezwała. -Alia?! Chese bez chwili zastanowienia pomógł Alii podnieść się z podłogi. -Nic ci nie jest? -Jestem uczulona na pufy. Chyba będę żyć. Tak mi się przynajmniej wydaje. -Boże Alia gdzie ty się podziewałaś? Co się stało? Dlaczego nie dałaś znaku życia? Gdzie byłaś przez te trzy dni? Wszędzie cię szukaliśmy. Na policji, w szpitalach, ale na marne. Co się stało? Alia nie odpowiedziała mu tak od razu. Czuła, że najbliższy czas spędzi na szczerej i bolesnej rozmowie, dlatego też, zanim przystąpiła do jakichkolwiek wyjaśnień, usiadła wygodnie na fotelu. Josh i Dutter usiedli na sofie, a Chese krążył po pokoju tam i z powrotem. -Możesz nam to wyjaśnić?– Chese spytał bardzo łagodnie-Co się stało wtedy wieczorem, gdy widzieliśmy ci po raz ostatni? -Przed tym jak Dutter ode mnie oberwał, czy tuż po tym? -Tuż po tym, bo o wcześniejszych zdarzeniach już wiem. Powiedzieli mi. -Ze szczegółami? -Tak. Alia jednym ruchem ręki odsłoniła swoje czoło ukazując chłopakom opatrunek i plasterek na nosie. -To się stało- powiedziała spokojnie. -Co ty masz tu na czole? – spytał Chese, który właśnie dojrzał opatrunek. -Pamiątkę. -Skąd się to wzięło? Chese wyciągnął rękę by tego dotknąć, ale Alia zrobiła unik i tym samym nie pozwoliła mu na to. -Nie dotykaj. To boli. -Jak do tego doszło? -A się nią Chese przejmujesz – zaczął Dutter podnosząc się z sofy, na której siedział – Zapewne za bardzo zaszalała z przyjaciółmi i basta! Alia nie zważała już na nic. Wściekła do granic jej możliwości, podeszła do nic niespodziewającego się Duttera, złapała go za jego sweter tuż przy szyi i przystawiła go do ściany. -Miałam wypadek samochodowy idioto! – wrzasnęła – I to nie z mojej winy! Jedynymi osobami, które przyczyniły się do tego byłeś ty, Josh i ten cholerny kierowca, który jechał nie po tym pasie co trzeba! -Alia puść go – prosił Chese Ale ona zupełnie go zignorowała. -Jesteś najgłupszym i najbardziej chamskim człowiekiem jakiego miałam nieprzyjemność poznać. Wszyscy wokół tak o tobie mówią. Cała ta świta, która kiedykolwiek miała z tobą do czynienia, mówi jednogłośnie, że jesteś jedynym facetem pozbawionym jakichkolwiek ludzkich odruchów. Myślisz tylko o sobie, jak zarobić pieniądze i jak się zabawić. Mimo, że jesteś przystojny, jesteś strasznie pusty i to jest najgorsze. Szkoda mi ciebie, naprawdę. Teraz ty ranisz ludzi, sprawiasz, że ich życie traci jakikolwiek urok, ale zobaczysz, kiedyś ktoś tak cię zrani, że się nie pozbierasz i szkoda, że to nie będę ja. -Alia puść go – powtórzył Chese – Już wystarczy. -Nie będę ci mówić jak bardzo cię nienawidzę. Mam nadzieję, że to odczuwasz, a jeśli nie, to z pewnoscią poczujesz i to niebawem, bo i ja i inni ludzie, mamy już ciebie po dziurki w nosie. -Alia... -Nie będę ci też mówić jak bardzo się wstydzę pracować z wami. Jesteście bandą niedorozwiniętych facetów, którzy nie liczą się z uczuciami innych. Ale to potrwa jeszcze chwilę. Z takim podejściem do świata szybko zejdziecie na dno...Chcę Dutter tylko byś chociaż miał świadomość tego, co zrobiłeś. Przez twoje zarozumialstwo niewinna osoba mogła albo do końca życia być sparaliżowana, albo mogłaby już nie żyć, chociaż byłoby to nawet dobre dla mnie rozwiązanie, bo nie wiem jak wytrzymam z wami do maja, ale... może to wbrew moim zasadom, ale życzę ci byś kiedykolwiek miał kogoś na sumieniu. To nie jest miłe uczucie i nie żyje się z tym łatwo, wiem coś o tym, ale może wtedy zrozumiesz, że trzeba szanować życie innego człowieka, że każdy bez względu na swoje pochodzenie, czy status społeczny jest wart tego, by ludzie traktowali go na równi i szanowali go. Przemyśl to sobie, bo Bogiem nie jesteś i nigdy nie będziesz. Chese, który zauważył, że ton głosu Alii z każdą chwilą słabnie, podszedł do niej bardzo ostrożnie i delikatnie dotknął jej dłoni. -Już wystarczy. Nie warto – powiedział jej bardzo spokojnie, po czym rozluźnił jej dłonie, które mocno ściskały sweter Duttera. -Wierz mi Dutter, lepiej jest żyć w zgodzie z ludźmi– wypowiedziała do niego swoje ostatnie słowa, po czym zwróciła się do Josha i Chese’a – Jeżeli chcecie znać przebieg wypadku, to włączcie sobie byle jaką stację. W wiadomościach jest to nadal najgorętszy temat i opowiedziany w miarę rzetelnie. W szpitalu oglądałam.

Bez zbędnych słów Alia poszła do swojego pokoju. Zmęczyła się już ich obecnością i wolała zostać sama. Jednak chwilę później usłyszała delikatne pukanie do drzwi i głos Chese’a: -Mogę wejść? -A będę czuć się bezpiecznie w twoim towarzystwie? -Chcę tylko spokojnie porozmawiać. Nie zamierzam cię atakować. -Więc wejdź. Chese zastał Alię siedzącą na łóżku z małą poduszką przyciśniętą do jej piersi. -Usiądź. -Naprawdę ludzie tak o nas sądzą? -Naprawdę. -I ty rzeczywiście też tak sądzisz? -Nie. -To dlaczego powiedziałaś nam to wszystko? -Ja w odróżnieniu od innych ludzi znam was najlepiej. To była tylko część z tego, co o was sądzę. Całość jest o wiele gorsza i z pewnością żaden z was nie chce tego słyszeć, ani ja wypowiadać tego na głos. -Mogłabyś mi powiedzieć, co się stało zaraz po wypadku? -Wzięli mnie do szpitala na obserwację. -Nic ci się nie stało? Czujesz się już lepiej? -Tak. Gdyby nie ten człowiek, który mnie uratował byłabym już martwa i nareszcie uwolnilibyście się ode mnie. Szkoda. -Nie mów nawet tak. -Ale to prawda. I wy marzycie o tym by się mnie pozbyć i ja, wiec co tu ukrywać? -A jak się czujesz? -Miałam już kiedyś wypadek. Żadna to dla mnie nowość. -A fizycznie wszystko z tobą w porządku? -Głowa mnie trochę boli, bo walnęłam nią w kierownicę. -A ten opatrunek? -To tylko draśnięcie. -Teraz już wszystko rozumiem. Jesteś pewna, że później będziesz w stanie wsiąść za kierownicę? -Gdybym tylko mogła, zrobiłabym to nawet jutro. Tylko jest pewna przeszkoda: nie mam okularów, a bez nich nigdzie się nie ruszę. -No właśnie, czegoś mi u ciebie brakowało. Co się z nimi stało? -Najprawdopodobniej zleciały mi z nosa podczas wypadku. Może to mnie w końcu nauczy posiadania dodatkowej pary, bo jak dotąd nic mnie tego nie nauczyło. Bez żadnego namysłu Chese automatycznie objął ją i mocno przytulił. -Przepraszam, że przez nas musisz przez to wszystko przechodzić. -Ten wypadek to nie twoja wina i nie przepraszaj mnie za to, w czym udziału nie brałeś.

2.

Tuż po powrocie z Paryża Alia z wielką ulgą otworzyła drzwi od swojego mieszkania. Wreszcie mogła poczuć się zupełnie swobodnie. Nie musiała się przed nikim chować, ani też unikać. Była u siebie. Nikt nie miał zamiaru jej krytykować, mówić co i jak ma robić oraz osaczać ją. W dodatku żaden z domowników nie wiedział o wypadku, o spięciu z Dutterem i z Joshem. Jaka ta niewiedza jest cudowna.

