Wróć do katalogu

Kiedy odpada wihajster

Kiedy odpada wihajster, trzeba wybrać się w epicką misję, by naprawić wadliwy sprzęt. To właśnie czynią Fizz i Pędzel.

Fraa, opublikowano , 30 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"Jesteśmy gobliny, dzielne gobliny Ruszamy pod bronią w ciemną noc Poranna porażka tak nas rozzłościła Że oddamy w pomście juhy naszej moc" (Jim C. Hines – „Droga goblina”, przeł. D. Schimscheiner; pisownia za tłumaczem)

Fizz zastrzygł uszami i rozejrzał się uważnie po garażu. W niemrawym blasku wiszącej z sufitu żarówki rysowały się kształty zalegających na stołach narzędzi: kilkunastu kluczy francuskich i śrubokrętów, piły tarczowej, imadła, dwóch brzeszczotów, suwmiarki i wielu innych. W kątach, do których nie docierało już najsłabsze nawet światło, piętrzyły się stosy blach, rur i desek. Gdzieniegdzie na podłodze leżało jakieś koło zębate i rdzewiało w najlepsze. Zielonoskóry goblin odłożył ostro zatemperowany ołówek na najbliższy stół i, mrużąc żółte ślepia, przedarł się przez stertę złomu do jednego z ciemnych zakamarków. Jak zwykle jednak, nie znalazł ani jednej żywej duszy. Mógł się tego spodziewać – mania prześladowcza narastała z każdym dniem bardziej, gdy tymczasem przecież nawet nikt nie wiedział, że Fizz wprowadził się do Krähwinkel, żeby w spokoju konstruować swoje machiny. Wytarł pokryte smarem dłonie w lnianą ścierkę z powypalanymi dziurami, zarzucił ją sobie na ramię i przez małe drzwiczki wyszedł z garażu.

Na zewnątrz życie toczyło się swoim normalnym rytmem: słońce, jak to o tej porze roku miało w zwyczaju, dopiero wschodziło, mimo że zbliżało się południe. Brązowoszara breja, która jeszcze wczoraj była śniegiem, chlapała spod kół wozów ciągniętych przez konie w stronę rynku. Kobiety schodziły do piwnic po marynaty do obiadu i węgiel, podczas gdy mężczyźni grzali się w karczmach przy piwie doprawionym goździkami i cynamonem. Krähwinkel było dobrym miastem, pełnych poczciwych, głupich ludzi. Ostatnie miejsce, w jakim szukaliby Fizza. Najbliższe magazyny i zakłady produkcyjne znajdowały się wiele dni drogi stąd – a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie budowałby wymyślnej machiny bez dostępu do części zamiennych.

O tak – wiele dało się powiedzieć o Fizzie, ale nie to, że jest przy zdrowych zmysłach. Goblin był wynalazcą. To powinno mówić wszystko.

Podciągnął upaprane czerwoną farbą olejną spodnie, raz jeszcze wytarł ręce, tym razem o szarą, również brudną koszulę, zapominając zupełnie o ścierce na ramieniu, po czym – chuchając sobie w dłonie – popędził drobnymi krokami do najbliższej tawerny.

– Kobieto! Piwo! – zawołał do karczmarki, siadając przy pierwszej z brzegu ławie. Kobieta odszpuntowała beczkę i wypełniła zamówionym napitkiem litrowy, gliniany kufel, który następnie postawiła z hukiem przed nosem goblina. – Proszsz... – mruknęła niechętnie i podrapała się po nosie. – Znowu ten wihajster odleciał – dodała po chwili beznamiętnym tonem. – Bo nie umiecie go używać! Ehh, dać ludziom jakiekolwiek urządzenie bardziej skomplikowane od młotka do mięsa, to od razu popsują... Idziemy – odparł Fizz, wypił kilkoma haustami piwo i zeskoczył na podłogę. Goblin prowadzony przez tęgą, rozczochraną karczmarkę, przeszedł do kuchni, gdzie centralne miejsce zajmowało pokaźnych gabarytów urządzenie z taśmociągiem z jednej strony i lejkiem z drugiej. Pod lejkiem tkwiła miska do połowy wypełniona mięsno–warzywną miazgą. Fizz podszedł do maszyny i obejrzał ją uważnie ze wszystkich stron. Ostatecznie wsadził rękę w otwór, do którego prowadził taśmociąg, i zaczął tam gmerać. – Mówiłem tyle razy, że jelita mogą się okręcić dookoła śruby! To skomplikowane urządzenie, trzeba je czyścić! Nie jak te wasze gary, co zarastają kolejnymi warstwami zup! Chociaż może rzeczywiście, jakbyście wsadzili te swoje paluchy w delikatny mechanizm, to od razu wszystko byśta popsuli! – irytował się goblin, wyciągając z wnętrza maszyny poszarpane wnętrzności jakiegoś zwierzęcia. – Abo źle nam było ze zwykłym tasakiem. To się zachciało staremu. Mówiłam, że Katza nie wolno słuchać, bo on ma poprzestawiane we łbie. I teraz to się ciągle urywa – prychnęła obojętnie karczmarka i wzruszyła ramionami. – Sama się urywasz, głupia babo. Muszę pojechać do Vary. Bez nowej dźwigni nic się nie da zrobić. – Fizz strzyknął śliną przez zęby i podrapał się za długim, spiczastym uchem. – Chcesz... Chcesz wyjechać? – zapytała zalękniona karczmarka. – Aye. Nazajutrz rano, kiedy tylko goblin skończył się pakować, rozległo się nieśmiałe pukanie. Fizz rzucił kilka kwiecistych przekleństw pod adresem nieproszonego gościa, po czym zgasił lampkę pod sufitem garażu i uchylił drzwi na tyle, żeby mógł wytknąć na zewnątrz swój długi, zielony nos. Na ścieżce stał wójt Krähwinkel i wpatrywał się w czubki własnych, czerwonych kozaków. Różowe, nalane policzki błyszczały w blasku porannego słońca. – Ja... My chcieliśmy... – Niepewnie obejrzał się za siebie, gdzie tkwiła dwójka żołdaków i kilkoro zalęknionych wieśniaków. – Chcieliśmy cię prosić, żebyś nie jechał po te części. Karczma ma Ciachajschaba, winnica Deptatora 2000, moja szanowna małżonka ostatnio zaopatrzyła się w Samobieżną Pudernicę... Nie damy sobie rady bez ciebie. Zamiast ciebie, pojedzie Fraa. Ona popsuła, więc niech ona się teraz fatyguje – wójt wyrzucił z siebie potok słów i zamilkł, przygryzając wargi. Fizz zgrzytnął zębami, po czym przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy i odparł: – Baba kupi klucz nasadowy zamiast dźwigni i tyle tego będzie. Nie znacie się na tym. Jadę lada moment. – No tak... – wójt na powrót wlepił wzrok w czubki butów. Po chwili podjął – Myśmy tak sobie myśleli, że się nie zgodzisz. Znaleźliśmy kogoś, kto się zna. Nie jedź od nas, Fizz. Goblin zaniepokoił się. Co ci głupawi ludzie knuli? O co im chodziło? – Znaleźliście? – powtórzył przyciszonym głosem, unosząc brwi w wyrazie zdumienia. – Pędzel, wystąp! – zawołał wójt z wyraźną ulgą w głosie i wsunął się między wieśniaków stojących nieco z tyłu. Z kolei na czoło grupki przecisnął się uśmiechnięty, rumiany gnom wzrostu siedzącej surykatki, o pogodnym spojrzeniu błękitnych oczu, z siwą czupryną sterczącą na wszystkie strony świata i w ochronnych goglach na nosie. – Bry! – zawołał Pędzel, ściskając rękę goblinowi, zanim ten zdążył zareagować. – Czyli o co chodzi? Dźwignia do Ciachajschaba, tek? Zrobi się! W odpowiedzi Fizz wyszczerzył pożółknięte zęby i warknął: – Przyprowadziliście mi gnoma? Gnoma?! Po czym zatrzasnął drzwi i uruchomił jedną ze swoich maszyn stłoczonych w garażu, zagłuszając tym samym potencjalne protesty z zewnątrz. Niecałą godzinę później goblin wyłączył urządzenie. Wielkie koła zębate zatrzymały się z ciężkim sapnięciem, a stalowe płyty przestały drżeć. Tłoki powoli zastygły w bezruchu i ostatnie kilka kłębów pary uleciało w stronę cieni pod sufitem. Ku zdumieniu Fizza, natychmiast po unieruchomieniu machiny rozległ się przytłumiony, nieco skrzeczący szept Pędzla: – Znalazłem plany waszej Wyrwinerki 3000. Prawie skończyłem budowę. Goblin milczał przez chwilę. Wreszcie splunął na podłogę i odparł: – Wyrwignomionerki. Gnomio! – Matula mawiała, że szczegóły są jak guziki w pobliżu kominiarza: wszyscy się ich czepiają, ale nigdy nikomu to nie przyniosło korzyści. – A nie mówiła ci, że goblińska inżynieria jest zła, niebezpieczna, śmierdzi i że wykorzystujemy małe, słodkie, puchate króliczki do testowania naszych pojazdów bojowych? – Mówiła. Dlatego zacząłem szukać Wyrwy 3000. Fizz uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz, gdzie stał jego rozmówca. – Nie wierzę. Plany zaginęły dawno temu. – Pokażę ci, chcesz? – I o co ci właściwie chodzi? – prychnął goblin. – Nie rozumiem niektórych symboli na planach. Jeśli mi pomożesz, dam ci spokój. Jeśli nie, zdam dokładną relację z twojej działalności tutaj. – Szpiegujesz mnie? – Już nie. – Gnom machnął krótką, krępą rączką w wyrazie lekceważenia. – Wielkie mi szpiegowanie. Wystarczył jeden Insekt. Wy, gobliny, robicie przy pracy tyle hałasu, że trzeba by się spić bimbrem Górskich Ludzi, żeby tego nie słyszeć. – Wielkie rzeczy. – Fizz wzruszył ramionami. – Ludzi nie interesuje, co ja tu robię. Byleby ich wszystkie maszynki w gospodarstwie działały. – To poniżające. Zawsze myślałem, że sporządzacie wyłącznie broń. Nieważne. Ludzi może nie interesuje, ale inkwizytorów...? Goblin zadrżał mimowolnie i położył uszy po sobie. Inkwizytorzy stanowili postrach wszystkich inżynierów, którzy nie przekupili ludzi licznymi zapewnieniami o tym, że nie będą budować urządzeń bojowych i że ich rzemiosło jest na człowiecze usługi. Traf chciał, że na tę – poniżającą zdaniem goblinów – współpracę zdecydowały się gnomy. W zakres dodatkowych usług wchodziło donosicielstwo i sabotaż. – Inkwizytor przyjechał do Krähwinkel? – Tek – potwierdził z zadowoleniem Pędzel. – Przyjdź za godzinę z planami. Weź prowiant, jedziesz ze mną. Nie zostawię cię tu z inkwizytorem po wyjaśnieniu znaków. Zanim obrócimy w tę i z powrotem, powinien się stąd wynieść. Gnom zakrzyknął coś niezrozumiałego, odwrócił się na pięcie i pobiegł do domu.

„Tego mi brakuje!” – irytował się Fizz, kręcąc się bez celu po ciemnym korytarzu i dotykając od czasu do czasu zimnej stali, dużymi płatami pokrywającej skomplikowane silniki pojazdów, armat i min. – „Gnoma. Ośmielili się przyprowadzić do mnie gnoma!” – Splunął na stertę złomu w kącie. – „Niechby tylko usłyszeli o tym w klanach...!”

Nie upłynęły trzy kwadranse, jak wrócił Pędzel i zastukał energicznie w drzwi garażu. Fizz zaklął szpetnie jeszcze kilka razy, po czym otworzył i wpuścił do środka gnoma. Ten podbiegł do stolika, jednym ruchem dłoni zmiótł zalegające na nim narzędzia i położył plik kartek. Goblin niechętnie się zbliżył i zmrużył żółte ślepia, przypatrując się w półmroku znakom nabazgranym – na pozór niechlujnie – na stronach. – Których nie rozumiesz? – zapytał wreszcie. Pędzel wskazał palcem na okrąg z kilkoma falistymi liniami, który – w najlepszym razie i przy maksymalnym wysileniu wyobraźni – mógł sugerować coś w rodzaju pączka wbitego między żebra kaloryfera. – Jesteście jednak głąby nie z tej ziemi. To przecież mithrilowa śruba, ósemka, prawoskrętna. Trzycalowa. Dłuższa rozerwie powłokę. W drogę, resztę powiem ci później. Wolę nie ryzykować zdrady – wyjaśnił Fizz z pogardliwym prychnięciem. Na twarzy gnoma wykwitł nieprzenikniony uśmiech. Po chwili zwinął kartki i wcisnął je sobie za klapę brązowej, wełnianej marynarki z okrągłymi łatami na łokciach.

Niebawem w całej okolicy rozległ się gromki ryk, za którego sprawą opadł śnieg z gałęzi pobliskich drzew, a w chwilę później wszystko ucichło i już tylko co jakiś czas dało się usłyszeć wściekły warkot, któremu towarzyszyło głośne pyknięcie i bulgot. Z garażu wyjechał, trzęsąc się i podskakując od czasu do czasu, pojazd na dwóch szerokich kołach, nad którymi wiły się we wszystkie strony rury z zaworami bezpieczeństwa co kilkanaście cali. Umieszczony z tyłu baniak był zaopatrzony w komin, z którego buchały kłęby dymu, i w małą arkadę rurek rozprowadzających paliwo, wodę i kilka innych substancji po całym mechanizmie. Spiczasty przód wehikułu pomalowano w coś, co przedstawiało sobą albo przewrócone szczyty górskie o niecodziennej kolorystyce, albo dość kubistyczne płomienie. Gdzieś pośrodku tego wszystkiego znajdowały się dwa fotele i kilka dźwigni do sterowania, przy których zasiadł Fizz. Pędzel zajął miejsce za nim i poprawił gogle. W tumanach dymu, ze skwierczeniem gwałtownie topniejącego pod rozgrzanymi kołami śniegu, pojazd skoczył do przodu i popędził po błotnistym gościńcu.

– Nie jesteśmy tak głupi, jak myślisz! – zawołał w którymś momencie gnom, z trudem przekrzykując ryki silnika i świst powietrza wśród mijanych drzew. – Aye?! – zawołał Fizz i przyspieszył. – Ta śruba jest adamantytowa! Mithril za bardzo się rozgrzewa! Całość by wybuchła! – Jaka śruba?! – Trzycalowa! – Przecież ci mówiłem...! – Podpuszczałem cię, żeby cię sprawdzić! Chyba nie sądziłeś, że dam się wysadzić w powietrze jakiemuś goblinowi?! – Skoro wszystko wiesz, to... – Nie wszystko! Potrzebuję pomocy, ale nie zamierzam wylądować w piachu! – To nie byłby piach! Twoje wnętrzności nie nadawałyby się do konsumpcji nawet dla kóz starego Katza! Fizz z satysfakcją stwierdził, że gnom za nim zadrżał. Ten fakt nieco uśmierzył ból po nieudanej próbie sprytnego odesłania Pędzla w zaświaty.

Księżyc w pierwszej kwadrze wisiał wysoko na niebie, kiedy podróżnicy dotarli do Vary. Krępe kamienice czerniły się kanciasto na tle rozświetlonego gwiazdami nieba. Na rogach ulic płonęły mdłym ogieńkiem pochodnie, skwiercząc z cicha. Strażnicy miejscy w czerwonych uniformach przechodzili się tu i tam, z niecierpliwością oczekując na wschód słońca i koniec służby. Gdzieniegdzie podmuch wiatru porywał strzęp gazety, w którą za dnia kupcy owijali swoje towary, po czym ciskał nim o najbliższe drzewo czy ścianę i rozpraszał się w ogólnym bezruchu. Wehikuł goblina przejechał przez miasto, terkocząc nielitościwie głośno kołami na wybrukowanych drogach, i zatrzymał się pod długim, przysadzistym budynkiem o zakratowanych oknach. Fizz zsiadł i zapukał do drzwi. Zapukał ponownie. W sąsiednim domu uchyliła się ze skrzypieniem okiennica i rozległ się szept: – Czego tu o tej porze? – Szukam Pleoneksji! Zawsze była czynna całą dobę! – syknął ku górze goblin. – Już nie. Zmykajcie stąd! Pleoneksja siedzi w lochu! – I okiennica zatrzasnęła się.

– To co? Może objaśnisz mi jakiś znaczek, he? – zaczął gnom, kiedy siedzieli przy studni na niewielkim dziedzińcu, owinięci kocami i spożywający swój prowiant: Fizz miał kilka kawałków czerstwego chleba, a Pędzel – placek drożdżowy z rodzynkami i dżemem śliwkowym, posypany kruszonką. – A daj mi spokój ze znaczkami teraz! – żachnął się goblin. – Aresztowana! Jak mogli ją aresztować?! – Wiesz... – Gnom przeżuł ostatni kawałek ciasta i oblizał palce. – Ostatnio zaostrzyli rygor. Chyba muszą się pokazać przed cesarzem, podobno miał pomysł rozwiązania ich. Najwyraźniej wasza handlarka znalazła się w złym miejscu o nieodpowiedniej porze. – Ty sam jesteś w nieodpowiedniej porze – prychnął Fizz, ale prawda była taka, że nie miał lepszego wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji. Szczelniej owinął się kocem i splunął na bruk. – Rozsadzę mury lochu i wyciągnę ją. Potrzebuję jej towarów! – syknął wreszcie goblin, zacierając dłonie. – Przypominam, że gnomy i gobliny nie mają bohaterów. Brawura to domena wielgasów – odparł Pędzel. – O przepraszam! – oburzył się Fizz. – Niziołki mają tego swojego Frodo Dziewięciopalcego. A od nas jest Jig Smokobójca! – Jig Smokobójca to wymysł goblińskich nianiek. – Nie mamy nianiek. A ty wygadujesz bzdury, bo gnomy nie mogą się nikim pochwalić. – Tek, skrzaty może też mają bohatera, co? – zaskrzeczał z drwiną w głosie Pędzel. – Trudno nazwać go bohaterem, ale znajoma karczmarka opowiadała o takim, Flann O'Briain... – Fizz być może chciał powiedzieć coś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych