K R E D E N S
Pamięci osobie która była związana sercem z innymi dla innych. Spór rodzinny na tle majątkowym.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jeszcze pół roku temu nikt w najśmielszych przypuszczeniach nie mógł przewidzieć tego co się wydarzy w ostatnich kilku miesiącach. A wydarzyło się wiele, bardzo ważnych zdarzeń. Mimo, że mogłoby się wydawać, że kiedyś to na pewno nastąpi, to jednak, że tak szybko nikt nie przypuszczał. Sytuacja niby była przejrzysta. Stopniowo się kształtowała, miała swój prolog, ciąg, ale do ostatniej chwili nikt nie wiedział, że epilog będzie tak prozaiczny i tak nagły, a mimo swej tragicznej wymowy łagodny do przyjęcia. W tym roku koniec wiosny i początek lata nie dawały powodu do zadowolenia. Zmienna pogoda, częściej chłodna niż ciepła, jak na tą porę roku nie przystało, nie była bez znaczenia dla ludzi starych, chorych i wrażliwych. Były dni parne, że dech zapierało, były porywiste wiatry, były też dni tak chłodne, że pasowały by do listopada. A był właściwie czerwiec. Koniec roku szkolnego. Dziatwa snuła marzenia już o tym gdzie i jak spędzi wakacje. Zapowiedzi meteorologów nie rokowały szybkiej poprawy pogody. Dni płynęły wolno w domowych zaciszach. Ciocia Hania samotnie zamieszkiwała w starej, pamiętającej czasy międzywojenne kamienicy w centrum Mysława. Choć miasto to, jak na warunki wojewódzkie nie należało do małych, to niektórzy ludzie starej daty byli w pewnych kręgach znani. Znajomości te często liczyły się w dziesiątkach lat. Mimo dostojnych lat ciocia Hania znana była też młodszej generacji. Część znajomych nostalgicznie wspominała okresy swojej młodości, gdyż to w znacznej części wielu było uczniami cioci Hani. Ciocia Hania prawie czterdzieści lat była nauczycielką w miejscowej starej jak ona szkole. Można by powiedzieć, że mury tej szkoły były niemym, a czasami burzliwym świadkiem wielu zmian zachodzących nie tylko w tym mieście, ale też w kraju i świecie. Szkoła w której ciocia Hania uczyła była świadkiem pierwszej i drugiej wojny światowej i trzech powstań śląskich. W czasie ostatniej mieścił się tu szpital polowy, a wraz z cofaniem się Niemców, do szkoły tej zakwaterował się sztab dowodzenia armii radzieckiej na ten rejon. Z jej murów padały rozkazy dowódców trzech powstań śląskich. Ten chlubny historyczny rodowód czynił ją znaczącą w swoim dostojeństwie. Zasługiwała na wyższą rangę niż tylko na podstawową. W ostatnim okresie pracy przez blisko siedem lat ciocia Hania dyrektorowała. Okres ten często nazywała ukoronowaniem jej możliwości technicznych ale nie zawodowych. Była dumna z tego, że jako jedyna w tej miejscowości tyle lat przepracowała w jednej szkole. Zmieniały się ustrój, kierownictwa, bywały różne trendy, tylko ona była stała, niezmienna w swych przekonaniach. Miała wiele propozycji awansów, ale rezygnowała, bo szkołę tą traktowała jak swoją matkę, która karmi, to znów jak swoje dziecko wymagające troski. Była jak krzew winorośli zrośnięty z tymi murami. A owoce dawała dorodne. Mogła się szczycić wysokimi stanowiskami zajmowanymi przez jej wychowanków. Od wczesnej młodości znajdowała zrozumienie dla swoich uwag, pouczeń, poglądów. Mimo nie zawsze niesprzyjających warunków dla głoszenia poglądów katolickich - od wczesnego dzieciństwa, należała do różnych młodzieżowych organizacji przykościelnych. Z poglądami swymi nie kryła się nawet w bardzo trudnym okresie stalinowskim. Skoro ma to nie być podręcznik historii pominę historyczne perypetie tej części jej zmagań. Faktem jest, że ciocia Hania nie była osobą tuzinkową, spotykaną codziennie w każdym miejscu pracy. Była wielka mimo niewielkiego wzrostu. Głowa jej pękała od pomysłów na zdobywanie wiedzy, jak też i sposobów przekazywania jej dzieciom i młodzieży. Nigdy nie wyszła za mąż. Do jej powiedzonka „na to zawsze mam czas” wszyscy przywykli. Nie zorientowała się kiedy ten czas minął. Została sama z stertami książek w mieszkaniu po rodzicach. Mimo staropanieństwa nigdy nie była samotna. Skupiła wokół siebie elitę inteligencji miasta. Nigdy nie miała czasu dla siebie. Zawsze ważniejsi byli inni. A gdy ci inni potrzebowali jakiejś pomocy, czy rady to była w swoim żywiole gdy mogła uczestniczyć w ich problemach. Jej dom bez przerwy tętnił jej życiem i życiem innych. Odwiedzali ją jej uczniowie, jak i koleżanki z pracy oraz członkowie różnych miejscowych świeckich i kościelnych organizacji. Tylko rodzina, którą miała liczną dziwnym trafem nie znajdowała tyle czasu jakby ona tego pragnęła. A może to dobrze? – bo miała wtedy dużo czasu dla siebie i spraw innych ludzi. Nie potrafiła dać z siebie połowę. Często mawiała, a co z drugą połową? Była uparta i stanowcza. Wiedzę zdobywała na solidnych przedwojennych podręcznikach seminarium nauczycielskiego. Ona nauczanie miała we krwi. Czyniła to jednak tak, że nauczany nie orientował się, że wiedzę którą ma, pochodzi od niej. Nawet gdy przełamywała stereotypy innych poglądów czyniła to tak, by nie urazić rozmówcę, a zarazem by dał on się przekonać do jej racji. Była mistrzem przekonywania. Chociaż zdarzało się jej w trakcie rozmowy ten sam wyraz powtarzać kilka razy, tak jakby zastanawiała się co chce dalej powiedzieć, precyzja myśli była niespotykana. Wiedziała o tym, że ma taki dar. Postanowiła spróbować zostać katechetką. Chciała spróbować. Najpierw, tylko jako zastępująca inne koleżanki katechetki. Gdy przekonała się z jaką łatwością to jej przychodzi, postanowiła przygotowywać do pierwszej Komunii świętej dzieci z różnymi dysfunkcjami umysłowymi i osoby starsze po raz pierwszy przystępujące do tego sakramentu. W jej mieszkaniu często nie zamykały się drzwi. Będąc już na emeryturze nie zaprzestała nauczania w domu. Ta działalność poruszała jej krwiobieg. Była w swoim żywiole. W latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia pobudzona ciekawością poznawania kraju namówiła swoje przyjaciółki z Sodalicji Mariańskiej na wspólne wycieczki. Na pierwszy wypad obrały Tatry. Jak na tamte czasy było to przedsięwzięcie kolumbowskie. Grupka pięciu panienek ruszyła na podbój świata. Mało kto pamięta dziś pierwsze aparaty fotograficzne „Certo”. Prymitywne to urządzenie o stałej przysłonie 4,5 i stałym czasie 1/60sek. było marzeniem wielu. Rzeczy osobiste zabierane na wędrówki mieściły się w niewielkim plecaczku koloru khaki z rzemiennymi ramiączkami podszywanymi filcem . Dodatkowym wyposażeniem był dwuczęściowy chlebaczek, do którego mieściła się cała wałówka przeznaczona na pokonanie pierwszych etapów wędrówki. Po wykończeniu zapasów w drodze były one uzupełniane. Był tego samego koloru co plecaczek i sprawiało wrażenie kompletu z plecakiem, choć kompletem nie był. W późniejszym okresie cennym nabytkiem do rejestrowania podróży był aparat fotograficzny „Start” z którym nie wiadomo co się stało. Pozostały tylko z tego aparatu dziesiątki filmów, z kadrami 6 na 6 cm. Jak na tamte czasy na kupno pierwszej polskiej lustrzanki stać było niewielu. Ale dla miłośniczek wycieczek nie było jednak to nieosiągalne. A fotografować było co. Świadczą o tym albumy ze starannie opisanymi zdjęciami. W przepastnych szufladach swojego wiekowego biurka, w artystycznym nieładzie w kilkunastu pękatych kopertach tłoczyły się różnej wielkości fotografie będące lustrzanym odbiciem jej życia, pasji, kontaktów, pejzaży, miejsc których już nie ma, albo które zmieniły się nie do poznania, miejsc których jej mała stópka dotknęła. Przypuszczam, że ilekroć otwierała te szuflady wydostawał się z nich powiew nie tylko historii, ale halny spod Rysów, czy Giewontu, czy chłód lochów jakiegoś zamczyska, czy też zapach tataraku z nad jeziora, lub szum fal Bałtyku. Tajemniczość tych miejsc została na stałe uwięziona na kadrach fotografii. Obok biurka przy oknie stoi czteropółkowa biblioteczka wypełniona różnymi przewodnikami turystycznymi, książkami o miejscach, które widziała, albo zamierzała zobaczyć. Nie byłaby sobą, gdyby wśród tych książek nie było różnych opracowań religijnych, żywotów świętych, pożółkłych kartek przepisywanych różnych pieśni religijnych, modlitw i nowend. Jej świat zawodowy i osobisty był dokładnie wymieszany. Ktokolwiek starałby się oddzielić jedno od drugiego nie mógłby tego zrobić. Latami nie wycierany kurz świadczy, że dawno do wspomnień tych już nie sięgała, zostawiając to potomnym. Dopiero teraz kiedy nie ma jej wśród nas, jej przeżycia stają się naszymi. Z rozrzewnieniem wpatrując się w fotograficznie wzburzone fale Bałtyku, uderzające o brzeg plaży w Rewalu, czy mury nieistniejącego już kościółka w Trzęsaczu, czy też kamienistej ścieżki wiodącej na szczyt jakiejś góry, doznajemy takiego uczucia jak byśmy współuczestniczyli w tych wędrówkach; wąchali to samo powietrze, przykładali do ucha tą samą muszelkę by usłyszeć szum morza, lub grania na fujarce zrobionej z gałęzi przydrożnej olchy, być może też rzucali monety do Morskiego Oka w nadziei, że znów kiedyś tu przyjedziemy. Oglądając to wszystko ma się przeświadczenie, że było to tak niedawno. Takie nam bliskie. Bo przecież i my zapewne byliśmy w niejednym z tych miejsc. Podziwialiśmy te same muszle, fale morza, jachty na jeziorach, czy śnieg gdzieś w wysokich partiach gór, kozice skaczące po grani. Czuliśmy podobne podmuchy zefiru i halnego, który dał nam się nieraz we znaki. Biurkowe szuflady był wypełnione kartkami pocztowymi z przeróżnych, często z bardzo odległych stron, jedne luźne, inne zaś spięte spinaczami, jakby dzielone na okresy, jedne ze znaczkami, inne zaś bez, lub miejscami gdzie znaczek był, kartki świąteczne pomieszane z widokówkami i innymi okolicznościowymi stwarzają wrażenie zamierzonego niby bałaganu. Nie była zwolenniczką usystematyzowanego trybu życia. Nie miała czasu na sprawy nie mające zasadniczego znaczenia dla doczesności. Żyła z rozpędem, nie przywiązując większej wagi na to co małostkowe dla niej i otoczenia. Z biegiem czasu krąg przyjaciółek powiększał się proporcjonalnie do pojawiających się nowych nurtów chrześcijańskich w kraju. Miały one swoje przełożenie również dla Mysława. Powstały organizacje Oazowe i Światło i Życie. Hania szybko znajduje drogę do nich. Tam też poznała nowe osoby z którymi zaprzyjaźniła się. Przyjaźnie te szlifuje w czasie wspólnych wycieczek i spotkań. Chcąc czuć się bardziej potrzebna podjęła pracę w miejscowej bibliotece parafialnej. Gdzie by nie była, zawsze szukała kontaktu z ludźmi. Z tego to okresu prawie, w każdym wolnym miejscu w jej mieszkaniu jest jakaś pozostałość. Albumy fotograficzne puchły. Szuflady wypełniały się wspomnieniami. Tylko ona nie bacząc na upływający czas zawsze była gotowa do drogi. Ta stała gotowość była zadziwiająca. Osoby z którymi się spotykała na próżno wypatrywały grymasu, słowa niezadowolenia lub biadolenia. Oprócz ciekawości świata i ludzi dużo czytała. W wielu miejscach mieszkania – dobrze , że miała takie duże, zalegały książki. Wykaz autorów, czy też tytułów niejedną bibliotekę mógł wpędzić w kompleksy. Tuż przy biblioteczce na bocznej ścianie dwa bliźniacze podwójne okna wychodzące na podwórko. Brudny i zaniedbany z chylącym po przeciwnej stronie się ku zawaleniu nieczynnym budynkiem mieszkalnym sprawiał koszmarne wrażenie. Kiedyś, jeszcze tak niedawno było na nim gwarno od dzieci i przekomarzających się sąsiadek. Dzisiaj codziennie ci sami bezrobotni i bezdomni w przepełnionych kontenerach szukają jakiś nadających się do zjedzenia resztek lub rzeczy do sprzedania. Niektórzy brudni, zarośnięci, w postrzępionych łachmanach przypominających jakieś ubrania, bełkocząc coś pod nosem niby do siebie, niby do mijających ich osób, w dziwnym amoku hakami zrobionymi z drutu rozrywają jeden worek z odpadkami za drugim w nadziei znalezienia czegoś na ząb. Od czasu do czasu jakiś szczęśliwiec wyrzuci na zewnątrz puszkę lub dwie po piwie, by następnie jak robaka piętą zgnieść, tak by jak najwięcej weszło do starego worka. Wloką za sobą wózki dziecięce stare, zdezelowane na których piętrzą się sterty kartonów, książek i gazet. Który wcześniej wstał, miał szansę jakiś kawałek złomu znaleźć. Obnoszą się tym „majątkiem” konkurując między sobą kto więcej i kto lepsze kawałki znalazł. Nie widziałem by tacy pobili się o jakieś znalezisko. Widok na podwórko za czasów młodości cioci Hani niczym nie przypominał obecnego. Często na ten temat rozmawiała przy różnych okazjach ze znanymi sobie osobami. Żyła w przedwojennym kapitalizmie, ale na swoim podwórku takiego czegoś nie widziała. W oknach zawsze śnieżnobiałe firany bawełniane, wykrochmalone opierały się o dorodne kwiaty. Kwiaty w oknach zawsze były ozdobą nie tylko jej , ale jej rodziców również. Już jej mama mówiła, że jakie kwiaty w oknie taka gospodyni w domu. Były one wizytówką gospodyni. Między oknami na stylowym, pamiętającym czasy z przed drugiej wojny światowej stoliku stał telewizor kolorowy. Kiedy by nie przyjść do cioci Hani nigdy nie można ją było zastać na oglądaniu. Właściwie nie wiadomo po co go miała. Może tylko dlatego, że wypadało mieć, licho wie. Nigdy na ten temat nie lubiła rozmawiać. Nawet nie wiadomo czy był sprawny, czy nie. Dopiero o jego dobrodziejstwie przyszło się jej przekonać jak była na emeryturze. Trudno było jej przemóc się na, jak to mówiła na marnowanie czasu. Często zasypiała przed nim siedząc w wygodnym fotelu. Obok fotela stawiała taboret. Na taborecie leżały biszkopty, które bardzo lubiła, albo chrupki, które jadła bez końca. Owijała się lekkim brązowym pledem ze złotą lamówką. Nogi spierała na niziutkim taboreciku. Często równocześnie czytała książkę. Czas uciekał, lat przybywało, a życie toczyło się wyznaczonym gdzieś w niebie torem. Nie protestowała na zmiany jakie dostrzegała w sobie i na sobie. Koleżanki i przyjaciółki również zaniemagały ograniczając wizyty. Pozostał tylko telewizor, telefon i od czasu do czasu wizyty co wierniejszych przyjaciółek. Miała cztery siostry. Siostry miały swoje rodziny, dorosłe siostrzenice i siostrzeńców. Czas sprawił, że wszystko się rozpierzchło po świecie. Pozakładali swoje biznesy, zajęli się własnymi problemami. A kto nie założył biznesu, zapomniał, że jeszcze tak niedawno ciocia Hania bywała u nich w domu lub co niektórzy, ale ci byli nieliczni przynajmniej w jej urodziny odwiedzali ją. Wówczas mieszkanie cioci Hani zapełniało się gwarem i śmiechem. Był to jedyny dzień kiedy mogła się im napatrzeć, porozmawiać, posłuchać co u kogo słychać. A że przeważnie u każdego było po staremu, to wystarczyło posłuchać jednego, by wiedzieć co u innych. Wiedziała doskonale, że nikt nie lubi opowiadać o swoich niepowodzeniach, problemach, a jeszcze w obecności innych co się niby im powiodło. Nie był to dzień powszechnej radości, raczej jednorazowych prezentacji, z nieszczerymi uśmiechami, sztucznymi gestami. Dyskusje były tak banalne, że nikt nie pamiętał co kto powiedział, jeżeli nie dotyczyło to pieniędzy. Każdy chciał być lepszy od poprzedniego, widział więcej, wiedział więcej, jednym słowem lepiej mu się wiodło. Ale to było tylko w tym dniu. Gdy robiło się późno pojedynczo ubierali i wychodzili czasami sprzątając po sobie. Zamykając drzwi mieszkania zamykali kolejny punkt współistnienia, do następnego roku. Jej korona upleciona z grubego warkocza coraz częściej robiła się bielsza, tylko grubością przypominała tego na fotografii z lat młodości. Szuflady pełne różnych kolorowych pocztówek, mogą świadczyć, że najczęstszym wyrazem okazania pamięci jest kartka papieru. A życie przecież nie jest papierowe. Starość ma to do siebie, że w zależności od wieku, prędzej niż później musi, a w każdym bądź razie powinna opierać się o pomoc ludzi bliskich. Ale nie tych kartkowych, a namacalnych, mówiących, śmiejących się, którzy usiądą obok, dotkną drżącą rękę, kupią pomidora, ciastko, czy załatwią jakąś sprawę. Od kilku lat ciocia Hania miała problemy z poruszaniem się. Jej nogi uzbrojone w łańcuchy żylaków wymagały natychmiastowej interwencji chirurga. Długo z tym zwlekała. Dużo za długo. Wszystko się komplikowało z powodu jej samotności. Obawy jej nie były pozbawione podstaw. W pobliżu mieszkał tylko chrześniak Henio. Choć sam miał wiele własnych problemów zdrowotnych był częstym gościem cioci Hani. Często wychodził z nią na spacery do parku, który był po drugiej stronie ulicy. Najpierw przez dłuższy czas była nauka chodzenia. Najtrudniej przychodziło cioci chodzenie po schodach. Najpierw dwa w dół, dwa do góry. Potem cztery i dalej i dalej, aż do całego piętra i tak, aż na drugą stronę, by przy wejściu do parku usiąść na pierwszej wolnej ławeczce. Samodzielnie kupiony lód, rzucenie okruchów bułki gołębiom; ile było radości. Czas biegł nieustannie. Stanie nad garnkami w kuchni coraz częściej nastręczało dużo trudności. Zaczęła zdawać sobie sprawę, że sama dalej nie podoła. Coraz częściej zupa się wygotowała, a kurczak, którego bardzo lubiła przypalał się. Zapominała o rachunku za prąd, czy gaz. Coraz trudniej i wolniej podchodziła do telefonu i coraz częściej zniecierpliwiony rozmówca z drugiej z drugiej strony rezygnował z oczekiwania aż podejdzie. Dziwnym trafem w dniu kiedy listonosz przynosił emeryturę w jej mieszkaniu pojawiał się siostrzeniec Robert. Nigdzie nie pracował, choć zawód miał dobry. Wolał przebywać w barach często szukając fundatora do stawiania kolejki. Jego chorobliwe nieróbstwo doprowadziło rodzinę do niewyobrażalnej biedy. Przychodził wówczas do cioci Hani pożyczyć pieniądze. Zarówno ciocia Hania jak też i Robert doskonale wiedzieli, że nigdy ich nie odda. Przymykała na to oczy w imię chrześcijańskiego miłosierdzia bliźniego. Robert często wykorzystywał tą jej niby naiwność. Tak mijały miesiące i lata. Pamięć cioci Hani zaczęła szwankować. Wiele razy Robert wykorzystał brak pamięci i dwa razy w tym samym czasie przychodził po pożyczkę. Pewnego dnia siostrzeniec Henio, który robił jej zakupy zrozumiał, że mimo, że do końca miesiąca pozostało jeszcze kilkanaście dni ciocia Hania nie ma pieniędzy. Prosiła go, by wyłożył na jej zakupy własne pieniądze, bo Robert jeszcze jej nie oddał. Nie wiedziała ile właściwie mu dała. Tak dalej być nie mogło. Pewnego dnia zaproponował, że zabierze ciocię na pocztę, gdzie podpisze stałe upoważnienie dla niego do pobierania emerytury. Od tego czasu wizyty Roberta zakończyły się. Prowadzeniem domu zajął się chrześniak Henio. Często przynosił gotowe posiłki. Bywało też tak, że sprzątając jej mieszkanie pilnował by ciocia zjadła to co przyniósł, bo lodówka zapełniała się niedokończonymi śniadaniami, resztkami z obiadu, niby na później. To później jednak nigdy nie następowało, a nazajutrz trzeba było jedzenie wyrzucić. Mijały kolejne tygodnie, miesiące. Ciocia Hania coraz częściej pozostawała w fotelu opatulona pledem. Na talerzyku pozostawały coraz większe kawałki resztek jedzenia. Dla Henia był to wyraźny sygnał, że z ciocią Hanią coś się dzieje niedobrego. Doktor Biedrzycka do której rejonu należała ciocia Hania jeszcze w tym samym dniu przyszła z wizytą. Badanie trwało kilkadziesiąt minut. Henio czekał w kuchni na werdykt. Mimo, że diagnozę można było przewidzieć, to jednak usłyszenie jej spowodowało zatroskanie Henia. Zaburzenia pracy serca, wysokie ciśnienie skaczące, nie było dobrą wróżbą na najbliższą przyszłość. Werdykt brzmiał: wymaga stałej opieki drugiej osoby. Nasilająca się miażdżyca coraz częściej powodowała problemy z pamięcią i samodzielnością. Ciocia Hania coraz rzadziej pamiętała o kolejnych tabletkach, o zjedzeniu przygotowanego posiłku. Pojawiły się okresy zapatrzenia w okno jakby czegoś wypatrywała. Zamyślała się wówczas - nie docierały do niej rozmowy z otoczenia. Była nieobecna. Często patrzyła na ścianę na której wisiał portret rodziców i jakby rozmawiając z nimi uśmiechała się do nich. Może chciała powiedzieć, że niebawem do nich dołączy. Była na to przygotowana od wielu miesięcy. Henio jeszcze w ubiegłym roku sprowadził księdza Adama, który udzielił jej sakramentu chorych. Było to na wyraźną jej prośbę. Przylegający do ściany stół, przykryty zawsze kolorowym obrusem pochodził jeszcze z przed wojny. Był z litego drewna, takiego dzisiaj już się nie spotyka, chyba, że w sklepach z antykami. Kto przy tym stole nie siedział? W rodzinie chodziły pogłoski, że sam Korfanty będąc u jej ojca, omawiał teksty na pierwszą stronę dziennika powstańczego i omawiane były strategie plebiscytu. Jednym słowem nad stołem tym na pewno maszerowała historia Śląska. Ojciec jej był zacnym, szanowanym obywatelem nie tylko tego miasta. Tuż pod portretem, jakby uzupełnieniem stołu stało sześć obitych skórą krzeseł. Na oparciu każdego jest wytłoczony wizerunek grzywiastego lwa. Jego bujna grzywa rozwiana końcówkami włosów sięgała kłębu. Uniesiony, naprężony ogon informował o wojowniczym nastawieniu. Szeroko rozwarta paszcza ukazywała w całej okazałości kły między którymi zwisał jęzor. Wizerunek otoczony jest owalnym wieńcem z liści i żołędzi dębu. Mimo, że połączenie lwa z dębem budziło wiele kontrowersji, to moc obu nie ulegała wątpliwości. Była poza wszelką dyskusją. Kształtne owoce dębu misterną rzeźbą przedstawiają kunszt twórcy. Ciocia Hania pamięta te czasy, często o nich lubi opowiada. Będąc dzieckiem wspólnie z siostrami siadywały na nich przy tym stole czytając gazetę, której ich ojciec był redaktorem. Niewiele rozumiały z zawiłości politycznych zmagań. Ważne, że to pisał ich ojciec. Niektóre oparcia nosiły ślady większych wytarć, co mogłoby świadczyć o większej używalności. Pamięta, że ojciec miał swoje ulubione i zawsze dbał o to, by stało tam gdzie je postawił. Na oparciach pozostałych często dziewczęta pozostawiały części swoich ubrań. Dzisiaj z uśmiechem wspomina ile na temat tych kiecek, halek, pasów do pończoch było kłótni. Ojciec był jedynym mężczyzną w tym domu. Pedant nie tylko w ubiorze. Każdy przedmiot miał swoje miejsce i brak go na nim powodował trzęsienie ziemi. Wpadał wtedy w szał, rzucając nimi po całym mieszkaniu. Zdarzało się, że w przypływie złości wyrzucał przez okno na podwórko. Dziewczęta biegły wówczas zbierać halki, pończochy, kłócąc się między sobą która ma lecieć. Matka nie mówiła wtedy nic, bo dość na ten temat mówiła jak ojca nie było w domu. Ten pokój spełniał funkcję salonu, w którym ojciec nie tylko pracował, ale przyjmował często niezapowiedzianych gości. A, że goście byli zacni, więc nie miały pretensji do ojca. Tak mijały ich dziewczęce, panieńskie lata. Dla siebie miały dwa pokoiki do których ojciec nie zaglądał. Tam mogło być nawet śmietnisko. Nie znał się na zawiłościach dziewczęcych potrzeb. Bywały dni, gdy do domu przychodził późno w nocy gdy wszystkie spały, by po krótkiej drzemce, skoro świt biec do redakcji. Matka od wczesnego rana opasana obszernym fartuchem wiązanym z tyłu krzątała się w kuchni. Jak mogła cicho wybierała popiół z kuchennego pieca. Zmiętoszoną starą gazetę wkładała do pieca, by ułożyć na niej starannie porąbane szczapy drwa. Nie lubiła tej czynności. Chociaż bardzo się starała by się nie ubrudzić sadzami, to gdy wydawało się, że nie, w ostatniej chwili jakieś licho w niwecz obracało jej starania. Gdy uporała się z ogniem w całym mieszkaniu unosił się zapach świeżo parzonej kawy zbożowej którą wszyscy bardzo lubili. Szczególnie z mlekiem. Tak mijały lata. Dom coraz częściej zaczął zapełniać się młodymi mężczyznami. Maniery ich nie zawsze były wyszukane. Ojciec nie przepadał za nimi. Albo byli za małomówni, to znów krzykacze, a to zarośnięci, to znów gołowąsi. Nie przejmowały się tym gadaniem, przecież oni przychodzili do nich, nie do ojca. Siedząc teraz w wygodnym fotelu wspominając ten okres swojej młodości mrużąc oczy uśmiechała się pod nosem. Przez ostatnie dwa lata nie często można było zobaczyć ją w tak dobrym nastroju. Wydaje się, że samopoczucie stwarzały osoby z którymi przebywała. A, że Henio często u niej bywał, toteż czuła się przy nim bezpiecznie. Niewidzialna nić porozumienia przewodziła dziwną energię. Henio wiedział co cioci sprawia przyjemność i jak tylko mógł, starał się spełniać jej oczekiwania. Przynosił wtedy torbę różnych czekoladek, delicji z galaretką truskawkową, którą lubiła najbardziej. Zaparzał świeżą kawę, stawiał to wszystko na taborecie obok fotela, sadowił się na stojącym obok drugim fotelu i oboje unosili się w oparach wspomnień. Wyłączała telewizor, który do tych zwierzeń nijak nie pasował. Sącząc przez zęby kawę drobnymi łykami bardziej udawał, że pije, w zamyśleniu słuchając, nie chciał uronić ani słowa – nie musiał zadawać żadnych pytań. Ciocia Hania jak w transie, czasami na krótko zamyślając się przypominała sobie różne anegdoty z lat dziewczęcych. Gdy jednak dochodziło do wspomnień z wędrówek po kraju, zastanawiała się, czy koleżanki z którymi bywała chciały by, by ktokolwiek poznał ich sekrety. Minęło już tyle lat. Kilka już nie żyło. A te które jeszcze żyły może nawet by się cieszyły z tych opowieści. Tak więc po krótkim namyśle jakby ze zdwojoną energią i swadą kontynuowała. Często oboje wybuchali śmiechem, jednocząc się w przygodach i zabawnych sytuacjach. Na krótko przestawała opowiadać, by ugryźć kolejny kęs delicji. Tak opowiadając i zagryzając, górna sztuczna szczęka pozostawała w ciastku odsłaniając bezzębną górną szczękę. Następował krótki moment konsternacji. Głośny wspólny śmiech z tej zabawnej sytuacji rozładował narosłe napięcie. Gdy czegoś, jakiegoś zdarzenia zapomniała sięgała wówczas do szuflady biurka, chudym palcem wertując wśród pękatych kopert ze zdjęciami, trafiała na właściwą. Po chwili jakby dla potwierdzenia, że było tak jak mówi, wyciągała zazwyczaj kilka zdjęć. Uśmiechnięte twarze na zdjęciach potwierdziły, że tak było. Siedząc tak i opowiadając czas mijał niespostrzeżenie. Za oknem zapadał zmrok. Pudełka po delicjach dawno były już puste, a na talerzyku piętrzyły się papierki po czekoladkach. Henio szedł do kuchni zrobić kolację. Z pojemnika wyjął dwie tabletki, które od pewnego czasu używała na noc i pilnując by wszystko zjadła robił porządek po wspólnym podwieczorku. Coraz częściej Henio dzwonił do jej lekarza zamawiając wizytę na następny dzień. Czasami chodziło tylko o kontrolę, a czasami przepisywał leki jakich do obecnej chwili nie dostawała. Dla Henia znaczyło to, że coś nowego się przyplątało. W takich przypadkach baczniej niż zwykle śledził samopoczucie cioci i częściej do niej zaglądał. Nie było wówczas nastroju do śmiechu. Oboje dobrze rozumieli, że to, co teraz coraz częściej się pojawia to wynik nieuchronnej starości, że może być tylko gorzej niż lepiej. Nie chcieli jednak o tym mówić. To nie mówienie miało oddalić nadchodzące gdzieś ukradkiem to co miało nastąpić. Kiedy po kilku dniach poprawiało się samopoczucie znów siadali obok siebie i zamiast tym razem opowiadać wspomnienia, doszukiwali się przyczyn złego samopoczucia. Byli zgodni co do tego, że starość nie radość. Oklepanym tym frazesem zamykali wszelkie dywagacje na temat zdrowia. A, że Henio też miał swoje lata, więc pocieszał ją, że jego zdrowie też od pewnego czasu zaczyna szwankować. Marne to było pocieszenie. Ona wiedziała swoje. Odczuć było można, że chyba wszystkiego nikomu nie mówi. Pogłębiająca się miażdżyca sprawiła, że pewnego dnia złapała się na tym, że zapomniała co było na obiad i dało jej to dużo do myślenia. Gdy tak się zastanawiając doszła do wniosku, że nie pamięta coraz więcej spraw i zdarzeń. Chociaż nadal twierdziła, że to tylko czasowe, to jednak postępujący brak pamięci niepokoił nie tylko Henia, ale też nieliczne koleżanki odwiedzające ją od czasu do czasu. Szczególnie jedna – Halinka. Znały się dziesiątki lat. No może nie dziesiątki, ale więcej niż kilkanaście. Wspólne zainteresowania, wycieczki, aż w końcu wspólna praca w parafialnej bibliotece zbliżyły te samotne istoty. Halinka nieco młodsza jakieś dziesięć może piętnaście lat nigdy nie dawała powodów do nieporozumień. Tego nie mogła powiedzieć o sobie ciocia Hania. Coraz częściej zdarzało się jej być zrzędną nie wiadomo czego chcącą babą. Zła była wtedy na siebie. Zawsze uważała, że panowanie nad emocjami jest jej mocną stroną. Siliła się wtedy na różne gesty pojednawcze unikając słowa przepraszam. Wstydziła się, że bezpodstawnie fuczała na Halinkę. Mimo wszechobecnego bałaganu nie pozwoliła na robienie porządku. Szczególnie chodziło o książki, broszury, kwity i stare gazety, które mieszały się często ze sobą, sprawiając wrażenie, że wszystko to naraz ona czyta. Gdy na krótko zasypiała w fotelu, Halinka pobieżnie jakoś doprowadzała to do ładu. Najczęściej jej porządkowanie doprowadzało ciocię Hanię do szału. Twierdziła, że to jej bałagan i ona doskonale czuje się w nim. Nie było to oczywiście prawdą. W przypływie nagłej dobroci wydusiła ze siebie czarodziejskie słowo przepraszam, które w jednej chwili sprawiło, że obie wybuchały, śmiechem jakby nigdy nic nie zaszło. Po jakimś czasie jednak z innej przyczyny historia się powtarzała. W gniewie wyrzucała ją z mieszkania przyglądając się co też ona zrobi. Gdy Halinka w udawanej złości zabierała ze stołu brudne naczynia do kuchni, Hania nasłuchiwała co też ona dalej będzie robić. Zawsze w ostatniej chwili udawało się ją wrócić od drzwi niby obrażoną. Tak igrając nie zdawała sobie sprawy, że pewnego dnia może nie zdążyć i Halinka jak wyjdzie, to nie wiadomo kiedy znów przyjdzie i czy w ogóle wróci. Od kilku miesięcy nie było żadnej siostrzenicy. Gdyby nie Henio nie wiadomo do kogo mogłaby się zwracać w razie potrzeby. Często rozmyślała czy, aby poznała by córki Małgosi. Tak dawno ich nie widziała. Co też one robią. Czy wyszły za mąż, czy mają dzieci, gdzie mieszkają. Za życia Małgosi często bywała u nich w domu. Brała je na kolana, przynosiła słodycze i kolorowe książeczki, brała na spacery. A teraz na święta przyślą tylko kartki. Czy były na jej ostatnich urodzinach? – nie mogła sobie przypomnieć. Tyle ludzi wtedy było. Była Renia z mężem, Kasia z córkami, Edytka, Henio, ale czy były Marta i Agnieszka nie mogła sobie przypomnieć. Może i były. Nie może sobie przypomnieć ich twarzy. Licho z nimi. Trochę przeraziła ją myśl o samotności, postępującej starości i sklerozie. Na wprost drzwi do dużego pokoju stoi jego ozdoba – kredens. Nie jest to zwykły pokojowy kredens. Jest to mebel historyczny. Nie było spotkania rodzinnego w czasie którego nie mówiło by się na jego temat. Jest to mebel dwuczęściowy, z wyraźnie zaznaczoną częścią dolną i górną. Obie bogato rzeźbione ręcznie ornamentystyką. Starannie rzeźbione detale oddawały piękno i styl epoki w jakiej ono obowiązywało. W obecnej sytuacji przedstawiał wartość jedynie antykwaryczną, którego cenę nikt nie mógł określić, ale była to na pewno większa niż cały średniej wartości współczesny pokój stołowy. Po wykazywanym zainteresowaniu co niektórych wnioskowała, że na pewno wiele osób ostrzy sobie pazury na niego. Ale ona miała już swój plan. Nie pozwalała na nim stawiać żadnych przedmiotów mogących spowodować rysę, lub zalanie wodą. Dlatego też, gdy w czasie ostatnich urodzin Edytka postawiła na nim wazon z kwiatami, mimo , że były bardzo piękne, tonem nie uznającym sprzeciwu kazała przestawić go na stojącą obok ławę. Jest to kredens – relikwia rodzinna. Klucz od szufladek i szafek nosiła w kieszeni podomki. W szufladach tych trzymała różne lekarstwa, z których większość była przeterminowana, kilka różnokolorowych różańców, różnej wielkości obrazki religijne, jakieś kosmetyki, stare rajstopy, książeczki do nabożeństwa pamiętające jeszcze czasy babci. Były też i inne rzeczy których teraz nie sposób wymienić. Nie przedstawiają one zresztą żadnej wartości. W te miejsca nie pozwoliła nikomu zaglądać poza Heńkiem, który właściwie miał dostęp do wszystkich pomieszczeń i zakamarków. Czuł się przez to bardzo wyróżniony. Samo otwarcie szafki sprawiało wrażenie otwierania bram do tajemniczego sezamu. Każdy był ciekaw co się kryje za tymi niedostępnymi drzwiczkami, czy też w tych tajemniczych szufladach. Nie wszyscy też mogli poznać historię pojawienia się go w domu cioci. Mimo, że stół, krzesła i ten kredens stanowiły komplet, to po stopniu zużycia tych pierwszych można by powiedzieć, że był on otoczony szczególną estymą. Może brało się to stąd, że oprócz funkcji użytkowej posiadał niezwykłą wartość artystyczną. W górnej części, we wnęce, za płotkiem z rzeźbionych balasek stoi duży drewniany krucyfiks z bezwładnie zwisającym Chrystusem. Takiego Ukrzyżowanego nie sposób zobaczyć na innych krzyżach. Obok krucyfiksu dwa rzeźbione w drewnie kilkucentymetrowe lichtarzyki z utkwionymi wewnątrz niedopalonymi świeczkami. Grube warstwy stopionego wosku świadczą o częstotliwości ich używania. Obok leżą luźno porozrzucane obrazki świętych, które otrzymała w różnych okolicznościach. A to z kolędy, a to z prymicji księży których znała, lub znały jej koleżanki, które dawały jej wraz z błogosławieństwem prymicjanta. Historię posiadania innych już nie pamiętała. Na blacie dolnej części, na śnieżnobiałych koronkowych serwetkach leżą różnej wielkości puzderka. W niektórych stare bilety tramwajowe, niektóre skasowane, inne nie, ale już nieważne, dwa srebrne medaliki Matki Boskiej Szkaplerznej, drewniany mały krzyżyk, chyba od różańca, klipsy i łańcuszek z medalikiem i kilka różnej wielkości spinek do włosów. Ciocia Hania często wspominała te drobiazgi jako pamiątki z podróży. Po obu stronach wewnętrznej części stoją dwa szklane wazoniki ręcznie malowane z napisem na podstawce „Szczawno – Zdrój” z kilkoma długopisami w środku. Długopisy te jednak nie nadają się do pisania gdyż dawno wyschły. Są one jednak świadectwem bycia w miastach których nazwy widniały na oprawkach. Co kryło się za drzwiczkami szafek kredensu nikt nie wiedział. Rąbka tajemnicy czasami uchylała przy okazji różnych uroczystości. Ciocia Hania wyciągała z za drzwiczek różnej wielkości talerze, talerzyki, podstawki, szklanki, cukiernice, patery. Co było głębiej schowane, owiane było tajemnicą. Od kilku lat, czterech, może pięciu, nie istotne, z uwagi na trudności w chodzeniu nie potrafiła samodzielnie iść do będącego blisko jej domu kościółka. Każdej pierwszej soboty najczęściej proboszcz odwiedzał ją przynosząc Jezusa z życzeniami wytrwania w cierpieniu. Tuż po Wielkiej Nocy w mieszkaniu cioci Hani odbyła się msza święta. Całą organizacją i przygotowaniem zajęła się Halinka. Ciocia Hania nie spodziewała się, że w jej skromnym mieszkaniu może być tak odprawiona msza. Było pięć koleżanek, cztery sąsiadki i Henio jako jedyny mężczyzna. Po mszy był poczęstunek ciastem upieczonym przez Halinkę na okoliczności wspólnego spotkania. Można by przypuszczać, że to przyjęcie z jakieś innej okazji. Zrobiło się gwarno. Tak mijały tygodnie, miesiące. Coraz częściej Halinka pozostawała coraz dłużej w domu Hani. Niby pod pretekstem obejrzenia któregoś z rzędu odcinka tasiemcowego serialu czekała przy niej aż położy się spać. Od dawna miała własny klucz do jej mieszkania. Henio skądś pożyczył balkonik - była to duża pomoc przy poruszaniu się. Długo wzbraniała się przed jego używaniem. Niby w żartach ganiła Henia, że ofiarę z niej robi. Zeszłego roku listopad w pierwszej połowie był szczególnie zimny i wilgotny. Były dni zaczynające się od wczesnych godzin potwornym wiatrem i deszczem. Trudno było ochronić się przed nim. Wiatr łamał parasole, a deszcz przenikał ubranie do koszuli. Nawet gołębie, które zazwyczaj całą chmarą siadywały na gzymsie sąsiedniego domu gdzieś się pochowały. Był piątek. Henio kupił w piekarni pół małego chlebka, rogalik, serek topiony i dwa pomidory. Ciocia Hania przeważnie budziła się około ósmej. Idąc do cioci Hani rozmyślał co by jeszcze zjadła na śniadanie. Pewnie powie mu jak do niej przyjdzie. Wchodząc po schodach wyciągnął klucze z kieszeni. Zdawkowym dzień dobry przywitał sąsiadkę wychodzącą z mieszkania naprzeciwka. Była to starsza kobieta, niegdyś często przychodząca do cioci przynosząc jakieś ciastka. Ciocia robiła wówczas kawę i tak potrafiły przegadać do późnych godzin wieczornych. Ale kiedy to ostatni raz było? Teraz sama miała problemy ze zdrowiem. Opiekowała się nią córka, która również przychodziła do cioci Hani by pogadać. Ciocia Hania lubiła te obie panie. Były takie rozmowne i niepretensjonalne. Nie musiała się ich krępować, czy szczególnie ubierać, czy zabiegać o ich towarzystwo. Nie robiąc zbędnego hałasu po cichu wszedł do przedpokoju, zamykając za sobą drzwi na korytarz. Drzwi od kuchni były uchylone mimo, że wychodząc wczoraj chyba je zamykał. Nie mógł sobie przypomnieć jak było naprawdę. Poczuł dziwny niepokój. Bo jeżeli to ciocia nie zamknęła za sobą to dlaczego? – przecież zawsze zwracała mu na to uwagę, żeby zamykał drzwi od kuchni bo całe ciepło z mieszkania ucieka na korytarz. To co zobaczył przeraziło go. Obok tapczanu stojącego tuż przy kredensie, między ławą, a fotelem na podłodze, okryta niedbale kołdrą ściągniętą z tapczanu leżała ciocia Hania. Widok był przerażający. Nie ruszała się. Zamknięte oczy sygnalizowały, że mogło stać się coś strasznego, albo jeszcze śpi. Delikatnie dotknął jej czoła. Było zimne. Przesunął ręką po policzku w stronę szyi. Pod opuszkami wyczuł puls. Całe szczęście, jest ! Delikatnie głaszcząc twarz spostrzegł jak ciocia otwiera zaspane i zdziwione oczy nie bardzo wiedząc co się dzieje. A to ty – odrzekła, jakby nigdy nic. Co się stało ciociu, co ciocia robi na podłodze? – zapytał. Wziął ja na ręce, położył na tapczanie. Była cała mokra. Mokra była też kołdra. Nie wiedział co teraz ma począć. Co zrobić. W mieszkaniu chłód był niemiłosierny. Włączył stojący obok tapczanu grzejnik elektryczny. Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy to rozebrać ciocię, wytrzeć, przebrać w świeżą koszulę i zmienić pościel. Poszedł do kuchni wstawić wodę na herbatę. Wrócił do pokoju, wyciągnął potrzebne rzeczy z szafy i chcąc nie chcąc przystąpił do robienia porządku. Ciocia nie protestowała wiedząc, że zdana jest tylko na niego. A jakie znaczenie miał teraz wstyd? – co to jest wstyd? – w sytuacji gdy zagrożone jest zdrowie. Bez słowa zdjął mokrą koszulę nocną odsłaniając gołe ciało cioci. Grubym ręcznikiem energicznymi ruchami wycierał plecy, potem piersi, brzuch, uda i pośladki. Nie była to dla niego sytuacja kłopotliwa. Widział, że musiało zajść coś niedobrego, że do takiej sytuacji doszło i każda zwłoka mogłaby mieć poważniejsze następstwa. W kuchni rozległ się gwizdek czajnika. Wrzucił saszetkę ekspresówki dolał trochę soku malinowego stojącego na lodówce w kuchni i przyniósł do pokoju. Z lekkim obrzydzeniem zdjął przemoczoną pościel z kołdry – nie lubił robić takich rzeczy, zaniósł do łazienki wszystkie mokre rzeczy, a kołdrę rozwiesił w łazience na sznurze. W poszewkę włożył włochaty pled którym okrywała się oglądając telewizor, drugi koc który używała do przykrywania tapczanu. Szczelnie okrywając aż po szyję zastanawiał się jak rozpocząć rozmowę na temat co się wydarzyło. Usiadł obok na tapczanie. Pod głowę podłożył jeszcze jedną poduszkę i jasiek. W pozycji pól leżąc, pól siedząc powoli przychodziła do siebie. Nie wiedział czy była zawstydzona zaistniałą sytuacją, czy zszokowaną, bowiem patrzyła to na Henia, to przed siebie. Pewnie zastanawiała się kto ma pierwszy zacząć rozmowę. Trwało to jakąś chwilę. Henio zauważył łzy wyciekające z jej półotwartych oczu. Było prawie pewne, że oczekuje aż to Henio coś powie. On nie wiedział co w takich momentach należy mówić, jak zagadnąć, by nie wypaść głupio, a może zbyt ciekawsko. Przez jego mózg w super ekspresowym tempie przesuwały się różne warianty rozpoczęcia rozmowy. Chciał zacząć: a co to się cioci przydarzyło uśmiechając się lekko. Nie, chyba to niewłaściwy sposób. Może zacznie z tragiczną miną, a może tak sobie na luzie, jakby nigdy nic. Jeden wariant wykluczał inny. Zaczął zwyczajnie. Ciężką noc miała ciocia co ? I wtedy ciocia głośno rozpłakała się. Ujęła twarz w obie dłonie, jakby wstydziła się całego tego zdarzenia. Nie mogła opanować spazmatycznego płaczu. Odwróciła głowę w stronę ściany osłaniając twarz dłońmi. Po chwili jakby z wnętrza ciała wydusiła z siebie: Heniu – nie zdążyłam. Tak cię przepraszam. Nie wiem co się stało, że jak upadłam na fotel, to nie potrafiłam wrócić na tapczan. Usiadłam na skraju, ale upadłam ciągnąc za sobą kołdrę. Był środek nocy. Nie wiem która mogła być godzina. Całą noc przeleżałam. Co się podniosłam to znowu upadłam. Słaba jestem. W tym momencie zginęły wszelkie opory normalnie w takich przypadkach. Pochylił się nad jej głową, podłożył swoje dłonie pod jej plecy, lekko uniósł, przytulił swoją twarz do jej twarzy i tak w niemym uścisku trwali jakąś chwilę. Z tego gestu można było odczuć troskę i żal z powodu tego co się wydarzyło, ale też o to co może się w przyszłości wydarzyć. Zdarzenie to stało się przełomowym we wzajemnych kontaktach. Ujawniły się nieznane do obecnej chwili sytuacje, które na pewno będą się powtarzały, tylko nikt nie chce o tym teraz mówić. Ciekawe tylko kiedy, i co wtedy? Za oknem pogoda bez zmian na lepszą. Choć wiatr ustał, to deszcz lał jak z przysłowiowego cebra. Kiedy to się skończy? Tak potrzeba choćby paru dni cieplejszych. Po wydarzeniach ostatnich dni Henio zamówił wizytę lekarza domowego. Opowiedział o tym co się stało. Chciał wiedzieć na ile takie zdarzenia są groźne i jak w przypadku ponowienia dalej postępować. Diagnoza potwiredziła tylko jego obawy. Należało coś z tym zrobić. Wiedział, że od tego momentu sam nie da sobie rady. Nie mógł na dłuższą metę dzielić czasu między dom, a zdrowie cioci. Uświadomił sobie, że wskazanym by było o wszystkim powiadomić kuzynki. Najbliżej dostępne były Marta i Agnieszka. Marta jest starsza od Agnieszki o dwa lata. Ma swoją firmę ogrodniczą, natomiast Agnieszka pracuje w jakimś państwowym przedsiębiorstwie. Obie do pracy dojeżdżają kilkanaście kilometrów z okolicznych miejscowości. Ostatni raz z ciocią widziały się na jej urodzinach w marcu. Jak ten czas szybko leci. Nawet nie zorientował się, że to już listopad. Bardzo przejęły się wiadomościami. Po wspólnym spotkaniu z Heniem została ustalona wstępna taktyka. Konieczna jest stała opieka nad ciocią. Musi być osoba, która nie tylko poda jedzenie, ale zadba o porządek w mieszkaniu i przejmie wszystkie sprawy związane z prowadzeniem domu. Osoba, która będzie pobierała jej emeryturę i będzie gospodarzyła jak na własnym. Jeszcze w tym samym dniu Agnieszka i Marta obcięły siwiejący warkocz tłumacząc to koniecznością łatwiejszego mycia włosów i ich pielęgnacji. Ciocia Hania całkowicie oddała się pod rządy siostrzenic. Wierzyła im, że cokolwiek zrobią, to na pewno dla jej dobra. Od pewnego czasu wizyty ich były coraz rzadsze. Przynosiły ze sobą różne smakołyki. Jednakże praca, jak też i własne domy sprawiały, że nie mogły częściej przychodzić jak do tej pory. Wybór padł na Halinkę. Przecież ona i tak często przesiadywała u cioci. Ale, czy ona się na to zgodzi? – kto jej to ma powiedzieć, żeby nie urazić, jak sprawa odpłatności, ile razy dziennie, w ogóle ile godzin dziennie, co miałaby robić, zbyt wiele pytań w tej chwili cisnęło się do głowy. A ile jeszcze wyłoni się spraw w międzyczasie. Nikt teraz nie był w stanie przewidzieć. Ta sytuacja wszystkich zaskoczyła. A może włączyć w tą sprawę inną siostrzenicę. Ale ona na pewno nie będzie miała czasu, bo ma duże problemy w swojej firmie. Zresztą ona tak rzadko odwiedza ciocię Hanię, że czasami zapomina o tak ważnej okazji jak urodziny, czy święta Bożego Narodzenia. Ona woli kartkami wyrażać pamięć, chociaż też przy różnych okazjach osobistego kontaktu zawsze okazywała radosną szczerość i uśmiech od ucha do ucha, to na obecną sytuację jest stanowczo za mało. A kto zresztą chciałby z nią o tym rozmawiać i stawiać w niewygodnej sytuacji. Heniek wiedział jak taka rozmowa może przebiegać i wolał nie ryzykować nieprzyjemnych skutków. Co tu robić? Jest problem. Przecież nie chodzi tylko o mechaniczne załatwienie sprawy, przecież za tym wszystkim kryje się ciocia Hania. Ileż to razy powtarzała by nie robić z niej bezmyślnej kłody. Każda próba pomocy mogłaby się okazać uszczęśliwieniem na siłę. Trzeba by tak pokierować rozmową, by chęć pomocy sobie, ona sama wyraziła. Jak to zrobić. Henio postanowił przedzwonić do jej najbliższych dwóch przyjaciółek, by te znalazły jakiś sposób. One wiedziały jaka jest wrażliwa na swoim punkcie ciocia i jak w związku z tym uniknąć wpadki. Dzień poprzedzający rozwiązanie, a właściwie wieczór spędził z słuchawka przy uchu. Wczesnym rankiem dnia następnego kilkukrotny dzwonek telefonu wybudził Henia z porannej drzemki. Półprzytomny podniósł słuchawkę i zachrypniętym głosem dał znać rozmówcy z drugiej strony, że słucha. Halo, słucham. Przepraszam, że tak wcześnie dzwonię – odezwał się głos kobiety,- ale dzwonię od Hani,- tu przez ciało Henia przebiegł dreszcz niepokoju,- chciałabym panu powiedzieć, że ciocia leży na podłodze w sytuacji takiej samej jak wtedy. Za oknem była szarówka typowa dla listopadowego ranka. Nie był przez krótką chwilę pewny czy to jeszcze sen, czy już jawa, usiadł na tapczanie dotykając gołymi stopami zimnej wykładziny. Odzyskując szybko jasność umysłu zdążył tylko krzyknąć do aparatu – już tam lecę. Szybko nałożył na pidżamę spodnie, narzucił sweter, na bose nogi nałożył buty i pobiegł do cioci. Na dworze było jeszcze ciemno. Zaczął padać drobny śnieg z deszczem. Zapowiadał się zimny dzień. Biegnąc przez park zastanawiał się co Halinka o tak wczesnej porze robi u cioci. Przecież dopiero wpół do siódmej. Co u licha to ma znaczyć. Drogę od siebie z domu do cioci Hani tak szybko jeszcze nie pokonywał. Zdyszany stanął przed drzwiami, które były już uchylone. Po krótkim zdawkowym dzień dobry, ale niech tak będzie; oczom jego ukazał się widok łudząco podobny do tego sprzed chyba tygodnia. W mieszkaniu panował ziąb niesamowity. W tym mieszkaniu wyraźnie można było odczuć, że niebawem nadejdzie zima. Nie pytając jeszcze co o tej porze robi tu Halinka wspólnie unieśli ciocię pod pachy i kolana i położyli na tapczanie. Obok tapczanu leżał przewrócony fotel, i porozrzucana pościel. Kłębiąca się pościel była kompletnie mokra i zabrudzona. Półprzytomnymi oczami jakby nieobecna w całym tym zdarzeniu drżącymi wargami raz po raz ciocia szeptała – zimno mi, bardzo zimno, pić, daj mi pić. Halinka zabrała się za zdejmowanie mokrej pościeli i nocnej koszuli odrzucając ją nieskładnie na bok. Heniek natomiast wstawił czajnik na gaz. Zapalił pod piekarnikiem pozostawiając drzwiczki otwarte. Gdy gwizdek oznajmił, że woda już ugotowana, zrobił herbatę, wcisnął soku z połowy cytryny i dobrze posłodził. W międzyczasie Halinka przebrała ciocię i tapczan, poprosiła też o herbatę i zmęczona usiadła w fotelu głośno sapiąc. Starość nie radość półszeptem powiedziała niby do siebie niby do Hani. Pociągnęła kilka łyków gorącej herbaty, drugą ręką mieszając herbatę od cioci. Usiadła na skraj tapczanu. Nabierając małą łyżeczką gorącą jeszcze herbatę co chwilę dmuchając podawała zziębniętej cioci. Najpierw dwie, po chwili jeszcze dwie, potem kolejne i tak do połowy filiżanki. Po kilkunastu minutach wargi cioci uspokoiły się, na policzkach pojawił się wyraźny rumieniec i lekki uśmiech wyrażający raczej zakłopotanie niż radość. A może to była radość z tego, że jest bezpieczna. A może było to podziękowanie. Nie ważne. Ważne, że dla osób mających problem jak jej powiedzieć, że wymaga ona stałej pomocy drugiej osoby sam się rozwiązał. Życie dało niezbity argument którego obalić mogłaby tylko osoba nieodpowiedzialna. A przecież ciocia w żadnym wypadku za taką nie chciała uchodzić. Tak więc niespodziewanie stało się. Jeszcze dziś zapadnie decyzja jak i kto będzie opiekował się ciocią. Siedząc tak, sącząc drobne łyki herbaty Henio rozpoczął rozmowę. Pani Halinko, jak to się stało, że pani o tej porze wiedziona jakimś instynktem pojawiła się w samą porę. Niby chwaląc jej instynkt był ciekawy prawdziwej przyczyny. Otóż panie Heniu, jeszcze wczoraj gdy byłam u cioci stwierdziłam, że ma bardzo zimno w mieszkaniu, a zapowiedzi meteorologiczne zapowiadają spadek temperatury i opady śniegu. Całą noc nie mogłam zasnąć rozmyślając nad tym kto przyjdzie i napali w piecu. Wiedziałam, że pan ma dzisiaj dużo swoich spraw, to pewnie będzie dopiero gdzieś koło południa. Nie mogłam doczekać się świtu. Ciekawa byłam też, jak pali się w tym piecu po zeszłorocznej naprawie. Myślałam, że jakby coś było nie tak, to przynajmniej grzejnik załączę. To co zobaczyłam rano bardzo mnie zaskoczyło, tym bardziej, że jeszcze wczoraj dość długo rozmawiałyśmy na ten temat. Sama powiedziałam cioci, że będę do niej przychodzić częściej. Obawiam się tylko, czy pan nie będzie miał coś przeciwko temu. Ależ pani Halinko, jak mogła pani tak myśleć. Właściwie to ja i moje kuzynki chcieliśmy pani zaproponować sprawowanie odpłatnie stałej, pełnej opieki. Bo widzi pani jakie są nasze możliwości. Zostałem praktycznie na polu walki tylko ja. Bez pani ta walka byłaby niemożliwa. Henio czuł, że słowa te połaskotały dumę Halinki. Kontynuując pochlebstwa czuł, że sprawa jest na sto procent załatwiona. I oto właśnie chodziło. Umówili się na południe koło piątej by omówić szczegóły. Halinka ukroiła kromkę chleba, wyjęła z lodówki pokrojoną już wędlinę i dwa plasterki goudy położyła na talerzyku i usiadła na tapczanie obok zmęczonej przeżyciami ostatniej nocy cioci. Jedz Haniu. Słaba jesteś. Tak się o ciebie bałam. Widziałaś jak przestraszyłaś Heńka. Co się z tobą dzieje? Wczoraj byłaś w dobrej formie, a tu taki numer mi odwaliłaś. Co się stało? To ja pójdę, powiedział Henio. Zostawiam was, bo mam dzisiaj dużo spraw do załatwienia. Pożegnał się z ciocią, Halince przypomniał o popołudniowym spotkaniu i wyszedł. A one jeszcze długo ze sobą rozmawiały zaniepokojone pogarszającym się stanem zdrowia. Ciocia Hania dochodziła już osiemdziesiątego trzeciego roku życia i miała pełne prawo do złego samopoczucia. Ale żeby tak z tygodnia na tydzień, taka zmiana. Chyba będzie trzeba poszukać dokładnej przyczyny. Tak myśląc snuły różne przypuszczenia. Po trzech godzinach ciocia Hania zadzwoniła do Henia, że czuje się już o wiele lepiej i żeby kupił jej po drodze jak do niej przyjdzie kawałek jabłecznika drożdżowego i kawę, bo się skończyła, a mają przyjść koleżanki. Zdziwiła go ta nagła poprawa zdrowia cioci i węszył w tym jakiś podstęp. Zapewne chciała jak zawsze przed przyjaciółkami zgrywać twardziela. Martwił się czy aby taka wizyta nie zaszkodzi jej. A może to tylko chwilowa słabość spowodowana nieznanymi jeszcze przyczynami, a może jest to zapowiedź czegoś poważnego, co wymaga do głębnego zbadania. Ale póki co, mają przyjść przyjaciółki i ma wyglądać dobrze. Tylko żeby nikt się nie wygadał o tej nocy. Przecież o piątej ma być Halinka i Henio. A jak one jeszcze będą to czy oni się nie wygadają. Po przyjściu do domu Henio zadzwonił do Marty i opowiedział co się wydarzyło. Chciał znać jej opinię na ten temat i co by ona zrobiła na jego miejscu. Nie mogła długo rozmawiać bo akurat jechała samochodem i stała na skrzyżowaniu, a poza tym baterie w komórce miała słabe. Powiedziała tylko, że będzie też o piątej u cioci i wtedy pogadają. Czuł, że z chwilą tej rozmowy jakby część odpowiedzialności za dalsze wydarzenia została podzielona jeszcze na kogoś, a może jeszcze na Agnieszkę. Przecież ostatnio nie były u cioci. Czuł też, że być może tym telefonem zakłócił jej spokój, zniweczył jakieś plany na dzisiejszy dzień. Nie ważne, nich wiedzą. Teraz cokolwiek się stanie, nie będą miały do niego pretensji, że sam podejmował decyzję, a one być może podjęłyby inną. Taka rozmydlona odpowiedzialność nie bardzo mu odpowiadała, bo on jest prawie na stałe, a one dorywczo. Ale tak w rodzinie widocznie musi być. Tym bardziej, że ciocia Hania sama za wiele nie może już zrobić. On jednak wiedział, że najgorsi są ci którzy mają tylko gęby pełne rad, frazesów dla innych, a sami ze sobą nie potrafią się porozumieć. A swoją drogą, co by to było gdyby ich zlekceważył i nic im nie mówił. Czy miałyby pretensje o to do niego, że nie powiedział, czy o to, że one za mało się interesowały. A może interesowały się wystarczająco dużo, a to co się stało, stało by się i tak? Trudno oceniać co już się stało. Teraz należy wypracować taki plan, który zabezpieczy ciocię przed tragicznymi skutkami. Ostatecznie osoby mające się spotkać uważają się za inteligentne. Przynajmniej tak chcą być spostrzegane przez ludzi z zewnątrz. Ciekawe jakie one zajmą stanowisko. Jak będzie wyglądała wzajemna współpraca miedzy nimi. Tyle tych niewiadomych. Przecież Henio dawno nie rozmawiał z nimi na tak osobliwe tematy. Prawdę mówiąc jego rodzice niezbyt chętnie byli widziani w środowisku w jakim wyrastały Marta i Agnieszka. Ich świat był zupełnie innym niż Henia i innych siostrzenic i siostrzeńców. Tam nigdy niczego nie brakowało, czego nie może powiedzieć on i pozostali. Zrobiło się ciemno, lampy uliczne tu i ówdzie zapalały się żółtym światłem. W ich blasku Henio zauważył, że śnieg stawał się coraz gęściejszy. Wielkie płaty spadające na ubranie szybko zamieniały się w mokre plamy. Ostatni raz sprawdził czy wziął całą dokumentację z prowadzonych dla cioci zakupów i spraw. Tak na wszelki wypadek, gdyby chciały go rozliczać z tego co on dla cioci robił. Przecież pobierał jej pieniądze na poczcie i nimi dysponował. Był pewny, że wszystko gra. Całą buchalterię prowadziła mu jego żona, „stara” wyga od tych spraw. Był z niej dumny, że taka skrupulatna. Nie, żeby była sknera, ale była do przesady oszczędną i dokładną. Chciał wypaść jak najlepiej w trakcie rozmowy, a szczególnie w sprawach finansowych. Od najbliższego miesiąca kasę przejmie prawdopodobnie, na to się zanosi, Halinka. Jest to według niego najodpowiedniejsza kandydatura chociażby z tego tylko powodu, że całymi dniami nie ma konkretnego zajęcia. Za tym wyborem przemawia również fakt, że zna problem jak nikt inny. Zna również i ciocie Hanię trudno zliczyć ile, ale bardzo dużo lat. Zauważył stojącego opla i forda którymi one przyjechały. Ciekawe jak długo już są. Czy Halinka też już jest. Chyba tak, bo zapewne została po spotkaniu z koleżankami. Opuścił kołnierz, strzepnął mokre płaty śniegu, otarł ręką mokre czoło, otrzepał śnieg z butów i wszedł do budynku. Sztuczny uśmiech Marty odsłonił dwa rzędy zadbanych zębów. Od przedpokoju dochodził gwar rozmów prowadzonych wewnątrz mieszkania. Wyraźnie słychać było głos cioci coś tłumaczącej reszcie gości. Okazało się niebawem, że na spotkanie to niby przypadkiem przyszła Iwona, siostra Henia. Tego się nie spodziewał, tym bardziej, że od pewnego okresu panowały między nimi nie najlepsze stosunku. Nie pamięta już o co poszło, ale jak zwykle bywa w takich sytuacjach, na pewno poszło o pieniądze jeszcze za czasów kiedy żyli ich rodzice. Często bowiem w tamtym okresie dochodziło między nimi do różnych spięć. Dawała ona odczuć, że wie jak mama pomaga finansowo jego synowi Pawłowi. Często to wypominała mamie. Iwona z niekłamaną zazdrością kilka razy w rozmowie z Pawłem dała mu odczuć, że gdyby nie babcia to nie miałby komputera, czy czegoś tam. Przyznać trzeba, że dzięki babci on miał komputer jako pierwszy w całej rodzinie. Nie, żeby babcia mu go kupiła, ale pożyczyła na niego pieniądze, które to Henio w dogodnych ratach spłacał. Było to nie tylko kolcem w oku Iwony, ale też innych krewnych. Babcia zawsze ceniła wysoko dzieci, które się rwały do nauki i chciały być wyżej niż przeciętność. Tak w superekspresowym tempie migawki życia z tego okresu przemknęły przez jego mózg. Co też ona tu robi, kto ją tu zaprosił – pomyślał. Czy na pewno jest to przypadek. Powoli ściągał kurtkę starannie rozwieszając na wieszaku nasłuchując jednocześnie o czym jest mowa wewnątrz mieszkania. A, że rozmowa była o pogodzie i jej wpływowi na samopoczucie u wielu ludzi, uznał to za temat bezpieczny. Pewnym krokiem wołając już od progu, witam wszystkich zebranych na walnym zebraniu rodzinnym, wygodnie rozsiadł się w pozostawionym dla niego fotelu. Czyż miałby być dzisiaj przewodniczącym zebrania. Wszyscy sprawiali wrażenie wprowadzonych w temat. Nawet ciocia sprawiała wrażenie zadowolonej, że tyle gości nią się interesuje. Okazało się, że Iwona przyszła z niezapowiedzianą wizytą, bo była u kogoś znajomego w szpitalu znajdującym w budynku obok cioci na odwiedzinach. Przyniosła ze sobą różne ciasta i kawę. Z kawą czekali na Henia. Halinka zaparzyła świeżą. Aromat świeżo parzonej kawy przeniknął całe mieszkanie. Rozmowa nie kleiła się. Nie bardzo było wiadomo kto i od czego ma zacząć. Żeby nie marnować czasu Henio zaproponował następujący przebieg rozmowy. Najpierw opowie co w ostatnim czasie się wydarzyło, przedstawi własne i lekarskie rokowania, a następnie jakie według niego będą najlepsze rozwiązania. W tym momencie podenerwowana ciocia, jakby nigdy nic siadła na nich, że robią z niej niedołęgę i niezdarę, że ona daje sobie radę. A, to co się przytrafiło w ostatnim okresie to wynik zapominania brania lekarstwa. Agnieszka łagodnym tonem przytulając ją do siebie starała się jej wyperswadować, że tak na dobrą sprawę to nie chodzi o nią, tylko o nich, bo chcieliby mieć ją dłużej niż by to mogło być bez ich opieki. Pojawiły się uśmiechy. To radźcie sobie o mnie beze mnie. Po wielu różnych wersjach przedstawianych po kolei przez wszystkich uczestników spotkania stanęło na tym, że od nowego miesiąca całkowitą opiekę nad ciocią sprawować będzie Halinka przy pomocy Henia. Henio nadal będzie pobierał pieniądze na poczcie każdego dziesiątego, a następnie da je Halince, Będzie też łącznikiem między nimi. Było dobrze po siódmej. Na dworze była kompletna ciemność. Ulice puste. Uczestnicy spotkania rozeszli się każdy w swoją stronę. Idąc przez park Henio rozmyślał czemu nikt nie chciał widzieć jego rozliczenia. Czyż by mu tak ufali? A może wiedzieli ,że nie mieli tego prawa czynić, zajmując się ciocią tylko od czasu do czasu nie dają ani złotówki. Trochę go to uspokoiło, a zarazem połechtało dumę uczciwego faceta. A może one nie są takie niedostępne, może to tylko pozory, może, może, długo by wyliczać. Droga powrotna była jakby krótsza. nie zorientował się kiedy stanął przed swoim blokiem. Powtórzył czynność jaką wykonał przed wejściem do cioci. Czuł, że spadł mu wielki kamień z serca, był zadowolony z tego, że rozmowa potoczyła się według jego myśli. Ile w tym jego zasługi? Czy w ogóle można tu mówić o czyjejś zasłudze. Takie były realia i takie trzeba było przyjąć rozwiązania. On sam, przy nie ustalonej roli Halinki nie dał by na dłuższą metę rady. Poczuł niebywałą ulgę. Nie znał przedtem takiego uczucia. Poczuł się dziwnie wyzwolony. Teraz za losy cioci odpowiedzialne są też inne osoby. On zawsze bał się podejmować decyzje ostateczne. Często miał wątpliwości co do celowości i trafności swoich czynów. Jednakże po upewnieniu się, że nie ma złych skutków czuł wielka satysfakcję. Zdał relację z przebiegu rozmowy żonie, która również ucieszyła się z postanowionego rozwiązania. Długo jeszcze rozmawiali o cioci, jej pogarszającym się zdrowiu, o tym kto zajmie się sprawami ostatecznymi. Na razie nikt głośno nie chciał na ten temat rozmawiać, chociaż każdy wiedział, że może to nastąpić w najmniej oczekiwanym momencie i z nikim nie będzie to ustalone. Były okresy w czasie których żona Henia zaskakiwała go trzeźwym, chłodnym spojrzeniem na otaczające ją zjawiska. Ale póki co pragnął teraz tylko kąpieli, jedzenia i pójścia spać. Szum lejącej się wody do wanny zapowiadał tak upragniony relaks. Zapach płynu do kąpieli unosił się na całe mieszkanie. Zanurzony w gorącej wodzie, przymknął oczy oddając się upragnionemu nastrojowi intymności. Wiedział, że czeka go jeszcze rozmowa na temat kto zajmie się sprawami pochówku na wypadek śmierci cioci. Nie wiedział, czy do tej rozmowy należałoby włączyć ciocię, czy załatwić to tylko wśród kuzynostwa. Przypomniał sobie jego rozmowę z ciocią jeszcze kilka lat wstecz, gdy niby w żartach ona mówiła do niego: wiesz, jakby mi się coś, no wiesz... miała na myśli chyba właśnie taką okoliczność, to ty się wszystkim zajmij. Śmiała się przy tym. Przypomniał sobie też, że zmieniła osobę upoważnioną na polisie PZU Życie z Iwony na niego. Teraz kojarząc strzępy dawnych rozmów zastanawiał się, czy rozmawiała ona też na ten temat z innymi. Co inni wiedzą o jej planach na taką okoliczność. Wzdrygnął się na samą myśl, że mogłoby to niebawem nastąpić, a on o tym zapomniał. Nigdy nie likwidował czyjegoś mieszkania, nie organizował pogrzebów i innych z tym związanych spraw. Co też ta ciotka wymyśliła. Pewnie wiedziała, że do takich spraw kto jak kto, ale właśnie on najlepiej się nadaje. Mieszka na miejscu, jest na emeryturze, ma więcej czasu niż inni, a poza tym jest przecież jej kochanym chrześniakiem. Głośne wołanie żony – żyjesz! – przerwało nastrój. Równie głośno odpowiedział, żyję, ale co to za życie. Mogłabyś chociaż plecy mi wyszorować – żartował. Jak to dobrze, że jest ktoś kto martwi się o niego – pomyślał. Szybko dokończył mycie, spuścił wodę i wyszedł z łazienki. Długo nie potrafił zasnąć. Tysiące myśli przepychało się jedna przed drugą w jego świadomości. Sen przyszedł znienacka. Halinka już wcześnie rano zachodziła do cioci by napalić w piecu. Wymagało to trochę zachodu, szczególnie z rozpalaniem w kaflowym piecu przychodziło jej z trudnością. Gdy ciocia budziła się na dobre, na stole w kuchni stało już przygotowane śniadanie. Zapach świeżo parzonej kawy zbożowej jeszcze z dzieciństwa wprowadzał ją w dobry nastrój. Bywały dni, gdy wspólnie siadały przy stole i dzieląc się różnymi uwagami omawiały , a to co by zjadła na obiad, a to, czy starczy węgla, innym razem jaka jest faktycznie pogoda na dworze. Nieprzynaglane innymi obowiązkami miały dużo czasu dla siebie. Najtrudniejszy był moment uruchomienia siebie. Siedząc na tapczanie, w pełni przytomna wślizgiwała rozgrzane stopy w wychłodzone, zdeptane kapcie pozostawiane zawsze w tym samym miejscu. Nawet w całkowitej ciemności nie miała z tym kłopotów. Chwytając się balkonika, nie odrywają nóg od podłogi przesuwała się to do kuchni, to do ubikacji, albo też do okna, by sprawdzić, czy to co mówią w radio o pogodzie jest prawdą. Jednak ulubionym jej miejscem był wygodny choć wiekowy fotel. Całymi godzinami mogła w nim siedzieć. Gdyby ktoś za nią mógł jeść, czy iść do ubikacji ona najchętniej nie ruszała się z tego miejsca. Wszystkie potrzebne rzeczy miała na wyciągnięcie ręki. Gdyby nie Halinka zapomniała by o braniu lekarstw. Na pytanie, czy wzięła, zawsze odpowiadała, że tak. Po zaglądnięciu do dozownika dziennego okazało się, że nie. Każde takie zapomnienie widoczne było w jej zachowaniu. Duże skoki ciśnienia nie lubiły takich sytuacji. Na ścianie obok pieca w drewnianej, prostej obudowie wisiał zegar. W wewnątrz pudła ktoś kopiowym ołówkiem napisał – z okazji urodzin od Walickich i data 17 październik 1913 rok. Gdyby ten zegar potrafił mówić. Niejeden podręcznik historii mógłby się zawstydzić. Rzadko był nakręcany, mimo, że, jego gong miał przepiękne brzmienie. Teraz gdy tak często sen przychodzi z trudem, jego bicie stawało się uciążliwe. Spełniał więc rolę atrapy niż sprzętu użytkowego. Drugim utrudnieniem było jego nakręcanie. Chcąc go nakręcić trzeba było stawać na krześle, a kto by teraz ryzykował takim wyczynem. Tak więc wisiał sobie jako niemy świadek minionych dziesiątków lat. Niech teraz odpoczywa. Pod zegarem na półeczce jakby dla kontrastu budzik z napisem na cyferblacie made in CCCP. O dziwo, sprawny punktualny, jak na tamtą epokę jedyny na naszym rynku. Na białych koronkowych serwetkach w równym rzędzie poustawiane różnej wielkości słoniki z trąbami zadartymi do góry. Jest ich siedem. To pamiątki od dzieci z różnych okazji. Najczęściej jednak z okazji Dnia Nauczyciela. Obok pieca stało wiadro wypełnione węglem i karton ze szczapami przygotowanymi do rozpałki nazajutrz rano. Bywały dni kiedy ciśnienie atmosferyczne cofało dym do środka mieszkania i wówczas Hailnka otwierała bez względu na pogodę oba okna. Od pewnego czasu na ulicach zaczęły pojawiać się girlandy ze sztucznych choinek ozdobionych migającymi lampkami. Na latarniach służby miejskie montowały różnego rodzaju podświetlane ozdoby. Początek grudnia to okres przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. W telewizorze prawie na każdym kanale różne firmy prześcigały się w ofertach świątecznych zakupów. Promocje goniły promocje. Począwszy od zabawek, po artykuły spożywcze pokazywane w różnych połączeniach zachęcały niezdecydowanych do zakupów. Nastały mroźne wieczory. Dobrze, że okna Halinka pomyła w zeszłym tygodniu. W sklepach i na targowiskach tłok niespotykany w innych okresach roku. Przez megafony spikerka, ostrzega kupujących przed grasującymi złodziejami. Gdzie niegdzie, już nieliczne samochody z choinkami, a na cmentarzach ludzie uwijają się w porządkach. Na grobach pojawiają się małe choineczki zdobione szklanymi bombkami i powłóczystą lametą. Ta pora roku dla nielicznych okaże się sprawdzianem przetrwania. Gołębie, które latem skubały trawę na trawnikach w parku teraz siedzą na gzymsach domów skulone z zimna i głodu. Trudno teraz dostrzec jakiś kawałek porzuconego chleba. Wypatrują głodne parapetów okien życzliwych ludzi w nadziei, że ktoś nasypie jakiegoś jedzenia. Chociaż jest to początek zimy, to nie ma jednak żadnych lepszych rokowań na inne dni. Może być tylko gorzej. Okres ten będzie też sprawdzianem przetrwania dla cioci Hani. Jak też ona da sobie radę? Jej niedawno przebyte problemy zdrowotne były powodem zmartwień Halinki i Henia. Choć wzajemnie nie mówili sobie o nadchodzących obawach to jednak oboje zdawali sobie sprawę, że może się wiele wydarzyć. Na wszystko powinni być przygotowani. Niedawna utrata świadomości i kolejny upadek w drodze do łazienki nie skończył się tragicznie tylko dlatego, że w domu była Halinka. Zadzwoniła ona do Henia i wspólnie doprowadzili ją do porządku. Wezwany lekarz domowy po zaordynowaniu lekarstw powiedział tylko, żeby być przygotowanym na powtarzanie się takich sytuacji. Postępująca miażdżyca jest tego przyczyną. Więc pozostało tylko czekać. W sobotę , szóstego grudnia do cioci przyjechały Marta i Agnieszka. Było wczesne popołudnie, Napuściły do wanny gorącej wody, dodały jakiegoś olejku o przyjemnym łagodnym zapachu i wykąpały ciocię. Halinka i Henio czekali w kuchni, aż kąpiel się skończy. Byli w pogotowiu na wypadek konieczności nagłej pomocy. Ciocia wyszła z łazienki radosna i uśmiechnięta. Wychodząc wielokrotnie powtarzała, tego mi było potrzeba. Wymienili spojrzenia również zadowoleni z przebiegu operacji. Usiadła na tapczanie przykrywając się kołdrą. Agnieszka przystąpiła do suszenia jej włosów. Noc minęła spokojnie. Spokojny był też cały ten dzień i kilka następnych. Tuż przed wigilią Henio przyniósł cioci stroik z życzeniami od siebie i żony. Zapowiedział, że w wigilię przyniesie potrawy tak, żeby Halinka mogła u siebie też coś dla siebie zrobić. Ostatnio dużo czasu poświęcała cioci. Tuż przed wigilią Halinka stwierdziła, że wigilię spędzą obie. Miała przyjść do niej sąsiadka, ale że przyjechała do niej córka to i zabrała ją do siebie. Dobrze więc się składa, nie będą same. Przez prawie cały wigilijny dzień telewizor miała włączony. Rano na odwiedzinach chorych był wikary. Po wspólnych modlitwach podzielił się opłatkiem życząc od siebie i proboszcza długiego zdrowia, Minęła wigilia. Zaczęły się święta. Henio wpadł tylko na parę minut, bo pracował popołudniu. Zaraz po Nowym Roku do cioci Hani przyszło wiele ludzi z życzeniami noworocznymi. Ciocia starała się sama uczestniczyć w przygotowywaniu naczyń na różne smakołyki przyniesione przez Martę, Iwonę i Henia. Miały przyjść jej przyjaciółki, ale do końca nie wiedziano ile będzie osób. Henio otrzymał telefon z domu, że ma szybko przychodzić bo przyszły dzieci na odwiedziny. Pożegnawszy się, jeszcze raz złożył wszystkim życzenia i poszedł do domu. W święto Trzech Króli u cioci była kolęda. Coraz częściej zdarzało się cioci nie zdążyć do ubikacji i wówczas wpadała w stan narastającej depresji spowodowany własna niemocą. Nie pomogły perswazje, że to nic strasznego, że i na to znajdzie się rada. Teraz Halinka miała więcej pracy bo doszło częstsze pranie. Henio poszedł do lekarza i opowiedział o narastających problemach. Lekarz dał wniosek na niezbędne środki sanitarne. Sytuacja normalizowała się. Ciocia najpierw niechętna tak osobistej ingerencji w jej życie, teraz coraz częściej bez szemrania stosowała się do poleceń Halinki. W rozmowie wyczuwalna była niechęć do tematów z przeszłości. Zarówno Halinka jak też i Henio zauważyli, że ciocia zapomina co robiła wczoraj, wieczorem zapomina co jadła na obiad lub kto u niej był. Codziennie zjadała mniejsze porcje. Coraz częściej zasypiała w fotelu, nie słysząc kto wszedł do mieszkania. Zima w pełni. Za oknem śnieg sypie od kilku godzin. Służby drogowe nie nadążają z usuwaniem go. Choć za oknami mróz, w mieszkaniu jest ciepło. Teraz odpowiednie urządzenie stoi przy tapczanie tak, by ciocia nie musiała daleko chodzić do ubikacji. Sama mówi, że to dobre urządzenie. Od pewnego czasu na telewizję przychodzi znajoma Halinki, bo jak mówi telewizor się jej zepsuł, a nie ma pieniędzy na naprawę. Jest to starsza kobieta i rekomendacja jej przez Halinkę jest wystarczającym argumentem dla Henia na obecność w jej domu. Tu i ówdzie słychać kolędy. W telewizorze na wielu kanałach reportaże ze świata podsumowujące stary rok i oczekiwania w nowym. Pewnego mroźnego wieczora, gdzieś koło szóstej, czy siódmej, Henryk wracał przez park ze spaceru z ulubionym psem Fają. Do pewnych miejsc on sam prowadził. Zawsze czekały tam na niego ulubione zapachy swoich przyjaciół, a zdarzało się, że i wrogów. Miał takiego jednego, który nie wiadomo czemu ilekroć przechodził koło jego domu przebiegał z wewnątrz mieszkania na balkon by wyrazić swoją niechęć do Faji wściekłym szczekaniem. Nigdy przedtem nie spotkali się oko w oko i Henryk nie mógł zrozumieć skąd tyle agresji akurat do Faji. Przecież Faja był to przykład łagodności nie tylko do ludzi, ale wszelkiego ruchomego i nieruchomego stworzenia tej ziemi. Dobrze, że w taki mróz balkon ten jest zamknięty i agresor pewnie leży teraz u stóp swojego pana lub pani przebierając przez sen nogami w sennym pościgu. Faja to kudłacz o sierści brązowo - czarnej, o dużych miodowych oczach, podobny do owczarka niemieckiego, choć zapewne nie taki inteligentny. Mimo, wszystko swoją inteligencję ma i wie jak unikać konfliktów i jak się przypodobać. Puszysty ogon sięgał prawie ziemi. Uszy duże, klapnięte, obrośnięte długą sierścią. Jednak nie na tyle długie by wpadały mu do miski w trakcie jedzenia. A jeść potrafił dużo nie grymasząc. Jednym słowem dał się lubić. Nawet osoby pierwszy raz mające z nim kontakt szybko z nim się zaprzyjaźniały. Henryk nie był z tego jednak zadowolony, bo przecież miał to być pies obrończy, a często sam musi go bronić nie tylko przed innymi psami, ale też przed złośliwością innych ludzi. Henryk często zastanawiał się skąd Faja wie, że teraz pójdą do cioci. Jest wtedy dziwnie podniecony, biega po całym mieszkaniu niecierpliwie patrząc na półkę w przedpokoju na której wisi smycz. Prawdopodobnie nasłuchuje prowadzonych w domu rozmów, może wyłapuje wyraz ciocia i czeka co będzie dalej się działo. Gdy po raz pierwszy Henryk przyprowadził do cioci psa nie wiedział jak zareaguje ciocia, a jak pies. Ku wielkiej radości Henryka, Faja od wejścia bezbłędnie, jakby tu był już kiedykolwiek, bezpośrednio pobiegł do pokoju w którym na fotelu okryta pledem siedziała ciocia. Wiedziała, że Henryk ma psa i dawniej wiele razy mówiła mu by z nim przyszedł. Uznał, że teraz Faji czas przyszedł, bo dni krótsze, szybko robi się ciemno na dworze, a z daleka nie widać, czy Faja to obrońca, czy fajka. Mimo stosunkowo wczesnej jak na zimę pory, to jednak ruch jest mniejszy i po ulicach chodzą tylko ci co zapewne muszą. Faja miał swoje ulubione miejsce między fotelem, a podnóżkiem, na którym ciocia opierała nogi. Łeb kładł na krawędzi fotela, nieruchomo patrząc w oczy cioci. Od czasu do czasu odwracał głowę w kierunku Henryka jakby sprawdzając co robi. Po chwili jednak po mieszkaniu roznosiło się głośne chrapanie wzbudzając ogólną wesołość. Często ciocia opierała na wielkim łbie dłoń nawijając na palec sierść między uszami. Zapewne to było przyczyną szybkiego popadania Faji w sen. Tak było i tym razem. Wyspany Faja biegł teraz radośnie obok Henryka od czasu do czasu odbiegając na boki. Był w zasięgu wzroku, reagując na komendę. W pewnym momencie, gdy Henryk przechodził obok kontenera na śmieci Faja stanął jak wryty. Postawił zwisające do tej pory uszy i patrzył raz na Henryka to znów na kontener. Dziwne to zachowanie Faji zaciekawiło Henryka. Przystanął, nasłuchując czy czegoś z tamtego kierunku nie usłyszy. Faja, jak rzadko kiedy nastroszył sierść, wrogo pomrukując. Dookoła panowała ciemność, która jednak w okolicy budynku przechodziła w półmrok. Henryk zapiął smycz na szyi Faji i jak tylko mógł blisko, tak blisko starał się mieć go przy sobie. Mimo ciemności wyraźnie można było zauważyć kontury kontenera. Obok kontenera stał załadowany jakimś workiem dwukołowy wózek. Koła wózka usadowione były w centralnej części dużej skrzyni, na której oprócz worka leżały jakieś przedmioty. Im dłużej przebywał w tych ciemnościach coraz wyraźniej dostrzegał jakieś kartony leżące obok. Faja coraz bardziej nerwowo zaczął machać wyprostowanym teraz ogonem, sygnalizując jakieś zagrożenie, albo niespotykaną do tej pory okoliczność. Krok po kroku, trzymając krótko smycz zaciekawiony co jest przyczyną takiego zachowania Henryk zbliżył się do kontenera. Obszedł go od strony podniesionej klapy i stanął jak wryty. Nieliczne w tym miejscu bezlistne gałązki bzu opadały na zbyt blisko przysunięty kontener. Oczom Henryka ukazał się widok dużego worka ze śmieciami jakby nie do końca wrzucony do pojemnika. Henryk nie lubi lenistwa w tak prostej czynności jak wyrzucenie śmieci. Już miał wrzucić ten worek do środka, gdy zaniepokoiła go dziwna znajoma miękkość wyraźnie wyczuwalna pod palcami. Oprócz tego, że wyczuł rękaw, a w nim bezwładnie zwisającą rękę, zauważył coraz wyraziściej postać człowieka. Ale co on tu robi? Panie co pan tu po ciemku robi – zapytał. Słyszy pan, co pan robi? Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Zaklął siarczyście powtarzając pytanie. W jednej chwili Henryk zorientował się, że ma do czynienia z bardzo ważnym, a być może i tragicznym zdarzeniem. Teraz również drugą ręką w której trzymał smycz obmacał postać od góry do końca płaszcza i stwierdził, że osoba ta wisi w powietrzu przygięta w połowie. Na oko zauważył, drobnej postury faceta którego nogi dyndają w powietrzu. Ręce opuszczone wzdłuż głowy ani drgnęły. No to facet się ululał – pomyślał, Noc niebawem zapadnie i facet zostanie tak wisieć do rana. Zdenerwowany odkryciem Faja coraz energiczniej obwąchiwał z każdej strony znalezisko. Jakby chciał powiedzieć – a mówiłem, że na coś się przydaję. Henryk podszedł do stojącego obok bloku. Wyciągnął komórkę i znalazł numer pogotowia ratunkowego. Drżącym głosem opowiedział co się wydarzyło, z sugestią, że być może facet nie żyje. Nie minęło kilka minut jak w oddali słychać było dźwięk syreny karetki. Pobieżnie zapoznali się ze zdarzeniem stwierdzając, że po ciemku nie są w stanie nic zrobić. Henryk słyszał jak przez radiostację wzywają policję. Widząc, że sprawa jest w dobrych rękach jakby nigdy nic Henryk poklepał Faję po kudłatym łbie, chwaląc go za dobra robotę i poszli do domu. Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Opowiadał żonie o tym co się wydarzyło i oboje snuli różne przypuszczenia co do szans przeżycia tego faceta. Jeżeli on przeżył, to być może Faja jest jedynym psem w okolicy, który uratowałby komuś życie. Według zapowiedzi meteorologicznych usłyszanych w telewizji, w nocy u nas ma być minus jedenaście stopni. A to by się facet urządził – pomyślał Henryk, oczywiście najpierw musi przeżyć. Jaskrawo czerwony pół owal wschodzącego słońca zapowiadał nadejście mroźnego dnia. Bezchmurne niebo zapewniło, że pogoda będzie bez niespodzianek. Henryk wstał z tapczanu, podszedł do okna, odsunął zasłonę – jego oczom ukazał się widok nie mający z obecną sytuacją wiele wspólnego. W nocy bowiem napadało tyle śniegu, że utarte wczorajszego dnia ślady samochodów i ludzi zostały zasypane grubą warstwą puszystego śniegu. Sąsiad z klatki obok wracał już z obowiązkowego spaceru ze swym kundlem merdającym teraz wesoło ogonem. Faja tolerował zaledwie jego obecność w swoim towarzystwie. Nigdy nie mogli znaleźć wspólnego tematu do obszczekania. Bywało też, że schodzili sobie z drogi udając, że się nie widzą. Henryk pomyślał, że czas wyjść z Fają. Faja leżał wygodnie na swoim fotelu nie kwapiąc się wychodzić na taki ziąb. Było to jednak nieuniknione. Henryk nałożył na piżamę spodnie i bluzę z polara, nacisnął kaptur na głowę i nie kryjąc swojej niechęci do wychodzenia na dwór o tak wczesnej porze. Przywołał Faję do siebie. Śnieg skrzypiał pod ich nogami, a mróz szczypał w twarz. Po paru minutach na pysku Faji pojawił się szron. Henryk nie miał ochoty daleko odchodzić od domu, ale Faja ciągnął go w swoje ulubione miejsca. Miał takich miejsc kilka, gdzie czuł się pewny, że będą tam jego zapachy i jego kolegów. Przeraźliwe zimno dało się jednak odczuć po paru minutach i oboje zgodnie powrócili do domu. Faja radośnie machając ogonem był zadowolony z decyzji pana. Henryk otrzepał śnieg z butów, pozdrowił panią cieć, która od wczesnego rana usuwała śnieg z chodnika. Wymienił z nią kilka zdawkowych uwag o pogodzie i wszedł do klatki. W mieszkaniu wszyscy jeszcze spali, więc zachowując się cicho wytarł Faji nogi, rozebrał się i położył ponownie. Ranek był już w pełni. Słychać było krzątanie się żony, a po mieszkaniu unosił się wszędobylski zapach kawy. Minęło kilkanaście dni od wydarzenia przy kontenerze i zapewne zapomniałby o tym, gdyby nie przypadek. Wychodząc ze sklepu zauważył, że przed piekarnią stoi wózek bardzo podobny do tego, którego widział w feralnym dniu. Ten sam uchwyt owinięty jakimiś szmatami, by ręce nie przymarzły do metalu, ta sama paka nietypowa dla takich wózków i sterta poukładanych, poskładanych kartonów. Przystanął. Ciekawiło go gdzie może być właściciel. Nie musiał długo czekać. Z za sklepu wyłoniła się drobna postać mężczyzny o szczupłej zarośniętej twarzy z głęboko nasuniętą na czoło wełnianą czapą zakończoną bąblem. Stara jesionka w jodełkę, pamiętająca modę lat sześćdziesiątych, mocno wytarta na łokciach była chyba tą, którą widział w półmroku. Jakiś czas zastanawiał się czy podejść do gościa, by poznać go bliżej, czy też pozostać na tym, że widzi go całego i sprawnego. Nie wiedział jak ma zgadnąć, co zrobić potem, czy dąć mu jakieś pieniądze, jeżeli dać to ile? - czy nie wygłupi się, czy potem będzie się mógł uwolnić od tego faceta. Różne myśli przychodziły mu do głowy. Ciekawość jednak była silniejsza. Przepraszam, że pana zaczepiam, zaczął nieśmiało – wydaje mi się, że kiedyś, gdzieś pana widziałem – kontynuował, nie bardzo wiedząc co ma dalej mówić. Nikt nie widział go jeszcze w towarzystwie menela, tak na pierwszy rzut oka ocenił faceta. O czym można z takim rozmawiać? Nie wiedział, czy ma się ujawnić jako jego „zbawca”, czy tylko dać mu parę złotych i zakończyć rozmowę. Znów ciekawość wzięła górę. Wie pan, - zaczął, ciekawi mnie czy po tym wydarzeniu, no wie pan, wtedy przy kontenerze, co było powodem, że został pan tam wisieć. Nieznajomy badawczym okiem spojrzał na Henryka, jakby przypominając sobie o co temu facetowi chodzi. Po krótkiej chwili zastanowienia jakby od niechcenia, poprawiając ześlizgujące się kartony, mrucząc pod nosem bąknął A co, skąd wiesz - wypalił mu przez ty. Henryk miał okazję bliżej przyjrzeć się nieznajomemu. Określił go na jakieś czterdzieści pięć lat, a może młodszy tylko tak staro wygląda, pomyślał. Ale czy teraz jest to takie ważne? No bo wiesz, teraz Henryk walnął mu przez „ty” – to ja byłem tym facetem, który ciebie zobaczył wtedy. A właściwie, to mój pies Faja. Gdyby nie ja zapewne nie rozmawialibyśmy teraz razem – chciał dodać sobie ważności, przypominając mu, że rozmawia z facetem, który bądź co bądź uratował mu życie. Po chwili wywiązała się między nimi serdeczna rozmowa, co chwilę przerywana wzajemnymi uśmiechami i żywą gestykulacją. Henryk dowiedział się, że tamtego dnia ktoś do kontenera wrzucił kilka puszek po piwie, które on świecąc sobie latarką zauważył. A, że kontener był prawie pusty więc leżały one prawie na jego dnie. Tego popołudnia ze swoim kolegą wypili po jabolu, a, że był prawie na czczo, wzięło go to ogromnie. Tak więc widział te cholerne puszki, wiedział, że ma je wyciągnąć, bo do rana weźmie ktoś inny, lub zostaną przysypane, szkoda by je zostawić, najpierw próbował patykiem, a gdy ta metoda okazała się bezskuteczna postanowił wejść do środka, wyrzucić je na zewnątrz i wyjść. A, że był pijany to wydawało mu się to bardzo proste. Gdy jednak oparł się o skraj kontenera za nic nie potrafił podnieść drugiej części ciała na drugą stronę. Próbował wiele razy, ale bezskutecznie. Nie wie kiedy się zsunął i jak dostał się do szpitala. Był bardzo wychłodzony i w szpitalu bali się czy przeżyje. Ale on nie takie rzeczy przeżył więc i jest. Tak snuł swą opowieść nieznajomy. Henryk dowiedział się, że na imię ma Kazik, mieszka na obrzeżach dzielnicy Granitowe wraz z dwoma innymi bezdomnymi, w nieczynnym budynku przeznaczonym do rozbiórki, która ma być na wiosnę. Jeszcze na początku roku, gdy zbierali złom znaleźli „kaczkę” to taki piec cały z żelaznej rury, zaczął mu tłumaczyć, choć nie musiał, bo Henryk doskonale wiedział co to „kaczka”, zaraz po wojnie jego ojciec sam zrobił taką do domu - zamieszkali w tym walącym się budynku, aby tylko do wiosny, bo będą go burzyć. Kartonami palą i czasami pójdą na tory by z wagonów zwalić trochę węgla. A co mamy zrobić – zaczął się usprawiedliwiać, zdechnąć? Na działkach zimno, nie wszędzie są piecyki, w kanałach smród, to wolą tam. On wie, że to przez wódę. Rzuciła go żona, poszła do innego, dobrze że dzieci nie mają. Przez jakiś czas próbował skończyć pić. Przekonał się jednak, że bez pomocy drugiej osoby to prędzej skończy, ale ze sobą. Henryk słuchał tych zwierzeń z udawaną wyrozumiałością, od czasu do czasu przytakując głową, że niby to prawda co on mówi, a jednocześnie zastanawiał się co mu powiedzieć na odchodne – czy to co myśli o tym naprawdę, czy coś z czego byłby on zadowolony. Chyba powie mu prawdę, że najważniejsza jest wola przestać. Nie musi być od razu ta silna wola, ale samo chcenie. Teraz jest tyle ciepłych miejsc na przetrwanie, ale nie wolno tam pić. I to co wybierze zależy tylko od niego samego. I gdyby wybrał takie miejsce, nie musiałby narażać siebie na śmierć pod jakimś kontenerem, albo w kontenerze. Henryk nie był pewien czy to co mówi ma większe znaczenie dla tamtego i czy właściwie on sam w to co mówi wierzy. Na odchodne wcisnął mu do kieszeni jesionki pięć złotych, jakby chciał się usprawiedliwić, że nie może nic więcej zrobić, życzył mu dużo silnej woli w swoim postanowieniu, niech to będzie do wiosny, ale niech będzie na pewno. Wymienili grymasy uśmiechu – rozstali się. Na pewno jeszcze się spotkają, skoro ta dzielnica jest jego oazą na przeżycie. Po przyjściu do domu opowiedział żonie o tym, że spotkał stuprocentowego, jakby się mogło jeszcze niedawno wydawać nieboszczyka, o tym co się dowiedział i, że cieszy się, że dalsze losy tego faceta tak się potoczyły. Próbowali przez chwilę zastanowić się jakby można by pomóc mu, ale cokolwiek by zrobili, lub chcieli zrobić musiałoby znaleźć u tamtego odzew. Nie bardzo wierzyli czy tamten tego akurat na pewno chce. Mijały kolejne dni, tygodnie. U cioci Hani Halinka ma coraz więcej problemów. Ciocia często kaprysi przy jedzeniu. Coraz częściej nie ma ochoty na zejście z tapczanu by pochodzić po mieszkaniu. Kilka dni temu wstając z fotela przewróciła się uderzając plecami o biurko. Widocznie próbowała sama się podnieść bo pozrzucała stojące na skraju biurka szklankę i talerzyk, wylewając resztkę herbaty na siebie. Niczym przyszła Halinka była też cała mokra od moczu. Nie dając sama rady zadzwoniła do Henryka by ten przyszedł pomóc jej podnieść ciocię i uporządkować sytuację. Niebawem wszystko wróciło do porządku. Halinka zagrzała wody na gazie, do pralki nasypała proszku i zabrała się za pranie przemoczonych ubrań. W mieszkaniu było przyjemne ciepło. W piecu huczał ogień. Ciocia w przebranej bieliźnie i dresie siedziała teraz w fotelu otulona pledem wpatrując się w telewizor. Widać było jednak, ze nie interesują ją już migające obrazy w telewizorze, po prostu patrzy przed siebie. Oczy coraz częściej traciły bystrość spojrzenia i coraz częściej były jakby nieobecne w tym co działo się dookoła. A może było to rozmyślanie nad dalszym biegiem do mety. Być może zastanawiała się jak będzie wyglądać ten ostatni etap. Po jej zachowaniu niewiele można było wywnioskować – tylko tyle, że jest coraz gorzej i coraz bliżej. Zegar tykał, godziny mijały, mijały dni. Na dworze mimo zimowej pory od kilku dni plusowa temperatura. Z dachów zwały śniegu spadają na przechodniów, tam gdzie tego nie uczyniły administracje. Jakiejś gazecie opisali wypadek uderzenia przez spadający sopel przechodnia, który w poważnym stanie leży teraz w szpitalu. Policja ze strażą pożarną przeprowadzają kontrole budynków na których wiszą sople. Ciekawe jak długo utrzyma się to ocieplenie. Powstałe na chodnikach błoto uniemożliwia przejście przez ulice. Znów okazało się, że ktoś zaspał. Tak co roku jest, - wciąż ktoś coś zawali i nie ma odpowiedzialnych. Henryk zostawił samochód w garażu. Nie chciał prowokować losu, by ten zrobił mu jakiś kawał. W zeszłym tygodniu miła być Marta, by wykąpać ciocię, a przynajmniej umyć włosy. Kąpaniem teraz zajmowała się Halinka. Ale co dwie osoby to nie jedna. Minęło już tyle czasu i nic. Halinka tego faktu, że cieszy się nie ukrywa. Ostatnio jak były Marta i Agnieszka to miały do Halinki pretensje, że lodówka jest cała zapełniona jakimiś przeterminowanymi wędlinami i margarynami. Próbowała im tłumaczyć, że dostała to dla psów i kotów którymi się opiekuje u siebie w domu, no i tymi które są u cioci w budynku. Miały też pretensje o przestarzałe jedzenie pozostawione na talerzykach w lodówce od kilku dni. Nie pomogły tłumaczenia, że w ostatnim okresie było dużo nieprzewidzianych sytuacji adsorbujących czas i siły. Do obrony Halinki włączył się Henio. Czy coś to dało, nie wiadomo. Ale od tego czasu coraz rzadziej przychodzą. A może faktycznie nie mają czasu. Sami na pewno też sobie bez nich poradzą. Delikatny dźwięk elektrycznego dzwonka przerwał poranny sen. Nie wiedział skąd pochodzi, czy jest on kontynuacją snu, czy to już jawa. Chwilę leżał nieruchomo oczekując na ponowienie się sygnału. Jeżeli się ponowi, to znaczy, że nie był to sen. Cisza. Faja podniósł łeb nie ruszając się z posłania. Henryk spojrzał na niego uważnie, bo jeżeli on się ruszył, to może oznaczać, że to nie był sen. Po chwili jednak dźwięk powtórzył się. W jednej chwili Faja zeskoczył ze swojego tapczanu i pobiegł do drzwi. Najpierw obwąchując je, postawił swe kudłate uszy groźnie pomrukując dając dzwoniącemu znak, że on tu jest i należy mieć się na baczności. Dzwonek ponowił się jeszcze raz, ale tym razem dłużej. Tego Faja nie mógł puścić płazem. Zaczął głośno szczekać co o tej porze dnia wydawało się szczególnie głośne. Henryk wkładając spodnie idąc do drzwi zawołał Kto tam, już idę, chwileczkę, tylko ubiorę coś na siebie. Pogłaskał Faję po kudłatym łbie, chwaląc go za czujność. Zadowolony z pochwały, Faja merdając ogonem usiadł pod drzwiami oczekując na otwarcie, by sprawdzić kto o tak wczesnej porze ośmiela się budzić jego pana. Kto tam – zapytał przez zamknięte drzwi Henryk. Nikt nie odpowiadał więc powtórzył pytanie. Nie chciał bowiem otwierać nieznajomym, tym bardziej, że ostatnio dużo było informacji o różnych napadach. Pomyślał sobie, że jak ktoś usłyszał szczekanie psa, pewnie zrezygnował z niezapowiedzianej wizyty. Jednak po chwili z za drzwi usłyszał kobiecy głos i jakieś nazwisko, którego nie zrozumiał. Chwileczkę proszę poczekać, zarzucę coś na siebie. Po chwili oczom jego ukazała się znajoma sylwetka znajomej Halinki. Nazywam się Maria Popiel, jestem znajomą pańskiej ciotki, a koleżanką Halinki. Poznaje mnie pan, prawda? Byłam kilka razy u pana ciotki. Ach, tak przypominam sobie. Wybaczy pani, ale nie mam zwyczaju przyglądać się znajomym swojej cioci, tym bardziej, gdy są mile widziani przez ciocię. Proszę wejść, ja tylko zamknę psa w pokoju by nam nie przeszkadzał. A która jest godzina? – zapytał wchodzącą do mieszkania; musi być jeszcze wcześnie, prawda? Znajoma wycierając obuwie niby od niechcenia bez patrzenia na zegarek powiedziała – parę minut po siódmej. W tym momencie z pokoju żony rozległo się głośne pytanie Z kim rozmawiasz? Przyszła znajoma cioci Hani i Halinki bo coś się wydarzyło – później ci powiem. Zaprosił ją do kuchni, przepraszając jednocześnie, że w kuchni będą rozmawiać, ale w pokoju zamknięty jest pies i on mógłby nam przeszkadzać w rozmowie. Bardzo pana przepraszam, że o tak wczesnej porze nachodzę pana, ale prosiła mnie o to Halinka. A cóż się takiego stało – przerwał zakłopotanie mówiącej. Otóż, były obie w kościółku na szóstą i jak wychodziły Halinka tak nieszczęśliwie stanęła na schodku przed wyjściem, że coś jej chrupnęło w kostce i upadła. Kościelny musiał wzywać pogotowie – zrobiło się małe zbiegowisko i zamieszanie, bo przecież nie często wychodząc z kościoła ktoś łamie sobie nogę. Ale cóż, stało się. Więc Halinka powiedziała mi, - kontynuowała, żebym pana poinformowała, bo nikt nie przyszedł by do cioci. A miała po kościele pójść do niej by napalić w piecu, bo zimno jest strasznie, a już wczoraj ciocia coś źle się czuła. A poza tym zostałaby bez jedzenia. Henryk słuchał tego wszystkiego nie wierząc, czy to prawda jawa, czy sen. Jeżeli jawa, to co on teraz pocznie, do kogo się uda po pomoc, na kogo będzie mógł liczyć, kto przejmie te wszystkie sprawy. Wszak nie muszą być wykonane w określonych porach, ale muszą być zrobione. Jakie czynności będzie robił on, a jakie inni. W jednej chwili legł w gruzach tak misternie ułożony plan i tak pięknie jak do tej pory realizowany przez jedną osobę. Cholera by to wzięła – zaklął. Korzystając z obecności pani Marii nieśmiało zapytał, A co pani o tym sądzi? – czy widzi pani jakąś możliwość pomocy ze swojej strony, chociażby dwa, trzy dni, aż rozejrzę się wśród rodziny kto mógłby coś poradzić w tej sprawie. Zapanowała chwilowa cisza. Henryk nie chciał jej przerywać w obawie, że spłoszy nadchodzącą nadzieję na chwilowe chociażby rozwiązanie tej skomplikowanej sprawy. Panie Henryku – rzekła po chwili, zróbmy na razie tak. Dzisiaj jest niedziela i na pewno dzisiaj pan nigdzie nic nie załatwi. Mam klucze z mieszkania cioci, które dała mi Halinka bym oddała je panu. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, pójdę do ciotki, napalę w piecu, węgiel drewno jest w domu widziałam, zrobię śniadanie i przez dwa , trzy dni zaopiekuję się ciocią. Ale nie dłużej, bo moja córka ma małe dziecko i też od czasu do czasu nim się opiekuję, powiedziała. Wie pani co, powiedział po krótkim namyśle Henryk – niech pani poczeka. Powiem tylko żonie co się wydarzyło, ubiorę się i pójdziemy oboje do cioci i opowiemy co się stało i jakie mamy rozwiązanie. Przepraszam, że nie częstuję panią kawą, ale chciałbym mieć to już za sobą – powiedział w obawie, że może się ona rozmyślić. Gdy wchodzili do mieszkania cioci, Hania jeszcze spała i nawet nie słyszała ich wejścia. Henryk sprawdził czy na pewno węgiel jest w mieszkaniu, czy drewna wystarczy. Otworzył lodówkę sprawdzając co w niej jest, a co będzie trzeba dokupić. Było jednak wszystko, co będzie potrzebne w najbliższym czasie. No to przynajmniej z zakupami na jakiś czas będzie spokój. Będzie musiał iść do szpitala do Halinki dowiedzieć się czegoś więcej o jej wypadku, przypuszczalnym okresie pobytu w szpitalu no i o tym co ona potrzebuje. Bo sytuacja też ją zaskoczyła i na pewno będzie musiał powiadomić jej rodzinę. A może to zrobi pani Maria. Ale tak, czy owak musi iść do niej, bo nawet nie wie gdzie trzyma pieniądze i co jest jeszcze do załatwienia w tym miesiącu. Ciocia Hania wolno otworzyła oczy jakby sprawdzając gdzie się znajduje i kto chodzi po jej mieszkaniu, i dlaczego taki ruch. Gdy zobaczyła Henia, uśmiechnięta się i zdziwionym tonem powiedziała: Co ty tu robisz, która to godzina? Oboje przeprosili, że robią trochę zamieszania, ale zmusiła ich do tego niespotykana okoliczność. Pani Mario, niech pani opowie cioci co zaszło, a ja w między czasie zrobię ogień w piecu. Chociaż już dawno odwykł od takich czynności jak palenie w piecu, to szło mu to nad podziw składnie. Pamiętał, że jeszcze w dzieciństwie nie lubił wybierania popiołu z pieca w obawie przed wysypaniem się go na mieszkanie. Nie minęło kilkanaście minut, a w piecu słychać było znajomy szum płomieni i palącego się drwa. Usiadł obok opowiadającej pani Marii obserwując jednocześnie reakcję cioci. Miła minę dziecka złapanego na psotach. Patrzyła to raz na Henia, to znów na panią Marię. Widział, że przeżywa to bardzo. Kilka razy powtarzała – a to Halinka się wycierpiała, biedna ci ona jest. Szkoda, że nie będę mogła do niej pójść. Musiała mieć pecha akurat teraz, taka dobra kobieta. A co ciociu, złym kobietom mogło by się to przydarzyć? – zapytał prowokacyjnie Henryk, żartując. Nie łap mnie za słowa tylko powiedz co ustaliliście. Opowiedział w skrócie co ustalili. Jak będzie sprawa wyglądała dalej okaże się dopiero jak porozmawia z Martą i Agnieszką. Porozmawia też ze swoją siostrą i wtedy podejmą ostateczną decyzję. Ale jak na razie to nie wiedzą co właściwie stało się Halince. Nie wiadomo było też na jak długo organizować zastępstwo. Tak się wszystko popieprzyło,... Maria zrobiła śniadanie, wyjęła z opakowania tabletki używane rano przez ciocię, postawiła to wszystko na stoliku przy tapczanie. Oczekiwała co o tym wszystkim sądzi ciocia. Ta się zamyśliła, jakby szukała własnego rozwiązania. - Ciociu, rzekł po chwili Henryk, nie ma co dumać, bo i tak na dzień dzisiejszy nic mądrzejszego się nie wymyśli, - rozwiązanie jak na ten czas jest najlepsze, a co będzie później to się zobaczy jak pogada z resztą,- miał na myśli Martę, Agnieszkę no i siostrę.- A póki co, to dzisiaj obiad przyniesie pani Maria, a wieczorem wpadnie do niej on z kolacją, - zabezpieczy piec przed wydostawaniem się czadu, poda tabletki, zaśpiewa kołysankę, - zażartował,- a później się okaże. Maria została jeszcze jakiś czas by podać miskę do mycia, wylać po nocy wiadro z nieczystościami, pomóc ubrać się i przejść w balkoniku do stołu na którym stało śniadanie przeniesione ze stolika obok tapczanu. Chciała przez to zmobilizować ją do poruszania się, czego w ostatnim czasie ciocia jak tylko mogła unikała. Maria znała te sytuacje i wiedziała jak zrobić by choć trochę zmusić ją do poruszania się. Wiedziała, że jako osobie obcej nie będzie odmawiała. Tak też się stało. Wracając do domu układał w myślach plan działania. Najpierw zadzwoni do Marty, a ona pewnie do Agnieszki. Zastanawiał się czy siostrę tylko powiadomi, czy też będzie chciał, by włączyła się do sprawy. Powtarzał sobie przysłowie – do ludzi przez ludzi. Ciekawe czy w tym przypadku to się potwierdzi. Że też takie sprawy jemu musiały się przytrafić. Zastanawiał się czy, gdyby nie był chrześniakiem, to czy tak samo angażowałby się w tej sprawie. Zapewne tak. Taką ma naturę, od dziecka był wrażliwy na cierpienie jakiegokolwiek stworzenia. Pamięta, że nie lubił i nie lubi nadal wędkowania, a to tylko dlatego, że chcąc złapać rybę trzeba na haczyk nadziać robaka. Zbliżało się południe. Od kilkunastu minut pogoda zaczyna się psuć. Niebo się zachmurzyło – zapowiadając opady śniegu. Nic dziwnego, to przecież środek zimy. Kilkakrotnie próbował dodzwonić się do Marty i Agnieszki, ale telefony nie odpowiadały. Co u licha pomyślał. Czyżby nie było ich w domu. Jeżeli się z nimi nie dogada, to cała sprawa pozostanie na jego głowie. Nie chciał nic załatwić bez uzgodnienia z nimi. One są takie wrażliwe na swoim punkcie. Może to chwilowy brak łączności – pomyślał, spróbuje później. Ciekawe jak wyobraża sobie załatwić tą sprawę jego siostra. Dawno nie kontaktowali się ze sobą. Ostatnio rozmawiali ze sobą w czasie Świąt Bożego Narodzenia i chyba Nowego Roku.. Nie pamięta dokładnie, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Wykręcił numer i po chwili usłyszał oczekiwany głos. Był zadowolony, że chociaż jedną zastał osobę, która ewentualnie mogłaby poświadczyć jego starania. Po zdawkowym nic nie mającym wspólnego ze sprawą wstępie, przystąpił do relacjonowania sytuacji. Był zaskoczony szczerym, jak mu się wydawało zainteresowaniem siostry. Zapanowała chwilowa cisza w słuchawce, co zaniepokoiło Henryka. Pewnie teraz poszuka pretekstu by się wymigać – pomyślał. Mimo, że cisza trwała zapewne bardzo krótko, to jemu wydawało się, że trwa wieki. Mam! – zadowolony głos z drugiej strony aparatu wykrzyknął.- Znam osobę, która ma w takich przypadkach doświadczenie, jest wykwalifikowaną pielęgniarką, a w dodatku aktualnie opiekuje się jedną, czy dwoma chorymi osobami. Jest nie droga i rzetelna. Ona tylko musi znaleźć do niej telefon. Jak znajdzie, to przedzwoni do niej, przedstawi sprawę i oddzwoni mu. Henryk poprosił ja również, by zadzwoniła do Marty lub Agnieszki i powiedziała co zostało ustalone. Cały dzień chodził myśląc jaki obrót przyjmie ta sprawa i na kogo spadnie załatwienie jej do końca. W przeciągu paru minut niebo zachmurzyło się. Zrobiło się ciemno jak by był już wieczór. Było dopiero parę minut po piętnastej, a tak ciemno pomyślał. Zaniepokoiło go to bo miał iść do kościoła na szesnastą i nie wiedział, czy nie przełożyć pójście do kościoła na później. Ale to się jeszcze okaże. W przeciągu paru minut gęsty śnieg wielkimi płatami spadł na zamarzniętą ziemię, tworząc ogromne zawirowania między blokami. W takiej sytuacji nawet parasol nie uchroniłby przed śniegiem. Doglądnął pieczeni w piekarniku, dolał wody i przewrócił ją na drugą stronę. Zawołał Faję, założył smycz i poszli na dwór. A niech cię trochę przewietrzy pomyślał. Faja lubił takie ekstremalne sytuacje. Z zaciekawieniem stojąc na tarasie spojrzał przed siebie oceniając, czy jego pan też zamierza wychodzić na taką pogodę. Henryk postawił kołnierz kurtki, nałożył rękawiczki, wydał komendę ; naprzód i biegiem ruszyli przed siebie. Pewnie gdyby nie Faja siedziałby teraz przed telewizorem popijając piwo. Mimo takiej nawałnicy na dworze było jak na tę porę roku ciepło. Niebo było całe zaciągnięte chmurami, co nie zapowiadało rychłego przestania. Bawiąc się śnieżkami z Fają, przez chwilę przestał rozmyślać o ostatnich wydarzeniach. Prawie całe futro Faji przez kilka sekund pokryło się gęstą warstwą śniegu, tylko czarny kudłaty łeb sterczał spod tej śnieżnej pierzyny. Miałby i łeb biały, gdyby nie częste strzepywanie w czasie łapania śnieżek. Noga! – zawołał.- Idziemy do domu. Pies stanął jakby zastanawiając się czy posłuchać, czy jeszcze się trochę pobawić. Wolał jednak nie robić panu przykrości. Strzepał z grzbietu śnieg i radośnie merdając ogonem przybiegł do pana. Henryk zapiął smycz, zrzucił nagromadzony śnieg i truchtem pobiegli w stronę domu. Późnym wieczorem dzwonek telefonu przerwał panującą ciszę. Jeszcze nie spali. Z żoną oglądał film przyrodniczy. Nie spodziewał się że o tej porze, ktoś jeszcze zadzwoni. A jednak. W jednej chwili przypomniał sobie, że przecież siostra powiedziała, że zadzwoni jak tylko coś ustali. Widocznie coś ustaliła – pomyślał. Tak, słucham - powiedział przystawiając słuchawkę do ucha. Z drugiej strony usłyszał głos siostry. Ze wstępu zorientował się, że jest dobrze. Ale na ile dobrze i co to jest – dobrze? Cały zamienił się w słuch. Poinformowała go, że rozmawiała z tą pielęgniarką i umówiła ich u siebie w firmie w poniedziałek na godzinę jedenastą. Powiedziała również, że rozmawiała z Martą i ona też będzie na tym spotkaniu. Henryk czuł jak kamień spada mu z serca. Poczuł wielka ulgę. Zrobiło mu się w jednej chwili bardzo przykro. Osoba, na którą właściwie nie liczył, jednym telefonem załatwiła cały problem. Pozostało tylko zapoznać się z warunkami jakie przedstawi owa pielęgniarka. Był ciekawy tego jutrzejszego spotkania. Kombinował nad różnymi wersjami propozycji czasowych, to ile godzin i w jakich porach miałaby przychodzić, co miałaby robić. Tyle się teraz wyłoniło problemów, które mimo, że przedtem były, nie stały się tak widoczne jak teraz. Mimo, że lubił załatwiać różne sprawy i ruch panujący przy załatwianiu, to obecna sprawa jest bez porównania najpoważniejsza. Były już takie momenty, których jednak na razie nie brał na poważnie, że w najgorszym przypadku będzie zmuszony znaleźć jakiś dom opieki. Ale czy to można tak od ręki załatwić – i gdzie to się załatwia. Teraz czuje się zawstydzony swoimi myślami. Z drugiej zaś strony on ma też…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil benokam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…