-Słyszałaś o wypadku pod Paryżem? – spytał Rees podczas wspólnej kolacji. Na dźwięk tych słów Alia gwałtownie podniosła głowę znad talerza. Miała ochotę udusić Reesa, że o to zapytał. -A co się tam stało? – spytała jakby nie miała zielonego pojęcia o całym tym zdarzeniu. -Jakichś dwóch wariatów jechało z nadmierną prędkością i się zderzyli. Facet zginął na miejscu... -Pewnie nie miał zapiętych pasów -...a kobieta wyszła bez szwanku. Zaraz nadjechała ciężarówka i zgniotła te samochody w drobny mak. Samochody od razu stanęły w płomieniach. Na samo wspomnienie tego tragicznego zdarzenia miała ochotę po prostu zamknąć oczy i zniknąć, ale tak skutecznie, by nikt jej nigdzie nie znalazł. -W porządku? – spytał zatroskany Larry, który dostrzegł, że zamknęła oczy – Słabo ci? -Jestem tylko trochę zmęczona. Nie miałam pojęcia, że ta praca będzie taka męcząca. -Odpocznij sobie. -Zaraz pójdę, tylko...będę potrzebować waszej pomocy. -A co się stało? -Podczas tego wyjazdu w dość głupi sposób straciłam okulary, a bez nich nie mogę pracować. Potrzebuję znaleźć...Boże, tylko jak jest to po angielsku...muszę pójść do tego lekarza od oczu. -Okulista. -To właśnie jego muszę znaleźć, a później musze kupić okulary. -Mam przyjaciela okulistę – powiedział Larry – Jutro cię do niego zabiorę. -Dziękuję.

Tuż po kolacji Alia poszła do swojego azylu. Włączyła muzykę, wzięła laptopa i wygodnie usiadła na łóżku. -No dobra, sprawdzimy czy ktoś mnie jeszcze kocha.

Otworzywszy swoją skrzynkę pocztową, wśród paru nowych wiadomości, dostrzegła jedną od brata, która w jej hierarchii wartości, była najważniejsza na świecie. Widząc tego e-maila serce podskoczyło jej do góry z tej radości. Alia bowiem, odkąd wyjechała z domu, uwielbiała wręcz czytać listy od brata, w których zawsze było coś ciekawego: Kuba opowiadał jej o swojej pracy, o ciekawych (albo i nie ) ludziach, których poznał, o Oleńce, o Julii, o dziadkach, o rodzicach, albo i nawet poruszał z nią tematy polityczne, gospodarcze lub społeczne. Zawsze jednak miał jej coś ciekawego do przekazania. Pewnie zastanawiacie się czy Kuba próbował nakłonić swoją siostrę do powrotu, chociażby do Polski. Ależ owszem. Pierwszy miesiąc nieobecności Alii był dla niego najgorszy. Nie mógł się z tym pogodzić i próbował za wszelką cenę przekonać ją by powróciła. Z początku Alia przyjmowała to z przymrużeniem oka. Jednak, gdy zaczynała mieć tego dosyć, gdy Kuba stanowczo przesadzał, dała mu ultimatum: albo przestanie ją przekonywać, albo podzieli on los jej rodziców. Alia zrobiła to z bólem serca. Jej brat był zawsze dla niej najważniejszy, zawsze mogła na niego liczyć i nigdy nie dałaby nikomu go skrzywdzić, a jeżeli już by ktoś się odważył, to żałowałby tego postępku. Była z nim bardzo zżyta i nawet nie myślała o momencie, w którym miałoby go zabraknąć, i gdy nie mogłaby z nim porozmawiać. Jednak jego wzmianki o tym jak bardzo rodzice chcą by wróciła, że strasznie im jej brakuje, sprawiały, że zaczynała powoli wierzyć, że i on jest przeciwko niej. A tego nie chciała. Dlatego dała mu to wszystko jasno do zrozumienia. A Kuba, jak na kochającego brata przystało, stanął po stronie siostry i już więcej o tym nie wspominał. Aż do teraz. Czytając list od brata aż ja skręcało ze złości, że on znów porusza ten temat. {b}

...Wiesz, ojciec ciągle pyta o Ciebie? Mówię mu, że wszystko u ciebie w porządku, ale on chyba chciałby wiedzieć nieco więcej. Jakieś szczegóły na przykład. Czasami mam naprawdę ochotę powiedzieć mu wszystko to, co ci kiedyś obiecałem i dotrzymują słowa, choć świerzbi mnie jak cholera...{/b}

-Ale zapomniałeś o drugiej rzeczy, którą mi obiecałeś {b}

...Nie mam tez serca mówić dziadkowi tej oszczędnej wersji, na jaką mi zezwoliłaś. Trochę mnie to męczy. Chciałbym by było jak dawniej, byś była przy nas i byśmy mogli widzieć cię i rozmawiać z tobą kiedy tylko byśmy chcieli. Jestem w stanie zrozumieć, że wyjechałaś przez tą wiadomość, okey, ale dlaczego zabraniasz rodzinie kontaktu z tobą? Rodzice naprawdę się o ciebie martwią. Ojciec pracuje dłużej niż zwykle, Maria już nigdzie nie wyjeżdża, nie spotyka się ze swoimi znajomymi. Tato mówił, że często wieczorami siedzi w twoim pokoju godzinami. Nie myśl tylko, że wymyślam to wszystko na poczekaniu. To prawda co mówię. Wyobraź sobie, że dziadek nie mówi już do nas po rosyjsku. Może to być dla ciebie niezrozumiałe i szokujące. Dla mnie też było, gdy byłem u dziadka ten zaczął mówić do mnie po polsku, czego nigdy nie praktykował, gdy byliśmy sami. Katastrofa. Mnie też ciebie bardzo brakuje, muszę się przyznać. Nie ma mi kto zadawać głupich pytań, gdy grzebię w samochodzie. To był taki żart z tym przykładem, ale na prawdę chciałbym cię znów zobaczyć i uściskać. Same listy do ciebie mi nie wystarczą. Nie mam więcej sióstr. Jedna uciekła z domu parę lat temu i nawet nie daje już znaku życia. Tylko z tobą mam kontakt i chciałbym by ten kontakt miał nieco inny charakter...Domyślam się, że już zaczynasz się na mnie wściekać, że złamałem obietnicę, ale musiałem to zrobić. Nie mogę już patrzeć na naszą rodzinę. Alia, oni naprawdę się o ciebie martwią. Ty tego nie dostrzegasz, bo ciebie tu nie ma i nie widzisz i nie słyszysz tego co ja. Oni naprawdę zasługują na odrobinę łaski. Nawet najgorsi przestępcy jej dostępują. Ja już nie mogę na to patrzeć. Pozwól mi chociaż podać im twojego e-maila... {/b}

-Ja też za wami tęsknię i bardzo was potrzebuję.

Tymczasem Kuba i Julia zmęczeni po ciężkim dniu, siedzieli przed telewizorem i bezmyślnie oglądali jakąś komedię romantyczną. -Dzisiaj jestem po prostu skonany – wyznał Kuba -Ja też ledwo żyję. Oleńka dała mi dzisiaj ostro popalić. Ja nie wiem. Jeśli mój każdy dzień z nią będzie tak wyglądał jak dzisiejszy i będzie tak jeszcze przez 16 lat to ja dziękuje. -Jutro będzie lepiej, zobaczysz – powiedział bez entuzjazmu. -Mówisz? -Tak. Julia zgrabnie przybliżyła się do swego męża, założyła swoje ręce na jego szyi i już chciała go pocałować, gdy w pokoju obok zaczął dzwonić telefon Kuby. -Nie odbieram – oznajmił żonie -A jak to coś ważnego? -Guzik mnie to obchodzi. -Telefon obudzi Oleńkę, a ja się tyle natrudziłam by zasnęła. Kuba delikatnie pocałował Julię w policzek, po czym bardzo ociężale wstał i podszedł do telefonu -Halo – Cisza. Nikt nie odpowiadał – No halo! Co jest? – Dalej nic. Tylko tym razem Kuba dosłyszał jakby pociągnięcie nosem – Słyszę ciebie. Odezwij się jak już zadzwoniłeś! – Nic – Nie to nie. Kuba rzucił telefonem. -Kto to był? – spytała Julia -Jakiś idiota bawi się ze mną w kotka i myszkę. Tylko ten numer... -Co z nim? -Wygląda mi na zagraniczny.

Następnego dnia, tuż przed południem, Larry zabrał Alię do okulisty, tak jak jej to obiecał. -A ten twój przyjaciel jest wyrozumiały? – spytała podczas jazdy samochodem -W jakim sensie pytasz? -Wiesz, mimo, że jestem tu tyle czasu, trudno mi się poprawnie wysławiać, a załatwienie spraw urzędowych czy wizyta u lekarza to wciąż jest dramat. Boję się, że jak zacznie mówić tym specjalistycznym językiem z mieszaniną sławnego angielskiego akcentu, to go nie zrozumiem. -Dasz radę. Jesteś tu od 5 miesięcy i sporo się już nauczyłaś. -Jasne. -Mówię poważnie. Na samym początku często brakowało ci słów, nie potrafiłaś się wysłowić, a teraz mówisz już nawet z angielskim akcentem, a zasób twoich słów już nie jest tak ubogi jaki był wcześniej.

Gdy tylko znaleźli się w przychodni, Larry od razu zaprowadził Alię do gabinetu swego przyjaciela, który już na nią czekał. Choć Ramon nigdy wcześniej nie widział Alii, to nie mniej jednak od razu ją rozpoznał. Pewnie dlatego, że dzień wcześniej Larry uprzedził go o wizycie z pozoru bardzo nieśmiałej i przestraszonej kobiety. -Dzień dobry – przywitała się nieśmiało przechodząc przez próg gabinetu. -Dzień dobry. Ty musisz być znajomą Larry’ego, tak? -Tak. -Larry uprzedził mnie, że wpadniesz z wizytą. Mam na imię Ramon, a ty? -Alia. -Dziwne imię. Proszę usiądź.

Alia bardzo opieszale zajęła miejsce wyznaczone jej przez Ramona. Najpierw musiała dokładnie przyjrzeć się wszystkim przedmiotom znajdującym się w pomieszczeniu i ze zdziwieniem stwierdziła, że to nie może być gabinet okulistyczny! Tam było tyle różnych dziwnych urządzeń, których Alia nigdy jeszcze nie widziała w żadnym gabinecie okulistycznym, a zwiedziła ich już parę. -Byłaś już kiedyś w gabinecie okulistycznym? – spytał próbując zgadnąć dlaczego dziewczyna z takim zdziwieniem na twarzy spogląda na wyposażenie gabinetu. -Jasne, już parokrotnie, ale nigdy nie byłam w takim... – Alia nagle zrozumiała, że musi dziwnie wyglądać, i że Ramon nie ma całego dnia dla niej, dlatego też uśmiechnęła się radośnie i zajęła należyte jej miejsce – Przepraszam. Tutaj w Wielkiej Brytanii wszystko jest dla mnie nowe i bardzo dziwne. Jeszcze nie do wszystkiego się przyzwyczaiłam. -Nie jesteś stąd? -A wyglądam? -No dobra. Nie czas na pogaduchy. Więc, co cię do mnie sprowadza? -Straciłam okulary i bardzo potrzebuję recepty na nowe. -Okay, a mogę się dowiedzieć jak je straciłaś? -A czy to jest istotne? -Nie tak bardzo, ale jednak. -Skoro to nie jest tak bardzo ważne, to niech to będzie moja tajemnica, dobrze? -Niech i tak będzie. Chodź, zobaczymy jak bardzo nie widzisz.

Jakiś czas później Alia była już wolna i z receptą w ręce od razu udała się z Larrym do optyka, by wybrać odpowiednie oprawki. -Jaki wzór panią interesuje? -Nie wiem – odpowiedziała bez zastanowienia – Wiem tylko, że potrzebuje dwie różne pary. -No tak. Coś nowoczesnego, czy tradycyjnego? -A może to i to?

Kobieta odwróciła się na chwilę od Alii, ale i tak dziewczyna zauważyła niezbyt przyjazną minę na twarzy owej kobiety. Na sam początek kobieta wyłożyła przed nią ze 30 sztuk. Widząc te przeróżne rodzaje oprawek Alia trochę się zlękła. -Larry! – powiedziała przerażona -Tak? – spytał z nad gazety, którą czytał dla zabicia czasu. -Mógłbyś tu podejść? -Jasne.

Larry złożył gazetę i podszedł do swojej współlokatorki. -O co chodzi? – spytał stojąc tuż obok niej i zerkając to na stos oprawek, to na nią. -Wiesz jak bardzo cię dziś potrzebuję, prawda? -Dzisiaj. Tak. Więc, o co chodzi? -Mam wybrać z tego dwie różne oprawki. -Dwie? Aż dwie? -Przy moim szczęściu potrzebuje dwie pary. -Acha. No to w czym problem? -Ktoś musi mi pomóc. -No na pewno – Larry odpowiedział jej z takim spokojem, jakby jeszcze nie wiedział, że to ma być on, albo jakby był jedynym facetem na świecie, który z chęcią pomaga kobiecie przy zakupach. Alia wyczuła właśnie, że Larry nie ma jeszcze zielonego pojęcia co się święci. -Potrzebuje, by jakiś facet powiedział mi, w których wyglądam najlepiej – mówiąc to nie spuszczała z niego wzroku. -A co ja mam z tym wspólnego? Alia pozostawiła to pytanie bez odpowiedzi. Jedyna jej reakcją był szczerszy niż zwykle uśmiech. -O Boże. Tak. Larry właśnie dał dowód na to, że jest prawdziwym mężczyzną.

Po prawie godzinie przymierzania co raz to innych typów okularów, Alia wreszcie wybrała dwie, najbardziej jej odpowiadające, pary. Jedna z nich mała tradycyjne brązowe oprawki, a druga, mająca czerwone oprawki, była już znacznie nowocześniejsza. Mimo takiej rozbieżności stylów, obie pary pasował Alii idealnie i wyglądała w nich o niebo lepiej niż w poprzednich. -Mam nadzieję, że nie idziemy już na żadne zakupy. Owszem było fajnie, nawet się uśmiałem, ale dosyć tego...dobrego. -Przepraszam, że to tak długo trwało. -Nie ma sprawy. Ważne, że je wybrałaś i będziesz je mieć niedługo. -Dziękuję – Alia niespodziewanie pocałowała go w policzek. -A to za co? – spytał mocno zdziwiony. -Jutro już będę miała okulary, jutro już będę miała okulary – odpowiedziała szczerząc zęby. Larry nie wytrzymał i wybuchnął tak głośnym śmiechem, że mężczyzna, który szedł tuż przed nim, obrócił się i spojrzał jak na jakiegoś kosmitę. -Jesteś niemożliwa Alia. Czasami twoje poczucie humoru jest zabójcze. -I tak ma być! -A radość z najprostszych rzeczy wręcz niespotykana. -Taka już jestem. -Dobrze, że w końcu się uśmiechasz. Odkąd z nimi pracujesz rzadko się uśmiechasz, a przynajmniej nigdy zaraz po powrocie. -Lubisz jak się uśmiecham? -Jasne, że tak. Swoim uśmiechem wnosisz radość do naszego mieszkania, a smutna jesteś nie do zniesienia, muszę przyznać. -To aż tak się wówczas źle zachowuje? -Wtedy mało mówisz, a jak już to bardzo od rzeczy. Nigdy jednak nie wspominasz o tym, co nas najbardziej interesuje. -Coś czuje, że nie chce znać dalszej części twojej myśli. Wejdziemy do jakiegoś sklepu? Rano spojrzałam do lodówki i dostrzegłam światło. -To źle? -Znaczy się, że nasza lodówka świeci pustkami. -Znowu sklep. A miało już nie być żadnego. -Wolisz skręcać się z głodu? Bo ja nie bardzo.

Tuż po zrobionych zakupach Alia i Larry wrócili do domu i od razu zanieśli je do kuchni. -Nie wiem, co ty szykujesz, ale tego starczy dla całej armii. -Jesteś pewien? -Jasne że tak.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych