Kod Lyoko: "Bo życie kabaretem jest..."
kolejna porcja mózgoryjącej twórczości fanowskiej. ^^
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
CHAPTER TWO: AFTERWARDS
Aelita upiła kolejny łyk gorącego rosołku z trzymanej w dłoniach miseczki. Jej układ nerwowy powoli przyzwyczajał się do stanu normalności, co umożliwiło mózgowi powrót w miarę funkcjonalnego trybu pracy. „Nareszcie...” pomyślała. Zawsze jakiś plus tego koszmarnego poranka. Dziewczyna znajdowała się w pokoju Jeremiego, jasno oświetlonym przez wpadające niemiłosiernie przez okno promienie słoneczne. Rozsiadłszy się wygodnie na biurowym krześle, co i rusz spoglądała na krążącego po pomieszczeniu Einsteina, który płynnie i z podniesionym głosem wylewał w jej kierunku słowa dezaprobaty. Intensywnie gestykulując i wspomagając się specyficzną mimiką, do złudzenia przypominał teraz osobę cierpiącą na nerwicę natręctw, bądź inną aberrację psychiczną. Nie chciała jednak dzielić się z nim tymi spostrzeżeniami. Była zbyt zmęczona i wyzuta z emocji, by prowokować jakiekolwiek kłótnie, toteż pozwoliła swemu niedoszłemu chłopakowi na zaspokojenie potrzeby nic niewartego słowotoku. Puszczając mimo uszu sformułowania „zawiodłem się na tobie” i „jak mogłaś do tego dopuścić”, skierowała swe myśli na tory nieco bardziej dla niej przyziemne. „Dlaczego doprowadziłam się do takiego stanu?” kołatało jej się z tyłu głowy „I jak to możliwe, że tak szybko urwał mi się film?” Różowowłosa niewiele pamiętała z wydarzeń z minionego wieczoru. Przypomniała sobie kilka urwanych scen, niemających jednak sensu, gdy połączy je się w całość. Wiedziała na pewno, że przez pewien czas zasiadała przy podium didżejskim na sali gimnastycznej. Potem jednak ktoś… a chyba to był Nicolas Poliakoff, gwałtownie zepchnął ją z owego zaszczytnego miejsca, zalewając przybyłych imprezujących falą twórczości Barbary Streisand i Ozzy’ego Osbourne’a. Kolejne wizje jej zabawy nie przynosiły odpowiedzi na zadawane przez nią pytania. Miała jakieś przebłyski: a to alkoholowych toastów, a to niezbyt przytomnego śmiechu koleżanek, a to Sissi Delmas, rzygającej za świetlicową kanapą... Pamiętała również, że razem z żeńską częścią swojej klasy urządziła konkurs tańca na rurze w środku szkolnej stołówki. Chyba jednak nie udało jej się wywiązać z tego zadania najlepiej, gdyż podczas swojej kolejki słyszała gwizdy publiczności, otrzymała klapsy w tyłek od niezadowolonych kolegów, a Jim Morales, cały bordowy na twarzy, nieomal nie zniszczył stołu usiłując ściągnąć ją na ziemię. Tak czy inaczej, wiedziała jedno – już nigdy w życiu nie wleje w siebie tak dużej ilości płynów wysokoprocentowych. Choćby dlatego, by nie musieć znosić takich reprymend od Jeremiego. Pełna świadomość powróciła jej dopiero dzisiejszego ranka, kiedy to w akompaniamencie bólu i zamotania ocknęła się na korytarzu pośrodku sypialnego skrzydła chłopców. W tym żałośnie dogorywającym stanie została odnaleziona przez Einsteina, który niemal przez piętnaście minut nie mógł uwierzyć w zaistniałą sytuację. Nadal z lekkim karpiem na twarzy zdrapał koleżankę z powierzchni podłogi, po czym, zarzuciwszy ją sobie niedbale na ramię, usiłował przenieść w nieco bezpieczniejsze i mniej ludne miejsce. Sama zainteresowana ledwo powłóczyła opuchniętymi nogami, bardziej jednak w celach rekreacyjnych, niż z chęci samodzielnego transportu. Zza niedomkniętych drzwi wielu pokoi słychać było odgłosy innych świeżo obudzonych, nie omieszkujących witać nowego dnia wiązanką soczystych przekleństw. Udało jej się dopatrzyć także rozkładającą się Tamiyę Diop, nienaturalnie rozkraczoną pod jednymi z nielicznych zatrząśniętych drzwi. Zmieszane wonie perfum i spoconych pach, a także stan jej rozczochrania i rozebrania sugerował, iż niejedna poczwara miała wczoraj okazję zwiedzić dziarską kamerzystkę od trochę innej strony. Pozostawiwszy ją śpiącą w stanie nienaruszonym, Jeremie złożył Aelitę u siebie w pokoju, a następnie napoił regeneracyjnym rosołkiem przygotowanym specjalnie przez Rosę na takie okazje. Dając upust nagromadzonym frustracjom, pozwolił dziewczynie w spokoju siorbać zupkę, widząc coraz większe pokłady zrozumienia w jej oczach. Czekanie na Ulricha zdawało się nigdy nie mieć końca, toteż rozkręcana przez niego spirala zawodu i żalu osiągała już całkiem pokaźne rozmiary. W końcu poszkodowana dziewczyna nie wytrzymała napięcia. Odłożywszy niemal pustą miseczkę na bok po raz pierwszy tego ranka wydała z siebie jakikolwiek sensowny dźwięk: - Jeremie... – zaczęła nieco mniej przytomnym tonem niż zamierzała – Mógłbyś choć przez chwilę przestać? Boli mnie głowa od tego ciągłego gadania i... jestem zmęczona… – przesunęła się lekko, jakby próbując bezskutecznie wstać z miejsca – To kazanie nic nie zmieni, już się stało. Przepraszam. - Nic nie zmieni? Przepraszasz?! – chłopak był najwyraźniej zaskoczony jej niefrasobliwością – Aelita, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak poważny błąd popełniłaś! Pomyślałaś o tym, co by było, gdyby XANA teraz nas zaatakował? To byłaby przecież totalna katastrofa! Jak mogłabyś dezaktywować wieżę, nie mogąc nawet trafić do jej wejścia? Jak w ogóle moglibyśmy cię chronić, jeżeli nikt z was nie mógłby dobrze wcelować w potwory? Dziewczyna spuściła wzrok, zaś Jeremie kontynuował dalej twórczy monolog: - Muszę poważnie porozmawiać z wami wszystkimi na osobności. Co by mogło się stać, gdybym nie czuwał tutaj, na posterunku?... Nawet nie chce myśleć, jakie niespodzianki czekałyby na was w Lyoko. I wy jeszcze chcieliście mnie do tego czegoś namówić! Nie wiecie nawet, jak bardzo potraficie być lekkomyślni... - Pomoże to coś, jeśli obiecam, że już nigdy tego nie zrobię? –wtrąciła nieśmiało. - Nie bardzo… Jeremie zaczął chodzić w kółko, wydeptując przy tym iście artystyczną dziurę w podłodze. Aelita zdołała wysłuchać mruczane przez niego pod nosem inwektywy, zapewne skierowane w kierunku jej i reszty grupy. Poczuła przemożną ochotę wykręcenia mu sutków, aż do granic jego wytrzymałości. Nim jednak złość pchnęła ją do jakiegokolwiek działania bądź pyskówki, drzwi pokoju otworzyły się ze zgrzytem. Z całkowitym brakiem zainteresowania ujrzała wtłaczającego się do środka brązowowłosego stwora, którym z pewnością musiał być Ulrich. - He... Cześć wam... – sapnął powoli, rozglądając się niemrawo po pomieszczeniu – Miałem tu przyjść, więc jestem. No... A gdzie Odd? - To nie było go z tobą? – spytała Aelita, nie kryjąc zdziwienia. Chłopak pokręcił przecząco głową. - Ja wiem, gdzie on jest – głos Jeremiego wydawał się teraz nienaturalnie donośny – Dzięki jego uprzejmości oraz niewielkiego programiku napisanego przeze mnie, udało mi się wcześniej ustalić jego położenie względem telefonu komórkowego. Zainstalowałem na nim niewielkich rozmiarów lokalizator, który na razie jest w fazie testów – po raz pierwszy odwrócił się w kierunku zebranych w pokoju gości – a potem, jak się sprawdzi, być może będzie przeze mnie używany także i w waszych komórkach. - Więc gdzie się teraz znajduje? – rzucił chwilę później Ulrich, który zdążył zająć miejsce na łóżku blondyna. - Rue de Jarne 45, jeden z największych lokali w centrum miasta... Miejska izba wytrzeźwień. – dodał, gdy ujrzał rzucane przez nich niepewne spojrzenia. Już miał ponownie otworzyć usta, by wyrazić opinię o zaistniałej sytuacji, lecz nim zdążył zaczerpnąć tchu, w drogę weszła mu Aelita: - To jak, wyjaśnisz nam teraz, co to za pilna sprawa? Mówiłeś, że to bardzo ważne i ma związek z XANA-ą... Chcąc nie chcąc, chłopak zaczął streszczać przebieg swoich ostatnich prac związanych z superkomputerem. Mimo iż był zwrócony twarzą w kierunku słuchaczy, nawet nie próbował patrzeć w ich kierunku. Z średnio imponującym entuzjazmem wyrzucił z siebie historię o nowo odkrytych danych z dziennika ojca Aelity, które naprowadziły go na trop udoskonalenia superskanu. Posługując się technologiczno-informatycznym żargonem sukcesywnie doprowadził Ulricha do stanu bliskiego drzemki, zaś różowowłosa, choć bez wątpienia kojarzyła wymieniane przez niego pojęcia, potakiwała jedynie tępo głową, niczym kiepska parodia pieska-kiwaczka. Gdy opowieść o innowacjach, jakie Einstein musiał stosować w swoim programie dobiegła końca, usiłował jak najlepiej rozsnuć przed nim mgławicę otwartych przed nimi możliwości. - …więc teraz rozumiecie, co to znaczy? – spytał po kilku minutach, ignorując bulgotliwe dźwięki wydawane przez Ulricha – Dzięki możliwości wychodzenia programu szyfrującego protokół wież poza obręb naszego superkomputera, mamy możliwość śledzić każdy ruch XANA-y. Każdy! Wszystkie aktywne wieże, czy koncentrowane w replikach skupiska energii nie umkną naszej uwadze i zostaną szybko zneutralizowane. Mamy okazję poznać taktykę, jaka usiłuje teraz stosować, a także – dla większego efektu poprawił okulary, zaś kątem oka dostrzegł błysk zrozumienia w oczach Aelity – być może uda nam się dociec, w jaki sposób udaje mu się kontrolować Williama. - Ale przecież mówiłeś, że to nie takie proste – wypalił nagle ocknięty Stern donośnym głosem, czym zadziwił resztę obecnych – No bo... Eee... Sam niedawno przecież mówiłeś, mi i Oddowi... że nie masz najmniejszego pojęcia, w jaki sposób XANA może mieć władzę nad Williamem. - Może i tak było. Ale niedawno doszedłem do dosyć oczywistego i logicznego wniosku. Jak się okazało – najprostsze i najbardziej trywialne rozwiązanie okazało się być słusznym. A przynajmniej tak sądzę. - I dlatego pracowałeś nad programem ulepszającym superskan... – Aelita stanęła po raz pierwszy od kilku godzin o własnych nogach – Jeżeli XANA w swoich replikach może aktywować wieże do własnych celów może także kontrolować przez nie ludzi... a skoro nic nie wiemy o ich istnieniu... - ...to nie jesteśmy w stanie ich dezaktywować, dokładnie – odparł Jeremie, rad, iż widzi przebłyski trzeźwo myślącej koleżanki. - A skoro tak… - ciągnęła dalej, poczynając kilka chwiejnych kroków na przeciwległy kraniec pokoju – To mogą one być aktywne przez dowolnie długi czas i nic, co byśmy zrobili, nie byłoby w stanie dezaktywować ich bez naszego udziału... W związku z tym, jeśli opętanie Williama działa na tej samej zasadzie, wystarczy jedynie... - ...zniszczyć, bądź wpisać kod „Lyoko” w odpowiedniej wieży, w którejś z replik – dokończył za nią, będąc jednocześnie dumny z jej domyślności. Zaskoczona Aelita przez pewien czas nie mogła znaleźć właściwych słów. - Jeremie, to jest... naprawdę... – zaczęła nieśmiało, po czym dokończyła już nieco spokojniej – W sumie… całkiem pomysłowe rozwiązanie, świetnie... Uczyniła w jego kierunku coś, co przypominało parodię uśmiechu, obdarzając go także nieco pogodniejszym spojrzeniem. Chłopak poczuł się nieco udobruchany, jako iż od długiego okresu nie mogli ze sobą znaleźć wspólnego języka. Ostatnimi czasy ich znajomość przeszywały różnego rodzaju sprzeczki i docinki, przez co zarówno on, jak i – a przynajmniej tak myślał – ona znoszą poważnego moralnego kaca. Przeniósł wzrok na rozpostartego na jego pościeli Ulricha, który – ku jego najgłębszemu zdziwieniu – zdawał się nie okazywać jakiejkolwiek pozytywnej reakcji. Pochylił się do przodu, wycierając resztki sennego ślinotoku z policzka, po czym oznajmił: - A więc... Jesteśmy ci teraz potrzebni, byś przetestował ten program w spokoju, tak? - W głębszym i bardzo fotograficznym skrócie, masz rację. - Mamy zapewnić pełne bezpieczeństwo, podczas gdy ty będziesz majstrował przy komputerze i… próbował uwolnić Williama? - Zgadza się – powtórnie kiwnął głową w jego stronę. - A nie przyszło ci do głowy – chłopak wstał, czując iż jego kark po raz kolejny tego dnia oblewa się potem – że jest nas stanowczo za mało, by móc to zrobić? Sam spójrz. Aelita będzie produkować się w wieży. Ja mogę się starać jak tylko będę mógł, by chronić wieżę przed XANA-ą. Ale gdy do gry wkroczy więcej potworów lub... nawet sam William – przełknął nerwowo ślinę, pocąc się coraz bardziej, jak ruda mysz – Jeremie, nasze szanse są niepewne. I to bardzo. Nie możemy poczekać, aż Yumi i Odd wrócą do nas i będą gotowi nam pomóc? Einstein obrzucił go nieco gniewnym spojrzeniem. Oczywiście, że zdawał sobie z tego sprawę, ale cóż mógł z tym poradzić? Walka z XANA-ą stanowiła ich priorytetową wartość i nie mogli sobie pozwolić na świadome rezygnowanie z działania. Po raz kolejny, nim zdążył nawet pomyśleć o zwymyślaniu kolegi, Aelita położyła dłoń na jego ramieniu, przerywając: - Ulrich ma rację – szepnęła, posyłając w jego nozdrza woń skacowanego oddechu – Wątpię, byśmy dali sobie radę tylko we dwójkę. Jeśli będą nas atakować potwory, Ulrich może szybko wypaść z gry. Za szybko. Ja nie będę w stanie nas chronić, będąc w wieży. Zrozum. – dodała po chwili, widząc jego zaciętą, niczym u przedstawiciela Emo, minę – Rozsądniej by było poczekać na resztę. Cieszymy się, że wreszcie znalazłeś jakieś wyjście z tej sytuacji, ale nie możemy też działać zbyt pochopnie i nierozważnie. Mimo iż starał się trwać przy swojej decyzji jak najwytrwalej tylko mógł, wiedział, że reszta grupy ma rację i bez wahania w razie potrzeby go przegłosuje. Słowa Aelity wpijały mu się w czaszkę coraz bardziej, wymuszając na nim mimowolne lecz słuszne w tej sytuacji kiwnięcie głową. Minęło parę minut, nim zdążył poczuć się w pełni przekonany, choć nadal w pewnym stopniu optował przy opcji jak najszybszego ataku, nim zajdzie konieczność obrony przed ofensywą przeciwnika. Ulrich obserwował całą tę scenę z boku, czując coraz bardziej palące poczucie oddalenia się z tego miejsca. Nie zdawał sobie sprawy, czemu tak bardzo mocno teraz się denerwuje. Dlaczego w chwili, w której przecież powinien się cieszyć, nie ma nawet siły wykrzywić warg w uśmiechu? Niedługo uwolnią Williama... Słowa te ze zdwojoną siłą osiadły mu na żołądku, zaszczepiając w nim ochotę jak najszybszego opuszczenia tego pokoju, a może nawet i murów Kadic. William... To imię wywierało na niego dziwnie niepokojący wpływ, zwłaszcza w świetle wydarzeń sprzed kilku godzin. Chłopak wyszedł z pokoju bez słowa, pozostawiając Jeremiego i Aelitę w ożywionej rozmowie. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, wszystkie perturbacje dnia dzisiejszego pozwoliły mu nieco odkurzyć umysł z niepotrzebnych śmieciuchów i powrócić myślami do jednego z jego ulubionych hobby – szydełkowania. Minął kilka korytarzy, pogrążając się coraz bardziej w tematyce kolorowych włóczek i sposobie wzornictwa, gdy do jego uszu dotarł odgłos plaskania bosymi stopami o posadzkę. Odwrócił się, by ujrzeć nagle burzę wściekle różowych włosów i zielone oczy, błyskające nieprzytomnie w jego kierunku. Mimowolnie jęknął w myślach. - Ulrich, co jest? –spytała Aelita, próbując w widowiskowy sposób złapać równowagę –Wyszedłeś tak cicho, że nawet tego nie zauważyliśmy. Stało się coś? - Nie... To znaczy – przez chwilę usiłował dobrać słowa – Chciałbym teraz przez chwilę pobyć sam. - Chodzi o Yumi i jej wyjazd? „Pudło” przemknęło mu przez myśl. Nie miał zamiaru drążyć tego tematu, bynajmniej nie w tym momencie. - Słuchaj... Nie miałaś kiedyś wrażenia, że cały świat jest dla ciebie całkowicie obcym miejscem, a ty najzwyczajniej masz ochotę go opuścić? - Nie, nigdy. - A ja tak – wycedził przez zaciśnięte zęby – Nie martw się o mnie, wszystko u mnie jest w jak najlepszym porządku. Po prostu, muszę się przejść i przemyśleć parę spraw. Zobaczymy się później – odwrócił się na pięcie, lecz nim zdążył pokonać kilka kroków poczuł uścisk dłoni na jego przegubie. - Jeśli tylko potrzebujesz pomocy, czy wsparcia, po prostu daj znać – powiedziała spokojnie. - Nie dzięki... naprawdę. - Ale pamiętaj o tym, dobrze? Zawsze możesz wyłożyć przed nami swoje problemy. Jesteśmy w końcu najlepszymi przyjaciółmi. - Tak wiem, ale serio... - Pamiętaj o tym! - Dobra, ale... - Pamiętaj!!! - OKEJ! – Ulrich wyszarpnął gwałtownie rękę z jej uścisku i nie odwracając się za siebie pognał w kierunku następnego rogu korytarza. Aelita pozostała sama, oparta jedną ręką o ścianę, drugą zaś trzymając bezwładnie w powietrzu. Czuła się głupio, choć w sumie mogła faktycznie być w stosunku do niego odrobinkę nachalna. Gdyby pozwolił jej dojść do słowa, dowiedziałby się iż paraduje po internacie w zarzyganych skarpetkach, ale nie to teraz było dla niej ważne. Skoro chce posiedzieć chwilę w samotności – nie będzie mu robić żadnych trudności ku temu. Niech zdaje sobie jednak sprawę z faktu, iż nie jest aż tak bardzo głupia i widzi, że coś zaczyna się święcić. I że prędzej, czy później jego problem może ujrzeć światło dzienne. Obróciwszy się w przeciwnym kierunku, skierowała swe kroki do żeńskiego skrzydła internatu. *************** Niedziela w gimnazjum Kadic była zawsze dniem wolnym od nauki i czasem, którzy uczniowie spędzali na przygotowaniu się do trudów, jakie stawia przed nimi poniedziałkowa zmora. Tym razem wszelkie prawa rządzące się tym magicznym dniem zostały całkowicie zachwiane. Kucharka Rosa, zmuszona przez dyrektora do wcześniejszego udania się na stanowisko pracy, co i rusz musiała dogotowywać coraz to nowsze partie energetyzujących zupek, które uczniowie spożywali w zatrważających wręcz ilościach. Wielu z nich budziło się w różnych przypadkowych miejscach, z rozlicznymi obrażeniami na ciele i duszy, w różnych stanach rozebrania i świeżości, a także w rozmaitych i nierzadko egzotycznych pozycjach. Doprowadzenie się przez nich, jak i również przez ostro zabalowanych nauczycieli, wymagało długiego odstępu czasu, hektolitrów mydła oraz niebotycznie długich kolejek do łazienki. Mimo braku ofiar śmiertelnych, sytuacja jaka panowała na korytarzach była zdecydowanie daleka od tego, co dało się ulokować w granicach zasad bezpieczeństwa. Większość przedstawicieli klas najmłodszych została brutalnie rozmaślona na ścianach korytarza, zaś płeć piękna niejednokrotnie była doprowadzana do histerycznego płaczu, bądź pisku, słyszanego niemal wyłącznie przez nietoperze. Cały bałagan i smród, jakie pojawiły się ostatniego wieczoru, były miarowo uprzątane lub dyskretnie wmiatane pod dywan. Około godziny szesnastej cała społeczność szkolna zaczęła powoli przestawiać się na normalny tryb funkcjonowania. Część uczniów przysiadła nad obrośniętymi kurzem stosikami prac domowych, inni zaś zażywali rozrywki w pokoju rekreacyjnym. Reszta, nierzadko także w stosownie oddalonej eskorcie nauczycieli, kręciła się z tyłu budynku popalając papierosy lub południowoamerykańską sałatę, poszukując po drodze naiwnych nastoletnich dziewczynek, chcących w łatwy sposób wejść w posiadanie nowej pary dżinsów. Wszystko zaczęło przypominać stan sprzed imprezy. Równowaga w przyrodzie została zachowana. Wojownicy Lyoko, mimo dosyć dużej ilości czasu wolnego, nie cieszyli się wspólnie piękną pogodą, ani choćby zbliżającym się końcem roku szkolnego. Ulrich, zgodnie ze swoimi wcześniejszymi zapewnieniami szerokim łukiem omijał wszelkie skupiska ludzi, pozwalając swoim myślom błądzić w bliżej nieznanym kierunku. Nie zauważywszy nawet, iż mężczyzna, którego mijał przy przystanku autobusowym dostał prawdopodobnie ataku serca, a stojącej nieopodal kobiecie ktoś porwał torbę i wózek z dzieckiem, beznamiętnie przecinał chodniki ulic, niczym lodołamacz, zwiesiwszy głowę w ponurej zadumie. Aelita, pomimo chwilowego ocieplenia stosunków z Jeremiem, nie kwapiła się, by spędzić z nim trochę więcej czasu. Krążyła po całym kompleksie internatu i szkoły rozmawiając ze znajomymi i tym samym zbierając coraz to nowy materiał dowodowy o swoich nietrzeźwych poczynaniach. Jak udało jej się z czasem wywnioskować – Einstein nie opuścił wnętrza swojego pokoju, wciąż bijąc się z myślami i wyczekując powrotu dwóch najbardziej pożądanych przezeń osób. Plan, o którym dowiedzieli się z Ulrichiem tego ranka, mógłby wtedy wreszcie zostać rozpoczęty. Z jednej strony rozumiała ten niekontrolowany pośpiech chłopaka, z drugiej zaś dziwiła się jego braku perspektywicznego myślenia. Nie chcąc jednak zaprzątać sobie głowy nieprzyjemnymi sprawami, powróciła do dość niepokojącego wysłuchiwania opowieści Matthiasa Durela o jej brawurowym gruchnięciu z oparcia świetlicowej kanapy. Punktualnie o godzinie osiemnastej wszyscy uczniowie zostali zmuszeni do stawienia się w szkolnej sali gimnastycznej, przerobionej z tej okazji na przestrzeń imitującą aulę. Mimo ogromnego ścisku i wpadających przez okna żarzących promieni słonecznych, wszyscy byli zmuszeni stać lub siedzieć po turecku – krzesła, które zwykle znajdowały się w magazynku, zostały sprzedane jakiś czas temu, celem sprowadzenia prowiantu na balety. Przed podium, które jeszcze wczoraj było zajmowane przez różnych didżejów, z wyraźnym zadowoleniem na twarzy przygotowywał się do przemówienia sam dyrektor placówki, Jean Pierre Delmas. Nikogo nie zdziwił jego dość nietypowy strój, przypominający nieco z wyglądu szatę buddyjskich mnichów, ani nawet dzierżona przez niego w ręku niewielka książeczka ze skórzaną oprawą. Niedługo miał zamiar wygłosić orędzie do szkolnej społeczności, toteż wszyscy korzystali z chwili rozgardiaszu, by móc jeszcze przez chwilę porozmawiać z osobami znajdującymi się obok. Po chwili jednak po sali rozeszły się podniesione głosy nauczycieli i setki nastoletnich szeptów zaczęły stopniowo milknąć. Z anormalną wręcz radością i szerokim uśmiechem na twarzy, dyrektor Delmas ruszył sprężystym krokiem w kierunku umieszczonego na środku podium mikrofonu. - Witajcie moi drodzy! – zawołał donośnym głosem, sycąc oczy widokiem setek młodych twarzy wpatrzonych w niego – Minął kolejny ważny dla nas wieczór, który wpisze się do historii tej szkoły złotymi zgłoskami. Jak to dobrze móc was zobaczyć w pełni sił, wypoczętych i gotowych do czekającej nas jutro nauki! Odpowiedział mu zduszony jęk dobiegający głównie z pierwszych rzędów. Stojąca nieco po lewej stronie córka dyrektora z zaciętą twarzą i nieprzytomnym wzrokiem pokazała mu dwa opuszczone w dół kciuki. Rozochocony pan Delmas ani śmiał przerywać i nabrawszy dwakroć większej ochoty ciągnął dalej: - Jak wiecie, wczorajszy wieczór był sponsorowany przez dyrekcję i nauczycieli naszej renomowanej placówki, toteż nagrodźcie nas – ofiarodawców waszej zabawy – gromkimi brawami! – odchrząknął nieznacznie, wśród rozlegających się niezbyt entuzjastycznych oklasków, po czym po chwili kontynuował – Szczególnie chciałbym podziękować dwóm wspaniałym osobom biorącym czynny udział we wczorajszej imprezie, które dbały o pion moralny i wasze pełne bezpieczeństwo – nieustannie się uśmiechając się, skinął głową w kierunku półotwartych drzwi wejściowych – Po pierwsze: panu Jimowi Moralesowi, wytrwale pilnującemu stołówki i pokoju rekreacyjnego przez cały okres biesiadowania. Rozległy się donośne brawa, w towarzystwie głośnych pohukiwań męskiej części zgromadzenia. Jim siedział, a właściwie już leżał, oparty plecami o futrynę, dając odpocząć swym oczom i zszarganemu umysłowi. Pomiędzy rozkraczonymi nogami ziała idealnie wypierdziana dziura w spodniach, przez którą wszyscy mieli okazję podziwiać galoty na wpół przytomnego wuefisty. Owacje publiczności nie zdążyły jeszcze wystarczająco ucichnąć, gdy po sali znowu potoczył się wzmocniony mikrofonem głos dyrektora: - Ponadto... Po drugie: pani Suzanne Hertz, nieobecnej niestety dzisiaj z powodu problemów zdrowotnych, dziękuję za... Nie zdążył jednak dokończyć, gdyż salę gimnastyczną wypełniła dzika wrzawa. Ci, którzy usiłowali uszczknąć jeszcze trochę odpoczynku kuląc się pod ścianami, natychmiast poderwali się ze swoich miejsc jak gdyby rażeni gromem. Najgłośniej wiwatujący uczniowie mieli bowiem powód do okazania szacunku swej nauczycielce. Pani Hertz bowiem, dzięki swojej rozległej wiedzy w zakresie chemii, dała w nocy destylacyjny pokaz przekształcania przeterminowanego zmywacza do paznokci w czysty i zdatny do picia alkohol. Owoc swoich eksperymentów, po zaprezentowaniu go przed oczyma zebranych wokół niej gapiów, wypróbowała na sobie samej, co zakończyło się niezbyt szczęśliwie dla jej układu pokarmowego. Po pięciu minutach nudności i zmianach kolorów twarzy na coraz bardziej egzotyczne, felerna belferka została sprzątnięta przez karetkę pogotowia ratunkowego i odesłana na długą rekonwalescencję. Tym niemniej nowe oblicze surowej nauczycielki wywołało furorę wśród tłumów jej wychowanków i stanowiło pierwszoplanowy temat do dyskusji. - Tak... – westchnął pan Delmas – Jestem niesamowicie wzruszony i zadowolony, że udało wam się przyjemnie spędzić czas. Nim jednak powrócimy do szarej codzienności szkolnej, pozwólcie, że przedstawię wam małą niespodziankę... – w tym momencie w auli zaległa kompletna cisza, a dyrektor dał niedyskretny znak w kierunku grona pedagogicznego – Jako iż mamy chwilę czasu wolnego i wszyscy jesteśmy razem, porozmawiajmy wspólnie – tu wyciągnął zza pazuchy oprawiony skórą tomik – o Jezusie i historii Dwunastu Apostołów! Panujące chwilę temu podniecenie uczniów natychmiast opadło. Gdzieś z tyłu błysnęła jaskrawa dioda rzutnika, a na postawionym przy scenie stojaku pojawiły się kolejne slajdy multimedialnej prezentacji. Kilku uczniów zaklęło soczyście pod nosem, inni zaś uczynili w swoim kierunku serię soczystych facepalmów. Sissi całkowicie straciwszy wiarę w swojego ojca, złożyła głowę na ramieniu siedzącej obok koleżanki, usiłując jak najdyskretniej uciąć przysłowiowego komara. Z mównicy popłynął magiczny, pełen pasji, lecz także przeraźliwie nudny głos Jeana-Pierre’a Delmasa, próbującego wprowadzić swych podopiecznych w tajemniczy świat wersetów. Patrząc za okno na miarowe zmienianie się położenia słońca, posypiający uczniowie zaczęli szacować długość przemówienia pryncypała. Minuty wlekły się niemiłosiernie, coraz bardziej w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Rappang
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…