Wróć do katalogu

Jill

opowiadanie o tęsknocie, sile wspomnień...

biljo, opublikowano , 29 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W ciepły pogodny wiosenny poranek obudził się z obolałą głową. Popatrzył na stary, brązowy zegar. Była dopiero piąta czternaście, ale wydawało mu się, jakby już było dobrze po dziesiątej. Pies nowej sąsiadki szczekał za oknem, co nasilało ból głowy. Zdenerwował się myśląc o swoim ostatnim zasłabnięciu i zaczął obwiniać psa o chorobę. Dla bezpieczeństwa postanowił dzisiaj zostać w domu. Winston nie lubił spędzać ciepłych dni w bloku osiedlowym. Wolał spacerować w parku i choć miał już swoje sześćdziesiąt sześć lat, jesienią nadal uwielbiał zbierać kolorowe liście i lśniące od kropel deszczu kasztany, wiosną oglądał zielone drzewa, a latem siadywał na ławce i czytał. Tak wypełniał sobie czas do niedawna. Miał wtedy jeszcze dużo sił do samotnych spacerów. Czasem na samo wspomnienie atmosfery parku, dźwięku rozbrzmiewającego tam zawsze śmiechu dzieci zrywał się gwałtownie z fotela, wkładał płaszcz, stosowne do pogody buty i szybko ruszał w jego stronę. Cieszył się, gdy tam chodził. Próbował zapamiętać każdy szelest, każdy plusk stawu, do którego dzieci uwielbiały rzucać kamyki znalezione na ścieżce i wszystkie śmiechy, żeby wieczorem po powrocie do domu nadal żyć radością spotykanych tam ludzi i pięknem otaczającej przyrody. Trzasnęło okno. Winston zmobilizował się do wstania. Nie było mu przyjemnie myśleć o tym, że taki ładny dzień musi spędzić w mieszkaniu. - Wyjdę chociaż po zakupy - pomyślał i uśmiechnął się do lustra w przedpokoju. Znowu poczuł ostry ból głowy. Poszedł do kuchni i po zjedzeniu paru bułeczek, które upiekł poprzedniego dnia, podszedł do okna. Zaczął padać deszczyk. Zmartwiło to trochę staruszka, jednak wnet wydało mu się to bardzo optymistyczne. - Nie ma czego żałować. Deszcz rozpada się zaraz na dobre i nawet, gdybym wybrał się do parku, nie zastałbym tam nikogo - pocieszył się wiedząc, że sam siebie okłamuje. Stojąc przy oknie rozglądał się jeszcze przez chwilę, a potem udał się do pokoju. W szafie znalazł swoje spodnie i ulubiony sweter, który Jill podarowała mu w ostatnie razem spędzone przez nich święta Bożego Narodzenia. Pamiętał jej przestraszoną minę, gdy otwierał znalezioną pod choinką zapakowaną przez nią paczkę. Miała różową wstążeczkę, którą później podarli bawiąc się jak małe dzieci w przeciąganie liny. Winston podniósł z półki ramkę ze zdjęciem Jill. Popatrzył na roześmianą twarz swojej żony i zapytał ją: - Dlaczego akurat ty musiałaś umrzeć? Nagle zawstydził się i zaczął się odruchowo rozglądać dookoła, jakby szukał tej różowej wstążki. Łzy pojawiły mu się w oczach, więc odstawił zdjęcie, szybko ubrał płaszcz i wyszedł po zakupy. Na zewnątrz zrobiło się ciepło, a deszcz przestał padać. Staruszek ucieszył się, bo nie musiał wracać do mieszkania po parasol, którego z wrażeń zapomniał wyjąć z szafki. Powoli ruszył w stronę jasno oświetlonego sklepu. Szedł patrząc na niebo i rozmyślając o Jill. Zastanawiał się, czy tęskni za nim tam u góry. - Dzień dobry - usłyszał znajomy głos. - Co słychać? - Dzień dobry - odpowiedział sąsiadowi, który właśnie wychodził ze sklepu otwierając parasol. - Wszystko w porządku. Pogoda ładna, to i dobre samopoczucie. Pan Shinns wiedział, że sąsiad skłamał. Zmarszczone czoło odpowiadało za Winstona, że znowu boli go głowa. Nie chciał jednak zbyt długo przyglądać się sąsiadowi w milczeniu, więc żartobliwie odezwał się: - Jasne. Pogoda ładna, a ja otwieram niepotrzebnie parasol, żeby się ukryć przed wychodzącym słońcem. - I to na dodatek czarny parasol - wesoło odparł Winston zapominając na chwilę o bólu głowy i uśmiechając się. - Do zobaczenia - pożegnali się równocześnie i każdy poszedł w przeciwnym kierunku. Rozweselony staruszek zrobił zakupy. Jak nigdy kupił też biszkopty, które zawsze lubiła Jill. Czasami grając wieczorem w karty potrafili pochłonąć sześć paczek tego przysmaku i jeśli udało im się wszystkie zjeść do dziewiątej, Winston szedł kupić następne. Mama Jill obrażała się, gdy zamiast jeść przywożone przez nią domowe pierniczki zjadali tonami sklepowe biszkopciki. - Pamiętasz, jak pewnego razu sama spróbowała upiec takie biszkopty? - zapytał powietrze myśląc, że Jill idzie obok niego. Przechodzący właśnie policjant spojrzał na Winstona zdziwionym wzrokiem, co zawstydziło staruszka. Zdał sobie sprawę, jak nieświadomie się wygłupił przed młodszym od siebie człowiekiem i dlatego szybszym krokiem ruszył do domu. Wchodząc powoli po schodach poczuł ukłucie w skroni. Przystanął na moment przepuszczając małą dziewczynkę, która z parasolką, wózkiem, grubą lalką i psem na smyczy usiłowała zejść po schodach na podwórko. - Dzień dobry, panie Gulter - powitała go jak zwykle. - Czy mocno pada? Bo jak mi dziecko zmoknie, to się powieszę. - Bez obaw. Właśnie przed chwilą przestało - śmiejąc się odpowiedział staruszek. - Zresztą, gdyby nawet zmokło, zawsze można dziecko wytrzeć. - Ale nie ją, niestety - odrzekła dziewczynka pokazując, że lalka jest z materiału. - Po deszczu zawsze ma na twarzy zacieki. Już parę razy zmokła i teraz wygląda tragicznie. Jeśli dzisiejszy deszcz pogorszy sprawę, nic już z niej nie będzie. A ja pokładam w niej tyle nadziei. Chciałabym, żeby została lekarzem. Staruszek przeraził się powagą gadaniny dziewczynki i w jednej chwili uśmiech zniknął mu z twarzy. Patrzył spokojnie na małą, jak odwraca się i kopie do przodu wózek z grubą lalką usiłując równocześnie wcisnąć na siłę długi parasol do kaloszka, żeby uwolnić od ciężaru ręce. - Dziwne dziecko - pomyślał zastanawiając się, czy czasem nie powiedział tego głośno. - Zero radości na twarzy i w duszy. Otwierając drzwi nadal myślał o małej sąsiadce. Po chwili zaczął ją porównywać z Jill, którą poznał, gdy miała pięć lat. Po raz pierwszy zobaczył ją przy dużym samochodzie dostawczym, jak błyszczącymi oczami patrzyła na mężczyzn pomagających jej rodzicom w przeprowadzce. Wyjmowali oni stosy książek i rysunków, które następnie zanosili do małego domku. Jill stała w zamszowym kapeluszu i próbowała ustawić na swojej dłoni stokrotkę. Winston do dzisiaj ze szczegółami pamiętał ten widok. Ilekroć spoglądał na żonę, a teraz na jej zdjęcie, od razu przypominał sobie tamto jej milczenie. Była wtedy mała i tak ładnie patrzyła.

Winston wracał właśnie wtedy ze szkoły. Miał nowy plecak, dlatego przyczepił do niego - dzisiaj wydawało mu się to potwornie banalne - dwa dzwoneczki, które miały za zadanie zwrócić uwagę klasy na to, że ma najładniejszy plecak. Kiedy spojrzał na Jill, zapomniał o swoich dzwonkach i wpatrywał się w nią. Po chwili usłyszał: - Czy pan umył ręce? - głośno powiedziała Jill do mężczyzny, który po odniesieniu kleju do tapet do piwnicy chwycił za białe kartki, na których Winston zobaczył narysowane kanapki. - Te rysunki nie mogą być brudne. - Przecież nic im się nie stanie - niegrzecznie odparł mężczyzna korzystając z nieobecności ojca dziewczynki. - Stanie. Będą miały tłuste czarne plamy i nie będę mogła ich podarować moim nowym przyjaciołom - spokojnie i z uśmiechem, jak małemu dziecku wytłumaczyła Jill. Sama podniosła wszystkie rysunki, ładnie je ułożyła i rozejrzała wokoło. Zauważyła Winstona, który uśmiechnął się i przestąpił z nogi na nogę, a dzwonki zawieszone na plecaku zadzwoniły radośnie. - To dla ciebie - zwróciła się do niego Jill. - Narysowałam dla ciebie kanapki z dżemem. To prezent za to, że witasz mnie jak mała krówka ślicznie dzwoniąc. - Dziękuję - zdołał ze strachu i radości wydusić Winston. - Nie ma za co. Jeśli kiedyś narysujesz kanapki, też możesz mi je podarować - z uśmiechem odpowiedziała Jill i pobiegła do domu, bo ojciec wołał ją z tarasu.

Staruszek odwiesił płaszcz i włożył zakupy do lodówki. Z szafki wyjął szklaną miseczkę i wsypał do niej wszystkie biszkopty. Spojrzał na okno. Niebo się przejaśniło i wyszło ogromne słońce, którego promienie padały na okno Winstona i ogrzewały całą kuchnię. Staruszek udał się do pokoju i usiadł w fotelu, a na stole postawił miskę z biszkoptami. Popatrzył na nią, a potem na zdjęcie Jill. Zamknął oczy próbując sobie przypomnieć moment, kiedy po raz pierwszy ją odwiedził w nowym domu.

Któregoś jesiennego popołudnia siedział samotnie w domu. Rodzice z siostrą wybrali się na krótki spacer, który nieoczekiwanie się przeciągnął, więc chłopiec nie chciał już bezczynnie czekać na powrót rodziny i po nim obiecaną ogromną porcję lodów. Poczłapał więc do biurka z zamiarem narysowania czegoś ładnego. Wtedy właśnie przypomniały mu się kanapki Jill. Z szuflady z przyborami do malowania wyjął opakowane w białą teczkę rysunki dziewczynki. Każda kartka przedstawiała kanapki z dżemem. Były one tej samej wielkości, jednak Jill "posmarowała" wszystkie różnymi dżemami. To spodobało mu się najbardziej. Chwilę się zastanawiał i od razu sam zaczął rysować kanapki. Chciał, żeby wszystkie wyglądały tak samo ślicznie jak kanapki z rysunku koleżanki, dlatego postanowił narysować chleb o kształtach dzikich zwierząt jednocześnie rysując na każdej taki sam plaster sera. Po godzinie starannego rysowania wstał z krzesła, ustawił kartki na parapecie i przyjrzał im się dokładnie. Uśmiechnął się do kanapek i po chwili szybko narysował z tyłu każdej kartki brązowy kapelusik z napisem "Jilly".

Staruszek otworzył oczy. Przez chwilę nasłuchiwał i czekał aż znowu poczuje ból głowy. Jednak uporczywy rano ucisk nie powracał. Zadowolony Winston wstał i otworzył górną szafkę dużego segmentu. Stał tam kolorowy pojemnik po klockach, a obok leżały małe pudełka. Winston ostrożnie wystawił je na zewnątrz, zamknął szafkę i przysunął wszystko do fotela. Na dnie pojemnika odnalazł stare pożółkłe rysunki, na których zobaczył kanapki, a obok każdej z nich malutkie napisy, których nie zdołał przeczytać bez okularów.

Winston zostawił krótką informację dla rodziców dotyczącą swojego niespodziewanego wyjścia i pojechał do domu Jill. Dom dziewczynki z dnia na dzień wydawał mu się piękniejszy, chociaż nikt go nie odnawiał ani nie remontował. Winston z przyjemnością stanął na schodkach i zadzwonił do drzwi. - Dzień dobry - powiedział kobiecie, która otworzyła. - Czy mógłbym się zobaczyć z Jill? - Oczywiście - wesoło odparła mama dziewczynki. - Nie przypuszczałam, że Jill ma już tutaj przyjaciół. W jednej chwili Winston poczuł się bardzo dumny z tego, iż został uznany za przyjaciela małej. Dumnym krokiem siedmiolatka wszedł po schodach i zapukał do drzwi pokoju Jill. - Proszę - usłyszał wesolutki głosik dziewczynki. - Przyniosłem ci kanapki - wchodząc powiedział Winston i zawstydził się. - Mam nadzieję, że ci będą smakować. Dziewczynka przyjęła kartki i na słowa zdenerwowanego wizytą chłopca uśmiechnęła się i uspokajająco odparła: - A gdzie życzenie "smacznego"? W tej samej chwili roześmiali się. Winston nie czuł się już nieswojo, a Jill uśmiechała się do rysunków. Oczy jej błyszczały i śmiesznie kręciła głową, jakby chciała dokładnie z każdej strony obejrzeć kanapki. Po chwili popatrzyła na odwrotną stronę jednej z kartek. Przeczytała głośno napis na kapeluszu i powiedziała: - Jesteś bardzo dobrym przyjacielem. Tylko ja mówiłam dotychczas do siebie "Jilly". W jaki sposób zgadłeś, że tylko w mojej głowie istnieje takie imię? - Kanapki mi o tym powiedziały - odrzekł chłopiec wstydząc się. Jednak dziewczynce spodobała się taka odpowiedź i pomyślała, że mogłaby razem z kolegą znaleźć ciekawe imiona dla wesołych kanapek. - Jak masz na imię? - zapytała. - Winston -pospiesznie odpowiedział Jill. - Od dzisiaj będziesz miał na imię Winny, żeby Jilly nie było smutno - oznajmiła z uśmiechem chłopcu, któremu z radości zabłyszczały oczy. Winston zgodził się tego dnia na wszystko. Polubił zdrobnienie swojego imienia, chętnie bawił się w wymyślanie imion, a przed wyjściem razem z Jill narysował na wielkiej kartce mnóstwo malutkich kanapek. Wracając do domu wiedział, że dzisiaj znalazł prawdziwą przyjaciółkę. Jechał rowerem, dzwoneczki plecaka dzwoniły cicho, bo zagłuszały je szumy przesuwanych przez wiatr liści, a Winston z dumą wiózł połowę tej dużej kartki z kanapkami przypominając sobie dźwięczny głos koleżanki. W domu na pytania rodziców ku ich ogromnemu zdziwieniu powiedział tylko: - Czy możecie mi zrobić dobrą kanapkę?

Była już prawie jedenasta. Na stole stały puste pudełka, a obok nich leżały rzeczy, które na pierwszy rzut oka wyglądały na zupełnie nieużyteczne. Staruszkowi były one jednak bardzo potrzebne. Patrzył na zdjęcie Jill, a po chwili miętosił w palcach stare opakowanie po cukrze waniliowym, przezroczystą folię z narysowanym na niej starym BMW. Kiedy je oglądał, wracała przeszłość. Nie myślał o tym, że jest mu ciężko bez Jill. Pamiętał same dobre i śmieszne rzeczy, same dziwaczne zdarzenia, które tylko im się przytrafiały, a których żaden człowiek nie potrafił zrozumieć. Tylko oni umieli się z nich śmiać, więc ilekroć Winston dotykał i oglądał te stare dowody ich minionych zabaw powracał jego uśmiech, a co najważniejsze ożywiał na moment żonę.

Cała jesień minęła Jilly i Winny'emu na wspólnie spędzanych zabawach. Wracając ze szkoły chłopiec wstępował do przedszkola, skąd za zgodą mamy Jill odbierał wcześniej dziewczynkę i szedł z nią do parku, by pozbierać liście, kasztany i suche gałązki o interesujących kształtach. Czasami rzucali parasolami i gdy było dość ciepło zdejmowali kalosze, wchodzili na ławki i skakali na mokrą trawę. Zimą wracali do domu autobusem, żeby - jak twierdziły obie mamy - nie marznąć podczas powolnego spaceru do domu. Dzieci wcale nie zmartwiły się zmianą codzienności. Cieszyły się, że dzieje się coś nowego. Któregoś mroźnego dnia Winston wcześniej skończył lekcje i szybko poszedł po Jill. W przedszkolu panował okropny harmider, bo dzieci przygotowywały się do świąt. Wszystkie głośno krzyczały, jedynie Jill stała spokojnie przy wysokim stoliku i rysowała coś na kartce. Chłopiec domyślił się, jakim rysunkiem dziewczynka chce przywitać św. Mikołaja. Podszedł więc do niej i powiedział: - No i jak, Jilly, myślisz, że będzie smakować świętemu? Uśmiechnięta i trochę zaskoczona nagłym pojawieniem się kolegi Jill odwróciła się i odparła: - Pewnie. Kanapka w kształcie renifera z cukrem waniliowym musi być smaczna. Ale jak wygląda cukier waniliowy? - Nie wiem - odrzekł Winny zastanawiając się, co to jest. - Musimy to sprawdzić w sklepie po drodze na przystanek. Ubiorę ci czapkę, bo sypie śnieg. - Dzięki. I patrz na moje nowe rękawiczki. Poprosiłam, żeby mama zrobiła na nich twoje kanapki. - Ja też o takie poproszę - zdecydował chłopiec i uśmiechnął się do małej. Kiedy wyszli z budynku śnieg sypał jeszcze bardziej, a mróz szczypał w policzki dzieci. Jill pociągnęła więc…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych