Wróć do katalogu

Jeszcze tylko pięć minut...

Ludzie zaczynają zapadać w sen, z którego nie mogą się obudzić.

bulwecki, opublikowano , 1 godz. 8 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mężczyzna maszerował samotnie. W zakurzonym ubraniu, z czarną brodą, zaniedbany i cuchnący. Jego cień podążał za nim ospale. Kilka dni temu przemierzając ulice natknął się na drewniany kościół z przytwierdzoną do niego od frontu dzwonnicą. Wieża była stara, pokryta gontem i spróchniała. Pochylona ku ziemi, zdawało się, że prosi o jałmużnę. Mężczyzna przystanął, opuścił spodnie, a następnie wypróżnił się na środku drogi. Zastygł w żałosnej pozie na podkulonych nogach i przymknął oczy. Chwilę później wyrwał się z otępienia. Złapał za pasek u spodni, wyprostował i ruszył dalej. Po tym incydencie przestał przejmować się tym, gdzie i jak oddaje mocz. Po prostu szedł przed siebie, pozwalając by ciepły strumień spływał po kończynach do butów. Kiedyś podczas pewnej rozmowy śmiał się z tego, że do siódmego roku życia lał w majtki. Opowiadał, że z matką odwiedził dziesiątki specjalistów, że przychodził do niego urynoterapeuta i że tak naprawdę popuszczał, bo go to diabelnie podniecało. Ale teraz było inaczej. Wszelki wartości zamieniły się w proch i nieświęty popiół, którym wiatr posypywał pokrywę Ziemi. Mężczyzna nie interesował się, czy skołtunione i zawszone włosy będzie jeszcze można uczesać. Nie martwił się bakteriami żerującymi na jego tkankach ani tym, że jedynym towarzyszem pozostał ciągnący się za nim cień. A skoro jego to nie obchodziło to nie mogło obchodzić nikogo. Kilka godzin wcześniej znalazł na chodniku martwą kobietę. Jej szara skóra była sucha i delikatna jak nadpalony papier. Usta otwarte, zęby pokruszone. Puste oczodoły skrywały w sobie labirynty ciemności. Położył się obok i przypatrywał powykręcanej ludzkiej figurze. Po pewnym czasie wyciągnął palec i delikatnie nacisnął niewielkie wgłębienie na policzku kobiety (klik). Wspomnienia wypłynęły na powierzchnię świadomości, serce przyspieszyło swój tętent, a on poczuł zalewające go fale rozgoryczenia; potem dzikiej nienawiści. Zaczął napierać na twarz kobiety z coraz większą siłą, aż przebił się na wylot. Płat sklepienia czaszki runął do wnętrza, wyrzucając w powietrze obłok stalowego pyłu. Proch osiadł na jego spoconej twarzy. Nie wytarł się, po prostu wstał i bez namysłu ruszył przed siebie. Monotonia otoczenia sprawiała, że podróżnik coraz częściej odnosił wrażenie, że chodzi w kółko. Całe kamienice wydawały się być kopią tego samego modelu. Bezbarwne i nijakie pudła z betonu ułożone wzdłuż ulic, których nazw nie było już sensu pamiętać. W pewnym momencie się zatrzymał. Podążał bez celu i nie robiłoby mu większej różnicy, gdyby rzeczywiście chodził w kółko. Jednak coś sprawiło, że znalazł się właśnie tu. (Bo tu się wszystko zaczęło, skąd wiesz? czuję, idiota). Odchylił głowę i pociągnął wzrok po linii monumentalnej konstrukcji, przed którą stanął. Znajdował się w cieniu świątyni o przytłaczających rozmiarach. Tony betonu i cegieł ciążyły na obszarze setek metrów kwadratowych. Budowla gromiła okolicę spojrzeniem swych wielgachnych okiennic. Powstała na kilka lat przed wybuchem wojny i to właściwie wszystko, co było o niej wiadomo, gdyż historia w tym przypadku nie była skora do odsłaniana swych kart. Aczkolwiek matka powiedziała mu kiedyś, że jej ojciec pomagał przy stawianiu kościoła, ale czy mógł wierzyć jej słowom? Z wiekiem zaczął wypierać z pamięci niemal wszystko, co od niej usłyszał. Na szczycie w misternej konstrukcji z żelaza i rzeźbionych bel drewna mieścił się kilkunastotonowy dzwon. W lokalnych gazetach z dumą pisano, iż potrzeba było siły aż czternastu mężczyzn, by wybudzić ze snu tego olbrzyma. Całemu wydarzeniu towarzyszyła wówczas wielka uroczystość, bowiem dzwon miał uderzyć pierwszy raz, ale niesiony poprzez tysiące metrów huk spowodował konsekwencje, których nikt nie przewidział. Przeszywający grzmot rozproszył uwagę dziesiątek kierowców, u kilku osób wywołał atak serca, a wiele innych skarżyło się na przeraźliwe uczucie trwogi, jakiej wówczas doznali. Po otrzymaniu mnóstwa skarg i zażaleń urząd miejski wydał rozporządzenie zakazujące korzystanie z dzwonnicy. Pamiętał, gdy będąc jeszcze dzieckiem, pierwszy raz usłyszał bicie kościelnego dzwonu. Przerażony gromem, jaki dobył się ze świątyni, zaczął płakać. Chwilę później biegł już w kierunku domu, do matki. Jednak w salonie na kanapie leżał tylko niedbale rozłożony koc. Dzwon bił nieubłaganie, a on czuł jakby w ten sposób odliczano ostatnie chwile jego życia. Rozpędzony wpadł do nieoświetlonej toalety, potknął się o podwinięty dywanik pod umywalką i upadł na łokcie. Przeraźliwy ból przebił się przez powłokę mięśni do kości. Zwinął się w kłębek, próbując skupić jak najwięcej ciała na jak najmniejszej przestrzeni. W ciemnym sześcianie łazienki huk dzwonu brzmiał, jak walenie gigantycznego, mechanicznego serca, którego właściciel przybył, aby ukarać wszystkich niegrzecznych chłopców. A on przecież bawił się w niedozwolonym miejscu tego dnia. Jakaś niebywała, atawistyczna trwoga zawładnęła jego organizmem. Pragnął ogarnąć rękoma całe ciało i ścisnąć tak mocno, aby się skurczyło do rozmiaru niewidzialnego ziarnka piasku. Dopiero wiele minut po tym, jak rozjuszone serce dzwonu przestało bić, odważył się wyjść z łazienki. Stojąc w progu wytężył wzrok w poszukiwaniu matki. W salonie dostrzegł coś, co zakłócało powszechny porządek tego pomieszczenia. Kształt był niewyraźny z powodu łez, które wciąż schły na jego twarzy. Po pokonaniu paru metrów bezkształtna figura zaczęła nabierać ostrzejszych rys. Na podłodze zamajaczyły pstrokate kolory nie pasujące do ciemnej tonacji dywanu. W końcu zidentyfikował, czym był tajemniczy kształt nakryty bawełnianą tkaniną. Później powiedziano mu, że mamusia źle się poczuła, zachorowała i nie będzie mógł już jej zobaczyć. Z tym, że to nie matkę znalazł tamtego dnia na podłodze. W ciepłych, wełnianych kapciach zatopiona w litrach krwi, z nożycami krawieckimi wbitymi w grzbiet obu dłoni leżała pani Szogun. Przyjaciółkę jego matki odnaleziono z sześćdziesięcioma czterema ranami kłutymi. Czterdzieści osiem ciosów padło na klatkę piersiową, rozrywając ją na strzępy; reszta uderzeń skoncentrowana była na okolicach twarzy. Zmiażdżone i rozorane wnętrzności przybrały postać tłustej miazgi. Rozrzucone płaty skóry tworzyły na dywanie groteskową mozaikę. Część organów została nabita na połamane żebra, niektóre rozdeptano. Jego matkę natomiast znaleziono na podwórzu na tyłach domu. Upadek z szóstego piętra na betonowy chodnik otworzył jej czaszkę, jakby to był gigantyczny orzech. "Mamusia źle się poczuła, zakręciło jej się w głowie i spadła z dachu" - zapomniano dodać, że zanim do tego doszło, podziurawiła swą jedyną przyjaciółkę jak sito, a następnie przytwierdziła jej ręce do podłogi stalowymi nożycami. Dopiero potem postanowiła spaść z dachu. Miasto, które przemierzał mężczyzna zaczynało usychać i szarzeć. Pajęczynę wąskich ulic już dawno obsiadł kurz. Cisza i zatęchłe powietrze wypełniły wnętrza mieszkań. Klatki schodowe pozostały brudne od naniesionego piachu, zapisane na ścianach słowa pobladły i straciły ostrość, w skrzynkach pocztowych leżały nieodebrane listy. Miasto wypełniło się manekinami o perfekcyjnych ludzkich rysach i doskonale oddanej anatomii. Wiele z nich wciąż leżało w łóżkach albo siedziało na ulubionych fotelach. W celach z blachy samochody więziły wysuszone kukły marzące niegdyś o tym, by jak najprędzej dotrzeć na miejsce. Na scenie pozostały już tylko zastygłe figury o imionach, które niczego nie określały. Świat zamienił się w wystawę udekorowaną wedle niepojętego przez człowieka porządku.

