KiLLa BuNNieZ
15latka w skąpym stroju i bez chłopaka walczy z obleśnymi kosmitami. Początek pieknej historii, której małe pluszowe króliki wcale nie są takie 'milutkie'.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
***KiLLa BunnieZ***
Imie i Nazwisko: Michi Saito Wiek: 15 lat Miejsce zamieszkania: Tokio Kolor włosów: Niebieski Szkoła: Prywatne gimnazjum dla dziewczyn im. Ohsawa Okupacja: Wolna Hobby: Kolekcjonowanie kolorowych karteczek
Mało kto wie, ale nie jesteśmy sami we wszechświecie. Gdy byłam mała razem z tatą zawsze patrzyłam w gwiazdy i pytała się go: „Tatusiu, czy tam żyją inni ludzie?”. Mój ojciec zawsze odpowiadał: „Nie wiem kluseczko, nie wiem”. Szkoda tylko, że kłamał. Mimo to wybaczam mu, bo nie mógł postępować inaczej. Ojciec należał do grona niezwykle utalentowanych bio-mechaników pracujących dla rządu. Dziewięć lat temu dostał stanowisko w jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie baz wojskowych na ziemi. Badano tam szczątki statków kosmicznych, które rozbiły się na naszej planecie. Celem tych badań było nie tylko poznanianie szczegół budowy obcych cywilizacji, ale także stworzenie ewentualnej linii obrony. Niestety podczas jednego z eksperymentów pół roku temu mój tata zmarł. Na szczęście dla całego świata zdołał opracować genialna broń… było tylko jedno małe, ale… Broń gdzieś nagle zniknęła. Trzy miesiące poszukiwań nic nie dały – wojsko uznało więc, że formuła została zniszczona podczas wypadku. Tymczasem niedaleko Saturna zaobserwowano zbliżający się z niebywałą szybkością pojazd. Co więcej, nie wykazywał on przyjaznych zamiarów.
Tak naprawdę jednak wszystko zaczęło się w momencie, w którym w poszukiwaniu zaginionej od dawna kolorowej karteczki z Rei z Evangeliona postanowiłam przeszukać przydomowe mini laboratorium ojca. Tata trzymał tam dosłownie trzy fiolki na krzyż i kilka zeszytów z notatkami. Było to miejsce, w którym zamykał się, gdy pokłócił się z mamą. Nic więcej. Pomyślałam sobie, że może przypadkiem, wśród walających się tu i tam kartek w kratkę znajdę moja drogocenną karteczkę. Nic bardziej mylnego. Godzina szukania i co.. i nic. Wtem! Pod małą czerwono białą fiolką na najwyższej półce zobaczyłam rąbek białego papieru z nadrukiem Eva. To mogło być tylko jedno. Bez wahania złapała i pociągnęłam. Pech chciał, że podniecona znaleziskiem nie zwróciłam uwagi, że fiolka był na karteczce. Nim się obejrzałam byłam cała w tym dziwnym płynie. Krzyki, piski, karetka pogotowia. Obudziłam się w szpitalu otoczona chmara naukowców, którzy… którzy… którzy… - AAAAA Krzyknęłam widząc, że leże całkiem naga. Ponownie były piski, krzyki oraz konsternacja. Wreszcie do pomieszczenia wskoczyła jakaś pielęgniarka, która przykryła mnie kocem i wygoniła tych zboczeńców. To było gorsze niż ‘straszne’. - Wszystko w porządku? Zapytała widząc moją minę. Nie dziwie jej się. Zapewnie wyglądałam przerażająco. Zwłaszcza biorąc pod uwagę niedawny wypadek. Kobieta szybko mi wytłumaczyło mniej więcej, co się stało. - Twój ojciec pracował nad bardzo tajemniczym odczynem. Gdy odszedł z tego świata wszyscy szukali go, ale nie mogli znaleźć. (Przypomniałam sobie, że zaraz po śmierci taty, faktycznie paru typów w garniturach przeszukiwało mieszkanie, czyżby byli aż tak ślepi by nie znaleźć tej fiolki?) Gdybyśmy wiedzieli, że zdołał już wykonać płynną formę byśmy ją skonfiskowali, ale zabraliśmy tylko notatki. Właśnie w tym momencie uzmysłowiłam sobie, że to, co na mnie się wylało to musiało być to coś. Na litość boską, co to było? Co za groźna broń? Czy ja umrę? - Nie musisz się martwić, nic złego ci się nie stało. Płyn nie zaszkodzi twojemu zdrowi. Może nawet go polepszy. - Słucham? - Według posiadanych przez nas danych, twój ojciec wymyślił formułę, która miała zmienić zwykłego żołnierza w niepokonanego wojownika. Niestety część formuły uległa zniszczeniu i nie jesteśmy w stanie jej odtworzyć. To, co się na ciebie wylało, było najprawdopodobniej jedynym egzemplarzem. - To znaczy, że stałam się jakimś niepokonanym wojownikiem. - Skąd skarbie. Pielęgniarka uśmiechnęła się uroczo. Potem coś długo tłumaczyła, używając jakiś sformułowań, o których genezie nawet nie chce mi się rozmyślać. Ostatecznie miała to dać mi do zrozumienia, że nic mi się nie stało i nie powinnam się martwić. Trzy tygodniowy pobyt w zamkniętym szpitalu, odizolowanie od przyjaciółek, od Internetu, od mojej kolekcji karteczek, od mojego ukochanego kotka, dwóch najlepszych psiapsiółek i do tego wszystkiego okres mi się spóźniał – i ona śmiała mi mówić bym się nie martwiła!? Wreszcie uznano, że można mnie wypuścić. Nie odkryto żadnych zmian w moim ciele, więc uznano, że formuła musiała nie zadziałać z jakiegoś powodu. Może, dlatego że byłam kobietą, a może, dlatego że była nie skończona. Wtedy tak naprawdę się wszystko zaczęło.
***
Wstałam jak zawsze 5 minut przed czasem – cholera – pomyślałam. Klnąc nie powinnam, ale ostatni raz wyspałam się rok temu chyba. Stąd moja frustracja. Szybko umyłam się, ubrałam, zjadłam śniadanie i… jak zawsze ugrzęzłam na tych włosach. Ja je kiedyś zetnę. Zawsze bardzo chciałam mieć długie włosy, może to przez to, że moja mama ma bardzo długie. Niestety odkąd zaczęłam chodzić do gimnazjum stanowią one tylko problem. Do tego nieubłaganie zbliżające się liceum wcale nie ułatwi sprawy. Postanowione więc odgórnie – dzisiaj włosy idą do ścięcia. Lekcje zaczęły się normalnie. (o ile normalny może być sprawdzian już o 7:30 rano!) Dopiero na trzeciej lekcji zaczęło dziać się coś dziwnego. Zaczęłam coraz gorzej słyszeć i lekko kręciło mi się w głowie. Pielęgniarka jednak mówiła, że wszystko ze mną w porządku. Na czwartej lekcji nic mi już nie było – mimo to zaczęłam się niepokoić. Lekarze mówili, że objawy mogą być opóźnione, ale perspektywa spędzenia kolejnych dni w szpitalu nie była miła. Przebolałam to i udałam się do domu. Przebrałam i razem z Koharu wyszłyśmy na miasto. Cel? Fryzjer. - To gdzie idziemy? Zapytała mnie w pociągu czytając kolejny sms od chłopaka. - Nie wiem, to mój pierwszy raz od prawie dziewięciu lat. - No nie mów, że od dziewięciu lat nie byłaś u fryzjera! - Tak jakoś nie było okazji. Koharu wymieniła trzy najlepsze salony fryzjerskie według niej i zgodnie stwierdziłyśmy, że udamy się do ostatniego. Powód był prosty. Super przystojny blond chłopak pracujący tam jako praktykant. Okazał się dokładni taki jak go opisała moja przyjaciółka. Niestety to nie on ścinał moje kochaniutkie włosy, ale i tak się zdążyłam napatrzyć. Ach, jakby było fajnie mieć takiego chłopaka – patrząc na Koharu, która czytała kolejny sms od swojego Tojiego stwierdziłam jednak – dobrze było by mieć w ogóle jakiegoś chłopaka. Gdy wyszłyśmy już z salony obie nie mogłyśmy się nadziwić temu jak dziwnie wyglądam z krótkimi włosami. - Może to nie był najlepszy pomysł. Powiedziała cicho moja przyjaciółka. - Przyzwyczaję się ja, przyzwyczaisz się i ty. Zaśmiała się. To stało się wtedy. Zielony promień z nieba uderzył dokładnie trzy metry dalej tworząc dużą dziurę w jezdni. Stało się to dokładnie obok chłopaka przechodzącego właśnie po pasach. Nagle poczułam się dziwnie. Zdawało mi się, że za chwilę promień znowu uderzy. Spojrzałam w niebo i ku mojemu zdziwieniu na chmurach pojawiły się zielone wyładowania elektryczne. Musiałam natychmiast działać. Przykucnęła i najsilniej jak mogłam odbiłam się od ziemi. Skoczyłam wprost na chłopaka. Nim się zorientował pchnęłam go w bok sama uskakując w odwrotnym kierunku. Zielony promień, ułamek sekundy później, uderzył w to miejsce tworząc tylko wielką dziurę. Potem było już gorzej. Setki takich samych promieni zbombardowało całą dzielnicę. To cud, że przeżyliśmy. Atak trwał niecałe pięć minut, ale zniszczenia jakich dokonał były przerażające. Nagle zdałam sobie sprawę z czegoś strasznego. Ostatni atak… lekko opóźniony… trafił prosto we mnie. A wszystko, dlatego że zagapiłam się. Moje krótkie życie błysnęło im przed oczyma i co?... I nic. Jak klęczałam na jezdni tak dalej klęczałam. Ludzie patrzyli na mnie zdziwieni. Dookoła pełno dziur po promieniach a ja przeżyłam bezpośrednie trafienie. Kompletnie nic mi nie było. W życiu się lepiej nie czułam. Do momentu, w którym straciłam przytomność.
***
Tym razem obudziłam się w jakiejś zamkniętej celi. No ładnie – pomyślałam. Najpierw szpital, teraz cela. Co będzie następne… zakład pogrzebowy! Ja chce wrócić do normalnego życia. Nagle otworzyły się drzwi a oczom mym ukazał się super przystojny mężczyzna w szarym garniturze. Jakby by go Koharu lub Aya zobaczyły to by się chyba posikały w gacie. Typek pierwsza klasa. Wysoki, dobrze zbudowany szatyn. Piwne oczy i niezwykły uśmiech. A to spojrzenie – roztapiało. - Witam Michi. Jestem Kaoru Kikuhara. Jestem szefem SAAG. Grupy zajmującej się walką z kosmitami. - Walka z kosmitami? Spojrzałam na faceta jakby powiedział, że zatłukł własną matkę bananem. - Po tym, co widziałaś dzisiaj na mieście nie powinno cię to zdziwić. No tak, tu miał rację przystojniś. Dziwne zielone promienie strzelające z nieba nie należą do rzeczy, które mogli by wymyślić ludzie. - To… jak wyglądają kosmici? - Eee. Chłopak się lekko speszył. Szybko jednak znalazł sposób na uniknięcie tego kłopotliwego pytania. - Jako jedyna przeżyłaś uderzenie lasera. - No chyba. - Czyy… nie czujesz się dziwnie? Zapytał patrząc na mnie. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale z drugiej strony. Zdawałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. - Pamiętasz incydent z preparatem twojego ojca. Widzisz twój tata pracował dla nas nad bronią, którą moglibyśmy użyć przeciw kosmitą. Oznajmił nam pewnego dnia, że już prawie skończył a potem, wiesz co się stało. On zginął a ty wylałaś na siebie jedyny egzemplarz. Nasi naukowcy nie wykryli żadnych zmian w twoim ciele, więc uznaliśmy, że preparat faktycznie był nie skończony. Byliśmy w błędzie. Ostatnim elementem tajnej formuły miała być potężna dawka energetyczna. Właśnie w tym momencie pojawia się zielony laser. - Słucham!? Chce pan powiedzieć, że stałam się jakimś wojownikiem? - Tak, dokładnie to chce powiedzieć. Niestety zmiany, które zaszły w twoim ciele są zbyt zaawansowane by móc na ich podstawie stworzyć oryginalną formułę. Jesteś więc naszą jedyną bronią w walce z kosmitami. - Ale, ale… Protestowałam, co było oczywiste. Ja nastolatka, chodząca do gimnazjum i nie mająca nawet chłopaka miałam bym być ostatnią nadzieją ludzkości. - No może nie ostatnią nadzieją, ale blisko. Zaraz moment, jak to nie ostatnią nadzieją? Nie zabierajcie mi mojej oryginalności i możliwości bycia kimś wyjątkowym! - Nasz oddział jest gotowy na walkę z kosmitami. Mamy broń i sprzęt. Brakuje nam tylko jednego. Odporności na ich ataki. Posiadają gamę broni, na które człowiek jest całkowicie nieodporny. Formuła twego ojca miała temu zapobiec. Dlatego właśnie potrzebujemy ciebie jako naszą pierwszą linię obrony. Za szybko, zdecydowanie za szybko. Mam walczyć z jakimiś obleśnymi kosmitami, którzy chcą zawładnąć ziemią i wkładać nam próbniki nie powiem gdzie… ja mówię kategorycznie NIE! Ale kto by tam 15latki słuchał. Wsadzili mnie do samochodu i wywieźli gdzieś. Na szczęście pan przystojny towarzyszył mi w drodze. - Oto twój sprzęt bojowy, zapoznaj się z nim w miarę szybko. Kosmici już są na orbicie i planują inwazję. Musimy ich powstrzymać za wszelką cenę. Dzięki naszemu wywiadowi wiemy, że pierwszym celem będzie centrum Tokio. W ten sposób chcą zasiać strach wśród ludzi. Będą niszczyć wszystko, co popadnie. Musimy powstrzymać tą inwazje za wszelką cenę. - Ewakuujcie może ludzi. - Eee, nie da się. Odpowiedział ktoś inny. - Jakbyśmy puścili info, że szykuje się napad kosmitów… nie potraktowana by nas zbyt poważnie. Musimy działać z ukrycia. Mój przyszły chłopak – tak tak ten przystojny facet, no co, przynajmniej pofantazjować można – zaprowadził mnie do sali obok gdzie miałam się przebrać. Ku mojemu zaskoczeniu dostałam jakiś czarny kombinezon… pomijając fakt, że nie chodzę w takich kolorach to w ogóle na mnie nie pasował. - To najmniejszy rozmiar jaki mamy. - Ale jest za duży na mnie. - Gdzie? W jakich partiach, to nasi spece już cos wykombinują. - No jest za duży… Zamilkłam. Nie, nie powiem mojemu przyszłemu chłopakowi, że kombinezon jest za duży w klatce piersiowej. Jak ja bym wyglądała? Jak jakaś małolata z małym biustem. Co to, to nie. - Ogólnie jest za duży. Poza tym nie lubię czarnego i ten krój. Ohydne. W życiu tego nie założę. - Ale on ma chronić twoje ciało. Facet zmarkotniał, za to ja zaczerwieniłam się. Jemu zależało na moim ciele. Jejku, czyli jednak jest mną zainteresowany. (tyle kasy na wkładki push-up do stanika jednak nie poszło na marne). - Nie będzie z tym raczej problemu. Chyba zapomniałeś o czymś Kaoru. Jej ciało jest odporne na wszelkie ataki kosmitów. Wystarczy jej zwykły ubiór. A ja zaraz coś znajdę w mojej szafie, co się będzie nadawało. Osobą, która to powiedziała była niezwykle ładna i wysoka kobieta. Ubrana była w czerwony golf i szarą minispódniczkę. Już jej nie lubiłam – powód był prosty. Mój przyszły chłopak patrzył na nią takim zboczonym wzrokiem. Ohydna baba… obnosi się ze sprzętem do tego pewnie sztucznym. Pfff… małe są lepsze. Byłam w szoku, gdy dwie godziny później dostałam swoje nowe ubranie. Jeśli tak miała wyglądać ostatnia deska ratunku dla ziemi to ja dziękuje, ale się wypisuje. Kawałek białej szmatki z czerwonymi paskami. Wielgachne buty i jakaś kokardka. Czy ja do cholery – znowu klnę – wyglądam jak kurtuazyna. Niemniej ostatecznie ubrałam się w to. Nawet nie pytajcie dlaczego, bo to jest żałosne do potęgi. - Jejku, ale ona kawaii wygląda! Krzyknął mój przyszły chłopak po tym jak wszyłam z garderoby. - Aż chciałoby się ją uścisnąć. - Poza tym nie będzie się zbytnio wyróżniać z tłumu ludzi, którzy będą w miejscu ataku. Kobieta, która sprawiła mi ten ubiór zachichotała nieznacznie. „Nie będę się wyróżniać” – wole nie wiedzieć, co to będzie za miejsce ataku… Przecież ja w tym wyglądałam tragicznie. Jak jakaś lolitka z tych seriali dla dwunastolatek. (w ogóle pominę to, że sama większość z nich wciąż oglądam) Biała sukienka na ramionczkach z czerwonymi sznurkami i dużymi guzikami. Niestety jej długość była dyskusyjna. (LEDWO NA UDA MI ZACHODZIŁA!! – do tego mój przyszły chłopak się na mnie tam(!) patrzył, jejku jaki wstyd) Po co do tego był kołnierzyk to ja nie wiem, ale jak kazali to już ubrałam i ta kokardka zamiast muszki – no zero gustu. Jedno musze przyznać mimo wszystko: buty mi się nawet podobały. Połączone z długimi,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ergo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…