Kamień
Opowiadanie motocyklowe
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kamień
Chorągiew Nadworna posuwała się spokojnym tempem, piaszczystą drogą. Odkąd wyruszyli 3 lipca z Czerwińska nad Wisłą, gdzie nastąpiło przekroczenie Wisły i połączenie armii Jagiełły z oddziałami Witolda, minęli wiele wsi i grodów warownych. Andrzej Ciołek z Żelechowa herbu Ciołek zaszczyt miał nieść Chorągiew. Wymieniał się nią podczas drogi ze swoim kamratem Janem ze Sprowy herbu Odrowąż. Chorągiew to była ważna, bo przyboczna i obok Wielkiej Chorągwi Ziemi Krakowskiej i Chorągwi Gończej skupiała wokół siebie najprzedniejsze rycerstwo Polskie i Litewskie, a nawet czeskie. Za królem podążali rycerze Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima, Florian z Korytnicy, czy mąż wielki Jaksa z Targowiska z domu Lisów. Za to z Janem i Andrzejem podróżowali Siemowit Młodszy - książę mazowiecki, Mikołaj Kiełbasa i Przedpełk z Kopydłowa herbu Dryja. Lato było gorące i suche, zbroje jechały na wozie a obaj rycerze rozkoszowali się wieczornym wietrzykiem, który plątał się w ich długich, uwalanych ostatnim posiłkiem brodach. Wiesz Janie, nie umiem rozprawiać o tym co się stanie jutro, czy za dni kilka. Szykuje się bitwa. Wielka bitwa. Komturie wycofały swoje oddziały ze Świecia, a z Malborka ruszyło zaciężne rycerstwo i pewnie spotkamy ich w okolicach Tannenbergu. Wiedz, że dobrym kamratem jesteś i przyjemność niesłychaną czerpię z tych naszych wspólnych wojenek i podjazdów. Lubię ten stan chwalebny, kiedy przywdziewam zbroję i spinam wierzchowca, a dziewki spoglądają spragnione i niejedna ma ochotę, aby ją porwać w siodło i wziąć w jasyr. Dobrze prawisz Mężu Andrzeju. Każdy może dosiąść konia i galopować na dziko przez bory, jednak nam, rycerstwu, splendor się należy i poważanie kiedy dosiadamy rumaków okutych w barwy herbowe i wojować jedziemy. Słodkie to życie jak miód z piwnicy zamkowej w Dąbrównie co żeśmy go zdobyli wczoraj. Szkoda tylko, że ominęliśmy Działdowo i Lidzbark Welski, bo tam podobno przednie dziewki. Ach, bitwa blisko. Ja gotowy jestem oddać życie za mojego króla i mój kraj piękny. Czymże byłby honor rycerski bez poświęcenia. Naszą rolą walczyć i umierać, albo żyć jak Bóg da. Jak Bóg da, prawda najświętsza bracie, jak Bóg da...
Jacek zapinał swój jednoczęściowy kombinezon. Ciasny, ale lubił go. Przejeździł już w nim trzy sezony. Przejeździł, to znaczy nie stał pod barem motocyklowym i lansował się przed koleżankami z jaką największą szybkością jechał, tylko w każdej wolnej chwili dosiadał swojego ZZRa i nawijał kilometry. Oczywiście jak tylko mógł. Praca, obowiązki, rodzina, to wszystko było normalnym i zwyczajnym, dobrze poukładanym życiem trzydziesto-siedmiolatka. Zarabiał w miarę dobrze, lubił swoją pracę i cieszył się z osiąganych sukcesów. Tych dużych i tych małych. Tak naprawdę był szczęśliwym człowiekiem. Dopełnieniem tego był motocykl. Wolność jaką dawał mu po ciężkim tygodniu była niewymierna. Plan na dzisiaj, jak zwykle w wolne popołudnie, przejażdżka na kilka godzin. Za mało czasu na dalszy wypad, za dużo na szybką wycieczkę, a w sam raz na spokojny przejazd w ciekawe miejsce. Czyli to co zwykle – Grunwald! Dwieście kilometrów w jedną stronę i drugie tyle z powrotem. Taki wypad jak za starych czasów na molo do Sopotu. Dojechać z Warszawy, wpaść nago na chwilkę do morza i wracać. To były wariackie pomysły. Jacek uśmiechnął się sam do siebie. Pakując tankbag na stacji pod domem i tankując paliwo, zauważył zazdrosne spojrzenia dwóch małolatów w golfie podświetlonym od spodu niebieskimi ledami. Wyglądali na takich, których życie toczy się wokół dyskotek, jedzenia kebabów w pobliskiej budce i pluciu na chodnik rozmawiając co wieczór pod kioskiem z piwem z ziomalami. Przepraszam, tego języka nie można nazwać rozmową, to bardziej przypomina szczekanie. Ilość wypluwanych przekleństw jest wprost proporcjonalna do zainteresowań tych dzieciaków. Patrzcie sobie, proszę. Ja muszę jeszcze zadzwonić – pomyślał Jacek. - Krzysiek, ja już zatankowałem. Ruszam na wyjazd z Warszawy. Dobrze, będę na skrzyżowaniu w Łomiankach za dwadzieścia minut, ok? Powinienem spokojnie dojechać, grzej tą swoją kanapę. Aha, nie zapomnij kanistra bo Twoja kobyła ledwo wyjedzie z miasta i już trzeba szukać stacji. To nie jest motocykl, tylko koń pociągowy, wstyd się z tobą pokazywać. Też Cię pozdrawiam, nie masz szansy mnie dzisiaj wkurzyć. Za piękny dzień.
Krzysiek był kilka lat starszy od Jacka i mienił się właścicielem pięknie utrzymanej Hondy. Nie byłoby w tym nic niesamowitego – Honda to Honda, ale ta Honda miała na drugie imię Valkyrie. Jacek zazdrościł tego pięknego motocykla, jego masywnej sylwetki i pięknego dźwięku. Kilka razy nawet myślał o zamianie swojego ZZRa na coś ...podobnego. Jednak jakoś do tej pory się nie zdecydował. Kawa była poręcznym i wygodnym motocyklem. W ciągu dwóch lat przejechał na niej ponad trzydzieści tysięcy kilometrów. Nigdy go nie zawiódł. Oczywiście miał swoje niedociągnięcia, ale z motocyklem jest tak, że trzeba godzić się na jego niedoskonałości i szanować zalety. Jacek nigdy nie miał motocykla salonowego, bo po prostu nigdy nie było go na niego stać. Tym bardziej, że za dużo mniejsze pieniądze można było trafić coś równie fajnego, tylko używanego. Zresztą chyba nie o to mu chodziło, żeby mieć coś pięknego i błyszczącego. Sensem była droga, jazda, styl życia. Minął sobotnie delikatne korki w mieście, ludzie zajęci byli zakupami i jeździli spokojnie, myśląc do którego centrum handlowego jeszcze pojechać. Przejechał przez tunel na Wisłostradzie. Chyba jedyny tunel na świecie wzdłuż rzeki, a nie pod nią. No cóż, to Polska właśnie. Minął białą tablicę z przekreślonym miastem i zjechał na polną drogę obok głównej trasy. Zatrzymał się, zdjął kask i wybuchnął śmiechem. Krzysiek w kucki czyścił chromowane wnętrzności swojego potwora różową szmatką. - Czego rżysz? O rumaka trzeba dbać. - No ba, tylko ta różowa szmatka lepiej pasowałaby do dziewczyny w mini przy drodze, w pończochach niż do takiego rockersa jak Ty.
Andrzej Ciołek i Jan ze Sprowy zatrzymali się na popas. Lipcowe słońce powoli opuszczało horyzont i szykowało się na spoczynek. Mała osada Ulnowo była prawie pusta. Chłopi byli jeszcze w polu, albo zajmowali się swoimi sprawami. Umorusane dzieci taplały się w pobliskim jeziorze Lubień. Reszta wieśniaków zbiegła się zobaczyć rycerstwo. - Rozkładać obóz! – padła komenda. Są wieści z Chorągwi. Krzyżacy idą na Stębark, poczekamy tu na nich. Słać wici do Witolda, niech się nie zatrzymuje i przybywa do nas jak najszybciej. Ciężkie hufce mają kompletować ekwipunek i w gotowości stawić się na wieczorny przegląd u marszałka Zbigniewa z Brzezia. Mężowie pojęli o czym prawi herold. Jasnym się stało, że bitwa ich tu zastanie. Oddali giermkom swoje konie z przykazem zadbania i opieki nad wierzchowcami, co by jutro rześkie i gotowe do walki stanęły. Obaj wiedzieli, że dużo zależy od siły i przygotowania rumaków, które muszą sadło w pełnej zbroi i z kopią nosić.
Jacek z Krzysztofem minęli Płońsk, rozkoszując się nowo oddaną obwodnicą z eleganckim asfaltem. Taka droga to przyjemność, żadnych kolein, żadnych świateł. Dozwolona prędkość jak na drodze ekspresowej. Tak się powinno jeździć. Mijali samochody zapakowane walizkami, jadące na urlop w stronę morza, wyprzedzali miejscowych w swoich starych Golfach i Pasatach. Wdychali zapach lipcowych pól. Taki zapach jest osiągalny tylko dla motocyklistów, ludzi na rowerach i pieszych podróżników. Jednak szybkie zmiany różnych mieszanek zapachowych to tylko przywilej ludzi ujeżdżających dwa koła z silnikiem. Taki koktajl, dzięki któremu wiesz, że jesteś częścią otaczającego Cię świata. Zawsze kiedy Jacek przejeżdżał obok szczelnie pozamykanych, klimatyzowanych aut, miał wrażenie, że ci ludzie nie podróżują. Oni się teleportują ze swojego salonu do ośrodka wczasowego nad morzem. Ich dzieci z poprzyklejanymi nosami do szyb i grami elektronicznymi w dłoniach, w zaduchu skórzanego wnętrza Volvo czy Audi, nigdy nie zrozumieją sensu drogi.
Z rozmyślania nad ewolucją motoryzacji i postępem wyrwał Jacka Krzysztof. Dwa szybkie mrugnięcia długimi z tyłu i było wiadomo, że jego jeżdżący fortepian musi się napić. Jacek zjechał na stację i zatrzymał się. U niego strzałka pokazywała ponad pół baku, szczerze mówiąc liczył na dojechanie chociaż do Nidzicy.
- Sorry Jacuś, zapomniałem dolać do pełna w Warszawie. Tankuję, płacę i jedziemy. Chcesz coś ze sklepu? - Taa, zimne piwo. No co Ty, żartuję. Kup mi wodę gazowaną proszę.
W barze przy stacji siedziała para gimnazjalistek, zaczęły się przyglądać na motocykle. Jacek lubił kiedy ludzie patrzyli w ten sposób. Nie oszukujmy się, motocykl jest pewnego rodzaju fetyszem, a my nie jesteśmy święci i czerpiemy dużą przyjemność z zazdrości innych. - Jak szybko jeździ – spytała jedna z nich - Wystarczająco szybko – odpowiedział Jacek - A trzysta pojedzie? – zapytała druga - Nie wiem, nie próbowałem i chyba nie będę. To jest motocykl turystyczny, a nie ścigacz. - Przewieziesz mnie? – zaczęła znowu ta pierwsza Jacek zaczął się zastanawiać, po co wdał się w dyskusję z dziewczynami. Tak, do tego właśnie prowadzi narcyzm i upajanie się posiadaniem wielkiego... motocykla. Ze stacji wyszedł Krzysztof z wodą i hotdogiem.
- Krzysiek, jedziemy raz dwa. - No weź daj mi zjeść, głodny jestem – odpowiedział z wypchanymi policzkami i keczupem na brodzie - A zresztą, już mi się nie chcę, żebyś mnie przewiózł – nagle przemówiła zainteresowana wcześniej jazdą dziewczyna. Jakiś taki klockowaty ten Twój motor. Ciężki i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pszym
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…