Jezioro
Ostatnie dni wakacji spędzają w domku nad jeziorem. To będą NAPRAWDĘ ostatnie dni.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nic nie mąciło gładkiej tafli jeziora. Słońce schowało się już za drzewami, oblewając niebo złocisto – czerwoną poświatą. Gdzieś z oddali dobiegł energiczny stukot. Powietrze było suche i chłodne, drażniło nozdrza zapachem jesieni. Tak. Nadchodziła jesień. W tym roku wyjątkowo wcześnie, ale... Kto wie, jakie są zamiary Matki Natury? Ludzie wystarczająco lżą jej swoim smogiem, wyziewami, palbą z setek tysięcy rur wydechowych. Gdyby na tym świecie istniała jeszcze sprawiedliwość dziejowa, natura powinna coś z tym zrobić, odwdzięczyć się człowiekowi za dziesiątki lat obelg i męki. Takie ponure myśli chodziły po głowie Henrykowi, gdy spacerował po terenie ośrodka wypoczynkowego. Niewielką plażę otulało ściśle osiem małych, drewnianych domków. Za nimi znajdował się spory plac, który w sezonie nabierał barw od dziesiątek kolorowych namiotów. Boisko do siatkówki pokrywała warstwa pożółkłych liści. - To już koniec, Saba – powiedział i pogłaskał po karku swoją towarzyszkę – dziesięcioletniego owczarka niemieckiego. Pies szedł posłusznie przy nodze, węsząc i machając ogonem. Wrócił na plażę. Wyłuskał z piasku ostatnie śmieci sezonu: opakowanie po batoniku, plastikowy kubeczek i paczkę łuskanego słonecznika. Wrzucił wszystko do metalowego kubła. Otrzepał ręce. - Jesień idzie. Nie będzie wczasowiczów. Nie będzie dzieci. Koniec zabaw, niestety, moja psino, nie będzie rzucania gumowym kółkiem. Będzie śnieg, mróz skuje jezioro. Może połowimy ryby w przerębli, jak trzy lata temu... Wszedł na drewniany pomost. Uważnie przyglądał się każdej desce, jednak wszystkie były w doskonałym stanie. Ostatecznie, sam wymienił większość poprzedniej wiosny. Oczywiście, przybyło napisów w stylu: „Wakacje 2005, byłem tu. Józek F.”, albo „Piwo to moje paliwo. Pozdrawiam wszystkich alkoholików z SP 13”, wydrapanych scyzorykiem, bądź też nabazgranych flamastrem, jednak nie przejmował się tym. Przywykł. Obchód skończony. Choć... Pozostawał jeszcze domek Kilińskich. Zaszyty w lesie, sto metrów za ośrodkiem, formalnie nie podlegał jego opiece. Henryk zaglądał tam jednak od czasu do czasu, na prośbę inżyniera Kilińskiego, który był przemiłym człowiekiem. Już pierwszego lata, kiedy to przyjechał na wypoczynek z całą rodziną, zyskał sobie sympatię dozorcy. Inteligentny, dowcipny facet. Nie przesadzał z alkoholem, choć też od niego nie stronił. Kochał swoje kobiety: żonę i córkę. Kiedy się śmiał, coś słodkiego wlewało się do duszy. Spojrzał w stronę domku. Ostatnie promienie zachodzącego słońca zaglądały w okna na piętrze. Henryk był tam. Tydzień wcześniej. Wspomnienie liznęło mu umysł swym szorstkim, wilgotnym, lodowatym językiem. Nie chciał go. Błagał Boga, by pozwolił mu zapomnieć. O tej... Halucynacji. Saba warknęła, zaniepokojona. Wpatrywała się w nieprzeniknioną toń. Na granatowej tafli co kilka sekund pojawiały się regularne kręgi. Ryby. Rzucają się o zachodzie słońca, pomyślał Henryk. Wpatrzył się w puste okna domku Kilińskich. Po co tam poszedł? Pamiętał niewyraźne resztki snu, oblepiające go niczym mokre szmaty, kiedy obudził się i poczuł, że w domku coś się stało. Pamiętał ostatnie słowa inżyniera, które ten rzucił mu z okna samochodu, wyjeżdżając zeszłej jesieni: „Troszcz się o mój domek, Heniu”. „Będę” – odkrzyknął, machając ręką. Obiecał. Wziął zatem klucze, po chwili wahania chwycił długi nóż do skrobania ryb i wyruszył. Domek stał, jak gdyby nigdy nic... Tylko ta cisza. Pamiętał. Cisza, żadnych ptaków, żadnych porannych treli. Na skórze nie czuł wiatru. Wokół – idealna pustka. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Nic. Zapach dawno nie wietrzonego pomieszczenia. Skromny salon połączony z kuchnią. Schody na górę. I rysa na dywanie... Rysa? Wcześniej jej nie widział. Dałby głowę. Odsunął dywan. Klapa w podłodze. Piwnica? Inżynier Kiliński nigdy nic nie wspominał. Zszedł na dół... Henryk ukrył twarz w dłoniach. Nie! Musi walczyć z tymi wspomnieniami. Jeśli się podda, straci rozum. Wiedział to. Gwizdnął na psa, zszedł z pomostu. W szafce nad łóżkiem miał ukrytą awaryjną flaszkę. Na wyjątkowe okazje. To była jedna z nich. Mocna wódka sparzyła przełyk. Lepiej. Zamknął się w swojej klitce. Zapalił światło, smętna żarówka zamigotała i zgasła. Henryk zaklął, odłożył butelkę, grzmotnął pięścią w szafkę z rozdzielnikiem. Światło wróciło. - Żegnajcie, złe duchy – powiedział i przyssał się do butelki. Przyjemne ciepło rozlało się po ciele, topiąc przykre wspomnienia i zagłuszając sumienie. W pewnym sensie bowiem słowa, które skierował do niego inżynier, wyjeżdżając, były jego ostatnią wolą. Henryk, wrzeszcząc z przerażenia, podczas ucieczki zatrzasnął klapę. Kilka dni później, kiedy doszedł do siebie i uznał, że wszystko było jedynie halucynacją, odważył się wrócić i rozwinąć z powrotem dywan. Nic nie słyszał. Żadnych chrobotów, żadnego stukania. Śmiejąc się z samego siebie, starannie dopasował jego krańce, tak, aby idealnie pokrywały się z zalegającym podłogę kurzem. Aby nikt nic nie podejrzewał. Zamykając drzwi, wymyślał sobie od głupków i tchórzy. Wieczorem, siedząc na pomoście i machając nogami nad wodą pomyślał, że przecież mógł się tam przekopać jakiś szczur, albo co... Powinien był zabić te cholerstwo, zanim narobi szkody. A zwiał, bojąc się cieni. Nie wypełnił swojego obowiązku, nie wypełnił woli inżyniera... Ostatniej woli. Inżynier Kiliński powiesił się bowiem w swoim gabinecie. Niecałe dwa tygodnie po wyjeździe znad jeziora. Kolejny łyk. Doskonała gorzałka. Szczur? A niech sobie hasa. Na zdrowie. Też boże stworzenie. Henryk pogłaskał Sabę, leżącą mu u stóp. Niech sobie hasa... A on musi kiedyś pojechać do lekarza, niech mu zbada głowę. Wstyd, pięćdziesięcioletni facet i ma halucynacje.
š
Samochód po raz kolejny podskoczył na leśnej drodze. - Cholera, Krzysiek, zwolnij trochę! – Krzyknęła Marta. Minął już ponad kwadrans, odkąd zjechali z asfaltowej drogi i dali się połknąć leśnym ostępom. Gałązki wściekle drapały o szyby. - Spokojnie, jesteśmy prawie na miejscu. - Myślałam, że domek leży przy ośrodku wczasowym – powiedziała Kes. - A nie leży? – Zapytał chłopak, gwałtownie skręcając kierownicą. Szczęśliwie ominęli wyjątkowo głęboką rozpadlinę. - Leży, leży – mruknęła Marta. – Tyle, że nikomu nie chce się odrestaurować drogi. O ile mnie pamięć nie myli, trzy lata temu ktoś poruszył temat na ognisku, kończącym sezon. Wszyscy przyklasnęli, poklepali się po plecach i wrócili do żucia kiełbas. Krzysiek uśmiechnął się i przełożył rękę z dźwigni zmiany biegów na gładkie kolano Marty. - Kochanie, mamy wakacje. Sarkazm zostaw miejskim frustratom, przyjechałaś tu, żeby wypocząć. - Pogadamy, kiedy zadławisz się szaszłykiem i trzeba będzie wezwać pogotowie – odparła, jednak z jej głosu zniknęło napięcie. Pogłaskała dłoń chłopaka. – Teraz uważaj, będzie ostry zakręt. Kiedy wjechali na szeroką polankę, słońce stało wysoko na niebie. Teren ośrodka był ogrodzony drewnianym płotem. Zatrzymali się przed budką dozorcy. Naprzeciw im wyszedł zgarbiony, na oko co najmniej sześćdziesięcioletni mężczyzna. Trzymał na smyczy potężnego owczarka niemieckiego. Marta wychyliła się i pomachała wesoło. - Dzień dobry, panie Heniu! Przyjechałam pożegnać wakacje. - Ach, dzień dobry! Nie poznałem w pierwszej chwili. Nie za późno na wypoczynek? - Jest jeszcze ciepło, do rozpoczęcia roku akademickiego został ponad tydzień. Pomyślałam, że wezmę swoich znajomych i wpadniemy tu na kilka dni... Jest ktoś jeszcze? - Nie, Martusiu, wszyscy już wyjechali – powiedział i pochylił się, by pogłaskać psa. - Zatem będziemy sami. Też fajnie! Dozorca otworzył bramę.
š
- Martuś, tu jest po prostu prześlicznie – powiedziała Kes, spacerując po wnętrzu domku. Odetchnęła głęboko, rozkoszując się zapachem drewna. - Prawda? Cisza i spokój, w okolicy żywej duszy. Tylko my i las – odparła Marta, rzucając ciężką torbę na starą, lecz wygodną kanapę. – Krzysiek! Pomógłbyś kobietom! Nogi chłopaka zastukały na schodach, wiodących na piętro. - Można się zabić, takie strome – powiedział. - I jak ci się podoba na piętrze? - Boski taras. Zakochałem się w tym fotelu bujanym. - Najpierw obowiązki. Trzymaj – rzuciła mu kluczyki od auta. – W bagażniku są jeszcze dwie torby i kosze z jedzeniem. Dopóki nie przyjedzie reszta, jesteś tu jedynym mężczyzną. Czyń swą powinność. Krzysiek pognał do samochodu. Skrzywił się na wspomnienie o „reszcie”. No, tak. Wieczorem mieli do nich dołączyć jeszcze Tofik i Michał. Tofika nawet lubił, mieli na koncie kilka wspólnych imprez i nawet się rozumieli. Michał natomiast... O Michale coś za często mówiła ostatnio Marta. Kiedy skończył rozładunek, wąskimi schodkami zszedł na brzeg jeziora. No proszę, pomyślał, nawet pomost mają. Pierwsza klasa. Solidna robota: Równiutko przycięte, starannie oheblowane deski tworzyły pięciometrowy klin, wbijający się w jezioro. Zdjął buty i podwinął nogawki. Chciał sprawdzić temperaturę wody. Nie była aż tak zimna, jak oczekiwał. Gdyby się uprzeć, można by było jeszcze popływać... W przejrzystej toni dostrzegł kilka ryb. Ciekawe, czy mają tu wędkę? Zaciągnął się głęboko wilgotnym, pachnącym wodorostami powietrzem. O, tak. Szykują się wspaniałe dni. Zieleń, soczysta i żywa, na równi z błękitem nieba, zafascynowały go na tyle, że zapomniał o konwencjonalnych zmartwieniach. Nawet zazdrość zniknęła gdzieś, wchłonięta przez posrebrzaną toń. Z zamyślenia wyrwał go dopiero krzyk Marty. Wzywała na obiad.
š
Bagaże spoczywały na swoich miejscach. Nie dokonano na razie podziału pokoi, na to trzeba było poczekać do przyjazdu Michała z Tofikiem. Kuchenne półki uginały się od ciężaru gorących kubków i zupek z Tajwanu. Rzeczy tak niezbędne jak masło, sery lub wędliny zostały upchnięte na skrzydle lodówki; całe jej trzewia zapchano bowiem butelkami piwa. Słowem – typowe, studenckie menu. Przełknąwszy ostatni kęs, Krzysiek zapytał: - Jest tu jakaś wędka? - Jest... Chyba. Poszukaj w szafie przy drzwiach. A co, chcesz nas zaopatrzyć w pożywienie, jak na mężczyznę i przodownika stada przystało? - Niezupełnie. Chciałem w niekonwencjonalny sposób podrapać się w lewe ucho. - Aleś ty dowciapny, wyostrzył ci się humor na tym odludziu – powiedziała Marta, dopijając kawę. - Więcej tlenu, skarbie. To tłumaczy wszystko – odparł i pocałował ją w sam czubek noska. Kes, widząc to, uśmiechnęła się znad książki. Bawiły ją takie subtelne konwenanse, ciepłe i szczere. Czasami, obserwując ich gry, czuła, że odżywa w niej wiara w uczucie. Czyste, nieskażone i wierne. Krzysiek zniknął w drzwiach domku. Po chwili doszły ich odgłosy przesuwania czegoś ciężkiego, tłumione stękanie i w końcu grzmot, jakby ktoś zwalił na podłogę belę bawełny. Dziewczyny spojrzały po sobie i rozbawione, wzruszyły ramionami. - Mam ją – rzekł tryumfalnie Krzysiek, wyłoniwszy się z domku. Dzierżył w dłoni złożoną wędkę. - Tylko uważaj. To nie nasza, tylko ciotki z Radomia. Bardzo ją lubi. - Spokojna głowa, będę ostrożny. Pobiegł na pomost. Dziewczyny posprzątały taras, po czym Marta, zmęczona nie wiedzieć czym, ułożyła się wygodnie na hamaku. Kes, również czując, że ogarnia ją coraz większa senność, wyemigrowała piętro wyżej i zainstalowała się na bujanym fotelu. Ukołysana przez wiatr, zasnęła. Żadne z nich nie słyszało cichego szelestu pod podłogą salonu.
š
Krzysiek również drzemał, zahipnotyzowany szumem wody i delikatnym wiatrem, muskającym policzki. Dzień był nadzwyczaj ciepły, przynależny prędzej do krainy lata, niż jesieni. Zanim ułożył się wygodnie na deskach pomostu, zauważył metalową linkę, uwiązaną wokół rosnącego na brzegu drzewa. Zupełnie, jakby cumowała tu łódka. Rozmarzył się; jakże wspaniale byłoby wieczorem, kiedy niebo obsypią błyszczące gwiazdy, zabrać Martę i wypłynąć na środek jeziora... Tylko oni i gwiazdy. Cisza, otulająca ich ze wszystkich stron. Wziąłby ją w ramiona i całował, szeptem wypowiadając słowa, które tylko ciemność potrafi wydobyć z ludzkich ust, albowiem wypowiedziane w świetle dziennym, zdają się być bezbarwne i pozbawione duszy. Wpatrzony w spławik, dał się otulić marzeniom. Zasnął. Kiedy otworzył oczy, leżał na deskach, skulony niczym noworodek. Policzki płonęły mu od gorąca. Wędki, oczywiście, nie było. Zerwał się z krzykiem. Był to błąd, zakręciło mu się w głowie, musiał przytrzymać się drewnianej drabinki, aby nie upaść do wody. Co robić? Wpatrzył się w posrebrzaną taflę. Jest! Wędka dryfowała majestatycznie, mniej więcej trzydzieści metrów od brzegu. To była bardzo szybka decyzja. Zrzucił ubranie i wskoczył do wody. Lodowate igiełki prawie rozszarpały mu ciało. Przez chwilę myślał, że nie wypłynie, na oczy spadła mu czarna przesłona. Szok minął jednak. Energicznymi wymachami ramion płynął ku wędce, starając się nie myśleć o tym, że temperatura wody na pewno nie przekracza dwunastu stopni. Usłyszał krzyk. To Kes. Stała na górnym tarasie i wymachiwała rękami. Płynął dalej. Jeszcze tylko cztery metry, trzy, dwa... Złapał ją. Zawrócił zwinnym ruchem. Coś śliskiego musnęło mu udo. Coś obrzydliwie długiego i śliskiego. Przyspieszył. W płucach czuł płynny ogień, już dawno nie pływał. Brzeg był przeraźliwie daleko. Na pomost wybiegła Marta. Trzymała ręcznik i coś krzyczała. Nie słyszał, woda zalewała go silnymi falami. Nagle nie zdążył złapać oddechu, wdarła się do ust. Zakrztusił się, zakotłował. Coś znowu musnęło mu nogi, tym razem dłużej, czuł, jak śliska skóra owija się wokół niego, zaciska, oślizgły mięsień wokół łydki. Wzdrygnął się, wzbijając fontannę piany. Puścił wędkę. Zanurkował, starając się uwolnić od ohydnego balastu. Kes też krzyczała. Co to?! Tonął. Niebo zniknęło, zamknięte przez wodę. Jezioro zatrzasnęło nad nim swoje wrota. Wił się bezsilnie, usiłując wyrwać nogę z oślizgłych objęć. Tracił powietrze. Płuca miał puste, wyssane do cna. Nareszcie! Udało się. Cokolwiek to było, zrezygnowało. Krzysiek wyrzucił przed siebie ramiona, jednak prawa ręka omdlała mu, zwisając bezwładnie niczym kikut manekina. Wrzasnął pod wodą, wyrzucając ostatnie kropelki powietrza. Do powierzchni miał ponad dwa metry. Zacisnął zęby i młócił nogami. Lodowata woda była wszędzie, obezwładniała go tysiącami drobnych igieł. Nie! Nie! Nie dopłynie... I wtedy znowu zobaczył niebo. Zachłysnął się wilgotnym powietrzem. Ponad minutę unosił się w jednym miejscu, starając się odzyskać oddech. Odzyskał czucie w ręce. Wędka dryfowała dwa metry dalej. Złapał ją, prawie łamiąc delikatne drewno. Resztkami sił dopłynął do pomostu, wdrapał się po śliskiej drabince. - Boże, co ci się stało?! Co ci do głowy strzeliło, pływać w taki ziąb?! Oddychał. Szorstki ręcznik przywracał krążenie. Marta zaprowadziła go na piętro, ofuknęła, napoiła gorącą herbatą z rumem. Legł bezwładnie, wciąż nie mogąc uspokoić oddechu. Zagrzebany w kocach, usłyszał z oddali trąbienie. To jechali Michał z Tofikiem.
š
- Czołem, tubylcy – Michał z uśmiechem wyładował z bagażnika skrzynkę piwa. Zaniósł ją do kuchni. – Łał, domek pierwsza klasa. - Cześć – Kes przywitała się z nim, podając rękę. Ucałował ją z przesadną galanterią. Dziewczyna spiekła rumieniec. - Tofik! Gdzie się kryjesz? – Ryknął tak, że zadrżały drzewa. – Chodź, palancie, przywitaj się z koleżankami. Zza samochodu wyłoniła się twarz Tofika. Chłopak był wyraźnie zakłopotany. Olbrzymia torba niemal przyginała go do ziemi. Wystękał nieśmiałe „hej, dziewczyny”, po czym zniknął w domku. Marta usłyszała głuchy stukot. Prawdopodobnie przewrócił się na dywanie. - Gdzie jest twój chłopak, dziecino? - Miał... Krótką przygodę w wodzie. Odpoczywa na piętrze. - Jaką przygodę? Dycha jeszcze? – Zapytał z teatralną troską. - Nic mu nie będzie. Chcesz kawy, herbaty? - Tak się składa, że przed chwilą przyniosłem wszystko, czego potrzeba prawdziwemu mężczyźnie – to rzekłszy, ominął dziewczynę i wszedł do domku. Marta i Kes zostały same na tarasie. Zapanowała niezręczna cisza. Kes zastanawiała się, czy muśnięcie jej bioder przez Michała, dosłownie przed sekundą, było rzeczywiście przypadkowe. Dziewczyny opierały się o poręcz, wpatrzone w jezioro, które zachodzące słońce ozdobiło tysiącami roztańczonych iskierek. - To co, robimy drugi obiad? - Robimy. Weszły do środka. Tofik asekuracyjnie wcisnął się w cienie, osnuwające kąt salonu. W ręku trzymał już piwo. Michał był w swoim żywiole. Ani na chwilę nie spoczął, miotał się między szafką na pieczywo a stosem toreb. Wyjął swoje płyty. Przenośny radiomagnetofon, stojący na kuchennej półce, rozbrzmiał mięsistym bitem. Chłopak co chwila pociągał łyk z trzymanej niedbale butelki. - Robicie spaghetti? Bosko. Kes rzucała mięsem o patelnię, trochę zakochana, trochę wściekła, właśnie z tego powodu. Michał był aroganckim sukinsynem, facetem, któremu wydawało się, że wszystkie panienki lepią mu się do palców, prostym krzykaczem ze śródmieścia... Ale to nic nie znaczyło. Nic, wobec dreszczu, który przeszył jej ciało, gdy uniosła swą dłoń, a on złożył na niej pocałunek, gdy niby przypadkiem musnął jej biodro... W duchu wymyślała sobie od ostatnich idiotek. Drżały jej ręce. Pół torebki sproszkowanego sosu, zamiast na patelni, wylądowało na podłodze.
š
W krótkiej chwili pomiędzy odzyskaniem świadomości, a otwarciem oczu, umysł Krzyśka zarejestrował dwa bodźce: Dyskotekowy hałas i zapach smażonych pomidorów. Pierwszy wwiercał się w umysł jak zardzewiała śruba, drugi przyjemnie drażnił zmysł powonienia. Zszedł na dół. Kes zeskrobywała z patelni resztkę sosu. Marta siedziała oparta o szafkę, między nogami trzymając butelkę, z której co chwila popijała niewielki łyk, wpatrzona w Michała, który wywijał rękami i mówił coś o równouprawnieniu, nowoczesnej muzyce... I gotowaniu? Niewzruszenie skakał z tematu na temat, gęba mu się nie zamykała. - Czołem, panowie – przywitał się Krzysiek. - Czołem, bracie, znów się spotykamy. Tym razem w tak pięknych okolicznościach przyrody – odpowiedział Michał, podając mu dłoń. Miał mocny, twardy uścisk. - Cześć, Tofik. Miło cię znów widzieć. Tofik mruknął coś znad butelki. Musnął twarz kolegi wilgotnym, przymglonym spojrzeniem. U jego stóp leżało już pięć opróżnionych butelek. Czknął. Kes skończyła zabawę z patelnią. Zirytowana, cisnęła ją do zlewu. Wytarła ręce i oznajmiła, że idzie łowić ryby, póki jest jeszcze jasno. Jacyś chętni do towarzystwa? Nikt się nie zgłosił. - Tylko uważaj, nie zaśnij nad wędką – ostrzegł ją żartobliwie Krzysiek. - W razie czego, wiemy już, kto tu lubi pływać. - Ja już skończyłem na dzisiaj. Marta wstała. - Może przeniesiemy się na zewnątrz? Można wystawić świeczki. Będzie miło. - Myśl godna postępowej kobiety – przyklasnął Michał, entuzjastycznie prześlizgując wzrokiem po obcisłej bluzce dziewczyny. Krzysiek postanowił wydrapać mu oczy. Chłodne, jesienne powietrze. Zapach lasu. Szum drzew, słyszalny, albowiem wychodząc, Kes niejako mimochodem wyłączyła radiomagnetofon. Blady poblask świec, tańczący po twarzach. Rozmawiali o wielu rzeczach. Głównie o studiach, bo kiedy do rozpoczęcia roku pozostały niecałe dwa tygodnie, pomimo solennych deklaracji nie sposób ominąć tematu. O przyszłości i przeszłości. Śmiali się z czerstwych dowcipów, z emfazą opowiadanych przez Michała. Zajmował miejsce u szczytu stołu, żywo gestykulując i uśmiechając się szeroko. Marta siedziała, wtulona w Krzyśka, a on, choć cały czas czuł ciepło jej ciała, obecność ukochanych włosów na swoim policzku, nie mógł odgonić od siebie nieprzyjemnych, drażniących myśli. Tofik z gracją opóźnionego umysłowo prestidigitatora realizował swój ukochany spektakl: magiczną metamorfozę butelki pełnej w butelkę pustą. Rzadko włączał się w dyskusję. Kes dołączyła do nich, gdy słońce skryło się już w swoim gnieździe, tuż pod horyzontem. Energicznie przysunęła sobie krzesło, usiadła między Tofikiem a Michałem. W kącikach oczu migały jej iskierki tryumfu. - Dobrze biorą? – Zapytał Krzysiek. - Jeszcze nigdy tak dobrze mi się nie łowiło. Dosłownie, nie dawały mi spokoju. Co zarzucam spławik, kolejna. Ile czasu łowiłam? – Spojrzała na zegarek. – Niecałe pół godziny. Zgadnijcie, ile ryb zdjęłam z haczyka. - Pięć? - Dziesięć? – Strzeliła Marta. - Osiemset – zabulgotał Tofik. Michał nie odpowiedział, wpatrzony w dziewczynę – zwyciężczynię, kobietę chwilowego tryumfu. - Dwadzieścia siedem – odparła Kes. – Dajcie piwo, trzeba to uczcić. Syknęły otwierane butelki. Zgodnie wznieśli toast.
š
Wzeszedł księżyc, rozświetlając okolicę upiornym blaskiem. Srebrny rogal odbijał się w nieruchomej tafli jeziora. Dozorca pogasił wszystkie latarnie i zamknął się w swoim domku. Kes, odwieczna romantyczka, rozmarzyła się i wyrecytowała z pamięci piękny wiersz o gwiazdach. Wszyscy podchwycili pomysł, jeszcze zanim został on zwerbalizowany. Zalety alkoholowego upojenia. Przecież z pomostu będzie świetny widok! Nie tego małego, przy domku. Głównego, przy plaży. A noc jest bezchmurna. Chwiejny kondukt wyruszył w drogę. Tofik prawie się czołgał, z nosem przy ziemi mruczał coś o absolucie. Nie sposób było stwierdzić, czy iskał umysłem najgłębszych idei, czy po prostu tęsknił za wódką. - Uwaga, ekipa, nie powpadać do wody – głos Michała rozniósł się po jeziorze. – O w mordę, ale mnie słychać. - Cii. Woda daleko niesie. Wziął ktoś koc? Kes? Jesteś boska. Chodźcie, tutaj. - Za mały na nas wszystkich. - Wy macie bluzy. Ustąpicie kobietom. - Martuś? Martuś? Gdzie jesteś, kochanie? - Tutaj, głupolu. Chodź, no bliżej, nie wstydź się. Siadaj. Boże. Mogłeś ciszej. Rusz dupę! Też chcę usiąść. - Gwiazdy... – Westchnęła Kes. - Tak – powiedział Michał. Piękno tysięcy rozedrganych punkcików urzekało do głębi. Najbliższa mieścina leżała trzydzieści kilometrów na północ, zatem usłanego gwiazdami nieba nie plamiła miejska łuna. Głęboka czerń, miriady iskierek, majestatyczny rogal księżyca, którego blask wręcz parzył oczy. Było na co patrzeć, czym się zachwycić. Krzysiek objął Martę ruchem, którego naturalność i spontaniczność nawet dla niego była niespodzianką. Dziewczyna mruknęła przymilająco, po czym zanurzyła się głębiej w jego ramionach. To prawie rozproszyło obawy Krzyśka. Nagle coś sobie przypomniał: - Martusia? - Mm? - Macie tu łódkę? Długie mruknięcie. Jakby pytanie musiało się przebić przez grubą, puchową poduszkę. - Jest zamknięta w szopie pana Henia. Można ją wziąć w każdej chwili. Chcesz? - Niekoniecznie teraz. - Dobrze. Jest mi tak przyjemnie... Powrócili do bezgłośnej kontemplacji. W pewnym momencie Krzysiek podniósł głowę, by zidentyfikować dziwny odgłos, jakby szuranie... To ręka Michała wędrowała ku dekoltowi Kes, pogrążonej w niemym zachwycie. Opadł z ulgą. Jak długo łapy tego prymitywa znajdują się daleko od Marty, mogą robić, co chcą. Z powrotem zapatrzył się w niebo. Hipnotyzujący urok drogi mlecznej ujarzmił serca studentów delikatnym, mglistym uchwytem. Wrażenie obcowania z kosmicznym pięknem obezwładniało... Wtem Tofik podniósł głowę, przepełznął ku krańcowi pomostu i zwymiotował. Ręka Michała cofnęła się, nim sięgnęła celu.
š
Musieli przemarznąć do szpiku kości, aby odkleić oczy od rozgwieżdżonej przestrzeni i powrócić do ciepłego wnętrza domku. Kes zagotowała wodę. Świeżo parzona kawa rozgrzała skostniałe umysły. Usiedli w salonie. - Która go... Boże, już trzecia? – Zdziwiła się Marta. - Tak jest, dziewczyno. Gwiazdy były przepiękne – odparł Michał. Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze. Krzysiek czekał, zaciskając pięści. Niech no tylko rzuci uwagę w stylu: „prawie tak piękne jak ty”, albo cokolwiek ze swojego znanego na całej uczelni repertuaru, którym oszałamia tabuny dziewic. Niech tylko spróbuje! Nie spróbował. Odezwał się za to Tofik, do tej pory w milczeniu wpatrujący się w dywan: - Słuchajcie, tu jest rysa. Jakby coś było pod spodem. Zbagatelizowali jego uwagę tępymi dowcipami. Tak. Naturalnie. My też widzimy rysy. O, patrz, tutaj, i tutaj, wszędzie rysy. Piwa? Jednak on nie zraził się. Odstawił parujący kubek i opadł na kolana, macając podłogę. - Patrzcie! Tym razem nie mogli go zignorować. Wszyscy to widzieli. W podłodze była klapa. Michał zapytał, w zamyśleniu drapiąc brodę: - Marta, co tam jest? - Nie mam pojęcia, po raz pierwszy ją widzę – odparła, zmieszana. Widać było, że jest zaskoczona jeszcze bardziej, niż oni, choć domek należał przecież do jej rodziny. - Hmm. Mi się to bardzo podoba. Klapa w podłodze. Pod klapą pewnie jest piwnica. Co można trzymać w piwnicy domku letniskowego? Tofik, Krzysztof, chłopaki, ruszcie mózgami. Co może spoczywać pod ziemią, i szlachetnieć w spokoju przez kolejne lata? Oczy Tofika rozbłysły niczym dwie zapałki w składzie prochu. - Wino! - Myślę podobnie – uśmiechnął się Michał. – Panowie, do dzieła. Krzysiek nie brał udziału w energicznym odwaleniu klapy. Stał na uboczu, obejmując Martę, która nie mogła wykrztusić słowa. Kes zorientowała się w sytuacji dopiero, gdy głowa Michała zniknęła pod podłogą. - Oni mogą tam wejść? Dziewczyna nie odpowiedziała, podeszła do brzegu czeluści. Dobiegł z niej zdezorientowany głos. Po raz pierwszy Krzysiek usłyszał nutkę niepewności w głosie Michała. Odnotował to z niemałą satysfakcją. - Ej, ludzie, macie latarkę? Cholernie tu ciemno. Nic nie widać. A drabina nie chce się skończyć. - Latarkę? Gdzieś tu ją widziałam... Podziemne ciemności rozświetliło drżące, świetliste kółko. Wszyscy nachylili się nad otworem, z którego bił zapach stęchlizny i starej ziemi. - Uważaj, ta drabina nie wygląda najsolidniej. - Spokojna głowa. Wiecie, co jest najlepsze? Nie jestem już w ogóle pijany. Wszystko uleciało. Zeskoczył na ubitą ziemię. Pomieszczenie miało ponad cztery metry wysokości. - I co? Widzisz coś? - Jest wino? – Wyrzęził Tofik. - Nie ma wina... Pusto, cholera, pusto i ciemno. Zaraz. Co to? – Światełko zatańczyło w ciemności. Michał podniósł coś z ziemi. – Wypalona świeca. Fuu! Klei się. Czekajcie. Jakiś stolik. I... Zapadła cisza. Stłoczeni nad mrocznym otworem, wstrzymali oddech, nawet o tym nie wiedząc. Wreszcie dobiegł ich głos: - To jakaś książka. Ale cholernie stara. Cała zakurzona. - Jaka książka? Co ty pieprzysz? Tam, na dole? - Aha. Czekajcie. Ludzie, ale stara. Prawie rozsypuje się w rękach. Jakieś dziwne litery. Odczytałbym tytuł, ale jest zamazany. Nec... Cośtam, cośtam. W mordę, ale fajne ilustracje. Jakiś wierszyk. Co to za litery? Khe... Nic... Werba... Śmieszne, co? Ksann... Ozrak... Suche, absurdalne zgłoski zdawały się rozdzierać ciszę na pół, gwałcić zamarłe w milczeniu powietrze. Był w nich jakiś zgrzyt, coś, co wymykało się próbom okiełznania. Po kilku sekundach inkantacji głos Michała stał się głośniejszy, bardziej pewny siebie. Studenci milczeli, zahipnotyzowani metalicznym brzmieniem słów, abstrakcyjnych i... Obcych. Michał, do tej pory opierający się o blat stolika, wyprężył plecy. Prawą rękę uniósł tak, jakby trzymał w niej puchar pełen wina. Albo krwi. Absurdalna myśl. Skąd się wzięła? Pierwsza ocknęła się Kes. Krzyknęła w ciemność: - Michał! Przestań! Zero reakcji. Nie przestał mówić. Wydrapywał z ciemności kolejne słowa: Akh-khamanga. Sakk. Nigurat. Leh. Czy tylko się jej zdawało, czy temperatura w domku podniosła się o dobre kilka stopni? Ogarnęły ją złe przeczucia. W następny krzyk włożyła wszystkie swoje siły. - Michał!! PRZESTAŃ!! Cisza. Udało się? Marta z Krzyśkiem trwali w bezruchu. Mętne spojrzenia bez zainteresowania omiatały pustkę. Szturchnęła ich; oprzytomnieli. Michał wspiął się na górę. - E tam, nic ciekawego. Stare śmieci – powiedział bez emocji, jednak na dnie oczu błyszczało mu coś, co bardzo nie spodobało się Kes. Przyprawiało o dreszcz, spływający wzdłuż kręgosłupa lodowatym strumieniem. - Nie będzie wina? - Nie, Tofik, nie będzie. Musisz zadowolić się browarem. A’propos. Rzuć jednego, wyschło mi w gardle. Zatrzasnęli klapę, dywan wrócił na swoje miejsce. Po kwadransie wspomnienie dziwnego wydarzenia było już tylko odległą mgiełką, zasnuwającą zakamarki pamięci. Syknęły otwierane butelki. Powróciły ożywione rozmowy. Kes zaparzyła jeszcze jedną kawę. Tylko ona wyglądała na zaaferowaną. Nie mogła wyrzucić z umysłu tych słów, obcych, dziwnych, nie należących do żadnego ze znanych jej języków. Inni doszli do wniosku, że Michałowi najzwyczajniej w świecie alkohol pomieszał w głowie.
š
Wstawał świt. Tofik zasnął na kanapie, rozciągnięty w dziwacznej pozie. Marta, od ponad godziny ziewająca skrycie, zarządziła odwrót w kierunku łóżek. Niespodziewanie, wiele zabawy dostarczył im prysznic, który, głuchy na wszystkie przekleństwa, zamiast gorącej wody wyrzucał z siebie płynny lód. Kąpali się, drżąc z zimna. Chłopaki mieli spać w salonie. Kes dostała w przydziale jedną z sypialni na piętrze. Marta skinęła na Krzyśka i zaprowadziła go do drugiej. Zamknęła drzwi i przekręciła klucz. - Oto i nasze królestwo – powiedziała, zanurzając się w puchowej pościeli. – Strasznie zmarzłam. Ty nie? - Trochę. Zupełnie nie chce mi się spać. - Mi też. Dziwne. Jeszcze przed kąpielą padałam z nóg, myślałam, że za wszystkie skarby świata nie wczołgam się po tych schodach. A teraz? O – wyjrzała za okno. – Patrz, słońce wschodzi. - Faktycznie. Robi się jasno. W sumie, wypadałoby choć troszkę się zdrzemnąć. - Taaak? – Zapytała, przysuwając się do Krzyśka. Przez cienki materiał pidżamki czuł ciepło jej ciała. Przylgnęła do niego, mrucząc cichutko. - Czy pani czegoś chce? Żąda świadczeń? - Mrr. - Pomyśleć, że nazywają was słabą płcią – westchnął, obracając się, by pogłaskać jej nagie ramiona. – To największy mit od czasów Kolumba. Kobiety... Co wy z nami robicie. - Wszystko, na co mamy ochotę. - Prawda. Święta, cholerna, rozkoszna prawda – powiedział i zsunął z niej górną część piżamki. Ostatnie skrawki zmęczenia opadły, kiedy dotknął ustami gorącej, jedwabistej skóry. Marta jęknęła cichutko. - Nie usłyszą nas? – Zapytał. - Nie myśl. Rób. Wszystko, na co mam... Na co masz ochotę – poprawiła się.
š
Sen nie przychodził. Kes bezradnie przewracała się z boku na bok. W końcu, zirytowana i absolutnie nie śpiąca wyszła na taras, by odetchnąć świeżym, leśnym powietrzem. Bardzo chciała zapomnieć o wydarzeniach poprzedniego dnia, dałaby wiele, by podobnie jak inni po prostu cieszyć się wolnością i ostatnimi chwilami wakacji. Między drzewami można było dostrzec matową taflę jeziora. Na powierzchni osiadła lekka mgiełka, nieodłączna część leśnego przedświtu. Donośny, żabi skrzek, dochodzący z drugiego brzegu, wypełniał całą okolicę. Zatarła ręce. Kiedy Michał schodził w dół, w żołądku zakwitła jej lodowata kulka paniki. Czuła się, jakby połknęła śnieżynkę. Nie był to pierwszy raz. Wcześniej doznała tego, gdy Krzysiek wypłynął na jezioro. Nie mogła odegnać od siebie przeczucia, że coś łączyło te wydarzenia. I że to wcale nie koniec. Poza tym, kwestia chyba bardziej przyjemna, choć?... Michał dotknął jej bioder, swobodnym, delikatnym ruchem. Przypadkowo, a może i nie. Nigdy nie potrafiła radzić sobie z uczuciami. Ona – zadeklarowana romantyczka, uciekająca ku gwiazdom i marząca o kolacji przy świecach. Ona... W czasie, gdy jesień przejmuje od lata władzę, posyłając mu pocałunek pachnący zbutwiałymi liśćmi... Otóż ona drży na wspomnienie dotyku człowieka, który dwa razy powtarzał ósmą klasę i – jak głosi plotka – przeleciał już prawie wszystkie dziewczyny z czwartego roku dydaktyki. Jak to o niej świadczy? Czego dowodzi? Po lodowatej kąpieli nie potrafiła spojrzeć sobie w oczy. Bała się. Czego? Może tego, że zobaczy w nich rozpaczliwą tęsknotę i... Zgodę. Ciche przyzwolenie na wszystko. Byleby tylko znów poczuć jego dłoń na swojej skórze.
š
Słońce stało już wysoko nad horyzontem, kiedy z mozołem zwlekli się z łóżek. Rozcierając na powiekach resztki snów, ochoczo zabrali się za parzenie kawy. Tofik był blady jak papier, prawie nic nie mówił i co chwila pociągał łyk z butelki wody mineralnej. Kes, mruknąwszy „dzień dobry wszystkim”, usiadła w kącie, skąd słała mgliste spojrzenia w kierunku bliżej nieokreślonym, a jeszcze bliżej Michała. Ten nie zwracał na nie większej uwagi, pochłonięty wzrokowym obmacywaniem Marty, kiedy Krzysiek akurat patrzył w inną stronę. Kawa spełniła swoją funkcję, ostatecznie wyostrzyła zaspane oblicza. Padło hasło: „siatkówka”. Padła odpowiedź: „najpierw śniadanie.” Jajecznicę przygotowywała Kes, mistrzyni jajecznic. - Nie macie tu przypraw? – Skrzywiła się. Marta pokręciła głową. Mimo tego to, co wyszło spod jej ręki, z powodzeniem mogło ujść za mistrzostwo świata. Komplementom nie było końca: - Boże, co ta kobieta potrafi zrobić z jajkami – zachwycał się Michał. - To żadna sztuka – odparła skromnie kucharka. – Nawet facet potrafi to przyrządzić. - Nie w tak cudowny sposób, moja droga – odpowiedział. Twarz Kes ozdobił rumieniec. – Tu potrzeba kobiecej delikatności, smukłych rąk, kunsztu. Facet to maszyna. Prawda, panowie? Daj mu karteczkę, to wszystko zrobi, od a do zet, może nawet nie poplami sobie spodni żółtkiem. Ale tylko wy, kobiety, potraficie dźwignąć gotowanie do rangi sztuki. I stworzyć COŚ takiego. Można jeszcze? - Nie ma – powiedział Tofik, który właśnie skończył oskrobywanie patelni. - Widzisz, Kes? Wszystko wyżarli... Tofik, ty sukinsynu! Serca nie masz. - W miłości i przy śniadaniu wszystkie chwyty dozwolone – zauważył Krzysiek, pieczołowicie czyszcząc talerz. - O, taak – odpowiedział Michał i wykorzystując chwilę, posłał Kes porozumiewawcze mrugnięcie. Oczywiście, aby ustalić, kto zmywa, musieli ciągnąć zapałki. Wypadło na Martę. Przeklęła los, raz jeszcze pochwaliła jajecznicę i zamknęła się w kuchni. Po krótkiej sjeście wydobyto z dna szafy starą piłkę do siatkówki. Już na piaszczystym boisku zdecydowano, że jedna osoba musi sędziować, chyba, że ktoś się przepołowi. Tofik pobiegł po zapałki. Pech. Wylosował najkrótszą. Może i dobrze się stało, albowiem w dalszym ciągu męczyła go tajemnicza przypadłość, zwana przez studentów „kaczorkiem.” Jajeczne obżarstwo nie poprawiło sytuacji. Zakopał się w piachu i udawał, że ma władzę nad grą. Krzysiek z Martą wygrali bez trudu, głównie dlatego, iż Kes piłkę do siatkówki trzymała trzy razy w życiu. Michał dwoił się i troił, lecz nie mógł swoimi opalonymi ramionami pokryć powierzchni połowy boiska. Grę obserwował dozorca. Stał w drzwiach swojego domku, oparty o futrynę. Kiedy zbierali się do odejścia, podszedł i zapytał: - Wszystko w porządku? - Tak, panie Heniu – Marta podbiegła do niego, wciąż jeszcze zdyszana. – Wygraliśmy! Widział pan? - Widziałem, dziecko. Świetnie zbijasz piłkę. Czyli wszystko gra? Nic się nie stało? - Nie... Ale dlaczego pan pyta? - Nieważne. To głupota – zaśmiał się niepewnie. Odkaszlnął kilka razy. - O co chodzi?... – Zapytała zaniepokojona dziewczyna. - Nic takiego. Miałem dziwny sen. - Aha. Machnął ręką. - Ale nieważne. Grunt, że wszystko w porządku. Miłego dnia – powiedział i odszedł. - O co chodzi? Za głośno jesteśmy? – Zapytał Krzysiek, kiedy wróciła na boisko. - Nic się nie stało. Pytał, czy u nas wszystko okej. - I co mu powiedziałaś? - Że tak. A co miałam powiedzieć? Źle się czujesz, brzuszek boli? – Agresja w jej głosie była tak niespodziewana, że wszyscy umilkli. – Boże, Krzysiek, przepraszam, nie chciałam... Muszę się chyba jeszcze trochę zdrzemnąć. W ramach przeprosin pocałowała go w policzek.
š
Ze wschodu nadciągnęły ciemne chmury. Słońce zniknęło za szarą kurtyną, wiatr wzmógł na sile, tarmosił włosy i zdmuchiwał z tarasu plastikowe kubeczki. Podczas gdy reszta zgromadzenia wykopała skądś karty i obsiadła stół, grając w pokera na zapałki, Krzysiek poszedł po łódkę. Dozorca bez słowa podał mu klucz od szopy. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Rozsypujący się budynek krył w swoich trzewiach również dwa kajaki i zdezelowany rower wodny. Śmierdziało starą farbą, a po deskach biegały pająki. Wypłynięcie na jezioro nie było łatwe; cały czas nosił w głowie wspomnienie poprzedniego popołudnia, kiedy ta sama toń chciała go zatrzymać w swoich cuchnących wodorostami ramionach. Co to było, co prześlizgnęło się po jego skórze? Ryba? Tak po prostu? Niemożliwe. Żadna ryba nie zacznie owijać ci się wokół nogi, choć... Może jakiś węgorz? Nie wiedział. Płynął, zdecydowanymi ruchami rozgarniając fale. Nowe wiosła bardzo dobrze leżały w rękach. Szkoda tylko, że słońce zniknęło za chmurami. A było tak już ładnie... Przymocował łódkę do metalowej obręczy. Zdziwiła go cisza. Kiedy wychodził, z radiomagnetofonu biły wściekłe nuty, a co kilka chwil ktoś głośno klął, przeklinając los, który pokarał go, dajmy na to, dwójką i siódemką nie do koloru. Cisza. Na tarasie nikogo nie było. Ogarnęło go absurdalne, ścinające krew w żyłach podejrzenie. Nie ma ich. Kiedy on mocował się z łódką, pobiegli do lasu, zostawiając wszystko na stole. Na przykład ten plastikowy kubeczek, który teraz leciał przez stół, szturchany przez chłodny wiatr. Krzysiek chciał krzyknąć, jednak głos uwiązł mu w gardle. Pusto. Nie ma ich. Zniknęli. Wtedy usłyszał głuchy tupot, jakby przez drewniany parkiet biegło stado słoni. Ktoś zbiegał po schodach. Dzięki Bogu. Odetchnął z ulgą, w myślach wyzywając się od idiotów. W drzwiach ukazał się Michał, był w samych slipkach. Minął Krzyśka z dzikim okrzykiem: - Śmierć frajerom! Młodość jest wieczna! Zbiegł do jeziora. Nawet w pełnym pędzie pamiętał, by prężyć klatę i napinać mięśnie, wskutek czego wyglądał nieco komicznie. Z domku wybiegł również, garbiąc się, Tofik. Truchcikiem dołączył do kolegi. Oboje stali teraz na pomoście, pełni filozoficznej zadumy i gęsiej skórki. - Zimna – powiedział Tofik, wynurzając palec. - Dziewczyny, Krzysiek, chodźcie, jest wspaniała! - Chyba upadłeś na głowę – roześmiała się Marta, wychylając się z górnego tarasu. - Nie żartuję! Chodźcie! Krzysiek ze zdziwieniem stwierdził, że zdjął już bluzę i spodnie. Pomysł był tak debilny, że aż uroczy. Poza tym, nie mógł przecież zostać w tyle za Michałem. Zwłaszcza, że to na jego klatę patrzyła się właśnie Marta. Kes również, gwoli ścisłości. Zbiegając do jeziora, przeklinał rodzaj żeński i własną głupotę. Wczoraj prawie utonął, jeszcze czuł w ustach ten ostry, żelazisty posmak. A dzisiaj co? Ochoczo nachyla się nad wodą, śmieje się do gościa, który w myślach pieprzy jego dziewczynę i... Śmiech. Klepnięcie. I lodowata woda. - Wy sukinsyny! – Krzyczał, kiedy już wypłynął na powierzchnię. Michał śmiał się w kułak. Wszyscy się śmiali. Z tarasu dobiegał ostry, perlisty chichot Marty. Nie namyślając się wiele, złapał Michała za nogę. Ten próbował się wyrwać, jednak uścisk był silny, zbyt silny. Krzysiek włożył w niego całą złość, która rozpalała mu trzewia, całą frustrację, cały żal. Plusk. - Tofik, cholero, sam zostałeś. Nie trzęś się tak. Dygoczesz cały. Chodź, tu jest cieplej, zobaczysz. - Aha. Postoję. - Nie postoisz – powiedział Michał i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Creep
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…