* * *

- Bardzo ładnie. Znakomity przykład upadku. - Tak, wiem. W porządku, przytopiliśmy moje ego, czas na ciebie. Moja duma musi wypłynąć na powierzchnię. - Twoja duma zatonęła razem z Tytanikiem. - Starczy, mądralo. Twoja kolej. - Do siódmego roku życia lałem w gacie... - Weto! Za małe natężenie tandety na metr kwadratowy zdania. - To daj mi skończyć, człowieku. I przestań pluć do kieliszków. Ślinisz się jak niemowlę. Następnym razem przynieś ze sobą obrus zamiast chusteczek. - Hej, źle spałem wczoraj! - A co to ma do rzeczy? Jakby ktoś powiedział, że jajca mu puchną, bo na Kilimandżaro topnieją śniegi. Słyszałeś? Ten sam bełkot, co u ciebie. - Pajac jesteś Hubert. Miałem wczoraj cholernie ciężką noc. Koszmary i cały ten neurotyczny bajzel, od którego twoja kanapa zamienia się w łóżko wodne, bo wypociłeś sto litrów płynów. U mnie dodatkowo pojawia się ślinotok. Hubert - pajac wie, czym jest ślinotok, prawda? Podczas stresu gruczoły zalewają mi usta z siłą wodospadu. Wczoraj w nocy było wyjątkowo źle, bo ślinię się już z piętnaście godzin, a zazwyczaj przestaję w dwie, trzy po przebudzeniu. - Dobrze. Uspokój się już. - Ta noc to był koszmar, uwierz, mądralo. Położyłem się spać dużo wcześniej niż zwykle i spałem... Gówno - ja byłem nieprzytomny! Trzynaście godzin snu. Kiedy o szóstej zadzwonił budzik, czułem, jakbym się wynurzał z kotła ze smołą. - Uuu, zaświecić światło? - Dużo dziś cwaniakujesz, ale tu się zgadzam - dosyć narzekania. Daj mi wreszcie tę historyjkę. Jak widzisz, moje ego naprawdę potrzebuje koła ratunkowego. - Przez siedem lat lałem w gacie, bo mnie to podniecało. Matka myślała, że byłem chory, więc lekarze latami szturmowali mój pokój. W końcu wezwała urynoterapeutę. Tłusty skurczybyk szczał na mnie z góry na dół, jakby podlewał kwiaty w ogrodzie, a matka wciskała mu za to kolejne banknoty. Wreszcie się przyznałem, bo facet przygotował dwunastomiesięczny cykl zabiegów po cztery razy w tygodniu. Sam Odyn nie dałby rady. Do tego facet śmierdział jak ser żółty. - I o to mi chodziło. Właśnie o to! Słyszysz bulgotanie? To resztki mojej dumy wypływają na powierzchnię, ale czas zakończyć tę mentalną chłostę. Przyszła twoja gwiazda. Hubert, Kinga i Palto knajpę opuścili niewiele przed dwudziestą trzecią. Plan zakładał kilkugodzinne posiedzenie i nie mówił nic o tym, że jedno z nich zaśnie na stole. Tymczasem już po niecałej godzinie Palto poczuł, że nie zdoła dotrzymać przyjaciołom towarzystwa. Jego głowa kołysała się, jakby ją zawiesił na rozciągniętej sprężynie. - Co jest z tobą? - Hubert nie krył rozczarowania. Nie tego się spodziewał w dzień swoich urodzin. Mimo wszystko nie zamierzał dłużej naciskać. Widział, że przyjaciel nieomal traci przytomność. - Cholera! - tego Palto już nie usłyszał. Ciężko uderzył głową w stół i wywrócił papierowy lampion. Po chwili z ust zaczęły sączyć się strugi śliny. Dla Huberta i Kingi był to ostatni sygnał do opuszczenie lokalu. Odwieźli przyjaciela, przez co do domu wrócili kwadrans przed północą. Po kąpieli odprężeni i zadowoleni przenieśli się do skromnego pokoju, którego centralną część zajmowało dwuosobowe łóżko. W pobliżu, stawiając opór ciemności, stała lampa z abażurem. Drewnianą podłogę pokrywały dziesiątki książek i gazet - domowe imitacje piramid. W pewnej chwili Kinga bez słowa opuściła pokój. Wróciła dzierżąc w dłoniach futerał na gitarę. Oczy Huberta rozwarły się szeroko, na co Kinga zareagowała uśmiechem, obnażając dwa rzędy małych zębów. - Wiem, pamiętałam umowę, ale jak tylko znalazłam tego Gibsona, zastanawiałam się z dziesięć sekund. Poza tym pewnie i tak miałeś nadzieję, że nie dotrzymam obietnicy... - zamierzała jeszcze coś dodać, jednak zamiast tego wyciągnęła język. - Nie mam pojęcia o jakiej obietnicy mówisz - zmarszczył brwi. - Jedyne, co mnie interesuje, to żeby wypuścić tę dzieciną na wolność. - Ledwo skończył, dziewczyna podskoczyła do niego i śmiałym ruchem odepchnęła mu głowę. Zaśmiał się, bo więcej było w tym geście radosnego przekomarzania niż złej woli. To jedna z wielu rzeczy, które w oczach Huberta czyniły ten związek tak udanym. - Wszystkiego najlepszego - rzekła i nareszcie pozwoliła, by legendarny Gibson Flying V zmienił właściciela. Grali na zmianę ulubione utwory, aż Kinga zdecydowała położyć się spać. O trzeciej nad ranem, kiedy nie był już w stanie odpędzić od siebie zmęczenia, dołączył do niej Hubert. Rozebrał się i delikatnie wsunął pod kołdrę. Pocałował Kingę i zaczął nasłuchiwać jak oddycha. Jedynym świadectwem, że wciąż pozostawała wśród żywych był puls oraz pracująca niczym rozregulowany miech klatka piersiowa. Przyglądając się dziewczynie odniósł wrażenie, iż słyszy cichą muzykę. Składała się z szeregu obcych, niesprecyzowanych dźwięków: głębokich szumów i radiowych trzasków oraz czegoś, co kojarzyło się z darciem ciężkich, stalowych płyt. W jakiś sposób sącząca się melodia stanowiła swoją własną antytezę. Jej połamany rytm brzmiał, jakby wybijał tempo marszu kalekim żołnierzom. Panujący chaos przewiercał się przez warstwę zdrowego rozsądku, docierając niemal do granic szaleństwa. Jednak ten nieporządek zawierał w sobie pewną przewidywalność, nadając kakofonii znamiona muzykalności. Hubert rozejrzał się po pokoju. Rzucił okiem na Kingę - dziewczyna spała. Nie odczuwał lęku, nie dostrzegał bowiem wokół siebie fizycznego zagrożenia. Mimo wszystko dręczył go niepokój. Zdawał sobie sprawę, że w danym momencie nie istnieje żadne realne niebezpieczeństwo, ale nie potrafił wykluczyć możliwości, że nigdy... że co? Że się nie pojawi? Daj spokój, człowieku - pomyślał. Muzykę wciąż dało się słyszeć w pomieszczeniu. Dźwięki otaczały cały pokój. Przemykały po podłodze, opadały z sufitu, wiły się w ciemnościach. Nie było możliwości stwierdzić skąd dobiegały. W jednej chwili słyszał je w ścianach, w następnej w głębinach rur kanalizacyjnych. Przykrył twarz dłońmi i zaśmiał się nerwowo. Kolejny raz zlustrował salon i pierwszy raz tego wieczoru nazwał się żałosnym idiotą. Nie miał ochoty przyznać przed sobą, czego właściwie się obawiał. Kapiącej wody z kranu czy drgających pod naporem ciśnienia rur w ścianach? Po chwili melodia ucichła. W pokoju nastała cisza przerywana jedynie odgłosami nocnego życia. Tykanie zegara. Spokojny oddech Kingi. Syk wiatru za oknem. Zgrzyt metalu. Wstrzymał oddech i zastygł w bezruchu. Cokolwiek wydało ów dźwięk, umilkło. Po chwili pojawił się szum. Czuł, jakby jego ucho stało się rurką łączącą szklane bańki klepsydry, przez którą sączy się piasek. W oddali usłyszał bicie dzwonu i jazgot ciętego metalu. Obłąkańcza pieśń znów zaczęła kołysać go do snu Zerwał się z łóżka i ruszył do łazienki. Kilkakrotnie chlusnął w twarz strugą lodowatej wody. Przeszedł go dreszcz, więc usiadł na brzegu sedesu i zaczął pocierać ramiona. - Wszystko w porządku? - W drzwiach stanęła Kinga. Niezupełnie jeszcze przytomna zmierzyła wzrokiem siedzącą postać - W porządku? - Teraz już tak. Chyba. Przez moment myślałem, że wariuję. Przetarła oczy próbując ukryć zażenowanie. Jej facet siedział na desce klozetowej z opuszczonymi gaciami i wyglądał, jakby za chwilę miał zacząć ssać palec. Podeszła do niego i potarmosiła włosy. - Spokojnie fajtłapo. Jestem obok. - Cholera, Kinga, słyszałem... śniło mi się, że słyszę jakieś odgłosy, durną muzykę. Sam nie wiem. - Nic nie słyszałem. - Wiem i oto mi chodzi! Wiem, że niczego nie było. Żadnych jęków, szeptów i wycia za oknem. To mój wymysł. - Popatrzył przed siebie niezdrowo. Blady, z sinymi obwódkami wokół oczu i rozmierzwionymi włosami nie stanowił imponującego widoku. - Jesteś popieprzony, odkąd pamiętam gorylu - szepnęła. Hubert rozciągnął uśmiech na szerokość twarzy i odepchnął dziewczynę od siebie. - Dobra. Wracaj do pokoju. Wysikam się i przyjdę. - Wyciągnął palec wskazujący i delikatnie nacisnął nieduży pieprzyk na jej policzku - Klik! Biegnij do łóżka i czekaj na mnie. Opuściła głowę, ramiona jej oklapły, następnie wstała i potulnie wycofała się do pokoju. Był to ich wspólny żart. On przyciskał pieprzyk na jej twarzy, a ona niczym bezwolny robot wykonywała polecenia. Drobna rzecz, dzięki której potrafił się radować w najmniej pogodnych momentach. Wrócił do łóżka i przytulił się do ukochanej. Nie był pewien czy wciąż coś słyszy, ale teraz nie miało to znaczenia. Hubert obudził się o dziesiątej rano. Był spóźniony. Od sześćdziesięciu minut powinien tłumaczyć potencjalnym klientom, dlaczego tytanowe śrubokręty firmy "Klemme" należy kupować razem z podręczną skrzynką na narzędzia. Kiedy przybył do pracy, zegarek wskazywał kwadrans przed jedenastą. Nie było szans, aby jego nieobecność uszła uwadze Wielkodupca. Dokonał właśnie zuchwałego skoku na kasę pancerną zakładu, a dyrektor nie będzie wchodził w koalicję z bumelantami. - Czy pan pragnie dołączyć do partii bumelantów?! - zapytał dyrektor, gniewnym spojrzeniem ściągając Huberta do gabinetu. - Pan wie... - Panie dyrektorze. - Panie dyrektorze, pan dyrektor wie, że świetnie wywiązuję się z obowiązków... Owinięta w gruby rękaw marynarki dłoń stanęła przed oczyma Huberta jak znak stopu. - Doskonałość jest cechą zarezerwowaną dla przełożonych. Hubert zacisnął zęby. Zdał sobie sprawę, że nadzieje na krótką rozprawę zostały pogrzebane. Wielkodupiec rozpoczął swoją tyradę. Pobyt W ciasnym gabinecie bez klimatyzacji, za to ze stojącym w rogu powolnym wiatrakiem, prędko zamienił się w torturę. Upał na zewnątrz sprawiał, że temperatura w pokoju sięgała trzydziestu stopni. Po kilku minutach pot perlił się na czole, a mokre dłonie przyciągały wirujące drobiny kurzu. - ...jest pan jak zardzewiały tryb w perfekcyjnie funkcjonującym mechanizmie, a porządny zegarmistrz nie będzie bez końca oliwił szwankującego elementu, tylko wymieni go na nowy. Ta metafora robiła nieco lepsze wrażenie, gdy słyszało się ją po raz pierwszy - pomyślał Hubert. Jedną z cech jego przełożonego było eksploatowanie swych złotych myśli tak długo, aż pozostawał po nich tylko bezwartościowy szkielet pustych głosek. - ...albo zdecyduje się pan na bezwarunkowe podporządkowanie panującym tu zasadom, bezwarunkowe, słyszy pan, albo wyląduje na ulicy i to z opinią, która pogrąży pana na lata. Nie zamierzam... Wypowiadane słowa stawały się coraz bardziej niewyraźne, jakby mówiący opadał na dno głębokiego jeziora. Ton głosu falował zmieniając swą wysokość wedle jakiegoś ponurego wzoru. Napływające zewsząd dźwięki zaczęły się łączyć, tworząc pieśń, którą Hubert pierwszy raz usłyszał poprzedniej nocy. Odniósł wrażenie, że temperatura podniosła się o kilka stopni. Spływający pot powodował nieznośne swędzenie. Wąskie snopy światła, jakie zdołały przecisnąć się przez opuszczone żaluzje, drażniły oczy. Podobnie jak widok wciśniętego w fotel dyrektora - kiedy się pocił, twarz miał pomarszczoną jak stary twaróg. - Wiem, że wczoraj obchodził pan urodziny i jestem pewien, iż wyłącznie to jest powodem, dla którego pan i pański kolega nie stawiliście się dziś rano w pracy. Hubert został wybudzony letargu. Zdumienie wymalowało się na jego twarzy - nie spodziewał się, że Palto będzie nieobecny. Ciężkie dłonie uderzyły o blat biurka, pozostawiając na nim wilgotne odciski. - Niech pan ze mną nie igra! Jeszcze dziś znajdę na pana miejsce dziesięciu innych. I to może nawet lepszych. To nie jest cyrk, a ja nie jestem klaunem, chociaż z pana możemy zrobić klauna. Pańscy koledzy popękają ze śmiechu na wieść, że wylałem go z roboty niemal w dzień urodzin. Hubert opuścił powieki. Nie było sensu czegokolwiek tłumaczyć. Stary cap zamknął się w klatce własnych kompleksów. Teraz będzie kąsał, chłostał i tłukł wyzwiskami każdego, kto się nawinie. Gabinet opuścił dwadzieścia minut później. Pomimo ostrej reprymendy nie został zwolniony i to było najważniejsze. Wrócił na stanowisko, które znajdowało się w zagraconym pomieszczeniu o pożółkłych ścianach. Dokoła czterech metalowych stołów oddzielonych płytą w kształcie krzyża, poustawiane były stosy opakowań po śrubokrętach. Śmierdziało skisłym potem i niemytym ciałem. Najwyraźniej Wielkodupiec spędził tu cały ranek, uprzykrzając życie pozostałym pracownikom. Hubert przywitał się z towarzyszami skinieniem głowy. Zaczął wykładać niezbędne przybory, kiedy w progu drzwi wejściowych stanął Palto. Wyglądał jakby go wyłowiono z baniaka z formaliną. Twarz miał pokrytą bąblami potu i śliny. Przy ustach trzymał garść wilgotnych chusteczek. Źrenice utkwił w jakimś odległym, sobie tylko wiadomym punkcie. Ze spodni wystawały pogniecione fałdy białej koszuli. Całość wyglądała na najpodlejszą odmianę kaca, jaką Hubert widział na oczy. Jeśli szef zobaczy go w takim stanie, siądzie na nim, wessie w wielką otchłań swego dupska, a tam - "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie". Chłopak straci robotę. Zanim Hubert zareagował, jego przyjaciel zdążył wcisnąć się do gabinetu dyrektora. Wizyta zakończyła się niecałe trzy minuty później. Gdyby wszystko miało być porządku, trwałaby przynajmniej pół godziny. Po opuszczeniu pokoju Palto nie sprawiał wrażenia poruszonego. Wciąż pozostawał w swoistym letargu, najwyraźniej nie do końca zdając sobie sprawę z całego zajścia. Odwrócił się do wyjścia i ociężale zaczął człapać w tamtą stronę. Nie odezwał się do Huberta słowem, nawet nie odwrócił w jego kierunku. Po prostu wyszedł. Tego dnia Hubert zmuszony był zostać w pracy do dwudziestej. Czekało go jeszcze pięć dni nieodpłatnych nadgodzin. I kto wie, jak wiele dni pełnych stresu i żelaznego skupienia. Przez jedenaście godzin nie miał możliwości zadzwonić. Widok Palto, jaki utrwalił się mu w pamięci, coraz silniej zaczynał dręczyć. Zaraz po opuszczeniu firmy Hubert zadzwonił do przyjaciela. W słuchawce odezwał się znajomy głos: "Cześć, nagraj wiadomość, a najlepiej zadzwoń później". Rozłączył się. Równie osobliwy jak choroba Palto był fakt, że nie podniósł słuchawki. Ten facet zabierał ze sobą komórkę nawet do toalety, ba! - kiedyś odebrał telefon na pogrzebie własnej ciotki i zaczął żywo konwersować, mając za plecami dwa tuziny pochmurnych twarzy. Hubert z roztargnieniem podrapał się ze uchem, po czym wezwał taksówkę. Podczas jazdy przedzwonił do Kingi. Zanim się odezwała, usłyszał hałas - coś trzasnęło sucho i ciężko. - Cholera! - Kinga? Hej, Kinga? - Tak, ja! Kogo się spodziewałeś? - wysyczała. W takich chwilach przypominała mu jaszczurkę. Oczami wyobraźni widział, jak chłoszcze powietrze swym gadzim jęzorem. - Przestań się czepiać. Chyba telefon ci upadł, nie wiem. Słuchaj, dzwonię, bo coś dziwnego dzieje się z Palto. Jeszcze nie widziałem go w takim stanie jak dziś. - Hubert - ton jej głos zmienił się diametralnie. Tylko jedno słowo, ale zabrzmiało posępniej niż mowa pogrzebowa. - Jestem teraz u niego i nie wiem, co mam robić. Nie mam pojęcia, co się dzieje. On śpi. Zasnął jakiś czas temu i nie mogę go obudzić. Rozumiesz, nie jestem w stanie. Wrzeszczałam mu do ucha, szarpałam i nic. - Dzwoniłaś na pogotowie, do jakiegoś lekarza? Nie mam pojęcia do kogo się zgłaszać z czymś takim. Będę tam za kilkanaście minut. - Powiedziano mi, żebym przestała histeryzować. Nikt nie przyjedzie, bo pizda z pogotowie stwierdziła, że mój chłop zmęczony po pracy pewnie odpocząć chciał; że nie zdążył odsapnąć, a ja mu głowę zawracam. Powiedziałam jej, że jest tępą pizdą i gówno wie o tym, co się dzieje. To był koniec rozmowy. - I co udało ci się w ten sposób załatwić? Miałaś tylko... - Wysłać kartkę z życzeniami?! - Przecież tu nie chodzi o ciebie i twoją durną dumę. Wystarczyło spokojnie wytłumaczyć, zadać kilka pytań. Dla każdego dojrzałego człowieka na ziemi to "tylko tyle", dla ciebie "aż tyle". - Odwal się, dobrze! Po prostu się odpieprz. Nie było cię tutaj. Palto to też mój przyjaciel. Po prostu tu przyjedź, ale nic już, kurwa, do mnie nie mów. Ani słowa. Hubert czuł, że nadszedł czas, aby usunąć się w cień i przejść do defensywy. Kinga była teraz niczym rozjuszony bazyliszek i gdyby mogła, przecięłaby go w pół samym spojrzeniem. - Dobra. Już dobrze. Uspokój się, ok? Wiem, że się denerwujesz. Rozumiem. - Gówno rozumiesz! Połączenie zostało przerwane. Hubert wypuścił powietrze z płuc. Nie pierwszy raz ofiarował część swojej dumy dla złagodzenia konfliktu, a ona nie pierwszy raz przeżuła ją i wypluła z pogardą. Taksówka zatrzymała się przy chodniku leżącym u stóp szarego domu. Prostokątne dziury w ścianach mieściły przegniłe ramy okienne. Szyby mieszkania na parterze były czarne od kurzu i trudnej do zidentyfikowania zawiesiny. Strumienie światła bijące od zwisającej na pojedynczym przewodzie żarówki z trudem przebijały się na zewnątrz. Hubert wbiegł do budynku - na ostatnim piętrze mieszkał Palto. Klatka schodowa była chłodna, przesiąknięta zapachem starego drewna i, jak zwykle, nieoświetlona. Ostrożnie ruszył przed siebie, odtwarzając w pamięci drogę na górę. Wielkie okno na półpiętrze było zamknięte od lat. Zardzewiały zamek był tego dowodem. Na podwórzu czarne kikuty połamanej ławki wbijały się w gęstą noc. Pokonując następne stopnie, zahaczył o jakiś ciężki i wysoki przedmiot. Natychmiast się zatrzymał i zastygł w napięciu. Przez moment słyszał syk przeszywanego powietrze, po czym na klatce rozległ się huk. Kilkanaście drobnych elementów potoczyło się po ziemi w kierunku schodów. Hubert kucnął i złapał turlający się przedmiot. Była to zwykła, plastikowa kulka. Uderzające o stopnie piłeczki niespodziewanie zaczęły wybijać dziwnie znajomy rytm. Zderzywszy się z oknem na półpiętrze zabrzmiały jak chór dziecięcych dzwoneczków. Czy ten hałas nie zaczyna mu czegoś przypominać? Tak, to była ta sama muzyka, którą słyszał w nocy i dzisiaj w gabinecie. Hubert zawahał się, odniósł nieprzyjemne wrażenie, że melodia towarzyszyła mu w rzeczywistości przez cały czas, skryta i uśpiona gdzieś głęboko w podświadomości i dopiero konkretne dźwięki zaczynały budzić ją do życia. W tym momencie osobliwa partytura przeszła do finalnego etapu i ostatnie dźwięki wtopiły się szum nocy. - Nie daj się zwariować człowieku - zaczął badać przestrzeń dookoła. Wyczuł chropowate pręty. W miejscach łączeń miały wystające śrubki. Przesunął dłonie wzdłuż rurek. Czuł, jak płatki rdzy sypią się na ręce. Po chwili skonstatował z czym ma do czynienia - dziecięcy wózek. Rozdrażniony kopnął go pod ścianę. Wózek zazgrzytał hałaśliwie, ciągnąc za sobą pozrywane linki i części połamanych grzechotek. Po niespełna dwóch minutach dotarł na szczyt i stanął przed mieszkaniem Palto. Zanim zdążył wsunąć się do środka, stanęła przed nim Kinga. Kąśliwy uśmiech oraz brak lini brużdżących czoło sugerowały, iż gniewne chmury zostały rozwiane. Zazwyczaj potrzebowała więcej czasu i jego poświęcenia, by się uspokoić. - Hej... - wysapał niemrawo. - Tutaj towarzyszu - słaby i niewyraźny głos Palto dobiegł z wnętrza mieszkania. Hubert zerknął zaskoczony na dziewczynę. Ta uniosła tylko ramiona, jakby mówiąc: wejdź i sam zobacz. Zarumienił się. Wyobraził sobie, jak siedzi wciśnięty w dyby w wesołym miasteczku, a rozbawieni Palto i Kinga rzucają w niego ciastem na papierowych talerzykach. - Co jest?! - wycharczał. - Dalej, wchodź. Przed chwilą się obudził. - Dziewczyna wepchnęła go do środka i zamknęła drzwi. - Szybciutko, bo zanim tu dotrzesz, znowu zasnę - ton głosu Palto z każdym słowem nabierał mocy. Wydawał się być dziwnie uniesiony. - Jaja sobie robicie? - Jeszcze kilkanaście minut temu Hubert gotów był uwierzyć, że jego przyjaciel poważnie się rozchorował. Rano wyglądał, jak widmo nawiedzające Ebenezera Scrooge`a, a teraz co, po wszystkim? Ot tak? Jednak kiedy wszedł do pokoju, natychmiast się przekonał, że w żadnym wypadku nie mógł mieć do czynienia z żartem. Odkąd Palto wprowadził się do tego niewielkiego mieszkania, zaczęło ono ulegać przemianie. Czterdzieści osiem metrów kwadratowych wynajmowanej przestrzeni prędko nabrało cech swego lokatora, stając się w podobny sposób ekstrawaganckie. Wydawało się niechlujne w najbardziej widocznych miejscach i przesadnie czyste tam, gdzie rzadko ktoś zaglądał. Jedyny pokój tętnił niezwykle dynamicznym życiem Palto, co dało się odczuć zaraz po wejściu. Ale dziś ten rytm został zachwiany i Hubert czuł to wyraźnie. Widząc przyjaciela, chciałby powiedzieć, że ten nie wygląda najlepiej. Chciałby, ale dobrze wiedział, że byłby to cholernie daleko idący eufemizm. Palto był przeraźliwie blady i wysuszony. Oczy sprawiały wrażenie, jakby zostały wessane do wnętrza czaszki. Ślina kłębiła się wokół ust. Zmięta kołdra leżała na podłodze obok pary rozsznurowanych butów. - Coś mi mówi, że nie będzie buzi na przywitanie - odezwał się Palto. Hubert speszył się. Nie sądził, że trwoga, jaką poczuł, odcisnęła aż tak wyraźne piętno na jego twarzy. - Zrozum człowieka - wyparował - od zawsze przypominałeś mi wypatroszonego śledzia, ale dziś... cholera, dzisiaj nie odróżniam cię od prześcieradła. - Ho, ho, Hubert wraca do gry - Palto klasnął energicznie. - Drużyna gospodarzy traci punkt. Przyjaciele uścisnęli sobie dłonie na przywitanie. - Hej dziecino, zrobiłabyś mi herbatki? - Palto puścił oko do stojącej z tyłu Kingi. - A ty, książę? Chcesz coś? - Herbatę, dzięki. - Hubert przymknął oczy i ze świstem wciągnął powietrze - Hej, Kinga, przepraszam. Robię z siebie mądrzejszego niż jestem. - Niech ci będzie gorylu. - Odpowiedziała i wyszła do kuchni. Hubert dopiero teraz usiadł na krześle stojącym w pobliżu łóżka. - A teraz trochę poważniej, ok? Jak się czujesz? Narobiłeś tu trochę zamieszania, wiesz o tym. - Teraz jest całkiem nieźle. Dużo lepiej niż z rana, chociaż nadal jestem osowiały. - Widzę. Hubert zniżył głos i przysunął krzesło bliżej brzegu łóżka. - Wcześniej, kiedy spałeś, Kinga próbowała cię obudzić, ale za cholerę nie dała rady, mówiła ci? Zaczęła trochę panikować, co, jak wiesz, nie zdarza jej się często. Wtedy i ja zacząłem się pocić. Hubert drgnął. Własny szept go zaniepokoił. Oddech brzmiał donośniej niż wypowiedziane słowo. Wydawało się, że można niemal usłyszeć kaskady krwi przetaczającej się przez żyły. Po twarzy Palto przemknął cień zakłopotania. - Nie przejmuj się człowieku - Hubert krzyknął wesoło. Zdał sobie zaraz sprawę, że wyszło to nieudolnie, więc znów zniżył głos - Nie zacząłeś nagle chorować, bo tak będzie zabawnie. I to pierwszy raz od... cholera, nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś zwaliło cię z nóg. Przyjaciel uniósł głowę. Spojrzenie tonęło w morzu odległych myśli. - Na pewno wszystko w porządku Palto? - Tak. Bez obaw. Po prostu... nic. Naprawdę czuję się lepiej. Nie wyglądam, wiem, ale to nic. Uwierz. Głowa do góry. Coś w jego głosie nie dawało Hubertowi spokoju. Wciąż nie dawał się przekonać. Czuł, że za murem zapewnień o dobrym zdrowiu czai się tajemnica. Wyczuł to, jak tylko tu przyszedł. Odniósł wrażenie, że gdyby zachował ostrożność, zdołałby dotrzeć do prawdy. Byli w końcu przyjaciółmi od siedemnastu lat. Ich przyjaźń to były niewymuszone gesty, które często przejawiały się na poziomie instynktu. Dlatego nigdy nie składali sobie przysiąg o przyjaźni po grób - wiedzieli, że takimi deklaracjami pieczętuje się znajomości, które dopiero się zaczęły albo te, które wkrótce się zakończą. Tak od zawsze widział to Hubert i dlatego uważał, że jeśli przyjaciel ma jakiś sekret to, wcześniej czy później, go wyjawi. - Ty pierdoło! Przestań mu szeptać do ucha jak chłopiec, który wlazł do damskiej szatni i pierwszy raz w życiu ogląda cycki. - W progu pojawiła się Kinga. - Albo mówiłeś o mnie, albo ściszyłeś głos, bo uznałeś, że dana sprawa nie powinna mnie dotyczyć. W obu przypadkach jesteś pierdołą! Hubert wygładził pofałdowane od napięcia czoło. Wiedział, że burza jest blisko. Błyskawicę od grzmotu dzieliły sekundy. Jeśli zaraz tego nie wyjaśni, znajdzie się w samym sercu cyklonu. - Spokojnie dziecino - Palto zawiesił rękę w powietrzu. - Prosiłem go o to. Wspomniałem, że czuję się lepiej i to prawda, ale i tak ciągle jestem potwornie zmęczony, a momentami łeb mi pulsuje jak serducho u wieloryba. Bez krzyków więc. Nie rób zamieszania. - Ręką wskazał Huberta - uniewinniam chłopaka mocą nadaną mi umową najmu, która czyni mnie tu jedynym szeryfem. Kinga speszyła się nieznacznie, ale po chwili uczucie wstydu minęło, a twarz przeciął długi uśmiech. Podeszła do Huberta i ucałowała z roztargnieniem czubek jego głowy. - Jestem dzisiaj wyjątkowo wredna, wiem, ale nic na to nie poradzę, gorylu. A teraz daj mu chwilę odsapnąć i chodź ze mną do kuchni. Potrzebuję twojej wyobraźni. Jesteśmy u Palto, a to ogranicza gastronomiczne wybiegi do smutnej pajdy z masłem. - I bardzo dobrze - Palto wyraźnie się ożywił. Po otwarciu, lodówka przypominała jamę ustną bezzębnej staruchy, pomimo tego na stole kuchennym pojawiły się plastry nieznanej wędliny i pomarszczona papryka. Po chwili niepewności Hubert wydobył jeszcze niewielki sześcian żółtego sera. Był równie tajemniczy, co kostka Rubika. - Mam tu ser specjalnej troski człowieku! - Wiem - odparł Palto - po prostu zetrzyj na tarce i sypnij na kanapkę. Wiesz, że nigdy nie pozbywam się żarcia inną drogą niż przez własny układ wydalniczy. Cała trójka zaśmiała się z ulgą. Wyglądało na to, że wszystko wraca do normy. W chwilę po tym Kinga włączyła radio: Joe Cocker chrypiał w utworze "What Becomes Of The Broken Hearted". Hubert zwrócił się do Kingi: - Jak to wyszło, że tu przyjechałaś? - Palto do mnie zadzwonił. Wiedział, że z tobą to się nie uda. Czemu pytasz? - Powiedz mi, jak to wyglądało? Chodzi mi o to, że... Co się z nim działo przez cały ten czas? Dziewczyna przerwała krojenie papryki i spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem. Nie miała ochoty teraz o tym rozmawiać, ale była przekonana, że Hubert nie odpuści. Wiedziała, że się martwi, a wtedy był cholernie upierdliwy i potrafił wiercić dziurę w brzuchu, aż nie przebije się na wylot. Po namyśle odpowiedziała leniwie: - Prawie przez cały dzień nic specjalnie podejrzanego się nie wydarzyło. Nie spał, gdy przyjechałam, ale też nie wyglądało na to, żeby w pełni zdawał sobie sprawę z tego, co dzieje się dookoła. Sporo gadaliśmy, no, ja gadałam. Po jakimś czasie zasnął i nie widziałam w tym niczego dziwnego. Cztery godziny później się obudził, wyglądał na żywszego. - Położyła strzęp wędliny na kromce chleba, zawinęła w pół i wsunęła do środka wąski drucik papryki. - Znów zaczęliśmy rozmawiać. W którymś momencie poszłam do łazienki, a kiedy wróciłam, jego już nie było. Zasnął, ale zrobił to tak niespodziewanie - w przeciągu kilku sekund i w tak cholernie nieprzyjemny sposób - że miałam wrażenie jakbym była z kimś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych