KOLEKCJONER.
dla kolekcjonerów i nie tylko
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Profesor siedział za mahoniowym biurkiem, na którego środku stała butelka z płynem w kolorze herbacianym. Troska, z jaką patrzył na butelkę, pogłębiła tylko bruzdy na jego czole, dodając mu jednocześnie uroku. Za siwą, elegancko przystrzyżoną brodą, którą podpierał dłonią, chronił ściśnięte usta, od czasu do czasu patrzył z nadzieją w rozbiegane oczy studentki z niedopiętym guzikiem białej koszuli. -Opakowanie owszem, owszem, ale w środku...pustka. Studentka spuściła głowę, poczerwieniała, profesor spostrzegł, że popełnił gafę. -Nie, ja nie o pani, ja o butelce, chodzi mi o whisky, a właśnie, czy pani mogłaby mi powiedzieć coś o roku 1934? -1934? -Tak. -No więc. Rok 1934. W Niemczech „Noc długich noży”. Krwawa czystka wobec kierownictwa SA. W Chinach komuniści rozpoczęli „Długi marsz”, naziści zamordowali kanclerza Austrii Dollfussa.
Spojrzał na niedopięty guzik białej koszuli, wyjrzał za okno, jakby sprawdzając stan pogody i znów wrócił do rozpalonej z emocji twarzy studentki. -Przerwę pani, chodzi mi o rok 1934. Niech mi pani odpowie na jedno pytanie... Z oczu profesora wyzierało zniechęcenie i beznadzieja. -Dlaczego ten rok był taki fatalny? -Fatalny? No więc mówię naziści zamordowali kanclerza, długi marsz Mao. -Nie, nie, nie. Poczerwieniał. Wstał gwałtownie i wyciągając spod biurka dwie szklanki nalał do nich whisky. -Rok był fatalny. Najpierw krótka zima, potem mokra, dżdżysta wiosna, a lato, ech szkoda gadać. Proszę, niech pani tego spróbuje. Studentka nie zastanawiając się przechyliła swoją szklankę. No i co? Czy teraz rozumie pani... Spojrzał w nieco spokojniejsze oczy dziewczyny. -Nie całkiem. -Nie całkiem? Czy nie czuje pani tego roku? Przecież ta whisky jest przesiąknięta tym fatalnym trzydziestym czwartym. Jest ohydna. Nie zauważyła pani, który to rocznik? Właśnie trzydziesty czwarty. Siedemdziesięcioletnia whisky a smakuje jak tygodniowy bimber. Nie zdała pani. Dwója. Jako przyszły historyk powinna pani zwracać uwagę na daty...aha jeszcze jedno może pani zapiąć ten guzik ja też mam siedemdziesiąt lat.
Profesor zwyczajny, Jan Wysoczyński, specjalista od historii dwudziestolecia międzywojennego, niestrudzony badacz przeszłości, niezastąpiony erudyta, pedagog zwyczajnie kłamał. Mimo siedemdziesięciu lat (skończonych przed kilkoma tygodniami) rozpięte guziki pięknych studentek interesowały go nie mniej niż naziści i maoiści. Interesowały go bardziej, ale wobec tego, co miało się wydarzyć w najbliższą sobotę traciły swoje znaczenie.
Studenci zaliczali go do elitarnego grona profesorów, których pamięta się jeszcze długo po egzaminach, i to niezależnie od uzyskanej oceny. „Ekscentryk i dziwak” - mawiali ci, których indeksy wyleciały przez okno. „Człowiek renesansu, równiacha, swojak” – mówili inni. Któregoś razu, student I roku podczas sesji egzaminacyjnej wdał się w spór na temat Piłsudskiego. Wyszedł, a raczej wytoczył się po pięciu godzinach, prowadzony przez równie nietrzeźwego profesora, wykrzykując: „Niech żyje Marszałek! Niech żyje nasz wódz!” A potem jeszcze: „Na Kowno!” i „Bij Bolszewika!”. Opowieści o profesorze i jego niekonwencjonalnym zachowaniu wrosły w mury szacownej uczelni, stając się jej nieodzowną częścią. Z czasem obrosły legendami, a sam „profesor Jaś”, (jak mówiono o nim pieszczotliwie) stał się legendą chodzącą, żywą i namacalną, uniwersytecką gwiazdą pierwszej wielkości. Przy czym gwiazdorstwo dotyczyło tylko kontaktów ze studentami. Dla nich był kimś, oryginałem, niemal idolem. Z drugiej strony kadra naukowa traktowała profesora z przymrużeniem oka, trochę jak niegroźnego wariata. Dokonania naukowe, publikacje, zauważano, ale się nad nimi nie rozczulano. Dla kolegów, a przede wszystkim dziekana i Jego Magnificencji Wysoczński był nieobliczalny. Przede wszystkim przez nie. Kobiety.
