Wróć do katalogu

Jeruzalem

Zespolenie wszystkich części by przeczytać utwór jednym tchem bez potrzeby przeskakiwania pomiędzy odcinkami.

Vettghern, opublikowano , 56 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jeruzalem

Na dworze tańczył śnieg niesiony zimowym wiatrem. Izba była rozświetlona jedynie nikłym ogniem kominka, pokój stał się teatrem światła i cienia, goniących się wzajemnie. Cały ten spektakl zakłócał raz po raz tylko refleks świetlny odbity od tarczy i mieczy zawieszonej na ścianie. Na środku pomieszczenia siedziała zamyślona postać mojego Mistrza pochylonego nad dziełem tak obszernym jak i starym – nad Pismem Świętym, przepisanym w Akwizgrane przez mnichów dwieście lat temu. Tak samo jak pismo święte można studiować twarz mojego mistrza – zamyślona, przeorana siecią zmarszczek, smutne a zarazem przepełnione mądrością oczy, szpakowaty nos i broda zarówno jak i włosy posrebrzała od wieku, trwóg i wyczynów. Głos jego niczym dzwon, potężny i dźwięczny. Posturą przypominał Tego tytana, co się o nich w książkach naczytałem. Nie znam człowieka, który by się odznaczał większa odwagą czy bohaterstwem, jestem na prawdę szczęśliwy, że jestem jego kompanem, sługa i giermkiem. Ale nie mowa o mnie i o moich uczuciach czy wyczynach, ale o moim Panie. Uznałem za mój obowiązek wobec mojego Pana i Boga utrwalić przynajmniej jeden jego wyczyn. Długo przyszło mi się zastanawiać co by opisać, aż w końcu po wielu nie przespanych nocach postanowiłem opisać pewna wyprawę, wyprawę zawierzoną Bogu, wyprawę do Ziemi Świętej.

Nigdy nie miałem cierpliwości, więc wielogodzinne niedzielne msze były dla mnie prawdziwa udręką, którą trzeba było przetrwać. Dal mojego Mistrza nie było to nic trudnego od długiego czasu trenował ducha w cierpliwości jak i w wierze. Lecz ta wiosenna niedziela była inna od wszystkich, ksiądz był dziwne podekscytowany, a kiedy rozpoczął kazanie posypało się gromkie „Deus vult!” – „Bóg tak chce!” a także „Imitatio Christi” – „Postępujcie jak Chrystus.” Dla mnie te słowa znaczyły bardzo mało bo jak zwykle skoncentrowałem się na czymś innym. Pewnie Pan po mszy powie o co chodzi - byłem pewny, że mi powie bo zauważyłem poruszenie w kościele po kazaniu – szkoda, że nie słuchałem. Ledwo co wyszliśmy z moim Panem na zewnątrz spojrzał na mnie wymownie – on zawsze wiedział kiedy słuchałem kazania czy nie. Po wzroku zrozumiałem, że tym razem było poruszone coś naprawdę ważnego. - Znowu nie słuchałeś kazania – zapytał, ale wcale nie oczekiwał odpowiedzi – Twój brak koncentracji kiedyś cię zgubi. - Wybacz mi mój Panie – pokłoniłem się pokornie, tak jak mnie wychowywano od 17 lat. - Musimy porozmawiać – oznajmił – ale nie tutaj, najpierw się posilimy a potem porozmawiamy. Pojechaliśmy wozem do zamku mojego pana. Milczeliśmy cała drogę, zostałem wychowany tak by nie odzywać się, kiedy sytuacja tego nie wymaga. Wychowanie a wprowadzenie tej nauki w życie to dwie różne rzeczy, mój Mistrz byłe w tej sztuce prawdziwym autorytetem, ale przy tym był wyjątkowo wyrozumiały i cierpliwy, przez co wielokroć wybaczał mi moje gadulstwo. Całe szczęście, że zamek był niedaleko wioski, bo grobowa cisza, która była tylko co jakiś czas przerywana stukotem kół o jakiś kamień czy śpiew leśnych ptaków przyprawiała mnie o przygnębienie. Gdy dojechaliśmy do zamku sytuacja się nieco poprawiła dzięki rozmowom służących, syrenim śpiewom kucharek czy ochrypłymi krzykami ogrodnika. Pan bez słowa udał się do swojej komnaty w północnej wierzy, a ja miałem trochę czasu dla siebie. Więc jak to ja poszedłem do kuchni gdzie jak mnie doszły słuchy w służbę została przyjęta młoda dziewczyna z wioski. Oczywiście nie mogę się zadawać z pospólstwem ze względu na swoje urodzenie, ale serce nie drużba - swój rytm ma. Wielokroć byłem karcony przez szefową kucharek za klepanie dziewczyn po tyłkach, nawet stara jędza była u Pana i mówiła jak to sobie syn szlachecki pogrywa z dziewkami służebnymi – kiedyś wpuszczę starej myszy do izby by pomścić moje krzywdy. Dzięki Bogu Mistrz jest wyrozumiałym człowiekiem i zawsze puszczał takie informacje mimo uszu i raz zadało mi się, że przyuważyłem jak śmieje się pod nosem. Osobiście mnie samemu wydaje się, że on sam miał jakieś bliższe kontakty z dziewkami ze wsi jak był młodszy, może nawet był w której zakochany. Ach miłość kwiat wszystkich uczuć, matka ludzi i ich poczynań, Mistrz ostrzegał mnie kiedyś przed tym uczuciem i powiedział bym najpierw kierował się rozwagą a dopiero potem dać porwać się wirowi namiętności. Wiadomo jednaj, że nauczyciel swoje a uczeń swoje więc wpadłem jak śliwka w kompot – och Joanno. Cudowne jej kształty, skóra jakże aksamitna, włosy burzą słomy miotanej wiatrem. Spotykaliśmy się nocami, ja jej pisałem wiersze i jednocześnie uczyłem pisać i czytać, a ona śpiewała mi pod baldachimem gwiazd pieśni o miłości – jakie wieśniacy maja piękne pieśni nie tak drętwe jak te dworskie ale żywe pełne uczuć – jak strasznie się kochamy, ale miłość nasza zakazana. Zacisze zamkowych murów mojego Pana dawało poczucie wielkiego bezpieczeństwa. Wylegiwanie się na sianie dla koni i patrzenie na przesuwające się smętnie bałwany na niebie było jednym z moich ulubionych zajęć – zaraz po uciechach sercowych, oczywiście. Patrząc na otaczające mnie wszechobecne przejawy życia, aż trudno uwierzyć, że wszystko to jeszcze nie tak dawno skrywała gruba warstwa śniegu. W głowie rozbrzmiewały słowa księdza w kościele, „Bóg tak chce!” Nie wiedziałem czego chce Bóg, ale nielogiczne wydawało mi się, że chce byśmy podróżowali tysiące kilometrów do oddalonego kraju by walczyć o Jego miasto. Właśnie my... -Jak możesz tego nie rozumieć giermku – Mistrz nie krzyczał, tylko mówił ochrypłym głosem – Bluźnisz. -Wybacz Panie – nie mogłem kwestionować jego słowa - Wybacz moje słabości. -Hm, słabości powiadasz – wbił we mnie bystry wzrok – Wyzbądź się ich. Inaczej zginiesz. Zostałem zbity z tropu. Pan widząc moją dezorientacje jednym płynnym gestem ręki kazał mi opuścić salę. “Per aspera ap astra.” Jakoś nie wydaje mi się by pustynne ciernie miałby by przybliżyć mnie do gwiazd chwały. Obawiam się tej wyprawy jak niczego wcześniej w moim życiu. Tyle słyszałem o miejscu gdzie Pan Nasz Jezus Chrystus oddał żywot swój za grzechy całego świata, Mistrz mówił nawet dawno temu, że odbędziemy wkrótce pielgrzymkę do grobu pańskiego – nie sądziłem, że jest nieomylny do tego stopnia. Z czasem przyszło mi się pogodzić z tym co mnie czeka, nie jechaliśmy w końcu z dnia na dzień – Papież musiał dokończyć swoją podróż. Myślami zahaczając o grzech dochodziłem to tego, że ta wojna przeciwko niewiernym jest Urbanowi II nawet na rękę. Możliwe, że nasz sześćdziesięcioletni pontifex maximus oprócz muzułmanów chciał się uporać jeszcze z niepokornym księżmi. Oczywistością jest, że chłop to chłop i wyszaleć się musi, ale na ten przykład nasz duszpasterz utrzymuje około tuzina nałożnic a chłopi nawet nie mają co przychodzić do niego ze chrztem bo ich i tak by nie było stać na ceremonię. Może Papież ma racje...

- Ci, którzy prowadzą wojny za poradą Boża, w żadnym wypadku nie łamią przykazania „Nie zabijaj!” – Czytałem na głos w obecności Mistrza list dostarczony nam przez kościelnych posłańców, a będący praktycznie tym samym co usłyszeliśmy w kościele z ust proboszcza. On tylko mruczał coś pod nosem i potakiwał głową. - To, hańba – kontynuowałem – że Gór naszego Zbawiciela znajduje się w rękach nieczystego ludu, który bezwstydnie i bluźnierczo kala święte dla nas miejsce. - Zabijanie innych sprawia im przyjemność – Pan mój nie przerywał swoistego transu potakiwań – Otwierają ofiarom brzuchy, wyciągają wnętrzności i przywiązują do pala. Następnie spuszczają im baty, poganiając wokół pala, aż w końcu trzewia wydobywają się na wierzch, a ludzi ci martwi padają na ziemię. - ...kto wcześniej walczył przeciw swoim braciom i krewnym – w końcu dobijałem do końca przekazu – niech teraz prawowicie stanie do walki przeciwko barbarzyńcom. Często się zastanawiałem, czy bardziej – wybacz mi Panie Boże – nawiedzeni są ci mnisi co przepisują z taką pasją słowa papieskie czy sam autor. Choćbym przyłożył do tego nie wiadomo jak wielki wysiłek wszelkie konkluzje i rozmyślenia prowadziły donikąd. Musiałem założyć, że myśl powszechnej zasady Papież jest nieomylny a mnisi nie są doskonali jest słuszna. Mistrz jakby nie zauważył, że przestałem czytać i wpatruje się w niego oczekując reakcji. Głowę miał opuszczona wbijając wzrok w drewnianą podłogę, na ledwo dostrzegalnych ustach zdało mi się, że zauważyłem jak wypowiedział jedno słowo – „Szaleństwo.” W powietrzu czuło się jakieś poruszenie podsycane bełkotem fanatyków, wszyscy patrzyli na mnie jakby na swego rodzaju trędowatego...nie, nie trędowatego – wybrańca. Ostatni coraz częściej zdarza mi się, że idąc przez miasto jakiś kaznodzieja z przypadku w starym obdartym worku i przepasany tyko powrozem krzyczy coś o Bogu i wskazuje na mnie jako na syna szlacheckiego i obrońcę wiary. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego Pan mój postanowił ruszyć ku Jerozolimie, gdyby chciał miał wystarczająco dużo wpływów by się wykpić z powinności. Możliwe, że chodziło o coś więcej. Zima nadeszła szybko a po niej oczekiwany rok 1096. Śniegi topniały, górskie przełęcze otwierały się dla pielgrzymów. Wyprawa była nieuchronna, w zamku czyniono wielkie przygotowania niezbędnego i zbędnego dobytku do drogi. Ile mogłem tyle czasu spędzałem z Joanną. Wycałowywaliśmy sobie zaklęte formuły starożytnych, przekazywane przez nieśmiertelne pismo zapisane na kartach pergaminu. Bóg zesłał Joannę by sprawdzić mój hart ducha, bym mógł dostrzec co jest dla mnie ważniejsze – Bóg czy miłość. Wybór nie był łatwy. Za Bogiem stał Mistrz, niepokalany wzorzec cnót i charyzmy. Za miłością - roztaczała się przede mną piękna wizja szczęśliwego życia z ukochaną- może dom i gromadka dzieci. Wybrałem Boga. Postanowiłem, że złoże śluby w obliczu mojego Mistrza na czas wyprawy. Poprzysięgłem, że przez okres pielgrzymowania nie będę się śmiać. - Miewałeś już różne pomysły – Mistrz strzał odświeżając już mocno przyprószona przez czas zbroję – Wiesz ze złamanie ślubu to grzech. Trudno jest się nie śmiać, czemu akurat śmiech. - Śmiech jest złem – moje słowa wyraźnie zaciekawiły starego rycerza. - Czemu tak sądzisz – zapytał zaprzestając wszelkich innych czynności. - Śmiejemy się gdy jesteśmy szczęśliwi – rozpocząłem – nie znamy wtedy bojaźni. Nie znamy umiaru w tej zuchwałości, aż w końcu drwimy z samego Boga drwiąc i ze świata, który On stworzył. - Wysuwasz daleko idące wnioski tylko z jednego dźwięku charakteryzującego radość, młody pielgrzymie – dobrze wiedziałem, że moje słowa mocno zaintrygowały go i teraz głęboko je analizuje – Nie mogę odmówić przyjęcia twego ślubu. Łatwiej było mi teraz szykować się do wyprawy nie mogąc się uśmiechnąć do mojej wybranki. Jeden uśmiech pociągnął by za sobą tylko niepotrzebną lawinę uczuć, które by szatańskim podszeptem odwodziły mnie od pielgrzymki. Jej też złożyłem obietnice, że choćbym miał stoczyć bój z samą jutrzenką to do niej wrócę. Wielu z braci szlacheckiej by zagwarantować sobie życie wieczne sprzedawali majątki swoich ojców. Mi i mojemu Panu zostało jeszcze tylko kilka dni przed datą wyruszenia, dostałem przyzwolenie by iść i starać się zapamiętać dom jak najdokładniej. Odwiedzałem kąty, zakamarki i ponure zaułki miasteczka położonego pod zamkiem. Usłyszałem muzykę dobywającą się z karczmy – wszedłem by posłuchać i zabrać tę melodię ze sobą do Palestyny.

Ehej miłości moja najśliczniejsza Jedyna jaką bóg obdarzył mnie Odchodzę ale rzecz to najpewniejsza, Że wrócę jeżeli On tak chce Opuszczam Ciebie skoro żąda Bóg Co mówię nędzny przecież w poniewierce Pobiegnie ciało aby służyć Mu Lecz tu przy tobie pozostanie serce

Z miłości w sercu boli rana sroga Lecz idę, Bogu wszak nie powiem – NIE! Do Syrii! A gdy tam wspomogę Boga Pewnością Bóg wspomoże mnie Słuchaj więc rycerstwa wszelki stan Wielcy i mali, dworni i wy prości Idziecie dziś dobywać nieba bram, Honoru oraz waszych dam miłości

Kto nie chce tutaj życia nieś gnuśnego Niech rusza z nami na radosny zgon Od śmierci takiej nie ma nic słodszego Każdemu ona da niebieski tron A śmiercią zwykłą nikt nie umrze tu Przez śmierć narodzi się ku wiecznej chwale Kto wróci także zaszczyt czeka go Po wieczne czasy honor ma w udziale

Zostaną ty6lko starcy oraz księża Modlitwą pracujący cały czas Szlachetne damy czekać będą mężów I wiary dochowają wobec nas A jeśli zdrajcy wejdą pod nasz dach I zgrzeszą żony nasze ze zdrajcami Niech wiedzą! Marny taki Gach! Bo wszyscy mężni pójdą razem z nami!

Tak oto płacze nieustanną łzą Lecz gdy powrócę Bóg nagrodzi przecież Tymczasem idę, idąc myślę wciąż O najpiękniejszej jak jest na świecie.

Gdy spokojne tony piosenki przestały się tlić z lutni mnie już nie było. Moje serce nie było w stanie doczekać końca melodii – czułem zbyt duży ból. Deus vult...Bóg tak chce! Tylko to mi zostało, Joannę zachowam w sercu ale na ustach będę niósł posłanie Stwórcy. Objuczyliśmy konie, teraz przed nami była tylko Jerozolima a za nami balast naszych grzechów. Musieliśmy odkupić nasze winy...winy spod znaku krzyża. Sierpniowe słońce oślepiało nasze twarze przyzwyczajając nas do blasku Bożej chwały. Świat widziany z końskiego grzbietu falował miarowo w rytm wystukiwany kopytami. Nasz grupa liczyła czternaście osób – Ja, mój Mistrz oraz parobkowie. Czerwone krzyże naszyte na ramionach okrycia nieśliśmy tylko ja i mój Pan. Nie było potrzeby by synowie dziewek wiejskich składali jakąkolwiek przysięgę przed obliczem Boga a więc nie było potrzeby by nieśli znak krzyża – prócz tego w sercu. Mieliśmy dołączyć do grupy prowadzonej przez Rajmunda z Saint-Gilles. Baron Tuluzy cieszył się sławą wojownika doświadczonego, wsławionym w walkach z muzułmanami w Hiszpanii a zarazem promieniejącym swoim szczęściem na innych. Mieliśmy go złapać w Lyonie mim na dobre zagłębi się w ośnieżone szczyty Alp. Mój Pan był wasalem Rajmunda, starszym od niego wiekiem i z przewyższającym go doświadczeniem ale dążącym go wielkim szacunkiem, godnym suwerena. To właśnie dzięki Baronowi z Tuluzy wielu innych frankońskich możnowładców ruszyło do Ziemi Świętej i nie tylko oni bo za frankońskim przykładem poszli Flamandzi, rycerze z Cesarstwa Niemieckiego, Anglicy, Szkoci i Hiszpanie, którzy mieli rachunki do wyrównania z muzułmanami. Wszyscy zjednoczeni pod egidą jednej misji. Różnił ich tylko kolor noszonych krzyży. Jadąc gościńcem w stronę miejsca spotkania mijaliśmy wiele warownych twierdz, gospodarstw, wiosek. Wszędzie brakowało znaku działania dobroczynnej, pańskiej ręki. Wielu sprzedało majątki lub oddali je na rzecz kościoła by móc finansować wyprawę, lub też zdawali sobie sprawę, że odbywają ostatnia pielgrzymkę w swoim życiu. Szczęść Boże, że mój Mistrz nie musiał wysprzedawać zamku.

- Sprzedajmy Panie cześć majątku – mówiłem w przed dzień wyprawy. - Sprzedajmy – powtórzył patrząc na mnie srogo – Od kiedy to mój młody uczniu jesteś właścicielem Mojego zamku? - Wybacz Panie – pokora, zawsze trzeba się jej uczyć. - Nie musimy sprzedawać ani grama z posiadłości, które zostały mi dane – oznajmił sprawdzając torby z zapasami – Chwałą Boża nie potrzebuje więcej złota z mojego skarbca. Poza tym musisz mieć dokąd wrócić. Nie wolno palić mostów za sobą, nawet w imię Boga.

Wtedy te słowa wielce mnie zafrasowały. Bluźnierstwo w ustach Mistrza, a może miało to nieść ze sobą zupełnie inna informację. Nie miałem wątpliwości, że za czynami mojego Pana stoi właśnie Bóg i obciął bym każdemu język, który by zadawał kłam tym słowom. Nie mogłem wątpić. Letnia pogoda sprawiała, że podróż była mniej uciążliwa niż by miała się odbyć kiedy indziej. Wiosną roztopy i zalane drogi przez wezbrane rzeki. Jesienią burze i niespokojne wiatry. Zimą, nieprzejezdne, śnieżne zaspy. Lato było odpowiednia porą, zwłaszcza, że mięliśmy zamiar przemierzać Alpy. Łany zboża kołysały się niespokojnie, zaczepiane przez lekki zefirek. Wieśniacy wykonywali swoje codzienne obowiązki – nastał czas zbiorów. Zaprzestawali na chwile prac gdy pojawialiśmy się na horyzoncie. Podpierali się motykami, obserwując nas w ciszy. Gdy zbliżyliśmy się na odległość dobrej słyszalności krzyczeli „Szczęść Boże. Niech Bóg się wami opiekuje. Bóg tak chce.” Nie baliśmy się przemierzać gęstych francuskich borów, które wręcz słyną z band rzezimieszków napadających na pielgrzymów, grabiąc ich a niekiedy mordując. Trwoga z tego powodu była nam obca – nikt nie napadnie na rycerzy z czerwonymi krzyżami na szatach. Wszakże i łotry chcą dostąpić łaski Boga. Czuliśmy na sobie wzrok niewidocznych oczu obserwujące nas z prastarej gęstwiny lasu. Czuliśmy jak w głębi duszy życzą nam udanej podróży, słyszeliśmy ich modlitwy niesione szumem liści. Słyszałem te wszystkie słowa pełne dobroci i nadziei, i choć szczerze wierzyłem w naszą misje jednak moje serce pozostawało daleko za nami w odległym zamku Mistrza...Joanna. Liczyłem się z możliwością braku powrotu. Opowieści o okrucieństwie Ludu Mahometa były dość popularne w ostatnim okresie. Zastanawiałem się gdzie w tym wszystkim jest ukryta wola Boga, gdzie ukrył się ten pierwiastek wiary, który nadaje słuszność naszym czynom i zamierzeniom. Gdzie znajduje się jego „Królestwo niebieskie”? Zatrzymaliśmy się w lesie obok wsi na północ o Lyon. Gęstwina leśna osłaniała nas przed wiatrem a w dodatku nie musieliśmy nadwerężać i tak już wątłego budżetu wieśniaków – choć wiedzieliśmy, że przyjęli by nas z otwartymi ramionami. Mistrz choć był szlachcicem wielce się przejmował losem pospólstwa mieszkającego na wsi, przez co wielbiły go tłumy. Nim zmógł mnie sen długo jeszcze patrzyłem na gwiazdy migoczące tajemniczo zawieszone w odległej czerni. Aż dziw bierze człowieka, że wszystkie te ciała niebieskie wraz z słońcem poruszają się wkoło naszej sfery. Sen miałem niespokojny, po raz kolejny wracałem w marzeniach sennych do odległego zamku gdzie wiodłem niczym nie mącone życie wraz z moja ukochaną. Byliśmy ponad wszystkim, ponad tym obłędem, ponad krucjatą...Boże wybacz mi moje słowa. Bluźnie we śnie. Co to może znaczyć? Może diabeł ma największa moc w nocy i jest w stanie zmącić mój niespokojny umysł, a może...nie na pewno to przez szatana. Zbudziłem się wcześnie rano, przed wszystkimi. Było chłodno więc otuliłem się ciepłą skóra, która jeszcze przed chwila spełniała zadanie mojego posłania. Stałem tak przez chwile przeskakując z nogi na nogę, chuchając w ręce by się rozgrzać. Mój wzrok wędrował po posłaniach moich kamratów. Mistrz spał spokojnie, oddychał miarowo. O! Jednak nie wstałem jako pierwszy, a właściwie to tylko jeszcze mój Pan spał. Nikogo oprócz nas nie było. Rozejrzałem się wkoło w poszukiwaniu wąskiej stróżki ogniska, niuchałem za zapachem przygotowywanego jadła. Nic takiego nie znalazłem. Konie! Koni też nie było...tylko mój i Mistrza. - Panie mój Panie – krzyczałem szarpiąc go by się zbudził. - Chłopcze, myślałem, że choć trochę manier wpoiłem w twoja rozczochraną głowę – powiedział zaspanym głosem. Chciał powiedzieć coś jeszcze ale przerwałem mu. - Słudzy odeszli i zabrali swoje konie! Mistrz się zerwał rzucił szybkie spojrzenie w miejsce gdzie przywiązywali wieczorem wierzchowce. Wstał, pospiesznie się ubrał i osiodłał konia, ja zrobiłem to samo za jego przykładem. Rozejrzał się jeszcze szybko po obozowisku i na ziemie obok. - Odeszli niedawno – nigdy nie widziałem takiego skupienia na jego twarzy – ślady są jeszcze świeże. Jeżeli szybko popędzimy to ich złapiemy. - Ale co wtedy Panie. - Pewnie pojechali się rozerwać bez mojego pozwolenia do wsi – ściągnął wodze i zawrócił konia. Mogło się wydawać, że tworzą integralna całość – Tak to jest jak się bierze na tak ważna wyprawę synów praczek i mętnej wody. Ruszyliśmy z kopyta wzbijając w powietrze ziemię wyrywaną spod końskich kopyt. Gałęzie leśnej gęstwiny chłostały nas po twarzach, nie zwracaliśmy na to uwagi – byliśmy zbyt podekscytowani...przynajmniej ja. Gdy opuściliśmy obręb lasu było dokładnie widać, że Mistrz miał racje – ślady bezspornie prowadziły w stronę wioski. Popędziliśmy konie. Do pokonania mieliśmy może z pięć staj, więc nie musieliśmy gnać koni aż do spienienia. Jeszcze przed wioską dostrzegliśmy, że coś się stało. Mimo poranka żaden rolnik nie pracował na swoim polu, widzieliśmy dziwny dym unoszący się nad strzechami domów i zapach spalonego mięsa. Wjechałem do wioski zaraz za Mistrzem, rozglądając się za siebie czy aby nikt nas nie śledzi, obserwuje, albo na nas czyha. Wjechałem między chałupy. - Panie czemu zatrzymałeś się – zapytałem Mistrza wpatrującego się gdzieś w dal – musimy znaleźć pachołków. Nie odpowiadał stał tylko jakby został zamieniony w słup soli. Widziałem jak jego okute rękawice zaciskają się z całą siłą na rzemieniu wodzy. Oczy zamarły w jakimś przeraźliwym skupieniu. Mój wzrok powędrował wraz za mistrzowskim spojrzeniem. Przed nami na obejściu jednej z chałup rosła stara wierzba. Jej długie pędy zieleniły gęstwiną liści. Wiatr delikatnie poruszał gałęzie. Słyszałem dziwne skrzypienie - jakby liny i intrygujący szum, który nie pochodził od wiatru. Wytężyłem wzrok i dostrzegłem, że pomiędzy gałęziami jakiś kształt faluje w rytm powietrza. Podjechałem bliżej i odsłoniłem obiekt zza kurtyny liści. Twarz zamarła mi w grymasie przerażenia. Widywałem już wisielców ale, ten był szczególny. Muchy unosiły się rojem nad truchłem. Ktoś wydłubał mu oczy i rozpłatał brzuch tak, że trzewia wyszły na wierzch. Cześć fekaliów wypłynęła przez rozdarte jelita - nie było ich zbyt dużo przez co odór nie zdradzał trupa z daleka. Nie musiałem pytać Mistrza co tu się stało, jego spojrzenie pełne nienawiści wystarczyło za odpowiedz. Niezrozumienie...pewnie tak, może trochę zawiści. Człowiek wyglądał na dość zamożnego jak na małą podmiejska wioskę, pewnie prowadził tutaj zajazd. Z głębi wioski dochodziły nas szaleńcze okrzyki i zapach palonego mięsa. Wjechaliśmy spokojnie na koniach, jedna ręką ściskając wodzę, drugą opierając na rękojeści miecza. Mogliśmy się spodziewać wszystkiego. Na placu rozpostartym pomiędzy chałupami palił się stos dość znacznych rozmiarów. Tłuszcz wytapiający się z trawionych przez ogień trupów był paliwem podsycającym płomień. Obok stosu stali dwaj słudzy mojego Pana z wyciągniętymi włóczniami, zupełnie jakby palące się tam zwłoki miały powstać i rzucić się na nie w potwornym, opętańczym szale, rządne zemsty. Dwaj inni zabawiali się z wiejska dziewką, tarmosząc ja i obmacując piersi i łono. Krzyki tej dziewczyny jeszcze długo będą rozbrzmiewać w mojej głowie. Dziesiątka pozostałych zapewne pozostawała wewnątrz zajazdu, którego właściciel z pewnością wisiał na wierzbie obok.

Nie mogłem pojąć.

Jak to się dzieje, że w jednej chwili człowiek obraca się w bestie i morduje innych. Dwaj co swawolili z dziewczyną spostrzegli nas, na ich twarzy zagościło przerażenie, wynikało to może z chwały jaką roztaczał w koło siebie krzyżowiec lub z bardziej niż zwykle srogiej twarzy Mistrza. Zwolnili uścisk pozwalając uciec białogłowej. Padli na kolana i lamentując poczęli podchodzić pod nasze konie. - Panie nasz Panie – mówili jednym głosem – My tylko chcieliśmy tę prostaczkę moresu nauczyć, nie mieliśmy niczego złego na myśli. Mistrz milczał, zerknął tylko na mnie bym ja zajął głos. Ci dwaj co czaili się z włóczniami spostrzegając nas w popłochu pobiegli do chaty gdzie się skryli. - Co tu się dzieje – warknąłem – Mówcie byle szybko. - Już mówiliśmy, że ta dziewoja... - Nie o dziewczynę chodzi jeno o trupy – koń zatańczył pode mną najwyraźniej nie chcąc wdychiwać dymu, który przyniósł wiatr. - Trupy – patrzyli jeden przez drugiego – A co tu do wyjaśniania jest Panie Rycerzu. Żydzi i tyle. - Tyle – podprowadziłem konia tak blisko, że mogli czuć jego oddech na swoich pochylonych grzbietach – Wymordowaliście wieś i twierdzicie, że to tylko tyle?! Przyprowadzi tu innych. Ino migiem! Zapewne byli pijani, bo ich bieg był nie mniej pokraczny niż chód kaczki czy łabędzia. Staliśmy tak z mistrzem wpatrzeni w ogień zrodzony z ludzkich ciał i mordu. - Żyli gdy ich wrzucali w ogień – zaczął nieoczekiwanie. Przyjrzałem się dokładnie postaciom spowitymi w dymie i czerwieni ale nic nie potwierdzało słów mistrza. Spojrzałem pytająco na niego. - Martwe ciała nie wyginają cię pod wpływem mąk – faktycznie członki zastygły im w jakiś niepojętych ostatnich gestach. Teraz wszystko stało się jasne. Słowa Mistrza jednoznacznie wyjaśniały role dwóch parobków z włóczniami. Pilnowali by pochodnie z ludzkich ciał nie rozbiegły się po wsi. Po chwili z chałupy wyszedł tuzin parobków pijanych, zbryzganych krwią. Uklękli w jednym rzędzie przed nami i bili czołami w ziemię błagając o przebaczenie. Żebracy na ulicach Akwizgranu mają więcej godności niż oni teraz. Mordercy, gwałciciele...złodzieje, rozbójnicy...parobkowie, żywiciele rodzin...wybrańcy Boga, Krzyżowcy. Stałem osłupiały, nie mogłem uwierzyć, że to ich właśnie Bóg wybrał do tego byśmy mogli dojechać do Ziemi Świętej. Mistrz pojechał wzdłuż linii wymierzając wzrokiem baty, wieszając na drzewach, paląc na stosach. - Panie mój Panie – wykrzyczał jeden – To przecież Żydzi byli! Oni naszego pana Zbawiciela Jezusa Chrystusa na krzyż wydali! Zasłużyli na ogień piekielny. - Milcz – uciszyłem go zamiast Mistrza, czułem że mój Pan tego chciał – Co ci daje prawo do bycia rozjemcą? Żydzi nie Żydzi, wyście ich podstępem zapewne ubili. Panie jaką karę mają przyjąć? Patrząc teraz na to pokorne stado drżących ciał nikt by nie przypuścił, zże przed chwilaą byli tu sami zbójcy. Mistrz spojrzał na mnie szybkim bystrym wzrokiem. - Tak bronicie Chrystusa to jak on będziecie o chlebie i wodzie przez czterdzieści dni – zagrzmiał – a teraz weźcie ogień zbrodni i spalcie wieś. Niech tu kamień na kamieniu nie zostanie. Oczekiwałem na razów, opalania ciała, odcinania kończyn, nawet demonstracyjnej egzekucji. Nic, tylko post. Nie spuszczałem wzroku z mężczyzny, który był moim mentorem i przewodnikiem od bardzo dawno – nie mogłem zrozumieć jego decyzji. - Potrzeba czternastu ludzi byśmy mogli zabrać nasze pakunki – głos wrócił mu do normy – my mamy tylu grzeszników. Odpokutują w Jerozolimie. Stawiamy własne potrzeby nad prawa Boskie. A może stawiamy za priorytet dotarcie do ziemi gdzie ten Bóg się rodził. Istnieje też możliwość, że to wcale nie jest nasz wybór, tylko Wszechmogącego, że to on ma teraz zbrukane ręce żydowska krwią. Nie wiem.

Deus vult! Nawet dobre uczynki muszą być podmurowane grzechem – te słowa kołatały mi się ilekroć patrzyłem na naszych kompanów. Mieli spuszczone głowy i praktycznie się nie odzywali ale dobrze wiedzieliśmy razem z Mistrzem, że nie żałują tego co zrobili. W końcu dojechaliśmy na przedpola miasta Lyon, skąd już z oddali widać były dymu i proporce unoszące się nad obozowiskiem. Rajmund z Tuluzy już na nas czekał. Wjechaliśmy do obozowiska gdzie słońce odbijające się od białych połaci namiotów raziło w oczy, a słudzy krzątali się by baczyć na dobytek panów. Nie było w zasięgu wzroku żadnego z rycerzy czy też innego dostojeństwa, najwyraźniej wyjechali do miasta by tam lepiej spożytkować swój czas. - Zajmijcie się końmi i przygotujcie jakąś strawę – wydał szybkie polecenie Mistrz – Uczniu pójdziesz ze mną, musisz przecież uczyć się obyczajów i przy okazji poznasz panów Europy. - Tak Panie. Szliśmy przez obozowisko uważnie wypatrując się kogoś kto mógłby nas pokierować do przywódców. Po krótkiej przechadzce pomoc była zbędna bo zza białych płócien wyłonił się duży namiot pokryty zdobnymi rysunkami – bez wątpienia tam mieszkał Baron z Tuluzy. Przed wejściem stało dwóch krzyżowców w pełnym rynsztunku, sądziłem już, że będzie potrzeba anonsować mojego Pana ale ich włócznie blokujące wejścia momentalnie się roztapiały i pozwolili nam wejść swobodnie. Wchodząc do środka prawie wpadł na mnie mały chłopiec. Strój wskazywał, że był synem rycerskim, ale czy to rozważne brać taką kruszynę w podróż. - Witaj Panie – jedna z kobiet

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych