Klejnocik
Od tej pory miałam inne życie. Nie jest ono warte opowiadania, bo to już historia. Poza faktem, że mając niespełna 21 lat, postawiona przez życie pod ścianą...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ugryzłam kolegę z ławki. Wiedziałam, że to okropne. No, nie mogłam się pohamować, nie kontrolowałam się i tyle. Irytowało, że Klejnocik tak potwornie się wstydził. Gdy coś próbował do mnie powiedzieć jego twarzyczka przybierała kolor przejrzałego pomidora. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, prowadziło to wprost do nieufności. Nikomu nie można wierzyć, tak mówiła babcia Halinka. I to nie było czcze gadanie, była najlepszą babcią na świecie i uczyła mnie życia. Sprawa nigdy, by się nie wydała, gdybym nie spaliła buraka. Spuściłam oczy, ale nasza nauczycielka głupia nie była. Przyjęła moje wygibasy, ukłony i wzruszenia ramion z powątpiewaniem. Gówniaro, jeżeli jeszcze raz sprowokujesz Klejnocika, to wyrzucę cię na korytarz, powiedziała, nie odkładając swojego iPada. Nie wytrzymałam, nikt mnie dotąd tak nie nazywał, nawet kochana babcia. Podniosłam wrzask. No i zrobił się mega problem, przybył dyrektor osobiście. Ależ miał posępną minę, gdy prowadził mnie korytarzem do swojego pokoju. Zamknął drzwi i wywiesił tabliczkę nie przeszkadzać. Oj, będzie przesłuchanko! Bałam się jak diabli. Na moje szczęście, tego dnia, to był jedyny incydent z udziałem nieletnich w naszej szkole i po przeprowadzeniu rozmowy dyscyplinującej z rodzicami zwolniono mnie do domu. Jednym plusem całej sytuacji, był fakt, że Klejnocik następnego dnia nie przyszedł do szkoły. Zapadł się pod ziemię. Rozmydlił się. Nie pozostawił po sobie żalu, raczej ulgę.
****
Od tej pory miałam inne życie. Nie jest ono warte opowiadania, bo to odległa historia. Poza faktem, że mając niespełna 21 lat, postawiona przez życie pod ścianą, opuściłam dom i wyjechałam do Nowego Jorku: bez pieniędzy, bez przyjaciół, bez perspektyw. W kieszeni kilkanaście dolarów, a cały majątek stanowił prezent od matki — śnieżnobiały strój kelnerki. Na ziemi obiecanej zaczęłam wszystko od nowa. Ameryka to nie Ząbkowice. Musiałam wziąć życie swoje w ręce i przestać się mazać. Spełnię obowiązek i będę silna i zdrowa. Nigdy nie obejrzę się wstecz. Będę artystką. Pokażę, na co mnie stać, postanowiłam. Żeby mieć, za co żyć, zaczęłam pracę w księgarni. Przed jej zamknięciem chowałam się w toalecie, a później spałam na terenie sklepu, żeby zaoszczędzić na wynajmie mieszkania. W księgarni poznałam ciemnoskórego, legendarnego jazzmana Freda Smitha. Daleko mi było do niego, ale tworzyliśmy niezwykłą parę, napędzającą się do twórczych i życiowych poszukiwań. Przy nim obudziły się w tobie złe moce, skwitowała w liście babcia Halinka. To prawda, stałam się inna, nie tylko wizualnie. Inspirująca, ambitna i zamknięta w sobie jak butelka wyłowiona z morza po latach dryfowania w przestworzach, dobry surowiec na artystkę. Malowałam, nagrywałam płyty, których nikt nie słuchał, pisałam wiersze, które przeczytało może z 50 osób. Ale zwyczajnie robiłam to, co robiłam, bo musiałam, bo to było moje powołanie. Ten etap życia opisałam w dobrze przyjętej, sprzedającej się powieści. Napisałam ją w biegu, wydałam przez przypadek, do dziś dziwię się czytelniczemu sukcesowi. Nie opowiada jednej historii, jest trochę jak korkowa tablica, do której można przyczepić zdjęcia, notatki, pocztówki i listy miłosne do najważniejszego dla mnie mężczyzny, o którym już wspomniałam.
Nad moim pisaniem jeszcze długo unosił się duch Freda Smitha. Był taki piękny! Zmarł w 1994r, z przedawkowania, w wieku 45 lat. I choć od tej chwili minęły przeszło dwie dekady, nostalgia i żal za wspólnym z nim życiem wcale nie osłabły, wokoło otaczały te same brudne talerze i smaki. Miejsce Freda straszyło pustką, wiązało ciało, obdzierało z wiosennych marzeń. Towarzyszyli mi też inni zmarli, ojciec i babcia Halinka, którą śmierć dopadła niedługo po Fredzie. Po ich odejściu, zmienił się temat i nastrój mojej prozy— łkała w kącie. Zmieniła się też perspektywa, z której pisałam. Przelewałam na papier rozmyślania o codzienności, samotnych spacerach po plaży i Central Parku, przy kawie. Grałam na myślach słowem, wnosząc do opisywanej rzeczywistości intelektualny i poetycki punkt widzenia. Może to nie była wyjątkowa cecha, ale uważałam, że w epoce płytkiego ekshibicjonizmu może być niezwykłą wartością. Nie każdy zaakceptował przemianę, wydawcy byli odmiennego zdania. Mój świat pękł. Powoli garbiłam się po ciężarem zwracanych maszynopisów. Czasami paczka wracała, zanim zdążyłam wrócić z poczty. Raz odesłano mi kupkę popiołu. Chyba z Bogiem nie było mi po drodze. Nie mogłam się nadziwić jak to możliwe, że jeden początkujący pisarz dostaje milion dolarów, a inny musi wysłać w kosmos kotlet jagnięcy, żeby zwrócić uwagę na swoją książkę. Oczywiście mogłam się pocieszać, że Pasję Życia Irvinga Stone,a zanim rozeszła się w 25 milionach egzemplarzy, odrzuciło 16 wydawnictw. Redaktorom zdarzało się nie docenić nawet noblisty — Panie Kipling, Pan po prostu nie umie posługiwać się angielskim. Odmawiając Nabokovowi publikacji Lolity, wydawca pokusił się o sugestię, żeby zakopać książkę gdzieś głęboko na jakieś tysiąc lat. Świat wydawniczy odsłonił bezlitosne oblicze, pokazał skąd się biorą bestsellery. Co robić? Uciec czy trwać w tym fachu, ogarniał lęk, że dom zajmą z powodu długów. Potrzebowałam kasy, kończyły się pożyczone od matki pieniądze. Nie poddałam się, nie zniechęciłam. Przeciwnie. W głębi duszy wiedziałam, że dobry agent to podstawa. Przeczyta maszynopis, zreferuje, przekona wydawcę. Najlepiej zacząć trzy lata przed rozesłaniem książki. Napisałam e—maile do prawie wszystkich znajomych, z prośbą o ułatwienie kontaktu. Odpowiedź nie nadchodziła. W czerwcowy czwartek los się uśmiechnął, Leo Sen polecił właściwego człowieka. Niepozorny lecz niezwykły, ma dobry węch, na pewno pomoże ci przerwać złą passę. Masz moje błogosławieństwo, oto adres.
****
Słońce się dopalało, a ja oczekiwałam na swojego geniusza w marokańskiej restauracji blisko Central Parku. Zajęłam stolik dogodny do obserwacji, otwierając dla niepoznaki zeszyt z notatkami. Minął mnie o metr, rysopis się zgadzał. Chuderlawy, blady. Poruszał się szybko pomiędzy stolikami, z prawego ramienia zwisała wielka skórzana torba, musiała być niewiele lżejsza od niego. Nie zapominam twarzy: ten sam rozbiegany wzrok, skwaszona mina, pod lewą pachą rulon z żółtej, ortalionowej kurtki. Myślałam, że z wrażenia zemdleję. To żadna paranoja ani sen, przetarłam oczy, przede mną stał Klejnocik, we własnej osobie. Zdradziła go twarz. O Boże! Nawet nie pamiętałam jego imienia i nazwiska, maltretowałam umysł, wyciągając rękę na powitanie.
— Patti Szostak. Byliśmy umówieni... — wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
— Mike Erwan. Miło mi poznać.
W jego uścisku wyczułam nerwowe napięcie, ale przyglądał mi się uważnie, rozrywając zimnym wzrokiem na części pierwsze. Co sobie wyobrażasz buraku z zadupia. Nie tak prędko, pomyślałam i ostentacyjnie zaciągnęłam zamek błyskawiczny w żakiecie.
W drzwiach do sedna wisi kotara z uprzedzeń i referencji, wystarczy ją odsunąć, przemknęła mętna myśl. Chyba to fragment jakiegoś wiersza? Nieważne. Pomogło. Ewakuowałam z siebie wariatkę.
— Mike, znikłeś bez śladu. Siedzieliśmy w jednej ławce, w szkole, w Ząbkowicach, pamiętasz? Ta szrama na policzku to moje niechlubne dzieło!
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Nie przypominam sobie. Skleroza. Ale dziękuję, że pani przyszła — wysapał słabym głosem, czerwieniąc się po czubki uszu Bez pytania usiadł naprzeciwko, nie zdejmując czapki z daszkiem i dalej się gapił. To było jak obmacywanie w zatłoczonym metrze.
— Nasze spotkanie to przypadek, tak? — warknęłam.
To było silniejsze ode mnie, nie wytrzymałam, na śmierć zapominając o tolerancji. Kiedyś babcia wyjawiła mi jej tajemnicę. Tolerancyjni są ludzie bez moralnego kręgosłupa, mówiła. — Wyrozumiali są ci, którzy mają coś na sumieniu. Tolerancja i wyrozumiałość to siostry słabości. Ale do rzeczy: Klejnocik westchnął, jakby słyszał moje myśli. Siedział zasępiony, patrząc w swoje smutne oblicze w szybie. Gdy się odwrócił, spoglądając mi prosto w oczy, przeszył mnie dziwny dreszcz. Podziałało jak chluśnięcie lodowatą wodą, przestałam się rzucać. Niepojęte!
— Wierzysz w przypadki? Ty, człowiek rozumu? Z pewnością, to wszystko nie mieści się w głowie, ale darujmy sobie złośliwości, już czas, bierzmy się do pracy. Chcę wiedzieć o tobie wszystko.
Ostatnie zdanie wysoce zaniepokoiło, ale stuliłam uszy po sobie, nie tracąc czujności. Klejnocik nie przestawał mówić. Gdy dotarła do nas kelnerka, w popłochu zamówiłam butelkę wody i lód, ocierając kroplisty pot z czoła. Nawet pohukiwanie zegara nie zagłuszało dotkliwego szumu w skroniach.
— Do tego pytania będzie pasowała woda mineralna. Dobry wybór — oznajmił krótko.
— A jakie to pytanie?
— Czy masz słuch muzyczny?
Kompletny brak zdolności interpersonalnych, pomyślałam i o mało nie spadłam z krzesła. Klejnocik wykazał się refleksem, dolewając mi do szklanki wody. Duży łyk zimnego płynu okazał się nieoceniony.
— Co ma muzyka do pisania? — zapytałam, wzruszając ramionami.
— No cóż, moja droga, pisanie powieści to jak improwizacja w jazzie. Nie pyta się jazzmana, co pan zagra? Ma jakiś motyw, serię akordów, na którą musi mieć wzgląd, ale potem bierze trąbkę czy saksofon i zaczyna. To kwestia pomysłu. Daje raczej wyraz różnym wewnętrznym rytmom. Czasem wychodzi to dobrze, czasami nie.
Taka była odpowiedź w telegraficznym skrócie. Szybko okazało się, że Klejnocik to postać niebanalna. Mówił o nawykach, przyzwyczajeniach, o rutynie i o tym, co przeszkadza w procesie pisania.
— Patti, będę bezlitosny — mówiąc, otwierał usta, jakby chciał zjeść dzień. — Zdradzisz swoje metody pracy? Czy masz marzenia? Czy męczą cię tak, że musisz się ich natychmiast pozbyć? — pytał po kolei.
To już była perfidia.
— Och — zaczęłam, patrząc niepewnie. — Dopóki tego nie zrobię, nie zaznaję spokoju. Wszystko odstawiam na bok — honor, dumę, przyzwoitość, bezpieczeństwo, szczęście — byle napisać książkę. Gdybym musiała okraść swoją…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jolsokolowska079sok
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…