Profesor miał w swoim życiu dużo szczęścia. Gdy zaczynał pracę, można było swobodnie uszczypnąć sekretarkę, bez narażania się na zarzut molestowania. Nie znano jeszcze tego słowa. Nikt na to nie zwracał uwagi, no, bo jakie to miało znaczenie, że młody asystent, zaczynający pracę naukową wymierza soczystego klapsa starszej o kilka lat sekretarce. Może tylko takie, że ją zabolało, a tak naprawdę była zadowolona. Czuła, że mu się podoba. Miała rację. Romans z Bożenką, był librettem do całej opery, której tytuł mógłby brzmieć: „Przygody miłosne Jasia W”. Bożenka była mężatką, on w trakcie pierwszego rozwodu. Pokochali się miłością, czystą i prawdziwą, lecz krótką. Mąż sekretarki, okazał się wrednym typem, z pod ciemnej gwiazdy, który nie zna się na tych sprawach. Bożenka wyjechała z mężem do innego miasta, a biedny Jaś znalazł pocieszenie w ramionach koleżanki od Nauk Pomocniczych Historii. Koleżanka miała na imię Hania i była zwyczajnie brzydka. Chuda, o niezdrowej cerze i małych piersiach. Do tego ciągle mówiła, nawet w łóżku. Między kolejnymi przyjaciółkami, pojawiały się kolejne żony. Już wówczas zwykł mawiać, że nie miesza pracy z domem. Praca to praca, a dom to dom. Każde z tych miejsc, miało swoje prawa i swoje obowiązki. Najważniejsze żeby potrafić się w tym wszystkim odnaleźć. Zaspokoić kobiety z pracy i te z domu, a w dodatku ciągle się rozwijać, przeć do przodu, awansować. Kobiety mogły w karierze naukowej zaszkodzić, ale mogły pomóc, trzeba było wiedzieć, z kim rozmawiać, kogo zaprosić na kolację, a z kim iść do łóżka. Doktorat u profesor Danuty Trzcinieckiej pisali wspólnie, w jej wielkim łożu z baldachimem. Ileż nieprzespanych nocy ich to kosztowało, ile godzin spędzonych na gorących dyskusjach i nie tylko. Potem habilitacja u Mariańskiej. Było ciężko, ale dotarli się. I tak dalej i tak dalej. Można by mnożyć kolejne historie, ale nie warto. Profesor Wysoczyński postanowił napisać autobiografię. Rozpowiadał o tym na wszystkie strony, budząc strach wśród niemałej ilości kobiet. Całkiem nie potrzebnie, przecież profesor Jaś, jest dżentelmenem. W każdym calu. Ma już nawet tytuł dla swoich wspomnień. „Kolekcjoner”. Doskonale oddający przewidywaną treść. Życie profesora to ciągłe, maniakalne łowy. Poszukiwania bez końca. Poszukiwania unikalnych przedmiotów, których nikt nie ma. Gromadzenie i katalogowanie. Na półkach i szufladach, według nazwisk, urody, inteligencji, według charakteru, smaku i zapachu. Z każdym dniem, wciąż nowe obiekty, nowe twarze, biusty i nosy. Potrafił dostrzec, coś, czego szukał w tłumie, jakiś nadzwyczajny rys twarzy, czasem widoczną niedoskonałość, którą potrzebował do zbiorów. Na przykład Aneta, którą poznał na początku lat osiemdziesiątych. Ruda studentka, z haczykowatym nosem i piegami. Całkiem niezwykła. Niepodobna do tych wszystkich damulek z żurnali. Dostrzegł w niej niezwykłość. Śmiech. Śmiała się, jak żadna inna. Za ten śmiech mógł pójść za nią na koniec świata. Nie poszedł, bo dostrzegł na spacerze zęby. Zęby, których właścicielkę spotykał wyprowadzając psa. Któregoś razu odezwała się. Zobaczył je. Zęby unikalnej wartości, jakich nie potrafiłby zrobić nikt poza Bogiem. Boskie kły. Przez chwilę żałował, że nie został dentystą. Z jaką rozkoszą mógłby bezkarnie ich dotykać, obejmować je, głaskać, niczym najdroższy skarb. Kolekcjoner potrafi być bezwzględny. Gdy znajdzie nowy unikat, żeby zrobić dla niego miejsce, stary potrafi zniszczyć, wyrzucić na śmieci. Czasem powodowało to drobne kłopoty. Dorota, bibliotekarka, u której odnalazł pra uszy, posunęła się do szantażu. Uszy zeszły na plan drugi, wobec groźby podpalenia się ich właścicielki, w akcie desperacji spaleniu ulec miała cała biblioteka. W takich sytuacjach profesor wybuchał. Nigdy nie pozwalał, żeby ktoś decydował, za niego. Robił się czerwony i zaczynał przemawiać jak nie przystało na dżentelmena. (za którego się cały czas uważał). Sypał najohydniejszymi przekleństwami, groził i krzyczał. Zazwyczaj pomagało. Kobiety bały się go, w końcu czym jest eksponat wobec swego właściciela. Przedmiotem. I nie powinien o tym zapominać, tak łatwo można się stłuc.
W sobotę lało od samego rana. Jakby tam na górze, ktoś złośliwy brał prysznic i zapomniał zakręcić wodę. Profesor był w cudownym nastroju. Do śniadania, ulubiona whisky, ulubiony dwudziesty drugi rocznik, lekka kawa i poczuł, że jest młodym greckim herosem, który jeśli…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Petrusso
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…