Kobieta idealna
Co może się stać kiedy obudzisz się, ale Twój pokój nie będzie przypominał tego, który zwykle widzisz, kiedy się budzisz ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Delikatnie przekręciłem się na drugi bok i poczułem, że jakaś nieznana substancja podobna do ściany z galarety nie pozwala mi do końca na zamierzony manewr. Jako, że jestem człowiekiem o pokojowym nastawieniu nie sprzeciwiałem się „odmowie” przeszkody i z powrotem wróciłem do pozycji pierwotnej.
W sennym amoku nie pomyślałem w pierwszym momencie, że pewne rzeczy zmieniły swoje miejsce, a dokładniej: nie zwykłem budzić się w moim łóżku obok czegoś innego niż ulubiona poduszka przywieziona z małej górskiej miejscowości. Ten łańcuszek mało istotnych wydarzeń kończył się iskrą, która uruchomiła mój, zbolały, ale mało świadomy swojego stanu umysł.
Kiedy błędnik przełączył się w tryb pracy, postanowiłem otworzyć mocno przylegające do podłoża powieki. Przed moimi oczami ukazał się niewyraźny obraz. Nie mam tu na myśli ogólnego pojęcia tego słowa, ale wiszący na ścianie portret. Szybko przestałem zadawać sobie pytanie: od kiedy lubię malarstwo Jana Lebensteina na tyle, żeby powiesić jego dzieło na ścianie mojej sypialni. Przeszedłem przez pytanie, kto mógł to zrobić za mnie, żeby w ułamku sekund zorientować, że z moim pokojem naprawdę jest coś nie tak. Teatralnie zerwałem się do pozycji siedzącej i wtedy zamroczona świadomość wyrwała z głębi fraz pływających po neuronach mojego mózgu tę właściwą, której wartość logiczna była niezaprzeczalna: nie jestem w swoim pokoju.
Są chwile w których człowiek doznaje szoku, budowanego przez silne emocje targające naszym umysłem. Tym razem nie był to szok, ale jednak bliskie mu uczucie. W jasnym pokoju oprócz wspomnianego obrazu znajdowała się również półka pełna książek, wielkie zasłonięte błękitnymi roletami okno. Z pierwszych pytań, które nasunęły mi się jeszcze kiedy znajdowałem się w pozycji horyzontalnej, pragnąłem jak najszybciej wyjaśnić to dotyczące przeszkody, która nie pozwoliła mi na kontynuację snu. Odkryłem delikatnie kołdrę, a przeszkoda szybko rzuciła się do ucieczki. Okazało się, że był to pies, dokładniej bokser.
Teraz kiedy znalem odpowiedzi na te najprostsze pytania, pomyślałem o skoku na głębszą wodę. Jak ja się tu znalazłem? Odpowiedzią mogła być wczorajsza impreza w klubie Havana. Kac też był dosyć mocno wytłumaczalny, ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć w jaki sposób trafiłem do tego na pierwszy rzut oka dosyć luksusowego przybytku. Zaciągnąłem się. O ile w tym momencie pewne rzeczy były pewne jak prognoza pogody na najbliższy miesiąc o tyle byłem stuprocentowo przekonany, że owa perfuma to Amor Amor z małej czerwonej buteleczki. Zapachu grejpfruta nie dało się pomylić z niczym innym.
Proste równanie logiczne pozwoliło mi na stwierdzenie, że w pokoju przebywała kobieta. Zbliżyłem nos do satynowej kołdry i teraz byłem już o jeden argument więcej, żeby potwierdzić moją tezę. Przed moimi oczami zaczęły przebiegać obrazy nocnych szaleństw. Właściwie były to migawki, ba kilkusekundowe urywki niczym ze skrótu wiadomości. Nie mogłem przypomnieć sobie jej twarzy, pamiętam blond włosy, które opadały mi na piersi, kiedy pochylała się nade mną żeby za chwile czule mnie pocałować. Pamiętam, że miała dosyć osobliwy kolczyk w miejscu, którego przeciętne fanki piercingu mogłyby się jednak wstydzić. Pamiętam, chociaż dosyć wyrywkowo jak całowałem jej plecy. Ale za żadne skarby mórz i muzykę Chin nie mogłem przywołać obrazu jej twarzy. Zaniepokoiło mnie to jednak na krótko, bo obok łóżka leżała spora butelka Sobieskiego, mniejsza Żubrówki i czarna opalona lufka, które mogły być pewnego rodzaju odpowiedzią tak mocnej utraty pamięci. Nie muszę dodawać, że wszystkie „naczynia” były puste. Powiecie pewnie, to nie możliwe, żeby nie pamiętać twarzy kobiety z którą jeszcze kilka godzin temu uprawiało się seks. A ja wam powiem: a mówcie sobie.
Chwile zastanowiłem się i jak powiedział mistrz w jednym z mniej znanych filmów postanowiłem „uporządkować doznania”. Czy jestem w stanie przypomnieć sobie kiedy świadomość udała się na spoczynek? Wczorajszy wieczór był jednym z tych, kiedy miałem typowo imprezowy humor. Z jednej strony maksymalnie zrelaksowany, rzucający dowcipami z drugiej jednak pełen obaw bo kiedy przestępuję próg miejsca zabaw z takim humorem, wiem, że drugi dzień przywita mnie ostrym bólem głowy. Mimo wszystko lubię czasami poczuć te dni, w których woda ma wyjątkowy smak.
Mniej optymistyczne wizje to poranny stół zastawiony kieliszkami do połowy napełnionymi 40% przyczyną „zejścia”. Wtedy sama myśl o możliwości wypicia zawartości szkła przyprawia o mdłości podobne do tych, które dopadały bohatera Mechanicznej Pomarańczy po jakże udanym gwałcie na jego psychice. Zastrzegam jednak, że nie miałem ochoty jak rzeczony bohater wyskakiwać przez okno, a jedynie chciałem jak mawia poeta „wyrazić siebie” do dużego porcelanowego pojemnika, który stoi w łazience każdego domu.
Na szczęście moje, kołdry i podłogi w jasnym pokoju nie było kieliszków. Byłem tylko ja i kac. Pod sufitem latało też sporo nieuporządkowanych myśli. Długo czekałem na poprzedni wieczór. To było dosyć typowe wyjście do pubu jakie zdarza się tysiącom osób w tysiącach miast bez szukania tysiąca powodów. Tym razem udało nam się zgromadzić znaczą ilość osób dlatego substancje, które skutkują utratą pamięci były w ilościach dużo większych niż zwykle. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie da się upić do nieprzytomności we dwie osoby. Jednak jako człowiek towarzyski twierdzę, że im więcej ludzi tym zabawa staje się intensywniejsza i zarazem weselsza. Tym bardziej, że w miarę upływu godzin coraz więcej osób stojących przy barze zaczyna cytować tytuł piosenki Kazika – ze mną się bracie nie napijesz?
Wiecie jak to jest kiedy „urwie wam się film” (nie śmiałbym powiedzieć: pamiętacie jak to jest) i desperackie próby przypominania sobie pewnych sytuacji ratuje jedynie tzw. „telefon do przyjaciela”. Właściwie potrzeba jedynie zarysowania obrazu, żeby móc co nieco dokooptować samemu. Operacja nie zawsze kończy się sukcesem, jednak warto próbować, bo bezsilność niepamięci potrafi boleć czasami bardziej niż nóż wbity w plecy. I o ile lubię słuchać pewnej gęsto nominowanej do Fryderyków 12-letniej płyty o tyle pochodzący z niej wers „Och Janusz idź na całość na urwanym filmie” niekoniecznie wpisuje się w moją listę zasad życiowych. A, że czasami tak się zdarza to już temat na osobne dywagacje.
Niestety. Telefon do przyjaciela odpadł zaraz po tym jak zorientowałem się, że leżący przy łóżku mój telefon ma rozładowaną baterię. No cóż, zdarza się najlepszym. Niepewnym ruchem postawiłem nogi na ziemi i oderwałem się od łóżka. Porozrzucane na podłodze ubrania były wysoce niekompletne. Brakowało mojej bielizny. Kiedy zrobiłem kilka kroków, żeby ją znaleźć dopiero wtedy poczułem jak dużo alkoholu przelało się tamtego wieczora. Stan, w którym znajdowałem się obecnie był wysoko porównywalny do tego w momencie kiedy wchodziłem do klubu czyli jak to mówią byłem „lekko zrobiony”. Oczywiście wtedy nie bolała mnie głowa, ale czułem już pewne symptomy poranka. Jak to mawia pewien trener programowania neurolingwistycznego, po prostu „wyprzedziłem swój mózg”. Wiem, że na myśli ma coś zupełnie innego, jednak brzmi to wysoce podobnie do mojej sytuacji.
Zniechęcony poszukiwaniem bokserek podszedłem do okna i sprawnym ruchem zwinąłem rolety. Widok zbytnio mnie nie zaskoczył, byłem na ostatnim piętrze bloku, a wokół mnie znajdowały się podobne budowle. Centrum nowoczesnego osiedla nie tętniło życiem mimo niedzieli. Tu zacząłem zastanawiać się czy możliwe jest przespanie dwóch dni, tak jak przez kilka lat wydawało mi się w dzieciństwie. Właściwie byłem absolutnie pewien, że był dzień kiedy położyłem się spać, a wstałem nie następnego, a dopiero dwa dni później. Z czasem uświadomiłem sobie, że ktoś z członków rodziny dosyć skutecznie ze mnie zażartował wiedząc, że moja orientacja czasowa w wieku kilku lat jest dosyć ograniczona. Czyli mamy niedzielę, a ja jestem na nowoczesnym osiedlu, na które nie wybrałbym się normalnie, bo i po co? Tym razem przypuszczalnym powodem była kobieta poznana w klubie i zaiste powiadam wam taki powód jest jak dla mnie wystarczający. Żeby poznać dalsze fakty z życia domu postanowiłem odnaleźć łazienkę, mając też małą nadzieję na to, że spotkam kobietę, która uraczyła mnie swą gościnnością. Powód wyboru łazienki, a nie na przykład kuchni był prosty również z innej przyczyny. Do głowy przyszła mi myśl, że być może Pani Gościnna nie mieszka sama. A jak najłatwiej to sprawdzić? Ano spojrzeć na ilość szczoteczek w łazience. Niczym Sherlock uśmiechnąłem się sam do siebie i skierowałem swe kroki ku drzwiom.
Powolnym i dosyć niepewnym krokiem ruszyłem przed siebie. Minąłem zamknięte, przeszklone drzwi, minąłem wieszaki na ubrania, na których znajdował się tylko kurz. Minąłem drugie drzwi, też zamknięte. Wbrew pozorom moja wędrówka nie trwała pięciu minut, jednak jak wiemy są sytuacje w których czas wyjątkowo zwalnia. Z własnego doświadczenia wiem, że najbardziej w sytuacji zagrożenia. Nie spadałem jeszcze z kilkunastometrowego budynku, ale skoro wtedy jest czas na przemyślenie całego życia i obiecanie bogu/naturze/etc. że „ja już więcej nie będę”, to czas naprawdę musi wtedy zwolnić. Inna sprawa kiedy okazuje się, że spadając w jakiś cudowny sposób uda nam się uratować np. łapiąc się sznurka na bieliznę sąsiadki czy uderzając w miękki daszek nad sklepem (powtarzane do znudzenia w filmach) wtedy szybko nasze wielkie postanowienia zamieniamy na krótkie: „w strachu to człowiek głupoty gada”. Kiedy na drżących nogach dotarłem do białych drzwi z napisem WC (swoją drogą, czy macie w domu na drzwiach od kibla napisane: WC?) rozejrzałem się szerzej, ale nadal dom przypominał nudne, piątkowe wykłady z ekonomiki – ani śladu życia! Mieszkanie, które pozornie wydawało się dużo większe, nagle okazało się dosyć ciasne. Nieprawdziwe przeświadczenie zbudował we mnie pokój w którym się ocknąłem. Nie zmniejszało to jednak samego komfortu tego nadal luksusowego przybytku.
Szarpnąłem za klamkę i moim oczom ukazała się łazienka. Jako facet, który bywał już w niejednej łazience stwierdziłem, że ta musi należeć do przedstawicielki płci pięknej. Skąd to przeświadczenie? Zapamiętajcie. Na podłodze nie znalazłem kłębków brudnych skarpet, które bez ładu i składu walałyby się w najmniej do tego przeznaczonych miejscach. Na wieszaku, który wiernie służy ręcznikom, nie wisiała zmięta i godna prania koszula, a półeczka nad wanną wypełniona była różnokolorowymi specyfikami z tysiącem zapachów świata. Te trzy rzeczy wystarczyły żebym był pewien. Wanna była mokra, co dało mi do zrozumienia, że jednak jest życie na tej planecie, a przynajmniej było jeszcze godzinę temu. Przyszła pora na test szczoteczek. W małym kubeczku z wizerunkiem Marilyn Monroe stała tylko jedna. W tym momencie żałowałem, że seriale typu CSI to zestaw bajek dla młodszych, bo z pomocą dzielnych agentów na pewno udałoby mi się w minutę osiem stwierdzić czyje DNA znajduje się na włosiu szczoteczki.
Pod lusterkiem obok kremów leżała koperta. Nie zwykłem czytać cudzej korespondencji, ale na jej wierzchu wyraźnie było napisane: do ciebie. Spryciara – pomyślałem. Pewnie podrzuca takie listy każdemu kogo zwabi do łóżka. Myśl o tym, że to ja znalazłem się w jej domu, a ona zwyczajnie sobie poszła dawała mi dziwne poczucie odwrócenia ról. Głównie dlatego, że jeżeli impreza kończyła się podobnymi ekscesami to właśnie ja byłem pierwszym, który wychodził z obcego domu. Mieszane uczucia znów kłębiły się pod sufitem. Może zostałem wykorzystany? Brzmiało to śmiesznie w głowie faceta, który jednak został w obcym domu. Przecież musi kiedyś wrócić. Pewnie poszła do pracy. Ale… w niedzielę? I tak stojąc z kopertą w rękach rozmyślałem jednocześnie. Otworzyć czy nie otworzyć? Ciekawość, dziennikarski zmysł i kilka innych rzeczy, które rodziły takie wiele sprawiających ból pytań zrobiły swoje. Rozdarłem kopertę. W środku nie było listu, na który liczyłem, a jedynie zaproszenie na wieczorne spotkanie z pewna młodą pisarką, która promowała swoją drugą książkę. Pomimo natłoku wydarzeń z dnia poprzedniego, nieuporządkowanych doznań i bólu głowy mocnego jak uderzenie meteorytu ucieszyłem się w duchu, bo lubiłem twórczość mądrej i zarazem tajemniczej pisarki, która nie udzielała wywiadów i nie brylowała na salonach. Wielu, w tym ja znało ją jedynie z nazwiska na okładce debiutanckiej powieści. Poza tym samo spotkanie zbliżało mnie do poznania kobiety była posiadaczką mieszkania w którym się znajdowałem. Nie martwiło mnie to: jak znajdę ją w tym tłumie i czy w ogóle mi się uda. Myślałem raczej: ciekawe jak to będzie. Przemyłem twarz wodą, zgrabnym ruchem poprawiłem włosy, spojrzałem w przekrwawione białka oczu i westchnąłem. Wychodząc z łazienki, natrafiłem na wspomnianą wcześniej „ścianę z galarety” czyli arcyspokojnego boksera, który wesoło ciągnął moje spodnie po dywanie korytarza. O dziwo, nie walczył zbytnio kiedy chciałem mu zabrać zdobycz. Okazało się, że dzięki niemu moje ubranie wróciło, do pokoju w którym spałem. Kiedy już ubrany, nie miałem ochoty poznawać tajemnic reszty domu pomyślałem, że mogę zostawić karteczkę z numerem telefonu. Szybko zrezygnowałem. Chce żeby było tajemniczo? No to będzie. Wyjąłem klucze z zamka, wyszedłem i zamknąłem drzwi. Na dole szczęśliwym trafem czekał autobus, który jechał w moją stronę. Znów łamałem sobie głowę w jaki sposób mogłem znaleźć się w drugiej stronie miasta. Moja nowa znajoma mieszkała w jednej z najlepszych dzielnic.
W domu najlepiej
- Cholera! – pomyślałem, gdy spadająca szklanka odbiła się od mojego buta i wylądowała pod stołem roztrzaskując się na drobiny. W życiu człowieka są momenty kiedy w ułamku sekundy potrafi przemyśleć to co ma nastąpić. W czasie kiedy wskazówka sekundnika nie zdąży drgnąć widzimy już nawet kilka rozwiązań. Nad szklanką się nie zastanawiałem. Sprzątnąłem to co z niej zostało i dalej w skupieniu postanowiłem skończyć dzieło. „Dzieło” bo wyprasowanie koszuli traktowałem jako zajęcie iście mistrzowskie. Niczym najlepszy malarz delikatnym ruchem pędzla muska płótno malując usta swojej postaci tak i ja przychylałem się nad moją ukochaną. Ręką pewną i opanowaną, z precyzją godną sapera przesuwałem się niżej i niżej po gładkiej powierzchni w kwiatki. I mógłbym tak długo gdyby z transu nie wyrwał mnie telefon. – Słucham? – zapytałem jak gdybym nie widział kto dzwoni. – No cześć, słuchaj nie mogę pójść z tobą. Gorączka czyli grypka czyli leżę. – Nie ma problemu - próbowałem nie zdradzać głosu zawiedzenia. Tak myślałem. Kiedy zaraz po powrocie do domu poprosiłem kolegę, żeby wybrał się ze mną już wtedy wykręcał się rzekomą chorobą, ale obiecał, że to nie jest ostateczna decyzja. Teraz już wiedziałem na czym stoję.
Precyzyjnym rzutem założyłem koszulę i szybkim spojrzeniem na telefon stwierdziłem, że jak zwykle mam zbyt mało czasu żeby zdążyć. No cóż, znowu dam zarobić taksówkarzom. Z żalem pomyślałem o tym że nigdy nie posiądę mądrości jaką wtłaczał mi do głowy dziadek Brzech. Dziadek Brzech, człowiek nadzwyczaj spokojny i opanowany był ostatnią osobą, która spieszyła się gdziekolwiek. Choćby się waliło, paliło i trzęsło, on miał czas na wszystko. Sen, śniadanie, długie rozmowy, czytanie, spacer i pracę. Dziadek lubił pisać w swoim małym, czerwonym dzienniczku to co mu wpadło do głowy podczas dnia, co zobaczył, przemyślał, usłyszał. Na to też miał przeznaczony czas. Ba! On miał ten czas dosłownie na wszystko. Pisał głównie wieczorami, kiedy gwar życia rodzinnego cichł, a należyte skupienie pozwalało na przemyślenia i kilka słów refleksji. Jako mały chłopiec dziwiłem się. Bo i po co pisać jak nie każą. A dziadek? Przecież on już nic nie musi. W miarę dorastania zrozumiałem, że w ten sposób dziadek stworzył mały leksykon złotych myśli i cytatów doskonałych na każdą okazję. Któregoś dnia kiedy biegłem przez korytarz, mocno już spóźniony do szkoły, niefortunnie zahaczyłem o nasz mały dywanik w przedpokoju i poleciałem niczym najgorszy skoczek narciarski, lądując na głowie wprost pod nogami dziadka. Obyło się bez płaczu. Dziadek złapał mnie za rękę, podniósł do góry i uśmiechnął się serdecznie. Byłem pewien, że nie obejdzie się bez dłuższego kazania, ale on spokojnym ruchem wyciągnął swoją czerwoną książeczkę z tylnej kieszeni spodni, przekartkował i oznajmił głośno: Pośpiech przyczyną wypadków. Uśmiechnął się do mnie serdecznie, a ja spokojnie obróciłem się i wolnym krokiem wyszedłem z domu. Proste, a zarazem prorocze były te słowa. Pośpiech przyczyną wypadków – to zdanie prześladowało mnie zawsze kiedy brakowało mi czasu, kiedy spieszyłem się i na złamanie karku gnałem żeby tylko zdążyć na miejsce, autobus, spotkanie. Gdziekolwiek. I teraz też przypomniały mi się święte słowa dziadka Brzecha. Pośpiech przyczyną wypadków – powtórzyłem sobie w duchu, spoglądając na miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała szklanka z wodą. – Halo, poproszę taksówkę na Małą 6 – powiedziałem przyklejając nos do szyby. Pogoda nie jest dla mnie dzisiaj łaskawa. O ile rano, kiedy jeszcze nie myślałem o ruszeniu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil DudiTheMaster
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…