Jeden z siedmiu
"Kiedy byłem małym chłopcem, na dworze mego ojca służył pewien Loklandzki mag. Ojciec nie specjalnie wierzył w jego sztuki – lecz szanował posiadaną przezeń wiedzę. Ja lubiłem jego opowieści, a później jeszcze bardziej polubiłem jego księg
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obejrzałem się za siebie. Ze strachem, chorą ciekawością i coraz większą rezygnacją… Zamknąłem oczy i znów spoglądałem na ziemie która za chwilę miała zniknąć pod kopytami konia. Pochyliłem się jeszcze bardziej. Na ten szaleńczy rajd wyruszyło nas siedmiu – szczęśliwa liczba – a zostało tylko trzech – jaki smutny koniec. Beznadzieja potęgowana parszywą pogodą ugryzła mnie jeszcze bardziej. Niczym pies bojowy zakleszczyła swoje kły na gardle. Chciałem ryczeć. Znaleźć jakieś ciepłe ramiona które by mnie objęły i powiedziały że to tylko sen, że wszystko będzie dobrze. Tylko… Za plecami, może cztery jardy za mną, koń młodego blondyna – Urlika – zakwiczał przeraźliwie i padł. Zostało nas tylko dwóch. Biedny, głupi chłopak. Uśmiechał się tak radośnie gdy osiem dni temu wyruszaliśmy z wieży, tak zalotnie mrugała na pożegnanie do niego ta mała, ruda dziewka z sioła nieopodal lasu kiedy żegnano nas – straceńców. Urlik nie powróci już do jej posłania. Głośny krzyk młodzika zakończyło stłumione warknięcie. Zostało nas naprawdę tylko dwóch. Dziewiętnastoletnia przekąska i ścierwo konia powinny jednak zatrzymać Gratów na chwilę. Świeże mięso, zapach krwi… Może nawet zagryzą się miedzy sobą w walce o najlepsze kąski. Gdyby to byli zwykli, dzicy Gratowie… Obejrzałem się jeszcze raz. Po prawej stronie resztkami sił cwałował za mną Tren i jego mała chabeta. Tyle razy cały garnizon nabijał się z tego konia... Tyle razy dowcipkowaliśmy o tym psie w podkowach. Przebiegł więcej niż pełnokrwiste, codziennie czesane rumaki które niosły panów DeVaile i Chateuer. Wytrzymał dłużej od wielkiego koniska Kantona – które wydawało się być potomkiem potworów które dosiadali władcy piekieł. Nadal niósł podstarzałego zabijakę mimo piany spadającej z jego pyska płatami i ciężkiego oddechu. Ostatni z moich towarzyszy skrzyżował ze mną wzrok, a gdy się do niego uśmiechnąłem chcąc rozbudzić choć w nim jeszcze odrobinę nadziei i otuchy która uleciała już ze mnie – zatrzymał konia. Patrzyłem się na niego gdy krzykną „Jeden musi dojechać” i zawrócił w stronę pogoni. Widziałem go ostatni raz. Widzę w każdą noc, gdy zmarli odwiedzają mnie we śnie. Przysiągłem sobie już nigdy się nie odwracać. Następnym razem nadejść może moja kolej by przywitać się z kłami wilczej mordy Grata. Deszcz w końcu ustał. Od tylu dni pierwsza dobra nowina. Złapałem się jej niczym tratwy na rozszalałym morzu. Tak niewiele drogi było przede mną. Kilka staj najdalej stać powinien konny regiment Armi Topór. Moje ocalenie. Jak miło było rozpłynąć się w myślach o namiocie, misce ciepłego jedzenia, posłaniu. Tak proste – a tak wspaniałe. Tylko dla czego każdy krok wydawał się światem dzielącym mnie od tego marzenia. W końcu dopadłem traktu. Jakieś pięćdziesiąt jardów dalej – niech będą błogosławieni przodkowie – pełzł sobie powoli oddziałek lansjerów. Szlachetni panowie z proporczykami powiewającymi na wietrze zamilkli zdziwieni moją nagłą – wydawać by się mogło magiczną – materializacją prosto z krzaków których obfitość porastała obie strony drogi. Zsunąłem się z konia na niepewne, umęczone długą jazdą nogi. - Hej durnie! Pomocy! – Wydarłem się najgłośniej jak tylko potrafiłem. Kilku z nich ruszyło cwałem. W końcu… Uwierzyłem że się udało. Straciwszy ostatni impuls do wysiłku usiadłem – przewróciłem raczej – na ziemi. Wyciągnąłem uwierający mnie miecz i wbiłem przed sobą, tak by móc się na nim oprzeć. Lansjerzy stanęli, okrążając mnie i mierząc w pierś długimi drzewcami. - Co się dzieje, jakiej to pomocy ci trzeba – Odezwał się najstarszy rangą… Na chwilę przed tym gdy jego głowa wypełniła wielkie szczęki szarego grata który wyskoczył z lasu za nim. Głupia śmierć. Wyrwałem miecz z ziemi i trzymając go oburącz przed sobą opadłem na plecy – widząc wielkiego wilkowatego stwora spadającego na mnie wraz z martwym już dziesiętnikiem lansjerów. Bestia nadal trzymała go w zębach. Widać miałem dobry dzień. Masa mięśni i śmierdzącej potem sierści opadła idealnie na mój ostry kawałek stali. Grat zasiekł się sam., a lance czterech pozostałych przy życiu konnych skierowały go ku wrotom krainy zmarłych tak by nie miał złudzeń co do kierunku w którym się udaje. Momentalnie przycwałował do nas cały oddziałek, w liczbie może pięćdziesięciu chłopa. Krzyczeli coś i wymachiwali rękami… Gdy wyciągali mnie spod truchła patrzyłem się w gęstwinę. Trzy pary świecących, złych ślepi planowały tam moją śmierć.
A wieści są złe.
Kiedy byłem małym chłopcem, na dworze mego ojca służył pewien Loklandzki mag. Ojciec nie specjalnie wierzył w jego sztuki – lecz szanował posiadaną przezeń wiedzę. Ja lubiłem jego opowieści, a później jeszcze bardziej polubiłem jego księgi, których całe mnóstwo zagracało jego kwaterę. Na stronach jednej z nich, rozklekotanej tak że deski ledwo już przypominały drewno, przeczytałem o księciu który kazał ścinać posłańców którzy przynosili mu niepomyślne wieści. Gdy później rozmawiałem o tym z mym rodzicielem ten skwitował to tylko jednym zdaniem: ”Za długo pewnie nie rządził”. Jeśli jednak złe zbiory, lub stan armii prowadziły tych biednych pocztowych pod topór – to co powinno spotkać mnie? Dumałem tak, udając sen, chcąc odwlec tą przeklętą chwilę gdy ktoś w końcu wezwie mnie bym opowiedział dla czego dziesiętnik książęcych lansjerów został nadgryziony ze skutkiem śmiertelnym przez bestie zza Bariery… I zaraz potem padną kolejne pytania – i te przeklęte odpowiedzi. Nie wiedziałem czego nienawidzić bardziej – pytań które nie tak dawno sam zadałem, czy odpowiedzi które nieco później otrzymałem. Tak bardzo zapragnąłem stać się malusieńki i uciec z tego miejsca gdzieś daleko, gdzie cała nadciągająca nawałnica będzie tylko łuną na odległym horyzoncie. Marzenia. Otworzyłem szeroko oczy. Przeznaczeniu i obowiązkowi nie sposób uciec. Niedomknięte poły namiotu wpuszczały światło słońca stojącego w zenicie. Przespałem cała dobę. Właśnie wstawałem gdy niski adiutant wmaszerował do mojego schronienia. Rozejrzał się po pomieszczeniu, dokładnie zlustrował moją postać wzrokiem, chrząkną, w końcu przemówił. - Sądząc po odzieniu i glejtach które przy tobie znaleźliśmy jesteś Strażnikiem Bariery. Dość daleko jesteś od swojej domeny mości panie Strażniku… Oj daleko. Z tego powodu nasz Namiestnik chętnie by zapoznał się z opowieścią co cię do nas tu sprowadza… A za tobą pomiot piekieł. – Kiedy wymawiał ostatnie słowa wyraźnie przebijał mnie w myślach na wylot jakimś tępym narzędziem – I dobrze by było żebyś panie dłużej w pieleszach nie marudził. Dzień już połowy dobiegł, a mój pan wiecznie czekać nie będzie. Bo i pogrzeb przed nami. - Zaraz się ogarnę i pójdę. Piekła szukać nie trzeba, samo zawsze nas znajduje. Powiedz swojemu panu Namiestnikowi że niezwłocznie go nawiedzę. Wstałem i odwróciłem się do żołdaka plecami chcąc zaakcentować koniec naszej rozmowy. Audiencja skończona – idź szczekać gdzie indziej. Postał tak jeszcze chwile dając mi do zrozumienia jakim to jestem łajdakiem i jak to mnie źle wychowano, po czym sapiąc i mrucząc coś pod nosem łaskawie się oddalił. Z mojego ubrania nie zostało wiele. Na szczęście jakaś dobra dusza przygotowała z myślą o mnie spodnie, koszule oraz kurtkę. Co prawda w ohydnej czerwieni lansjerów – ale nagiemu każde odzienie miłe. Przy wyjściu leżał sobie mój miecz, kusza oraz bełty. Wychodząc zabrałem tylko miecz. Na spacery do Namiestnika głupio było mi wychodzić uzbrojonym po zęby… Od granicy byliśmy daleko – i chodzenie z całą kolekcją śmiercionośnych argumentów z pewnością było by tu odczytane jako akt złej woli, czy inny sposób zalotnego mrugania do katowskiej pętli. Obóz do którego jak - się okazało - zawieziono mnie podczas gdy byłem nieświadom okazał się być całkiem licznie zaludniony. Armia Topór przygotowywała się do zimowania – wszędzie roiło się od markietanek, ciur obozowych i wszelkiej maści czeladzi. Całego tego tałatajstwa jakie wszystkie armie świata ciągną za sobą i przyciągają niczym ścierwo padlinożerne ptaki. Kilku żołnierzy odprowadzało mnie wzrokiem – widać wieść się już rozniosła i mogłem liczyć że moja obecność stałą się tematem nie jednej pijackiej rozmowy. Miałem nadzieje że choć głowy ich rozbolały od głowienia się co mnie do nich przygnało. Szybko zorientowałem się że Namiestnik był przynajmniej sumiennym dowódcą. Obóz zbudowany był na planie klasycznej, otoczonej palisadą żołnierskiej osady. Większość chat dopiero budowano – lecz przy centralnym placu budynek będący z pewnością siedzibą dowódcy i sztabu był już w pełni ukończony. Bez słowa minąłem strażników ziewających przy wejściu. Z pewnością spodziewano się mnie i przygotowano ciepłe powitanie. Za drewnianymi drzwiami swoje podwoje roztaczał pokuj kancelarzystów. Magiczne miejsce gdzie początek brały wszystkie wojskowe szaleństwa oraz luksusy. Znałem kiedyś chorążego górskiej konnicy cesarskiej który twierdził że najlepszy rozkaz to ten który spłodzili skrybowie zaludniający
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hawat
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…