Wróć do katalogu

KARCZMA - TURBO

Czterdziestej czwartej karczmy wersja mniej ambitna, za to bardziej odjechana.

bury_wilk, opublikowano , 36 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Oto i Pękata Baryłeczka, moja czterdziesta trzecia karczma! - zakrzyknął triumfalnie Chris Tiano Ronald. (Chris Tiano Ronald - dawniej, o czym nikt nie wie, działał jako Chris Tiano; lat dwadzieścia i jeden; trzeci syn biednego rycerza Carcharadona Carhaliasa; znany głownie z tego, że jest znany; modniś, figlarz i lowelas, stały bywalec wszelakich oberż, festynów i domów uciech; postrach i zarazem obiekt westchnień dziewic, panien na wydaniu, kobiet wszelakich, podobno również paniczów o odmiennej niż powszechnie obowiązująca orientacji seksualnej.) - Moja dwunasta - Vall Dance nie był jeszcze tak doświadczony, ale i on już miał swoje osiągnięcia. (Vall Dance - ściślej mówiąc Vall Dance Junior, syn starego Valla Dance'a znamienitego płatnerza; młodzian mało lotny, acz obdarzony niezłą krzepą i nieprzeciętnymi męskimi atrybutami.) - Czternasta - dorzuciła swoje trzy grosze Paryż, poprawiła włosy i dorodnie wykwitający ponad granice gorsetu biust. (Paryż - córka Londona, kupca solnego pierwszego na liście najbogatszych według Grodzkiej Prawdy; trzykrotna Miss Dziewic i złota medalistka w wyszywaniu sportowym.) - Moja dopiero trzecia - Roxie kłamała w żywe oczy. Nikt tego nie liczył, ale nie wykluczone, że zaliczyła wcale nie mniej lokali niż Chris Tiano Ronald, a jeśli chodzi o ilość imprez na których się (i innych) bawiła, to z całą pewnością wiodła prym w całym mieście. (Roxie - prawdziwe nazwisko Carmen Margarita Blanca Fortuna Rodriguez Perez Evita Tor Muchos Gracias; lokalna gwiazda, dwórka księżnej Katarzyny Babushki, podobno zatrudniona na etacie w tajnych służbach bezpieczeństwa; mistrzyni królestwa w gimnastyce artystycznej; w bulwarowej prasie nie zadaje się pytania kto ją miał, lecz, kto jej nie miał.) - Kłamczuszka... - Chris Tiano Ronald uśmiechnął się szelmowsko. - Wchodzimy? - Wejdźmy Weszli. Oberża powitała ich zapachem pieczeni i gwarem. Ludzi było sporo, ale dla elity wśród karczmowiczów rychło znalazło się godne miejsce pomiędzy stolikami zajmowanymi z jednej strony przez zagraniczne gwiazdy turniejów rycerskich, które właśnie zjechały do miasta, z drugiej zaś przez książęta Mruczków ze swoimi nałożnicami. Nieco dalej głośno bawiła się konkurencyjna hanza Vata i jego brata Pita z kilkoma giermkami i chyba pięcioma damami dworu. (Vat i Pit - nie są godni, by jakoś szczególnie ich przedstawiać.) Żenada. Vat miał niemodny seledynowy wams, a ciżmy jego towarzyszki miały srebrną, a nie złotą klamrę. Pit był zupełnie nieufryzowany, a o całej reszcie szkoda wręcz się wypowiadać. Chris Tiano Ronald z wyższością popatrzył na tą hołotę, poprawił swoją gustowną różową koszulę, wsadził srebrzyste rękawice za żółty gruby pas haftowany w najmodniejsze tego lata zielone smoki i dopiero, gdy uznał, że wszyscy obecni docenili jego klasę usiadł z towarzyszami. - Wina? - Zahukany chłopak czuł się wyraźnie nieswojo usługując tak wybitnym gościom. - Że co? Myślisz, że jesteśmy z pospólstwa? - Vall Dance wiedział jak okazać wyższość. - Przynieś nam tu natychmiast shake'i z koziego mleka z musem jabłkowym zakrapiane dwudziestoletnią gorzałką! - Się robi... Jeszcze nim zamówione trunki pojawiły się na stole, ze środka karczmy uprzątnięto ławy robiąc miejsce dla zespołu minstreli. - Łał! - Paryż aż klasnęła w dłonie. - Toć to sami Boys From Tower! (Boys From Tower - w skrócie BFT; najmodniejszy minstrelband w królestwie, na jego koncertach gromadzą się całe dwory, a na ekscentrycznym darmowym występie na festynie z okazji trzynastej rocznicy śmierci tyrana Wacka Kulasa zgromadziło się dwadzieścia tysięcy fanów; popularność przyniosły im takie hity jak Ballada Pierwsza, Ballada Druga i Ballada Trzecia; Ballady Czwarta i Piąta nie były aż takim sukcesem, po ich prezentacji zespół popadł w niełaskę i musiał udać się na banicję, ale od momentu triumfalnego powrotu z Balladą Czwartą Poprawioną i Piątą Poprawioną nie schodzą z czołówek list przebojów; za dynamiczny song Ballada Szósta zostali odznaczeni orderem Zasłużony Dla Królestwa kategorii trzeciej.) - No faktycznie. - Roxie posłała zespołowi porozumiewawczy uśmiech. Nie było tajemnicą, że tych artystów,podobnie jak i wielu innych, poznała już dość dogłębnie. Zagrała muzyka i hulanka zaczęła się na całego. Tańce, śpiewy, picie, śmiechy, pokrzykiwania, picie, oklaski, picie i znów tańce i znów picie! Takiej zabawy nie przeżyli już dawno. Nie było tak wesoło ani pod Rubasznym Karłem, ani pod Spłowiałym Pluszowym Misiem, ani u Niedojonej Krasuli, ani nawet pod Pełnym Pęcherzem. Chris Tiano Ronald ze swoją kompanią brylowali na parkiecie, budzili zasłużony podziw, a Pita i Vata zżerać musiała zazdrość, choć starali się tego nie okazywać i udawać, że też świetnie się bawią. Jakoś w miedzy czasie, chyba podczas przerwy w występie BFT, Roxie gdzieś zniknęła i pojawiła się znowu dopiero, gdy zespół wrócił na scenę. Miała pomiętą bluzeczkę, za to na jej szyi pysznie prezentowały się nowiuśkie czerwone korale. Nikt nie śmiał skomentować tego, co się stało, ale uznano to za niewysłowiony sygnał, za przyzwolenie do przejścia na wyższy poziom zabawy. Nastrojowa Ballada Trzecia sprzyjała ku temu, by się do siebie przytulać, by szeptać sobie czule, by dyskretnie głaskać po policzkach. Oczywiście, do tego ograniczali się tylko ci mniej wprawni. Pit i Vat poszli zupełnie na całego i wyrywali coraz to nowe białogłowy, ale znów musieli uznać wyższość Chrisa Tiana Ronalda i Valla Dance'a, którzy obracali wszystko co się ruszało... Oj działo się, oj działo, ale przyzwoitość nakazuje pominąć niektóre szczegóły... Grubo po północy z karczmie zaczęło się przeluźniać. Część gości spita do nieprzytomności zaległa pod ławami, część poszła już do domów i coraz mniejsza grupa czynnie uczestniczyła w zabawie. Coraz mniej już też zwracano uwagę na brylującą ekipę, więc dalsza lanserka straciła sens. Vall Dance absolutnie przypadkowo poklepał Roxie po ukrytym pod nieco już podartą kiecką apetycznym tyłku, ta ze zrozumiałym oburzeniem wymierzyła mu policzek i po tej sztampowej wymianie uprzejmości oboje poszli na pięterko, z planem, by już do rana się już nie pokazać. Chris Tiano Ronald chciał się jeszcze trochę pobawić, więc zamówił bekasy nadziewane truflami polewane sosem z wydrzych móżdżków, panierowany bobrzy ogon z truflami, gronostajowe języczki na ostro i kolejne drinki. Liczył, że Paryż dotrzyma mu towarzystwa, ale ją akurat gdzieś wcięło, więc sam się najadł i dokładnie osuszył puchary. Właśnie skończył, gdy z sąsiedniej izby wyszła rozanielona Paryż w objęciach Pita. Chrisowi Tianowi Ronaldowi skoczyła gula, krew podeszła do głowy, a zęby same się zacisnęły tak, że aż zatrzeszczało. Większego upokorzenie nie mógł sobie wyobrazić! - Ty z tym pachołem?!!! Z tym niemodnym obszczymurem?!!! Wszyscy obecni oderwali się od tego, co właśnie robili, choć czasem savoir-vivre nakazywałby kontynuację wykonywanych czynności i wgapiali się w dwóch konkurentów, którzy już stali naprzeciw siebie w bojowych pozach i sięgali do pasów by dobyć broni. - Będziecie się o mnie bić? - Paryż udając zaskoczenie załopotała długimi rzęsami i niewinnie wsadziła palec do buzi. - A ja taka nieuczesana... - Nie będziemy się bić! - Chris Tiano Ronald z trudem wypowiadał słowa przez zaciśnięte szczęki. - To dla szczeniaków. Zagramy w salonowca frajerze! - Myślisz, że się przestraszę? - Pit albo się nie przestraszył, albo bardzo dobrze udawał. - Zagrajmy! Jak przegrasz, przez tydzień będziesz nosił zeszłoroczne portki mojego stajennego. - Ty przegrasz! I sam będziesz je nosił i to na lewą stronę! W Pękatej Baryłeczce zapadła grobowa cisza. Napięcie sięgało zenitu i w każdej chwili można się było spodziewać nieszczęścia. Zagrali w marynarza i wyszło, że pierwszy wypina się Chris Tiano Ronald. Odwrócił się godnie i przyjął regulaminową postawę. Klaps, który spadł na jego pośladek był dość lekki, właściwie to nie był klaps lecz coś, jakby pogłaskanie. Odwrócił się, rozejrzał po stojących w półkolu i niemal od razu wskazał na chichoczącą pod nosem dwórkę. Zgadł. Pit nie zwlekał, pewny siebie wypiął niewymowną część ciała i przyjął wyrafinowane podszczypnięcie. Bez zastanowienia wskazał na Paryż i podobnie jak przeciwnik nie pomylił się. Chris Tiano Ronald znów się nadstawił i poczuł mniej więcej to samo, co za pierwszym razem. Wydało mu się to podejrzane. Zimny pot wystąpił mu na czoło, ale mężnie spojrzał na potencjalnych winowajców. Dwórka, którą wskazał poprzednio znów chichotała, reszta miała kamienne oblicza. Nie miał stuprocentowej pewności, ale jeszcze raz wybrał podśmiechujkę. Ktoś zasłabł, ktoś krzyknął, a Pit zaśmiał się wrednie. To była pomyłka, bo tym razem za muśnięciem pośladka stał blondynek, paź Fill Uteck. Chris Tiano Ronald zbladł, ale pojedynek jeszcze się nie zakończył, jeśli Pit nie trafi wszystko zacznie się od początku. Przecież sprawiedliwość musiała być po właściwej stronie i trzeba było o to zadbać. Pit stał już wypięty, Fill Uteck szykował się by i tym razem się wykazać, ale nie dostąpił tego szczęścia. Chris Tiano Ronald zamierzył się i z całej siły kopnął przeciwnika w nastawioną dupę. Pit nie utrzymał równowagi, poleciał do przodu i nie zdążywszy się zasłonić wyrżnął głową w ścianę. Osunął się na podłogę i nie wstał. - I co, kto to był? Odpowiedź nie padła. Chris Tiano Ronald zaśmiał się triumfalnie, bez ceregieli złapał w pasie Paryż i przyciągnął ją do siebie. - I co, warto było zadawać się z tym gamoniem? Teraz ja się tobą zajmę! Dziewczyna nie protestowała. Pozwoliła wyprowadzić się na dwór, potem, zupełnie ochoczo wskoczyła do stajni. - Byłam niegrzeczną dziewczynką, chyba musisz dać mi klapsa... Jednak klapsa nie było, bo Chrisowi Tianowi Ronaldowi jakoś nieszczęśliwie zabulgotało w brzuchu, coś mu tam się zakotłowało, coś zawirowało... Pewnie to była wina nieświeżych wydrzych móżdżków, ale przyczyna nie miała już raczej bez znaczenia. Obfity paw poleciał centralnie na Paryż i zbrukał ją od stóp do głów, z szczególnym uwzględnieniem popiersia. Dziewczyna zbaraniała, wolnym ruchem przetarła twarz, nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na swoje ubranie, rozbeczała się, niczym pocisk z balisty wypadła na dwór i pędem pognała w stronę domu. Chris Tiano Ronald chciał ją zatrzymać, ale nie dał rady, bo kolejny skurcz zgiął go w pół. Wymiotował po raz drugi. * W Pękatej Baryłeczce została już tylko garstka gości, karczmarz i kilka osób z obsługi, kiedy drzwi otworzyły się szeroko i stanął w nich wysoki mężczyzna o białych włosach i przenikliwych oczach. Ubrany na czarno, jedynie z czerwonym pasem i takimże samymi butami, lewą dłoń miał zawiniętą w jakąś szmatę, w prawej trzymał duży, sztywny, skórzany futerał na kobzę. Rozmowy ucichły, a goście oberży z ciekawością patrzyli się na nieznajomego. On zaś rzucił krótko: - Chciałbym wam zagrać - i spokojnym, pewnym krokiem podszedł wprost do karczmarza. Nachylił się i o coś go spytał na ucho. Szynkarz nie odpowiedział, tylko bezradnie rozłożył ręce. Rozejrzał się jeszcze po sali i jakby upewniwszy się, jeszcze pokręcił przecząco głową. - Graj, graj!!! - Jakiś pijany giermek spróbował zachęcić kobziarza do występu. Tajemniczy jegomość skrzywił się paskudnie, postawił futerał na stoliku i powoli zaczął rozpinać srebrne klamry... ... a potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Nie wiedzieć kiedy w jego dłoniach znalazły się noże, topory, miecze, kusze, obcęgi i demony raczą wiedzieć, co jeszcze. Różnego rodzaju broń pojawiała się, zadawała śmierć i znikała zastąpiona inną, zupełnie, jakby dla każdej ofiary zarezerwowane było coś odrębnego. Ponury kobziarz biegał, skakał, rzucał się, zabijał i zabijał i zabijał. Gdy w głównej izbie nie było już nikogo żywego wpadł na zaplecze i ukatrupił dwa psy, następnie jednym susem dostał się na piętro i tam też wymordował wszystkich, którzy tam byli. Roxie zginęła jeszcze zanim się zorientowała, że nie żyje. Vall Dance próbował się bronić, ale bełt z krótkiej podręcznej kuszy wbił mu się centralnie w czoło i skutecznie osłabił możliwości działania. Wszyscy umarli, ale szalonemu zabójcy wciąż było mało, więc zabił ich jeszcze raz, a potem jeszcze dwa razy dla pewności. Aż wreszcie ostatecznie i kategorycznie uśmiercił wszystkich i zrobiło mu się jakoś smutno, bo nie został nikt, kto mógłby o nim opowiedzieć, kto puściłby w świat historię karczemnej rzeźni, kto sprawiłby, że białowłosy owiałby się legendą. A przecież wyrżnięcie w pień wszystkich gości szanowanej oberży zasługiwało na legendę, prawda? W zimnych oczach desperata pojawił się szalony błysk. Natchnienie przyszło do niego niespodziewanie, ale pomysł zdawał się doskonały. Umoczył palec w krwi, która zalała całą podłogę do wysokości pół łydki i na największej ścianie zaczął opisywać tok wydarzeń. I wcale nie zaczął od momentu, w którym zjawił się pod Pękatą Baryłeczką! O nie, historia zaczęła się znacznie wcześniej, trzy lata temu, kiedy siedział w zupełnie innym wyszynku i czekał na zupę... * Chris Tiano Ronald samotnie szwendał się po ciemnych uliczkach. Żołądek już mu się uspokoił, ale wciąż był pijany, a niewydupczenie Paryż bardzo popsuło mu humor. Łaził od karczmy do karczmy licząc, że przyniesie mu to ulgę, ale nic nie pomagało. Pod Tępym Kopytkiem jak zwykle nic się nie działo, U Starego Zgreda siedziały tylko stare zgredy, w Napalonej Elfce było co prawda wesoło, ale akurat skończyło się piwo, zaś w Dupie Trolla coś niewyobrażalnie cuchnęło. Trochę czasu Chris Tiano Ronald spędził w Niepewnym Paziu, bo spotkał tam kilku znajomych, zabawił też w Nowym Towarze, gdyż mieli zatrudnioną nową, świeżo przybyłą z północy dziewkę, która była jeszcze nieobyta i należało ją wprowadzić w oberżowe arkana. Rzecz jasna, Chris Tiano Ronald poszerzył jej horyzonty także w innych dziedzinach, ale że pannica owa jeszcze musiała się sporo nauczyć, nijak nie mogła zastąpić takiej wyrafinowanej kochanki jaką byłą Paryż. Wreszcie zmęczony umysł Chrisa Tiana Ronalda uznał, że w karczmach, które już zna tej nocy nie znajdzie ukojenia. Potrzebował czegoś nieznanego, a przy okazji zaliczenie dwóch nowych przybytków jednego wieczora byłoby nie lada wyczynem. Trafił na nabrzeże, potem do doków, potem Złotym Mostem przeszedł na Wyspę Spichrzów, a z niej Mostem Małym do Dzielnicy Długich Noży. Łażenie tu po nocy nie było najmądrzejsze, ale co tam. W końcu, w tej części miasta jeszcze go nie znano, a sława wymaga czasem ryzyka. Szumowiny, męty i inni bardzo źli ludzie, którzy mieszkali z Dzielnicy Długich Noże mogli nie znać się na modzie i Chris Tiano Ronald obawiał się nieco, czy docenią jego szyk i klasę, ale nie zwątpił w swoją cudowną aurę. Przeszedł kilka śmierdzących uliczek i natrafił na niewielką karczmę przytuloną do starej, obrośniętej grzybem kamienicy. Lokal nie wyglądał zachęcająco, jednak inne znajdujące się w najbliższej okolicy (o ile takie były) wcale nie musiały być lepsze. Co najważniejsze wystarczyło wejść, wypić choćby jedno, nawet chrzczone piwo, pogadać z szynkarzem i może jeszcze wyrwać jakąś dup... znaczy się białogłowę, a będzie można chwalić się zaliczoną czterdziestą czwartą oberżą. I będzie co opowiadać, bo z całą pewnością nikt inny z towarzystwa tu nie był. Pit i Vat pękną z zazdrości!!! Pokusa była bardzo silna, więc Chris Tiano Ronald już nie zwlekał. Otrzepał się z kurzu, poprawił ubranie, żeby lepiej leżało, upewnił się, że przy okazji torsji nie załatwił również swojego odzienia, ale że był czysty i schludny, to dziarskim krokiem wszedł do lokalu. Szyld obwieszczał, że jest to Tawerna Ostatniej Przysługi. Wnętrze nie było takie tragiczne, jak można by się spodziewać. Owszem, czysto nie było, owszem, śmierdziało starym serem i pleśnią, owszem karczmarka, kobieta słusznych rozmiarów, miała szare i zupełnie nie modne przyodzienie, ale kilka czatujących na klientów ladacznic, wcale nie wyglądało na stare i przechodzone(miały nawet po kilka zębów), był jakiś szczyl udający minstrela i przygrywający na fujarce, towarzystwo, wprawdzie wyraźnie spod ciemnej gwiazdy, ale bawiło się kulturalnie, baz nadmiernych przekleństw i gwałcenie służących. Mogło by znacznie gorzej... * Ta noc byłą sądnym dzień dla wielu oberży. Po Pękatej Baryłeczce zły los dopadł Pod Tępym Kopytkiem. Nie wiadomo dokładnie co się wydarzyło w środku, ale musiało to być przeokropnie straszne, albo i jeszcze gorsze, bo ni stąd ni zowąd drzwi puściły i szeroka, wartka rzeka krwi wylała się na ulicę. U Starego Zgreda nie było lepiej, a może nawet gorzej. Ktoś nie tylko wymordował wszystkich bawiących tam staruchów, ale jakby tego było mało podłożył ogień. Czerwony kur doszczętnie strawił nie tylko wyszynk, ale i kilka okolicznych domów. Niedługo później do prawdziwej bitwy doszło w Napalonej Elfce. Brygida Lachociąg, kurtyzana, która tego dnia miała dyżur naprzeciw wejścia do tego zacnego lokalu zeznała później oddziałowi straży miejskiej, że wszedł tam ponury facet o białych włosach z futerałem na kobzę. Pewnie by nawet się do niego przystawiła, ale akurat trafił się klient i nie mogła się oderwać od roboty, została jej więc tylko obserwacja. Widziała więc, jak kobziarz trzasnął drzwiami i pewnie wkroczył do knajpy. A potem podniosły się krzyki, coś waliło, coś trzaskało, przez okna widać było cienie walczących postaci. W końcu się uspokoiło. Brygida Lachociąg usłyszała jeszcze skoczną piosnkę wygraną na kobzie, a potem białowłosy opuścił Wyszynk i zniknął w ciemnych zaułkach miasta. Strażnicy miejscy nie uwierzyli kurtyzanie, ochrzanili ją, że zajmuje ich czas bredniami i poszli zakładać blokady na źle zaparkowane konie i powozy, ale wkrótce wezwano ich do kolejnych karczm. Po Dupie Trolla została tylko wielka czarna dziura. Podobno można było się przez nią przenieść do innych wymiarów, ale spróbował tego tylko watażka…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych